70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ateista nie musi przepraszać

Bóg bez znaczenia ma szansę odegrać ważną rolę w polskiej, skądinąd bardzo wątłej, debacie o współczesnym chrześcijaństwie. Wierzących zapewne nie przekona, ale może im przynajmniej wyjaśnić fenomen powszechnego zachodnioeuropejskiego ateizmu, który właściwie nie tyle zmaga się z religią, ile ją po prostu ignoruje.

– Dlaczego nie chodzisz do kościoła? (…)

– Nie jestem chrześcijaninem.

– O kurczę. (…) To można nie być chrześcijaninem?

 

Jaume Cabré, Wyznaję

(tłum. Anna Sawicka)

 

Po śmierci Jana Pawła II „Gazeta Wyborcza” opublikowała kilkanaście e-maili od czytelników poruszonych tym wydarzeniem. Wśród nich i taki: „Nie jestem katolikiem, nie posiadam łaski wiary, ale jestem wstrząśnięty odejściem Wielkiego Człowieka, przyjaciela ludzi, który całym życiem dawał przykład i świadectwo, jak powinniśmy żyć. Jako niewierzący nigdy nie usłyszałem z Jego ust słów potępienia, nie czułem się wykluczony. Chciałbym za to Janowi Pawłowi II podziękować z głębi serca”.

Ateista dziękujący katolickiemu papieżowi za to, że go nie „potępił”, i tłumaczący swój ateizm brakiem „łaski wiary” – czy coś podobnego mogłoby się wydarzyć w kraju innym niż Polska?

*

Ale tak już u nas jest: polski ateista czuje się w obowiązku przepraszać za sam fakt, że istnieje i nie potrafi się „nawrócić”. A podejmując dyskusję z polskim katolikiem, nie omieszka zaznaczyć, jak wielkim szacunkiem darzy chrześcijaństwo, fundament kultury europejskiej i jeden z najważniejszych drogowskazów moralnych ludzkości. Takich wstępów nie czyni Janusz A. Majcherek w Bogu bez znaczenia. Wręcz przeciwnie, zaczyna od deklaracji jednoznacznej: słowo „bóg” pisane jest u niego małą literą, bo „nie chodzi o żadnego konkretnego boga, zwłaszcza osobowego” (s. 7). Może się to wydać prowokacją, zwłaszcza w kraju, w którym wielką literą pisuje się już nawet nazwy zakonów – wbrew ortografii, za to w zgodzie z kierunkiem wiatru naszych czasów. Czy to jednak rzeczywiście prowokacja? Wielką literą pisze się rzeczownik pospolity „bóg”, a często i pochodzące od niego zaimki, gdy ma się na myśli bóstwo osobowe, najczęściej kojarzone z konkretną religią uniwersalistyczną, które pragnie się w ten sposób wyróżnić i uczcić. Jest to więc swoiste wyznanie wiary, składane przez autora, a bywa, że w jego imieniu przez wydawcę bądź panią korektorkę. Ateista piszący o „Bogu i Jego nieistnieniu” to zatem widok dość groteskowy. Kto o religii chce pisać bez emocji i neutralnie, ma prawo z takiego wyznania wiary zrezygnować.

A tak właśnie chce pisać Majcherek. Nie odgrzewa nieśmiertelnego pytania, czy „bóg” istnieje czy nie. Nie przypomina chrześcijaństwu mało chwalebnych kart jego dziejów, a słowo „pedofil” nie pojawia się w jego książce bodajże ani razu. W istocie stawia jednak pytanie znacznie bardziej kłopotliwe: o rzeczywisty wpływ, jaki wiara w „boga” wywiera na obraz świata i postępowanie współczesnego człowieka.

Czym właściwie jest ta „wiara”? Duszpasterz odpowie podniośle, że to „powiedzenie »tak« Bogu”, pozytywna odpowiedź na jego „wezwanie”. Majcherek trzeźwo konstatuje (s. 17), że tylko bardzo nieliczni doświadczają czegoś na kształt bezpośredniego kontaktu z bóstwem, a nieufnie traktują ich zazwyczaj nawet współwyznawcy. „Niemal wszyscy wierzący przeświadczenia o wynikających z istnienia boga regułach postępowania czerpią od innych ludzi, którym wierzą, że zaczerpnęli je z godnego zaufania źródła”. Religię rzadko się wybiera, jest ona zwykle elementem procesu socjalizacji, kodem kulturowym pewnej społeczności. Tym skądinąd uzasadnia się niekiedy użyteczność wiary w osobowego „boga”, która jakoby „spaja wspólnotę obywatelską” (s. 186). Autor rozprawia się z tym przekonaniem w ostatnim rozdziale książki, Boskie źródła władzy, wykazując, że w XX w. religia przestała odgrywać w istocie „rolę integrującą życie społeczne” (s. 188), a współczesna demokracja nie wymaga już odwołania się do jakiegokolwiek „niekwestionowalnego układu odniesienia” (s. 192), przeciwnie: wszelka absolutyzacja takich „układów odniesienia” to niezawodna recepta na autorytaryzm, narzucający wszystkim obywatelom jeden światopogląd. „Nawet jeśli żadna wspólnota nie może trwać bez więzi duchowej (symbolicznej), to nie każda więź duchowa musi mieć charakter religijny, zwłaszcza odwołujący się do idei osobowego boga” (s. 195). O tym, jak patologiczną postać mogą przybierać więzi społeczne tworzone w oparciu o religię, w Polsce akurat nikogo rozumnego przekonywać nie trzeba.

*

Coraz częściej zresztą ten kod symboliczny przyswajany jest powierzchownie: przejmuje się tradycyjne obyczaje, ale bez rzeczywistej wiary w wyobrażenia leżące u ich podstaw: 90% Polaków deklaruje się jako katolicy, prawie wszyscy obchodzą Wielkanoc, ale zaledwie ok. 2/3 wierzy w zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu (s. 28). Nawet chrześcijańscy teologowie, jak cytowany przez Majcherka Don Cupitt, mówią już o „chrześcijańskim nonrealizmie”, zgodnie z którym „poglądy religijne nie odnoszą się do faktów nadprzyrodzonych, lecz ich prawdziwą funkcją jest po prostu tworzenie stylu życia” (s. 40). Świetnie obrazuje to przytoczone za André Comte-Sponville’em powiedzenie, którym niewierzący Żydzi uzasadniają swoją wierność religijnym obyczajom judaizmu: „Bóg nie istnieje, ale my jesteśmy jego ludem wybranym” (s. 30).

Tak pojmowana religia przestaje oczywiście służyć kreowaniu obrazu świata fizykalnego, tłumaczeniu jego pochodzenia i celu. Nie budzi to już jednak sprzeciwów wśród większości wierzących. Erozja głoszonych przez religie twierdzeń o charakterze „faktualnym” – dodać tu można – upowszechniła przekonanie o istnieniu tzw. podwójnej prawdy: nauka i wiara istnieją jakoby równolegle, nie ingerując nawzajem w to, co uważają za prawdziwe. („Podwójną prawdę” ośmieszyły co prawda bezlitośnie kabaretowe pomysły w rodzaju religii Latającego Potwora Spaghetti, ale to temat na osobną dyskusję). Współczesna nauka, przynajmniej od czasów Laplace’a, obywa się doskonale bez jakichkolwiek wyobrażeń religijnych: „Dziś nawet wzmianka o bogu w rozprawie naukowej eliminuje ją z obszaru poważnego dyskursu” (s. 10). Pod tym zdaniem gotowi byliby się zapewne podpisać i chrześcijańscy uczeni.

Trudniejsza do przyjęcia dla wierzących jest chyba inna konstatacja autora: wiara przestała być jedynym czy choćby tylko dominującym źródłem tego, co określa się mianem „sensu życia”.

Bo też poszukiwania owego sensu uległy silnej indywidualizacji: „nie ma czegoś takiego jak uniwersalny, ponadindywidualny sens życia” (s. 105). Także to, co czasem nazywa się „duchowością”, nie jest wcale monopolem ludzi wierzących, można nawet zaryzykować wniosek, że porzucenie skonwencjonalizowanej przynależności religijnej tę „duchowość” wzmacnia: „spadająca religijność koreluje ze wzrostem częstości rozmyślań o sensie życia” (s. 106). A przywołując Comte-Sponville’a i jego Duchowość ateistyczną, Majcherek zauważa, że „nie trzeba wierzyć w boga, aby mieć bogate, intensywne i głębokie życie duchowe”, a to dlatego że „to religia wynika z duchowości, czyli nie każda duchowość musi być religijna” (s. 89). Obraz ateisty, naszkicowany przez Jacka Kuronia w postaci pewnego strażnika więziennego, którego myśli krążą zazwyczaj wokół kotleta schabowego i kieliszka wódki, słabo odpowiada rzeczywistości. Jest też swego rodzaju paradoksem, że ateiści mają często znacznie szerszą i głębszą wiedzę na temat chrześcijaństwa, jego historii, teologii i dogmatów niż wielu wierzących: „ateiści na ogół lepiej wiedzą, w co nie wierzą, niż wierzący, w co wierzą” (s. 125).

Wątpliwe jest także, czy religia jest niezbędna do uzasadnienia moralności. Podważenie tego obiegowego sądu to chyba najboleśniejszy cios, jaki można wymierzyć współczesnemu chrześcijaństwu. Od XVIII w. teologia przesuwa bowiem punkt ciężkości dysput światopoglądowych w kierunku etyki, bo to obszar dla niej niewątpliwie bezpieczniejszy od innych, na których znajduje się w permanentnym odwrocie. Majcherek zauważa, że najbardziej widoczny wyróżnik przynależności religijnej, udział w praktykach i obrzędach, nie ma „żadnego znaczenia etycznego” (s. 136), a „»pobożny« nie znaczy dobry”. Także przekraczanie norm narzuconych przez religię (jak zakaz spożywania alkoholu w islamie czy stosowania antykoncepcji w katolicyzmie) „nie jest łamaniem powinności etycznych, lecz co najwyżej religijnych”. Powinności etyczne „są niezależne od istnienia boga”, ponieważ wynikają z samej obecności innych istot ludzkich. Zresztą nawet gdyby Bóg istniał i gdyby przyjąć, że jest „dobry” i chce, by ludzie byli „dobrzy”, to – autor przywołuje tu kanadyjskiego myśliciela Kaia Nielsena – aby spełnić jego wolę, trzeba by mieć jakieś uprzednie „pozaboskie pojęcie i kryteria dobra” (s. 146). A jeśli ktoś motywację do dobrych czynów czerpie z nakazu boskiego, obniża to wartość etyczną jego postępowania: „Próby opierania etyki na istnieniu boga jako szafarza nagród (niebiańskich) i kar (piekielnych) […] są chybione, bo deprecjonują kluczową dla etyki bezinteresowność” (s. 150). Człowiek, któremu świadczy się dobro, staje się narzędziem służącym realizacji czyichś interesów (choćby i „nie z tego świata”), jest traktowany instrumentalnie, nie zaś jako cel sam w sobie, co można uznać za swoiste upokorzenie. Z kolei stwierdzenie, że „motywacje jak najautentyczniej religijne mogą prowadzić do postępowań sprzecznych z nakazami moralnymi, a czasami nawet służyć jako ich usprawiedliwienie”, w czasach terroryzmu islamskiego brzmi jak truizm. Majcherek lojalnie przy tym wskazuje na fakt, że fanatyzm nie jest czymś związanym jedynie z religią, lecz raczej z pewnym sposobem postrzegania świata, niezależnym od światopoglądu.

*

Bóg bez znaczenia nie przeciera zasadniczo nowych szlaków. to raczej próba usystematyzowania rozmaitych stanowisk i wyborów światopoglądowych, stąd w książce tyle cytatów, co ma jednak pewną wartość, bo daje przegląd zaskakująco bogatego piśmiennictwa w tej dziedzinie. Książka Majcherka podzieli też zapewne los większości podobnych publikacji: sięgają po nie przede wszystkim już przekonani, a jeśli czynią to czytelnicy z drugiej strony barykady, to zazwyczaj jedynie po to, by dać „słuszny” odpór „niesłusznym” ideom. Mimo to Bóg bez znaczenia ma szansę odegrać ważną rolę w polskiej, skądinąd bardzo wątłej, debacie o współczesnym chrześcijaństwie. Wierzących zapewne nie przekona, ale może im przynajmniej wyjaśnić fenomen powszechnego zachodnioeuropejskiego ateizmu, który właściwie nie tyle zmaga się z religią, ile ją po prostu ignoruje. Być może po raz pierwszy w dziejach porzuciły ją całe społeczeństwa, bo przestały znajdować w niej odpowiedzi na nurtujące je pytania. I jak się okazuje, nie wyszły na tym najgorzej: „W ogólnoświatowym badaniu Gallupa z 2012 r. prawie wszystkie kraje o najwyższym odsetku osób wierzących plasują się w grupie najbiedniejszych i najbardziej zacofanych, natomiast prawie wszystkie o najwyższym odsetku ateistów należą do najbogatszych lub najszybciej się rozwijających” (s. 48). Niewierzących z kolei utwierdzi w przeświadczeniu, że – choć nad Wisłą może to z przyczyn statystycznych zabrzmieć niezbyt wiarygodnie – za swój ateizm nie muszą przepraszać ani tłumaczyć go brakiem „łaski wiary”, bo jest postawą w gruncie rzeczy naturalną i niewymagającą obszerniejszych uzasadnień – w dialogu użytym jako motto niniejszej recenzji Bernat Plensa i Adrian Ardevol mogliby się dziś zamienić rolami, a okrzyk zdumienia miałby prawo wydać z siebie raczej ten drugi.

_

Janusz A. Majcherek

Bóg bez znaczenia

Wydawnictwo CiS, Stare Groszki 2015, s. 224

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter