70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Artykuły pomocnicze i propagandowe

Niezła publicystyka zawadza dobrej poezji. Jest trochę jak chroma na jedną nogę, niegłupia, ale niekochana siostra. Tak jawią się teksty Władysława Broniewskiego, opublikowane w tomie Publicystyka.

Tak też i on postrzegał swoje felietony, recenzje, reportaże, odpowiedzi na ankiety, szkice, artykuły, komentarze i przedmowy, wywiady, oddane do druku publiczne wystąpienia. Co bodaj najciekawsze, te na ogół zaangażowane w bieżące zagadnienia teksty zdecydowanie podkreślają fakt, że Broniewski to poeta sprawy, że jego romantyzm był arcypolski w przenikaniu literatury, idei i metapolityki – nawet jeśli uwzględnimy „apolityczność” egzystencjalnych i erotycznych liryk. Tak, ten człowiek był dzieckiem kultury, polityki i historii. A jego publicystyka to typowa inteligencka robota, jaką wielu / wiele z nas zna z autopsji. To inteligencka praca także tam, gdzie zmienia się w służebnicę PRL-owskiej władzy, czyli propagandę.

 

Na początek

Gdy czytam artykuł Broniewskiego z pisma szkolnego „Młodzi Idą!” z 1914 r., widzę pokolenia uczniaków ślęczących nad rozprawkami, zamieniających koślawymi literami wielkie słowa we frazesy, żeby – paradoksalnie – później niekiedy poświęcić im życie. Ton artykułu, niekiedy całe frazy brzmią tak czytelnymi przecież lamentacjami, gdy uczeń skarży się na szkołę, na pedagogów, na swoje czasy, na religianctwo, na niesprawiedliwość społeczną, na ideową ospałość i zachowawczość ogółu młodzieży: „smutną jest droga, jaką trzeba przebyć. (…) Ale my silni, my nie zatrzymamy się, (…) bo wierzymy, że gdzieś, kiedyś zabłyśnie świt po długiej nocy i ockną się masy śpiące. A wtedy nie będzie już oportunizmu wśród młodzieży, szkoła nasza znowu zacznie wydawać ludzi i na nowo podniesiemy zapomniane sztandary ideałów!”. Naiwność, podniosły ton, zaklinanie przyszłości, która nadeszła i była zupełnie inna. Czy stary Broniewski pamiętał te zdania? Pewnie nie, ale skoro przed śmiercią wciąż sięgał do swego pamiętnika, to możliwe, że nie zatracił świadomości, iż to sztubacki idealizm zaprowadził go wprost do Legionów. I tak napisał samego siebie.

Część tekstów z Publicystyki to niezbyt wyszukana polityczna satyra, drobniuchny przypis do historii. Ot, choćby Gorzkie żale PPS-u („Przegląd Społeczny” 1930, nr 11), czyli z lewej flanki pisana polemika z coraz słabszym ugrupowaniem niepodległościowych socjalistek i socjalistów. Ale jest tu i proza spowinowacona z poezją, oddająca hołd muzom. W 1926 r. na łamach „Wiadomości Literackich” Broniewski opublikował artykuł O twórczości Sergiusza Jesienina. Po zgonie znakomitego poety. Tłumacz i admirator rosyjskiego artysty tak pisał: „Jak świece zapalone na wietrze, krzywym, bolesnym płomieniem spalają się serca poetów. Jak pijane statki rozbijają się o brzegi zwyczajnej ziemi, żeby głęboko osiąść na dnie rzeki naszego życia. I czymże są te słowa, czerwoną nicią krwi w wiersze powiązane, jeśli mogą radować i boleć, uzdrawiać i zabijać?”. Sarkazm każe zapytać, czy wierszówka z tych fraz poszła na golonkę i wódkę.

 

Ale, owszem

Kultura to sublimacja codziennego banału i grozy życia i śmierci: debiutujący wówczas polski poeta oddał hołd rewolucyjnemu rosyjskiemu poecie, który stawał się już legendą. To Broniewski przełożył na język polski poemat Pugaczow pióra Jesienina. Przekład ukazał się nakładem „Skamandra” właśnie w 1926 r. Kilka zdań z przywołanego publicystycznego epitafium wiele mówi także o rosyjskiej idei, nad którą dyskutowały w Polsce całe pokolenia: z nienawiścią, miłością, fascynacją: „w rewolucji październikowej Jesienin negował cechy łączące ją z zachodnioeuropejskim ruchem rewolucyjnym – widział w niej rdzennie rosyjski bunt, żywo przypominający czasy Pugaczowa i Stieńki Riazina, oczekiwał zwycięstw wsi nad maszynową, fabryczną kulturą miast i wierzył w mesjanistyczne posłannictwo światowe wschodniego chłopa. Wyznawał to wszystko wbrew oczywistości faktów życiowych, i to prawdopodobnie było najgłębszą przyczyną jego wewnętrznego załamania”.

Osoby, które smakują w twórczości oddającej tło epoki, powinny zajrzeć do krótkiego rozdziału Reportaże: 50 dni w ZSRR. W 1934 r. Broniewski zwiedzał Związek Radziecki „jako gość sowieckich pisarzy ukraińskich” – na zasadach ściśle określonych przez odpowiednie organa. Pod każdym względem nie są to rzeczy na miarę Dziennika z podróży do Rosji Johna Steinbecka, choć nie sposób odmówić poecie reporterskiej zdolności naszkicowania obserwowanej rzeczywistości. Niestety, w opis podróży do Państwowej Stacji Elektrycznej na Dnieprze, jednej ze sztandarowych inwestycji radzieckiego przemysłu, wkradają się tony, które brzmią jak zapowiedź późniejszych losów Broniewskiego. Tak oto pisał o Wielkim Głodzie: „dwa lata temu na Ukrainie podobno miejscami panował głód. Nie był on wywołany ani nieurodzajem, ani inną żywiołową klęską, ale pojawił się jako produkt uboczny ostrej walki, jaką »kułak«, czyli zamożny chłop, toczył z rządem sowieckim o prawo indywidualnego władania ziemią. (…) Kułacy, pod natchnieniem czynników wrogich Sowietom, postanowili – krótko mówiąc – zagłodzić miasta”.

Te słowa nie powinny zostać skreślone ręką Broniewskiego – nic ich moralnie nie usprawiedliwia. Choć przy okazji widzimy, jakim repertuarem posługiwano się, żeby zbrodnie sowieckiego systemu zrzucić na karb jego ofiar. Tych kilka zdań pokazuje dobitnie, jaką cenę komunizujący inteligenci płacili za naiwne nadzieje wiązane z nowo powstającą „ojczyzną chłopów i robotników”, za przyjemne „zwiedzanie” Rosji Radzieckiej. Poeta po kilku latach przekonał się na własnej skórze, że ze Wschodu nie przyszły ani światło, ani sprawiedliwość.

 

Nie bez przyczyny

W zamieszczonych w omawianym tomie artykułach brzmi także rozczarowanie II Rzeczypospolitą, żal nie tak rzadki w pokoleniu, które dojrzało w Legionach i ze smutkiem patrzyło, jak II Rzeczpospolita zamienia się w złą macochę dla wielu swoich obywatelek i obywateli. Nie bez powodu swoje przedwojenne polityczne felietony coraz bardziej rozpoznawalny twórca firmował pseudonimem „Gwóźdź”. Broniewski oddał głos nieistniejącemu sierżantowi legunowi, bohaterowi satyrycznych monologów pisanych niegdyś dla Teatru Polowego 1. Dywizji Piechoty Legionów. Maciej Tramer we wstępie do Publicystyki tak pisze: „ktokolwiek by się wsłuchał w język dwóch pierwszych felietonów Gwoździa, usłyszałby charakterystyczną gwarę legionową i być może dostrzegłby w niej piłsudczyka rozczarowanego rozwojem sytuacji politycznej”.

Powojenna historia przynosi nowe tematy. I każe rozwijać już podejmowane… Wymowny jest sam przegląd tytułów, np. Poezja murzyńska demaskuje trumanowską Amerykę, Grecja krwawi, Pisarze przy pracy. W tym świecie polityka i kwestie społeczne przestają być pasją, życiowym wyborem dopełniającym sztukę rewolucyjnego poety – stają się w coraz większym stopniu koniecznością, przymusem i ideologią, z którymi toczy się grę na bardzo nierównych warunkach.

Ale i tu jest najlepszy Broniewski, przejęty straszliwą tragedią Żydów, słusznie pompatyczny: „Getto padło po bohatersku. Z jego ruin i zgliszcz, ze swądu spalonych trupów obrońców powiały dymy po Europie, zwiastujące zwycięstwo idei sprawiedliwości i wolności ludów”. Jest Broniewski socrealistyczny i dumny z odbudowy Polski, ponieważ – czego nie chcą pamiętać depozytariusze dominującej prawicowej narracji – te kwestie przenikały się nieraz w najtrudniejszy sposób: „Naród, który najboleśniejsze odniósł ciosy czasu tej wojny i stawiał najmężniejszy opór, musi uwierzyć we własną zdolność dokonywania wielkich czynów technicznych”. Gdy kto czyta i zbiera kolejne książki poświęcone twórcy Ulicy Miłej, powinien sięgnąć i po Publicystykę. Ale kto zacznie od niej trudną przyjaźń z tym autorem?

_

Władysław Broniewski

Publicystyka

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 800

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter