70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Vincenzo Dragani/Alamy/BE&W

Apokalipsa już się rozpoczęła

Żyjemy w epoce wstrząsu. Ogłoszenie apokalipsy to dziś jedyny sposób na uratowanie świata. Wyzwanie ludzkości trwa.

Redakcja czasopisma „Réforme”: W swojej książce, cytując Clausewitza, przywołuje Pan ideę „narastania aż do ostateczności”. Dla Pana apokalipsa już się rozpoczęła…

René Girard: Myślę, że konieczne jest, by mówić dzisiaj prawdę – w pierwszym rzędzie o zjawiskach związanych z degradacją środowiska. Na przykład topienie się lodów na Grenlandii to coś alarmującego. Wszystkie państwa o tym wiedzą. To obecnie życiowa stawka. Wydarzenia, które zachodzą na naszych oczach, mają jednocześnie charakter naturalny i kulturalny, a to znaczy, że są apokaliptyczne. Aż do dzisiaj słowa Apokalipsy bywały powodem śmiechu. Cały wysiłek myśli nowoczesnej zasadzał się przecież na tym, by oddzielić to, co naturalne, od tego, co kulturowe. Nauka polega na tym, by pokazać, że zjawiska kulturowe nie są naturalnymi i że mylimy się bardzo, jeśli trzęsienie ziemi łączymy z wrzawą wojny, jak dzieje się to w tekście Apokalipsy. Ale nagle nauka zaczyna zdawać sobie sprawę, że ludzkie praktyki prowadzą do zniszczenia natury. To nauka wraca do Apokalipsy.

Taka rzeczywistość wywiera na mnie głębokie wrażenie. Od trzech stuleci nauka uznawała coś zupełnie innego, aby dzisiaj – gdy spodziewaliśmy się tego najmniej – wpaść w sposób zupełnie poważny na takie odkrycie. Inaczej mówiąc, myślenie apokaliptyczne nie jest już szalone, ale właśnie przenika do życia codziennego. Jeśli w najbliższych miesiącach huragan ponownie dotknie Nowy Orlean, to kwestia powiązań między takimi zjawiskami a ludzkimi działaniami znów stanie przed nami. Podczas gdy Apokalipsa łączy je ze sobą, to na planie intelektualnym jest to dziś operacja o monstrualnym znaczeniu, którego dostrzec nie chcą nawet chrześcijanie. Nie ośmielają się oni mówić o Apokalipsie.

Formy myślenia, których używaliśmy w przeszłości, właśnie powracają… a są to formy myślenia ewangelicznego. To, co wydawało się nam archaiczne, powraca niesione na skrzydłach nauki.

Nasi współcześni nie są jeszcze gotowi na zrozumienie tych słów, ale wkrótce będą.

 

Dlaczego łączy Pan ze sobą narastanie przemocy i wzrost temperatur na powierzchni Ziemi?

Istnieje między nimi związek bezpośredni. Przemoc definiuję za pomocą rywalizacji. We współczesnym świecie wiele rzeczy odpowiada atmosferze wielkich apokaliptycznych tekstów Nowego Testamentu – w szczególności Mateusza i Marka. Jest w nich wspomniane podstawowe zjawisko mimetyzmu – walka równych sobie: miasta przeciw miastu, regionu przeciw regionowi… To zawsze równi biją się ze sobą, a ich walka nie ma żadnego sensu, ponieważ z dwóch stron znajduje się to samo. W Chinach nic nie wydaje się obecnie bardziej pilne niż dogonienie Stanów Zjednoczonych na wszystkich płaszczyznach, a w szczególności w liczbie autostrad i produkcji samochodów. Czy wyobraża Pan sobie konsekwencje? To oczywiste, że produkcja gospodarcza i wynik przedsiębiorstw uruchomił rywalizację. Clausewitz stwierdził to już w 1820 r., mówiąc, że nie ma nic, co przypominałoby wojnę bardziej niż handel.

Chrześcijanie często zatrzymują się na eschatologicznej interpretacji tekstów Apokalipsy. Mogłoby się wydawać, że to wydarzenia ponadnaturalne… Nic z tych rzeczy! W 16. rozdziale Ewangelii Mateusza Żydzi żądają od Jezusa znaku, a On im odpowiada: „Wieczorem mówicie: »Będzie piękna pogoda, bo niebo się czerwieni«, rano zaś: »Dziś burza, bo niebo się czerwieni i jest zasępione«. Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie możecie?”. Inaczej mówiąc, apokalipsa jest tym, co naturalne, w żadnej mierze nie jest boska. To ludzie robią apokalipsę. Mamy dziś do czynienia z momentem wstrząsu, który w najwyższym stopniu mnie interesuje.

Jeśli istnieje jakaś współbieżność między ewolucją świata a tekstami Biblii, to jakie kierują one do nas przesłanie? Ostrzegają przed naszą własną przemocą. Mówią: trzeba się nią zająć. Ale nie mówią, że to Bóg interweniuje przy wzroście poziomu wód albo przy topieniu się lodowców na biegunie północnym. Wielcy przywódcy świata wciąż się zaś zastanawiają, kto w pierwszej kolejności ma prawo wydobywać ropę z tego regionu! Co, oczywiście, może tylko powiększyć ryzyko dla planety. Tu kryje się komiczność i tragiczność naszych czasów. Dobry sposób na słuchanie tych tekstów to uczynienie tego niepokoju naszym własnym dziełem, on bowiem nie pochodzi od Boga. Znaleźliśmy się w nim z jednej przyczyny: źle używaliśmy naszej władzy i wciąż tak robimy. Rozumiemy wszystko na odwrót. Nieprzerwany rozwój uzbrojenia zmierza w tym samym kierunku, tak samo jak biologiczne manipulacje, do których ludzie wciągają nie wiadomo już jakie moce, aby wciąż kontynuować walkę. Czy naprawdę możemy zaufać ludziom, wiedząc, że byli zdolni robić to aż do teraz? To szaleństwo człowieka zostało przewidziane i ogłoszone przez Ewangelię. Bóg nie ponosi tu żadnej odpowiedzialności. W tych okolicznościach nie widzę pilniejszego zadania niż niekończące się przypominanie rzeczywistego charakteru Objawienia i tekstów apokaliptycznych. Ale nawet Kościół już się do nich nie odwołuje.

 

Ma Pan bardzo pesymistyczną wizję historii…

Czy wie Pan, że w miarę jak narasta zagrożenie, coraz bardziej powszechne staje się głoszenie wizji optymistycznej? Państwa są w stanie dostrzegać problem, gdy już się on pojawi, tylko w krótkiej perspektywie. Ale czy wzięcie w jednym czasie pod uwagę wszystkich problemów, które napierają na naszą epokę, nie jest przerażające? Przyszłość świata zdaje się całkowicie beznadziejna. A jednak to właśnie to, czym trzeba się zająć – jeśli chcemy, żeby nasze dzieci i wnuki mogły żyć na ziemi, gdzie wciąż miałoby to sens. To, co próbuje dziś nas ostrzec, przychodzi w zupełnie ateistycznej atmosferze. Ludzie naszych czasów nie są w stanie pojąć wagi i sensu apokaliptycznych tekstów Biblii. Apokalipsa ma określone trwanie, jeśli te czasy nie zostałyby skrócone, nie ostałby się żaden wyznawca jedynego Boga. W wielkich tekstach synoptycznych Ewangelii czasy te są długie, jesteśmy całkowicie wewnątrz nich. W gruncie rzeczy nie jestem pesymistą. Oczekuję, jak każdy chrześcijanin, nadejścia Królestwa Bożego.

 

Biorąc za punkt wyjścia Pańskie analizy, jakie słowa zalecałby Pan Kościołom?

Przede wszystkim konieczne jest, by czytać 24. rozdział Ewangelii według św. Mateusza, 13. Marka oraz kilka ustępów z Ewangelii Łukasza. Ale jak rozumieć te fragmenty? Dla mnie człowiek znajduje się zasadniczo w warunkach rywalizacji i przemocy. Pociąga to za sobą zaburzenie każdej wspólnoty i kończy się na zjawisku kozła ofiarnego. W chrześcijaństwie nie może się już ono więcej wytworzyć, ponieważ zrozumieliśmy je wystarczająco dobrze. Aby zjawisko to mogło powstać, koniecznie trzeba wierzyć, że ofiara jest winna. Mieć kozła ofiarnego to nie wiedzieć, że się go ma. A w konsekwencji wiedzieć, że on jest, oznacza być pozbawionym ofiarniczych sposobów na powstrzymanie przemocy. Jesteśmy w takiej oto sytuacji, jesteśmy konfrontowani z nasza własną przemocą i jedyne rozwiązanie – to, które znajduje się właśnie w chrześcijaństwie – pojawiające się jako pierwsze, znacznie wcześniej niż inne, to obietnica Królestwa i powszechny brak odwetu. Logika jest doskonała. Z tej perspektywy nie mogę nic więcej, niż życzyć, by zwrócono się do Chrystusa. W głębi duszy jestem po prostu chrześcijaninem w klasycznym wydaniu…

 

A co powiedziałby Pan pełniącym dziś władzę polityczną?

Że trzeba zrobić wszystko, aby przerwać te pozbawione końca procesy, które prowadzą nas do zupełnej destrukcji. To znaczy, że należy zaakceptować środki, które są dzisiaj wciąż nie do pomyślenia. Jeśli to konieczne, obniżyć produkcję, by ratować planetę. Wielu Amerykanów związanych z obozem republikańskim sądzi, że wszystkie te apokaliptyczne dyskursy nie mają na celu nic innego, jak tylko przeszkodzić im w zarobieniu pieniędzy, na które zasługują. Konsekwencje tej beztroski są realnym zagrożeniem dla ludzkości. Problem polega na tym, że decydenci, którzy zaczęliby mówić prawdę, nie zostaliby wybrani. Kto może przyciągnąć głosy współobywateli, propagując politykę ograniczeń we wszelkich domenach albo usiłując zakazać używania samochodów? Jak można dziś nie schlebiać opinii publicznej i ogłaszać nowe nieszczęścia?

Bez wątpienia ewolucja naszej planety będzie zależeć od trudnych i wymagających wysiłku środków, jakie będziemy w stanie zastosować. Niemniej demokracja nie jest przygotowana na to, by stawić czoła tej pilnej sytuacji.

Znajdujemy się właśnie w apokaliptycznej perspektywie. Czy strach – jak sugeruje Hans Jonas  – nie mógłby wytworzyć warunków, by odwrócić tę sytuację? Strach jest pedagogiczny, ale tylko do pewnego stopnia. Czy będzie on wystarczający? Wydaje mi się to wielce niepewne. Trzeba kontynuować informowanie opinii publicznej, że wszystko skończy się źle, bo bez tego nigdy się jej nie przebudzi. Ogłoszenie apokalipsy oznacza jedyny dyskurs, który może przyczynić się do uratowania świata. Problem decydentów polega na tym, że sytuują się zawsze w krótkiej perspektywie. Podstawa religijności, na planie społecznym i politycznym, jawi się – przeciwnie – jako myślenie o kontynuacji, troska o przyszłość. W dyskursie religijnym przypomina się wszystkie tradycje, które domagają się podtrzymania, takie jak np. rodzina. Tradycje, które mają powściągnąć doczesność, jaka nam ucieka. Religie są więc w pewnym stopniu konserwatywne.

 

Czy zgodziłby się Pan ze stwierdzeniem, że „chrześcijaństwo to religia stanowiąca wyjście z religii”?

Ci, którzy tak mówią, jak np. Marcel Gauchet, robią to na sposób ateistyczny i humanistyczny – postrzegają koniec religijności w perspektywie postheglowskiej. Podczas gdy ja ze swojej strony twierdzę, że wyjście z religii to funkcja chrześcijaństwa od samego jego początku. Chrześcijaństwo nie jest religią jak wszystkie inne. Religie mają bóstwa, zasady, doktryny… Chrześcijaństwo nie uczy nas, kim jest Bóg – albo inaczej: jeśli Go znamy, to tylko za pośrednictwem Chrystusa. Jego śmierć nauczyła nas, czym są religie, odsłaniając mechanizm ofiarniczy, który je funduje. Nauczanie Chrystusa jest jedynym, które obnażyło pełen przemocy początek ludzkości i jego kulturowe podtrzymywanie. Niepowodzenie tego nauczania i Pasja, która stanowi ofiarę najbardziej nie winnego ze wszystkich, otwierają wrota do powolnego zrozumienia nieznajomości mechanizmu ofiarniczego.

Od wielu lat bronię idei, że to objawienie mechanizmu przemocy, ofiary jest wpisane w sam tekst Ewangelii. Pytanie jednak: „Dlaczego religie istnieją?”. W moim odczuciu dlatego, że wyobrażamy sobie, iż ofiara naprawdę ponosi odpowiedzialność i może doprowadzić do pojednania. W rzeczywistości to czysto ofiarnicze zjawisko może przemieścić się na obojętnie kogo. Chrystus nie jest oczywiście obojętnie kim, ponieważ On zaakceptował swoją śmierć, aby pozwolić ludziom zrozumieć, czym w rzeczywistości są religie. Ta funkcja Chrystusa przyznaje chrześcijaństwu miejsce, które pozwala Mu uznać nawet nowoczesną antyreligijność w tym, co jest w niej prawdziwego.

 

Czy pojawienie się fundamentalizmów nie jest sposobem na przywrócenie religii?

Tak i nie. Fundamentalizm to przede wszystkim walka w imię religii. Fundamentaliści należą do tego samego ruchu co ateiści, którzy są wojownikami tej lub innej ideologii. Ogólnie rzecz biorąc, fundamentaliści, których spotykamy w USA, są raczej ignorantami, ale chcieliby bardzo, żebyśmy zostawili ich w spokoju i systematycznie nie atakowali za ich przekonania przeciw małżeństwom homoseksualnym – przekonania, które postrzegają jako zgodne z ich tradycyjną lekturą Biblii. Są oni w rzeczywistości mniejszością i w niczym w USA nie dominują. Niemniej kieruję w stronę fundamentalistów zasadnicze zastrzeżenie: przypisują oni Bogu lub ponadnaturalnym zjawiskom to, co przynależy w rzeczywistości ludziom. To z tego powodu są absurdalni, a nie z powodu swoich przekonań, które mamy w zwyczaju kwalifikować jako zacofane.

 

Jak rozumieć ofiarę tych terrorystów, którzy oddają swoje życie, aby odebrać je innym?

Tego nie pojmujemy. Stoimy przed kulturą śmierci, która się nam wymyka. 11 września 2001 r. był początkiem nowej fazy. Współczesny terroryzm pozostaje wciąż do przemyślenia. Nie rozumiemy tego, kim jest terrorysta gotowy umrzeć, by zamordować Amerykanów, Izraelczyków czy Irakijczyków. Nowością w stosunku do zachodniego heroizmu jest to, że narzuca się cierpienie i śmierć, poddając się im, jeśli zachodzi potrzeba, samemu. To „narastanie przemocy aż do ostateczności” wychodzi poza nasz wszechświat.

Wierzę, że jesteśmy związani z życiem w sposób, który nie daje nam do niego dostępu. Terroryści przekraczają nas, mamy wrażenie, że nie możemy już dalej podjąć refleksji. To zagrożenie – z samego tylko powodu, że go nie rozumiemy. Nie możemy negocjować. A tym bardziej prowadzić wojny przeciw terroryzmowi, nie wiedząc nawet, gdzie są terroryści, jeśli istnieją, jeśli chcą negocjować… Amerykanie popełnili błąd, „deklarując wojnę” przeciw Al-Ka’idzie, nie wiedząc, czy ona istnieje. Prezydent Bush zareagował zgodnie ze swoim amerykańskim instynktem, jakby chodziło o zwyczajowego przeciwnika.

Głęboko się pomylił. Sądził, że odpowiada na oczekiwanie. Ale bez refleksji. Wiedział, że Amerykanie oczekują działania. Stąd wojna w Iraku… Absolutna głupota! Era tradycyjnych wojen jest zakończona – niemniej wojna jest wszędzie. Weszliśmy w erę przejścia prowadzącą do działania uniwersalnego. Nie ma już więcej świadomej polityki. Jesteśmy blisko końca.

 

Umiejscawia Pan Chrystusa w centrum historii ludzkości, a jakie miejsce przyznaje Pan innym religiom?

Inne religie były konieczne dla nadejścia chrześcijaństwa. Edukacja człowieka dokonuje się przez religie. Religie niechrześcijańskie są na pewnym etapie rozwoju ludzkości niezbędne. To one umożliwiły przejście ze zwierzęcości do człowieczeństwa. Ale chrześcijaństwo położyło kres takim religiom i umieściło nas przed apokalipsą.

Ofiary np. nikt nie jest w stanie zdefiniować, wydaje się to zbyt oczywiste. Chodzi o przemoc podmiany, niezbędną, aby przenieść ludzki gniew. Chrześcijańskie określenie na jeden z grzechów głównych to właśnie gniew, bardziej niż obraza. Grzech pierworodny to przemoc lub raczej zarazem: pycha, gniew, przemoc. Islam ze swojej strony nie mówi nic przeciw przemocy. Czasami akceptuje ją jako nośnik objawienia się Boga. Nie ma w nim chrześcijańskiego obowiązku, by zwalczać to, co pochodziłoby z przemocy. W pewien sposób islam jest religijną ideologią, która pozostaje zanurzona w archaizmie. Tym różnią się od judaizmu. W Biblii znajdujemy pierwsze religijne teksty, w których ofiara jest niewinna. Na przykład historia Józefa: doskonale czujemy, że zmierza ku chrześcijaństwu, jest całkowicie profetyczna, w chrześcijańskim sensie tego słowa. Dokładnie dlatego że czyni z ofiary ofiarę swoich braci. Historia zaczyna się przez wyjście z samosądu, a ten samosąd jest tym dotyczącym niewinnego, a nie winnego… Jest w tym już los Jezusa.

 

Co odpowie Pan tym, którzy, wzorem Michela Onfraya, uważają że to religie są źródłami przemocy i wojen?

To myśliciele są tym źródłem – jeszcze do Augusta Comte’a. Człowiek, który uważał, że religie były zasadniczo odpowiedzią na pytanie o początek świata. Dobry dzikus pod gwieździstym niebem, który medytuje nad wszechświatem i zastanawia się, skąd się to wzięło… Ściśle rzecz biorąc, archaiczne religie nie mają z tym nic wspólnego.

W odniesieniu do tego, co bierze się z przemocy, należy pamiętać, że w każdej epoce zabijamy w imię tych rzeczy, które ona przynosi. W epoce feudalizmu szacowaliśmy, że królewska sprawiedliwość umożliwiała pokój powszechny. Począwszy od królów, wierzyliśmy już, że spory dynastyczne były źródłami wojen. Kiedy nastaje republika, Clausewitz widzi bardzo jasno, że wytwarza ona mobilizację ludzi na rzecz wojny, która do tej pory była sprawą księcia. Źródeł przemocy zawsze poszukiwano gdzieś indziej, zawsze wskazywać będziemy najważniejszą w danym czasie rzecz… A to człowiek – ma się rozumieć – jest tym, który stanowi źródło całej przemocy.

 

Chrześcijaństwo postrzega Pan dziś jako religię porzuconą, jeśli nawet nie pogardzaną…

Chrześcijaństwo jest zupełnie pogardzane. I jest ono w tym przypadku wyjątkowe. Jest pogardzane szczególnie w Europie, ponieważ trzeba się przed nim bronić. Głosi ono, że ludzie są pełni przemocy, zakłócając nasz archaiczny spokój. Chrześcijaństwo nie zostało w rzeczywistości przyjęte, ponieważ nie zostało zrozumiane. Trzeba wrócić do tekstu i przesłania Ewangelii…

 

To zabieg protestancki, jeśli…

Czy wie Pan, że katolicy zawsze myśleli, że jestem protestantem? Szczerze mówiąc, protestantyzm, katolicyzm… to nigdy nie miało w moich oczach wielkiego znaczenia. Katolicy są tak samo wystawieni na wpływ protestantów jak protestanci na oddziaływanie katolików. Spostrzeżenie to jest oczywiste dla kogoś, kto mieszka w USA. Protestanci rozumieją wartość jedności. Zwłaszcza intelektualiści bardzo przyglądają się dzisiaj temu, co się dzieje w Kościele katolickim. Okazuje się, że najwięcej nawróceń na katolicyzm dokonuje się obecnie w USA. Trzeba powiedzieć, że życie intelektualne na amerykańskich uczelniach jest zdominowane przez postacie katolickie. Biali anglosascy protestanci są bardziej przyciągani przez biznes. Być może to zmartwienie dla języka władzy, dla języka dającego się słyszeć w świecie, który kwestionuje dziś myśl amerykańską. Stąd być może ten nowy powab katolickiego uniwersalizmu.

 

Tragedia będzie według Pana ostatnim słowem historii?

Po grecku tragedia to trogos. To śmierć tej ofiary, która ostatecznie doprowadza do zgody. Zatem to również katharsis. Grecka tragedia powtarza po prostu narodziny religii. To śmierć ofiary przynosi pokój, powodując oczyszczenie od przemocy. Pozostaje jednak niepewność co do prawdziwości winy ofiary. To prowadzi do sensu chrześcijaństwa. Ale akceptować prawdę chrześcijaństwa to uwolnić się od tragedii, to być poza czy też ponad tragedią. Nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi. Ale wiemy za to, że apokalipsa to nie smutek – w tym sensie, że jeśli rzeczywiście się do niej zbliżamy, to znaczy że zaczynamy przechodzić do nowej rzeczywistości. Ogłaszają to apokaliptyczne rozdziały Ewangelii, nie jest to jednak happy end. Opatrzność to zawsze nadzieja, apokalipsa to pewnik.

 

Niemniej nie wezwano nas do strachu, ale do zaufania…

„Nie lękajcie się”. To apokaliptyczne wyrażenie znajduje się w Ewangelii. To nie jest łatwe ani przyjemne, ale Chrystus mówi: „Nie martwcie się!”. Trzeba wytrwać aż do celu, tak jakby nic się nie stało. Wezwanie ludzkości trwa. Myśleć apokalipsę naprawdę to myśleć tragedię nadchodzących czasów w chrześcijańskim świetle, które jest całkowicie optymistyczne. To nie będzie zupełny koniec, ale nadejście Królestwa Bożego. Królestwa, dla którego nie mamy żadnego zrozumienia. Ale nieważne, ponieważ ono już się do nas zbliża.

_

Tłumaczył Mateusz Burzyk

 

René Girard (1923–2015) – Francuski filozof, antropolog kultury, członek Akademii Francuskiej, związany przez lata z Uniwersytetem Stanforda. Twórca teorii mimetycznej. Napisał m.in.: Sacrum i przemoc, Kozioł ofiarny, Początki kultury, Achever Clausewitz.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata