70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Palący wstyd

Miałem nadzieję, że 50 lat po Marcu antysemicka retoryka w mediach publicznych należy już bezpowrotnie do przeszłości. Myliłem się. Oto bowiem w styczniu 2018 r. państwowa telewizja znów otwarła puszkę Pandory

Kiedy jesienią ubiegłego roku razem z Romanem Graczykiem podejmowaliśmy decyzję o wystąpieniu ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, czyniliśmy to na znak protestu wobec braku reakcji SDP na – naszym zdaniem radykalne – upolitycznienie mediów publicznych (zwłaszcza TVP) po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość. Media te – pisaliśmy w ogłoszonym wówczas oświadczeniu – „w ostatnich latach stały się tubą propagandową partii rządzącej. Treść i styl tej propagandy osiągnęły poziom przypominający nam praktyki z czasów »dekady dynamicznego rozwoju« lat 1970–1980. Podobna jest napastliwość wobec myślących inaczej niż rządzący, podobnie pomijane (lub minimalizowane) są fakty niepasujące do kreowanego obrazu rzeczywistości, nachalnie poszukuje się też wrogów »jedynie słusznej« linii partii i rządu. Media zwane dawniej publicznymi, a obecnie narodowymi, tworzą obraz rzeczywistości drastycznie nieadekwatny do faktów. Kreują pewnego rodzaju »nierzeczywistość« – zjawisko, którego powrotu w suwerennej Polsce nie oczekiwaliśmy w najczarniejszych snach”.

To właśnie temu oświadczeniu, jak podejrzewam, zawdzięczam zaproszenie do napisania dla „Znaku” artykułu porównującego język rządzonych przez PiS mediów publicznych i język królujący w tzw. środkach masowego przekazu w marcu 1968 r.

Na pierwszy rzut oka rzecz wydawała mi się dość prosta. Wystarczyło przecież, myślałem, sięgnąć do analiz prof. Michała Głowińskiego, autora Marcowego gadania, i pokazać, jak – wtedy i teraz – za pomocą języka buduje się obraz wroga (np. „Platforma ramię w ramię z esbekami…”); jak używa się słów jednoznacznie oceniających rzeczywistość (opozycja „totalna” w przeciwieństwie do „konstruktywnej”); jak zmienia się sens niektórych terminów (dobrym przykładem może być słowo „pucz”: według mediów sprzyjających rządowi ponad rok temu w Sejmie mieliśmy do czynienia właśnie z „próbą puczu”). Należało następnie zacytować kilka zbitek pojęciowych (takich jak „ulica i zagranica”), przytoczyć treść kilkunastu pasków informacyjnych (emitowanych zwłaszcza w TVP Info) i zrekonstruować mechanizm szczucia: przeciwko uchodźcom, fundacjom pozarządowym (zwłaszcza jeśli wśród ich działaczy są osoby związane np. z b. prezesem Trybunału Konstytucyjnego), lekarzom-rezydentom, sędziom czy wreszcie niektórym europarlamentarzystom (na czele z Różą Gräfin von Thun und Hohenstein).

Dobrze zatem wiedziałem, o czym powinienem pisać. Jednak na przełomie stycznia i lutego br. wybuchł spór o nowelizację ustawy o IPN. W jednym momencie tamte kwestie, choć obiektywnie nadal przecież bardzo istotne, subiektywnie straciły na znaczeniu. Bo – jak mówi stare powiedzenie – „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. A codzienne bolączki przestają być ważne, kiedy nadciąga kataklizm.

Gdy piszę te słowa, od uchwalenia przez Sejm nowelizacji wspomnianej ustawy minęło zaledwie kilkanaście dni, a ja (w miarę uważnie śledząc media publiczne) czuję się tak, jakby przeniesiono mnie w przeszłość, do roku 1968.

Déjà vu? Sęk w tym, że nie tylko ja tego doświadczam. Oto fragment listu, który otrzymałem od zaprzyjaźnionego emerytowanego już pracownika wyższej uczelni: „Czujemy jak, niby pod inną postacią, wraca komuna. (…) Wstyd powiedzieć, ale przysłowiowy polski antysemityzm gwałtownie podnosi głowę. Jeszcze do niedawna wstydem były wypowiedzi antysemickie – teraz są one na porządku dziennym. (…) Wstajemy z kolan, by upaść twarzą w błoto”.

Celną diagnozę sytuacji, odczuwanej przez część społeczeństwa jako powtórka Marca, postawił niedawno na Twitterze redaktor „Gazety Wyborczej” Wojciech Czuchnowski: „Marzec’68 – Luty 2018. Analogie: 1) zorganizowane oburzenie ludu na Izrael; 2) władza potępia »poniżanie Polski«; 3) w mediach historie o bohaterskich Polakach ratujących Żydów oraz świadectwa polskiej szlachetności; 4) nagonka na wszystkich, którzy mówią i piszą prawdę”.

Nic dodać, nic ująć.

W Marcu – pisał Michał Głowiński – „na pierwszy plan wszelkich poczynań propagandowych wysunęła się kategoria wroga. Odżyła też owa spotęgowana napastliwość (…) wynikająca z przeświadczenia o wyższości własnej doktryny, a przede wszystkim – z poczucia bezkarności i z pogardy dla innych. (…) [Istotnym czynnikiem było] zaostrzenie podziałów dychotomicznych (swój – wrogi, słuszny – niesłuszny itp.), z którymi wiążą się wyraziste postawy oceniające”. „Język [Marca] tworzył sztafaż quasi-patriotyczny, tak gorliwie wówczas wykorzystywany. (…) Zgodnie z tradycjami skrajnej prawicy był to »patriotyzm« skierowany przede wszystkim przeciw…” „Wielką rolę zaczęła odgrywać wywodząca się z tradycji prawicowych symbolika: ziemi, gleby, krwi, zakorzenienia, rdzenności. (…) Jednym z celów propagandy marcowej było kształtowanie tego, co nazwałbym nacjonalizmem zastępczym. Zastępczym, bo kanalizującym uczucia narodowe i przeżycia patriotyczne tak, by kierować je przeciw tym wrogom, których arbitralnie wskazano” (Nowomowa po polsku).

Wtedy, w Marcu, wróg mógł przybierać różne oblicza: kosmopolity, rewizjonisty, członka „cmokających nad sobą koterii” bądź „dalekich od społeczeństwa i zadufanych w swoją rzekomą mądrość” elit albo bywalca „kawiarniano-klubowych salonów”, które „korzą się przed Zachodem” i „nie rozumieją historii i tradycji narodu” (cyt. za Marcem’68 Piotra Osęki). Niemniej był pośród nich wróg najważniejszy, kwintesencja wszelakiej wrogości: „Zza wszystkiego, co złe na świecie, zza wrogów wszelkiej maści, wychyla się twarz Żyda zwanego syjonistą” (Głowiński, Pismak 1863 i inne szkice o różnych brzydkich rzeczach).

Wiem, iż wielu Polaków uważa tak do dzisiaj. Miałem jednak nadzieję, że ta retoryka – przynajmniej w mediach publicznych – należy już bezpowrotnie do przeszłości.

Myliłem się.

Oto bowiem 27 stycznia br., w Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu (!), telewizja publiczna – w programie Studio Polska, nadawanym na żywo w TVP Info – znów otwarła puszkę Pandory.

W trakcie programu wyemitowano kilkanaście jednoznacznie antysemickich wpisów z Twittera. Odwoływały się one m.in. do mitu „żydokomuny”, podważały wyjątkowość Holokaustu, zarzucały środowiskom żydowskim łączenie pamięci o Zagładzie z roszczeniami finansowymi, oskarżały Żydów o czarną niewdzięczność wobec ratujących ich (z narażeniem życia) Polaków…

I cóż takiego się stało? – wzruszy ramionami przeciętny użytkownik Internetu, przyzwyczajony do „szamba”, jakim bywają niemoderowane przez nikogo i otwarte dla „trolli” fora dyskusyjne. Zgoda, w Internecie nie takie rzeczy można przeczytać. Dostrzegam jednak zasadniczą różnicę między niczyim w gruncie rzeczy „oceanem” Internetu a telewizją publiczną. W tej ostatniej pewne rzeczy były dotąd – a przynajmniej: wydawały się – niemożliwe…

Niestety, to już przeszłość. No, może nie do końca. Trudno sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której – w czasie programu nadawanego przez TVP – na pasku informacyjnym pojawiłby się tweet obraźliwy dla prezesa PiS. Podobnie, jak mniemam, nie można by dziś w żaden sposób dotknąć kwestii i osób dla Narodu świętych (albo uznanych za takowe przez rządzących).

Co innego jednak, gdy sprawa dotyczy Żyda…

Gwoli sprawiedliwości trzeba tu przyznać, że władze TVP (i osoby prowadzące program) szybko odcięły się od antysemickich tweetów. Najpierw wytłumaczono, że… zawiodło oprogramowanie, za pomocą którego wybierane są one do emisji. Potem (30 stycznia, po – „marcowym” z ducha – odcinku programu W tyle wizji z udziałem dyrektora TVP2) Zarząd Telewizji Polskiej wydał wewnętrzny okólnik, w którym przypomniał o „zachowaniu odpowiedzialności i kultury w relacjonowaniu i komentowaniu kwestii, związanych z ostatnią nowelizacją ustawy o IPN i towarzyszącymi jej wydarzeniami”.

Ale antysemicki demon został już spuszczony z uwięzi. Wspomniane wyżej pismo, rozesłane do dziennikarzy i współpracowników TVP, okazało się mało skuteczne. Dobitnie pokazało to ogłoszone w lutym oświadczenie Ambasady Izraela w Warszawie: „Antysemickie treści niekontrolowanie pojawiają się zarówno w polskim Internecie, jak i mediach, szczególnie w TVP Info. Wprawdzie Krzysztof Czabański, szef Rady Mediów Narodowych, zakomunikował: »W mediach publicznych nie ma miejsca na wypowiedzi antysemickie«, lecz zjawisko to, niestety, nadal trwa. Na Twitterze 1 lutego TVP Info opublikowała wpis łączący reakcję Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią reprywatyzacji. Trudno o bardziej jaskrawy przykład antysemickiego fake newsa (…)”.

Ambasada w swoim oświadczeniu wymieniła zaledwie jeden antysemicki wpis – i, decyzją władz TVP, został on usunięty. Powtarzam: usunięto jeden wpis! Pozostałe – równie obrzydliwe – tkwią tam (zarówno na Twitterze, jak i na Facebooku TVP Info) do dzisiaj…

Ciekawe, że po emisji Studia Polska (27 stycznia br.) uwaga opinii publicznej skoncentrowała się na tych nieszczęsnych tweetach. Dość szybko w moim przekonaniu zapomniano o – oklaskiwanej przez część widowni! – antysemickiej wypowiedzi jednego z widzów, po której studio na chwilę opuścił wzburzony Adam Sandauer. Swoją drogą, zdumiewające, że owemu widzowi w porę nie odebrano głosu, że prowadzący natychmiast nie podjęli z nim polemiki… Przy okazji warto wspomnieć o swoistej „obronie” Sandauera, jakiej – w dobrej wierze – podjął się jeden z zaproszonych do studia gości: „Daj Bóg, żeby takich Żydów jak Adam było w Polsce dużo więcej!”.

Bo Adam Sandauer to niewątpliwie „dobry Żyd”, w przeciwieństwie np. do ambasador Izraela, wykreowanej w tym programie na głównego wroga Polski i Polaków (i znów: „zza wszystkiego, co złe na świecie, wychyla się twarz Żyda”). Jeden z obecnych w studiu dyskutantów zażąda więc od niej przeprosin, co widownia skwituje brawami, drugi zasugeruje, że jako persona non grata powinna z Polski wyjechać.

Oczywiście żaden (albo prawie żaden) z widzów Studia Polska nie powie, że jest antysemitą. Nie czuje się nim nawet autor słów, które tak mocno zabolały Adama Sandauera. Bo przecież – jak już prawie 60 lat temu pisał Tadeusz Mazowiecki – „antysemitów wśród nas nie ma. Nikt, poza jednym czy drugim fanatykiem, do takiej nazwy dziś się nie przyzna. Zawsze zresztą ludzie łagodni i dobrzy mówili: »Antysemitą to ja nie jestem, potępiam tego rodzaju postawę… ale ci Żydzi«”.

Na przełomie stycznia i lutego br. media publiczne – pod pozorem swobody debaty publicznej – usankcjonowały ten rodzaj antysemityzmu „ludzi łagodnych i dobrych”. Więcej jeszcze: za sprawą jednego ze stałych współpracowników TVP Info, cieszącego się w prawicowych mediach sporym autorytetem, okazało się, że w pewnych sytuacjach uzasadnione może być nawet użycie terminu „parch”…

Czymś normalnym staje się rzucanie fałszywych oskarżeń, formułowanych lub powielanych przez media publiczne. Na przykład pod adresem dyrektora Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotra Cywińskiego (że nie pozwala na wnoszenie polskich flag na teren obozu, a zgadza się na flagi izraelskie itp.) czy dyrekcji Muzeum na Majdanku (że niedostatecznie jasno informuje, iż był to obóz niemiecki). Oba muzea wydały wprawdzie oświadczenia ukazujące bezzasadność tych oskarżeń, ale kłamstwo już się rozeszło i powtarza je dziś – powołując się na telewizję – wiele osób.

Stara żydowska opowieść mówi, że naprawienie krzywdy wyrządzonej słowami jest równie trudne jak zebranie pierza, które porwał już wiatr…

Niełatwo będzie zatem zatrzasnąć puszkę Pandory… Skutki jej otwarcia widzimy już nie tylko w mediach. Oto np. w Zielonej Górze, na kamieniu upamiętniającym spaloną synagogę, właśnie teraz pojawia się napis: „Jude raus!”․ Działacze Ruchu Narodowego apelują do prezydenta RP: „Zdejmij jarmułkę, podpisz ustawę”. Jeden z duchownych chrześcijańskich – niekatolik, mieszkaniec małego miasteczka, zaangażowany w dialog z Żydami – znajduje na terenie należącej do jego Kościoła posesji martwego ptaka…

50 lat temu pisał Kazimierz Wierzyński:
„Gdzie tu jest ściana płaczu,
Gdzie tu niedola kamieniała od wieków,
Gdzie tu schodzą się Żydzi?
Ja chcę tam pójść,
Stanąć między nimi,
Pochylić głowę,
Polak, który się wstydzi”.

Tekst ukończono 8 lutego 2018 r


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter