fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prywatne jest polityczne

W odbiorze Wioletty Bojdy, autorki wstępu i zakończenia Zapisków intymnych, Świrszczyńska nie jest wystarczająco dobrą kobietą, obywatelką, pisarką, poetką, jest okropną matką, córką, żoną, jest nie tylko egoistyczna, ale i śmieszna, gdy np. postuluje podjęcie walki z alkoholizmem w Polsce. Dlaczego zatem pisać o takiej postaci?

Jeszcze kocham… Zapiski intymne to jedna z najbardziej wyczekiwanych książek mijającego – szczególnego dla pamięci o Annie Świrszczyńskiej – roku. 7 lutego 2019 r. przypadła 110. rocznica urodzin poetki, w związku z czym została matronką Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, w parze z innym tegorocznym jubilatem, Julianem Tuwimem (we wrześniu minęło 125 lat od narodzin poety), a z końcem lipca ukazały się niewydane wcześniej Zapiski intymne. Nie opublikowano jednak nawet drobnego wznowienia wierszy Świrszczyńskiej, wyboru tematycznego ani naprawdę potrzebnego zbioru wierszy wszystkich. Ostatnie pełne wydanie wierszy, czyli Poezja ze złotej serii Państwowego Instytutu Wydawniczego, ukazało się 20 lat temu. Wybór wierszy Kona ostatni człowiek dokonany w 2013 r. przez Konrada Górę w serii „44. Poezja Polska od Nowa”, przepadł na wydawniczym rynku, a zeszłoroczna antologia poezji miłosnej Znowu pragnę ciemnej miłości Joanny Lech zawierająca garść wierszy Świrszczyńskiej to jednak autorski, czyli niepełny, wybór. W 2013 r. wznowiono również dramaty Świrszczyńskiej (Orfeusz. Dramaty), ale czy to ze względu na niszowego wydawcę (Instytut Badań Literackich PAN), czy to jeszcze zwyczajniej z powodu niewielkiego zainteresowania tym gatunkiem na polskim rynku książki zauważone zostały w wąskim gronie, nie stały się wydarzeniem literackim i nie wpłynęły znacząco na rozpoznawalność poetki wśród młodszych pokoleń czytelników i czytelniczek, wyrosłych bez Świrszczyńskiej w obiegu literackim.

Zapiski intymne opublikowane zatem zostały bez wsparcia w postaci nowego wydania wierszy poetki, co może przynieść różne skutki: przekazane do druku przez córkę poetki świadectwa życia intymnego wyraźnie miały pozostać w rękopisach, nic nie wskazuje na to, by pisane były w innym celu. Rocznicowa premiera skłania do namysłu nie tyle (lub nie tylko) nad dziedzictwem Świrszczyńskiej i tym, jak jej twórczość wpłynęła na następne pokolenia poetek i poetów, nad skalą dokonanego wyłomu w myśleniu wierszem po polsku, ile nad zasadami, które należałoby wprowadzić do zarządzania intymistyką. Czy udostępnienie na szeroką skalę notatek tak surowych i nieliterackich, opatrzonych na dodatek przygniatającym wstępem i zakończeniem literaturoznawczyni Wioletty Bojdy (autorki rozprawy Anny Świrszczyńskiej odkrywanie rzeczywistości poświęconej debiutanckiej książce Świrszczyńskiej z 1936 r.), tak mocno ukierunkowanym, tak mocno oceniającym autorkę i bohaterkę książki pomaga w zrozumieniu jej nieistniejącego (przez brak wznowień) we współczesnym obiegu literackim dzieła? Czy brak poetyckiego kontekstu (zasoby biblioteczne i działalność profilu „Polecam poczytać Świrszczyńską” nie załatwią sprawy) i zaburzone proporcje (literaturoznawcze opracowanie stanowi większość książki) nie są zbyt dużą przeszkodą? Obawa, że w tym przedsięwzięciu przepadnie sama Anna Świrszczyńska i jej twórczość, okazuje się uzasadniona. Opowieść o życiu miłosnym poetki wykoleja się tutaj tak, jak nie robią tego wiersze Świrszczyńskiej: niby tak samo przenagie, niby tak samo bliskie doświadczenia. A jednak to, co potrafi zrobić sama poetka, jest poza zasięgiem badaczki podającej do druku Zapiski intymne, których wydanie, zwłaszcza w tak jednoznacznie ukierunkowany sposób, budzi opór. Bez możliwości porównania wierszy z tekstem wprowadzenia można zwątpić, czy rzeczywiście jest się czym zajmować, czy warto twórczość Świrszczyńskiej poznawać. Oby tak się nie stało.

Zasady pisane i te nie
Może kilka lat temu, jeszcze przed epoką mediów społecznościowych, Jeszcze kocham broniłoby się jako wyjątkowa szansa wglądu w prywatne życie poetki. Jednak w samym środku gorączki biograficznej, a właściwie: w środku kolejnej fali gorączki biograficznej, apetyt na wiedzę o cudzym życiu rośnie w sposób niepohamowany i pobrzmiewa inaczej niż chęć lepszego poznania autora czy autorki ulubionych czy ważnych utworów literackich, a przez to lepszego zrozumienia tej twórczości. Stawką jest już nie tyle odpowiedź na pytanie, skąd wziął się ulubiony wiersz, ale rów nież próba przełamania granic prywatności. Dziś, gdy prywatność jest tak cenna, bo i trudna do utrzymania, odsłanianie intymnego życia poetki wydaje się raczej nadużyciem niż szansą na wejście w dialog, rozczytanie zaszyfrowanych sensów.

Trzydzieści pięć lat po śmierci poetki okazuje się, że prywatność – inaczej niż w jej twórczości – nie tyle i nie tylko może być polityczna, ile przede wszystkim pożądana, jak łatwy łup. Tak jak w wierszach Świrszczyńskiej przestrzenie domu, relacje międzyludzkie (międzypokoleniowe, między kochankami, przyjaciółmi, współpracownikami) opowiadają historie władzy, podległości i przemocy w drodze ku rozpoznaniu ich, zdekonstruowaniu i uwolnieniu się od nich, tak w książce Wioletty Bojdy prywatność staje się towarem do przejęcia i nieprzystającej do podejmowanego zadania oceny. Czy można dokonywać ich w biograficzno-literaturoznawczym tekście? Czemu właściwie mają służyć? Skupiona na sobie, zarabianiu pieniędzy i zajmowaniu korzystnej pozycji w obowiązującym systemie, niezdolna do pogodzenia się z upływającym czasem, a co za tym idzie, ze zmianą uczuć męża, Jana Adamskiego, który nawiązał romans z sąsiadką, Haliną Poświatowską, bezwzględna w wywalczaniu warunków do pracy, niechętna poświęceniu się w pełni dziecku – taki portret, wyjątkowo grubą kreską, szkicuje autorka opracowania Zapisków intymnych. Nie tylko brak wyrozumiałości i zrozumienia dla miłości Adamskiego i Poświatowskiej zarzuca Bojda swojej bohaterce – Świrszczyńska głęboko przeżywa zdradę, a potem rozwód, zgodnie z konserwatywnym sposobem myślenia powinna w cichości ustąpić młodszej, ładniejszej, na dodatek chorej Poświatowskiej (to jedna z wielu trudnych do pominięcia ocen dokonywanych we wprowadzeniu do Zapisków intymnych życia i twórczości ich autorki). „Egoizm” jako zarzut główny wraca tutaj konsekwentnie, zgodnie z powszechną oceną społeczną kobiet ambitnych i walczących o ważne dla sobie sprawy, kobiet skupionych na wykonywanej pracy, zadaniu, sztuce.

Czytając tekst opracowania pod koniec drugiej dekady XXI w., nie sposób nie myśleć o sile reakcyjnej fali, która odpowiada na feministyczne postulaty, nawołując do przywrócenia dawniejszego porządku. Już nie odwaga i ambicja, ale egoizm kłótliwej, niezdolnej do wycofania się, odstąpienia miejsca młodszej i ładniejszej kobiecie zołzy jest w interpretacji i tekście Bojdy cechą charakterystyczną Świrszczyńskiej. Niby ocena jest prawem każdego i każdej z nas, ale w przypadku literaturoznawczyni czy biografki (lub literaturoznawczyni zajmującej się biografią autorki tekstów literackich) sprawa wygląda inaczej. Nie mamy bowiem do czynienia z osobistą wypowiedzią ani szkicem akcentującym osobiste przeżycie, relację czy punkt widzenia – tego rodzaju afektywne pisanie o cudzym życiu ma się przecież świetnie i spełnia ważną funkcję. Gdy jednak otrzymujemy tekst sugerujący obiektywność, podbudowany autorytetem uniwersytetu nie tylko przez dorobek i eksponowaną afiliację autorki, ale także nazwiska recenzentów naukowych, czyli Marka Bieńczyka i Aleksandra Nawareckiego, to tworzone jest w ten sposób wrażenie, że mamy do czynienia z pracą oddającą faktyczny stan rzeczy, że portret zaproponowany przez Wiolettę Bojdę jest tym prawdziwym, nawet obowiązującym w przyszłości – o Świrszczyńskiej nadal wiadomo mało, a jeśli już coś wiadomo, to w wąskich gronach osób badających historię i herstorię literatury. Dokonała się tutaj wyraźna manipulacja, taka szkoda, że raczej w pustce – w innym przypadku można by zderzyć prace, szkice, interpretacje. Książka wydana nie w niszowej oficynie, ale tak by jej zasięg był możliwie najszerszy, ustawia tryb lektury i to, niestety, mocno konserwatywny. „Niestety”, bo przecież chodzi o poetkę przekraczającą obowiązujące wówczas ramy estetyczne, literackie, obyczajowe. Proponowany, a właściwie przedstawiany nie jak propozycja, tylko prawda, typ odbioru jest próbą przesunięcia czy wycofania Świrszczyńskiej na pozycję nienormatywną. W odbiorze autorki wstępu i zakończenia Zapisków intymnych Świrszczyńska nie jest wystarczająco dobrą kobietą, obywatelką, pisarką, poetką, jest okropną matką, córką, żoną, jest nie tylko egoistyczna, ale i śmieszna, gdy np. postuluje podjęcie walki z alkoholizmem w Polsce. Dlaczego zatem pisać o takiej postaci? Nie rzecz w tym, by wystawiać laurki czy przesłaniać niewygodne, trudne fragmenty życiorysu. Pisanie o cudzym życiu musi jednak wiązać się z podjęciem pracy rozumienia postaci targanej sprzecznościami, a tutaj dodatkowo pokazywanej w najbardziej może delikatnym momencie. Odsłanianie zapisków nieprzeznaczonych do druku wymaga szczególnego podejścia. Szkic Bojdy, pełen oskarżeń, skrótów, stronniczy i tendencyjny, te nagie, prywatne, pozbawione walorów artystycznych zapiski traktuje jak możliwość łatwego zwycięstwa – można nad nimi zatriumfować bez przeszkód. Czemu ma ten triumf służyć? I czyja właściwie jest to wygrana?

A jednak – Świrszczyńska
Może to jednak wygrana Świrszczyńskiej? W końcu to budzące zdumienie, zniecierpliwienie, a także irytację opracowanie Zapisków intymnych ma swoje zalety: oferuje pełną bibliografię oraz obszerne cytaty ze źródeł. Jeśli czytać te wypisy samodzielnie, porównując własne wnioski z tymi, do których doszła autorka, można dzięki tej wypracowanej formie niezależności dać świadectwo krytycznej lektury tak jednoznacznej interpretacji wydarzeń. Dzięki licznym świadectwom przeprowadzonej kwerendy możliwe staje się wykonanie samodzielnej pracy, zbudowania portretu nie tyle w kontrze, ile osobnego. Anna Świrszczyńska może wygrać tę rundę, bo w końcu to powinna być jej książka: jej twarz i nazwisko są na okładce, historie jej kryzysów, dramatów, olśnień, seksualnego przebudzenia i uleczenia obejmują Zapiski intymne: „a jednak kocham” – napisała 3 czerwca 1969 r. (zmodyfikowana wersja zapisu stała się tytułem). To jej praca, jej aktywność, jej życie, zdolność do podejmowania wyzwań przeciw ramom społecznym, systemowym, kulturowym, poetycki i intelektualny radykalizm oraz umiejętność wyłamywania się spod władzy cudzego postrzegania są tutaj najważniejsze. Źle by się stało, gdyby w związku z tą książką autorka Szczęśliwej jak psi ogon (1978) czy Jestem baba (1972) została przejęta przez dookreśloną ocenę, ramę wyznaczającą zachowania akceptowalne dla kobiet, gdyby została wtłoczona w ograniczające formy obyczajowe, światopoglądowe, polityczne.

Waleczność Świrszczyńskiej jest imponująca i przebija się przez grubą warstwę wstępu i zakończenia: przytaczane podania składane z prośbą o przyznanie pieniędzy nie wyglądają ani na „histeryczne”, ani na przesadzone, są – niestety – nadal aktualne, a nawet mogą być rodzajem instrukcji dla współczesnych, bo również i dzisiaj kobieta domagająca się wynagrodzenia za pracę oceniana jest jako nieznośna, wykraczająca przed szereg, wywołująca dyskomfort. Pieniądze są potrzebne do pisania, do życia, do myślenia. Świrszczyńska, uwikłana w trudne relacje z rodzicami i mężem, musiała zarabiać, by te bliskie osoby utrzymywać. To, co w innej (męskiej?) opowieści wyglądałoby na niezłomność i godny podziwu upór, w ocenie Bojdy jest historią kolaboracji z systemem, żerowania na nim, nieprzystającego kobiecie czy poetce. W drobnych wyrażeniach, pojedynczych słowach manifestuje się stosunek literaturoznawczyni do swojej bohaterki: od wspomnianego już krytycznego traktowania słowa „egoizm” do określeń listów jako „epistoły”, Świrszczyńska staje się natrętną, zbyt często piszącą do Jarosława Iwaszkiewicza i domagającą się pomocy. Badaczka porównuje Świrszczyńską ze Zbigniewem Herbertem i robi to tak, by wykazać niezłomność poety i uległość poetki wpisującej się w socjalistyczny system mecenatu władz (kto jednak przeczytał biografię Herberta napisaną przez Andrzeja Franaszka, ten wie, że z tą niezłomnością różnie bywało: wsparcie kochających go ludzi, zwłaszcza kobiet, to legendarne niewpisywanie się umożliwiło, a Świrszczyńska takich możliwości nie miała).

Co by było, gdyby jednak, inaczej, niż chce badaczka stosująca podwójne standardy, założyć, że lewicowe odchylenie Świrszczyńskiej było autentyczne, że jej chęć zmiany świata nie była skłamana? Co by było, gdyby poważnie potraktować jej walkę o byt: własny, rodziców, córki, nawet dźwiganie rozrzutnego męża? Dzieje życia Świrszczyńskiej, nie tylko tego wycinka, który Zapiski intymne obejmują: po miłosnej nocy z Tadeuszem Różewiczem (13 maja 1969 r.) do zapisu kolejnego wyznania miłosnego Józefa Oleszczuka (20 października 1970 r.), to dzieje zmagań poetki wyprzedzającej swoje czasy, w praktyce poetyckiej dokonującej tych aktów emancypacji, na które za wcześnie było w teorii czy tzw. codzienności, nadal skrępowanej mieszczańskimi przesądami. Świrszczyńska odzyskuje władzę nad opowieścią o swoim życiu, pisząc o nim: przede wszystkim wiersze, ale i te intymne zapiski, z których wypływają jej żarliwość, młodość niezakłamująca upływającego czasu. Świrszczyńska ćwiczy się, samodoskonali, popełnia błędy, rozpacza i biegnie, zachwycając się, cierpiąc, chorując i kochając, wbrew negatywnym opiniom czy nawet próbom ośmieszania feministycznego przekazu. Wioletta Bojda kończy tekst sformułowaniem – wytrychem: „Jaka zatem naprawdę była Anna Świrszczyńska? A kto to wie…”. Nie najgorsze to zakończenie, bowiem przechwycone, staje się może początkiem nowej opowieści opartej na czytaniu już samej Świrszczyńskiej.

_

Anna Świrszczyńska

Jeszcze kocham… Zapiski intymne

oprac. Wioletta Bojda, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019, s. 160


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter