SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
 |
Ankieta
Wobec wojny
(fragmenty)
|
Halina Bortnowska
Na egzaminie wstępnym do gimnazjum wybrałam temat: "Wojna to nieszczęście". Wojna, którą znałam nie tylko z książek, właśnie dobiegała końca. Był kwiecień 1945. Mój tekst - dokładnie to pamiętam - był opisem wcale nie egzotycznej sceny: grupa przechodniów czyta obwieszczenie o rozstrzelaniu zakładników. Egzaminatorzy nie zdziwili się treścią, tylko formą, podejrzewając że ten reportaż musi być odpisany z jakiejś nieznanej im publikacji.
Nie dostrzegłam wtedy paradoksu, jaki łączył i dzielił tytuł i treść: wojna niosła takie nieszczęścia, ale było też prawdą, że tamta wojna została wypowiedziana agresorom i prowadzono ją po to, aby już więcej nie było list proskrypcyjnych i rozstrzeliwania zakładników.
Wiele lat później przyszło inne doświadczenie, do którego wciąż powracam: grzebanie w starych ruinach szpitala w Dreźnie, zrównanego z ziemią przez aliancki nalot dywanowy. Międzynarodowe grono młodych ludzi przygotowywało ten teren do ponownej zabudowy, szukając w gruzach ostatnich pamiątek. Wtedy znów powtarzałam sobie: wojna to nieszczęście - tutaj też.
I to jest może jedyna pewna i adekwatna odpowiedź na wszystkie pytania ankiety. Wojna może być skierowana przeciw nieszczęściu, ale sama pozostaje nieszczęściem. Nieszczęście leży w jej istocie. Nie można tego pominąć nawet wtedy, gdy naprawdę i rzeczywiście chodzi o walkę z napastnikami niosącymi nieszczęście. Szlachetny wojownik święty Jerzy okazał się legendą, przede wszystkim dlatego że smoki-pożeracze dziewic to potwory legendarne - czyste zło i samo zło. Legenda nie przypisuje im człowieczeństwa.
Dla mnie dziś obraz najsilniej skojarzony z ideą wojny to krwawe zmagania dwóch tytanów, z których żaden nie zasługiwał na święty miecz rycerski: Hitlera i Stalina, dwóch archiproducentów nieszczęścia, najpierw dla swoich, potem dla przeciwników - podbijanych i rzekomo wyzwalanych narodów. Ale wspomnijmy paradoks, który jest tu punktem wyjścia: nawet archiproducent nowego nieszczęścia może - choćby chwilowo - przerwać nieszczęście, które właśnie trwa. Obozy zagłady przestają działać. Uwięzieni wracają do swoich, choćby nawet wielu z nich nie wracało na długo.
Teraz do Waszych pytań. Wydają mi się zbyt abstrakcyjne. To znów próba ustalania schematu oceny, za którym tęsknią strudzone sumienia. Łatwiej stosować pewien schemat normatywny niż dopracowywać się za każdym razem nowego werdyktu uwzględniającego okoliczności.
1. Chrześcijanie zawsze mieli i mają udział w zabijaniu. Na przykład jako papieże, królowie i generałowie, a także żołnierze, sędziowie oraz obywatele wykonujący katowskie rzemiosło. Przeogromny udział w zabijaniu ma od wieków cała tzw. chrześcijańska Europa.
Kiedy udział w zabijaniu jest "dozwolony"? Kwestionuję ten termin. Nie ma pozwolenia. "Nie zabijaj" - to znaczy NIE ZA-BIJAJ. Ale czyny niedozwolone i same w sobie złe mogą być usprawiedliwione, całkowicie lub w części. Usprawiedliwienie nie jest przyzwoleniem. Jest aktem miłosierdzia: "Nieszczęśniku, żyjąc w świecie, który przed Tobą i wokół Ciebie wyrósł taki - nie zdołałeś inaczej przeciwstawić się złu, nie znalazłeś innej drogi; widziałeś konieczność zadania nieszczęścia, by ratować siebie, Twoich, a może świat przed nieszczęściem... Jeśli pragniesz usprawiedliwienia, lepiej zastanów się, czy i co musisz ratować za wszelką cenę, a więc i za tę cenę? Zbadaj, czy Ci się zanadto nie spieszy do radykalnego rozwiązania i czy nie kusi Cię horyzont zysków za cenę zadawania nieszczęścia".
2. Wszystko, co napisałam, wskazuje, że wojna nie może w całości, jako zjawisko, być czymś "sprawiedliwym". Jest nieszczęściem. Jej podjęcie może być czasem usprawiedliwione. Jestem jednak przekonana, że obecnie trudno usprawiedliwić podejmowanie kroków wojennych i kontynuowanie wojen. Świat dysponuje już możliwościami pokojowych rozstrzygnięć. To żmudna praca, ale może zakończyć się powodzeniem. Z drugiej strony widać też, że środki gwałtowne w najlepszym razie otwierają tylko pole dla pracy negocjacyjnej, którą i tak trzeba wykonać. Na pewno warto wyłożyć więcej pieniędzy na to, by uniknąć fazy wojennej, jeśli to tylko możliwe i jeśli wystarczy do powstrzymania nieszczęścia. Może już stać nas na szukanie pokojowych rozwiązań?
To kwestia podobna do problemu kary śmierci. Jan Paweł II wyraźnie i dobitnie twierdzi, że stosowanie kary śmierci we współczesnym świecie nie może być usprawiedliwione: dość już rozumiemy i dość mamy środków kontroli, by tej formy zabijania zaprzestać. Podobna logika może być zastosowana do problemu wojny.
3. Oczywiście - w sytuacji wojny miłość, caritas, może działać. Najpierw w postaci ofiarnej miłości do swoich i do wartości, które wraz z nimi są zagrożone. To ta miłość usprawiedliwia udział w wojnie (a brak jej kondotierom-najemnikom). Miłość nieprzyjaciół też może przetrwać, choć głęboko zraniona. Ta miłość jest trudnym bagażem dla ludzi wojny. Zakazuje nienawiści i pogardy dla przeciwnika, hamuje psychotechniczny zabieg odczłowieczenia ofiar, rozbija iluzję, że "nasza" wojna odbywa się bez strat. Nie pozwala na tworzenie statystyki tylko własnych ofiar. W obecności miłości ewangelicznej nawet "usprawiedliwione" zadawanie śmierci i nieszczęścia jest dramatem, a nie przygodą czy "wojenką". Jeśli z miłości nieprzyjaciół ma pozostać chociaż błysk, musimy wyrzec się kłamstwa o wojnie, całej retoryki, która ją upiększa i uszlachetnia wbrew przekonaniu, że nawet wojna zrazu usprawiedliwiona i zwycięska jest w gruncie rzeczy klęską. Musimy się wstydzić, że do niej doszło i pokutować za jej przyczyny, które obciążają nasze sumienie.
HALINA BORTNOWSKA, publicystka, działacz społeczny, członek zespołu "Znaku".
Andrea Riccardi
1. Jestem przekonany, że nie można zatrzymać się na ustalonym kodeksie postępowania, lecz trzeba podejmować ryzyko życia w świetle Ewangelii. Zresztą długie dzieje chrześcijaństwa widziały już, jak klarowne kodeksy postępowania bywały naginane w imię takich czy innych interesów, dostosowywane do nich nawet przy pomocy całego systemu interpretacji. Trzeba nam wziąć na serio Ewangelię oraz - jednocześnie - historię, którą przeżywamy. Encyklika Jana XXIII Pacem in terris, której czterdziestą rocznicę powstania uczczono w wielu wypadkach tylko retorycznie, ma punkty ogniskowe zasługujące na podkreślenie. Moim zdaniem pierwszy z owych punktów to wskazanie, że wojna jest straszliwym złem, a co więcej, że jest złem wciąż się potęgującym. Dlatego pokój jest dla chrześcijan zadaniem priorytetowym. Ponadto do wypełnienia owego zobowiązania powinni oni dążyć - jest to drugi punkt ogniskowy - poprzez odczytywanie "znaków czasu". Odczytywać znaki czasu to traktować serio historię.
I oto historia XX wieku pokazuje nam przez swój głęboki dramatyzm, jak bardzo należałoby unikać wojennych doświadczeń, ponieważ wstrząsają one człowiekiem i pozostawiają po sobie zatrute dziedzictwo. Podczas I wojny światowej nastąpiła rzeź Ormian i chrześcijan w imperium ottomańskim, pierwszy holocaust XX wieku. Pokój w Wersalu nasączył zwycięstwo trucizną, dając przesłanki dla II wojny światowej. W trakcie owego drugiego konfliktu miała miejsce Zagłada - próba zniszczenia narodu żydowskiego przez Hitlera. Pokój został zatruty (nad czym ubolewał Pius XII) wskutek pozostawienia połowy Europy pod dominacją sowiecką. Niemało jest przykładów stanowiących przestrogę przed szkodami, jakie niesie ze sobą wojna.
Kościół katolicki, mając charakter wspólnoty międzynarodowej, odczuwał wojny jako rozdzieranie własnego ciała. Tak więc sukcesywnie - od Benedykta XV mówiącego o "bezużytecznej rzezi" do Jana Pawła II przestrzegającego przed "przygodą bez powrotu" - pojmował wojnę jako rzeczywistość, której należy w maksymalnym stopniu unikać, prowadząc negocjacje. Takie jest przesłanie Kościoła, będącego "ekspertem w sprawach ludzkich". Niepokoi mnie łatwość, z jaką niektóre środowiska chrześcijańskie przychyliły się do decyzji o wojnie, również tej w Iraku. W moim poczuciu chrześcijanin, wierny Ewangelii oraz doświadczeniu historycznemu Kościoła i ludzkości, powinien zawsze pracować na rzecz uniknięcia wojny. W trakcie moich doświadczeń afrykańskich w ciągu ostatnich dwudziestu-dwudziestu pięciu lat widziałem, jakiej biedy wojna bywa matką...
2. Mówiąc, że pokój winien być poszukiwany na wszystkich możliwych drogach, nie chcę uprawiać pacyfistycznego fundamentalizmu. Być może wojny nie da się wyeliminować żadnym sposobem. Nie jest to jednak mój sposób rozumowania. Mam w pamięci takie przypadki użycia kazuistyki moralnej, które niezbyt mi się podobają. Wierzę natomiast, że chrześcijanin powinien szukać pokoju na wszelkie sposoby - co więcej, ukazywać (również w perspektywie rozsądku: oto wyzwanie!), że pokój jest możliwy, że istnieją drogi jego osiągnięcia. Dlatego lubię określać chrześcijanina terminem "czyniący pokój", co oznacza coś większego i lepszego niż pacyfizm. Zawiera się tu powołanie do pozytywnej odpowiedzialności. Faktycznie jesteśmy wszyscy trochę bierni w obliczu sytuacji międzynarodowej. Jestem przekonany, że w obecnym czasie, kiedy wielu potrafi dopuszczać się przemocy lub wręcz prowadzić wojnę, wielu może też wypracowywać pokój. Jan XXIII poprzez encyklikę Pacem in terris chciał promować wśród katolików generalne zaangażowanie na rzecz pokoju. Nie powiodło się to, gdyż w czasie zimnej wojny uważano, że sprawy międzynarodowe pozostają w wyłącznej gestii zamkniętego klubu dwóch imperiów. Nie było to jednak prawdą. Dziś nie jest nią tym bardziej. Istnieje możliwość pracy na rzecz pokoju, ujawniania zapomnianych konfliktów (z powodu których nikt się nie oburza, jak w przypadku Kongo z jego trzema milionami zabitych w ciągu ostatnich pięciu lat), popierania dialogu kultur i religii, przypominania o niektórych bolesnych problemach, nawet niewielkich i odległych, o których nikt nie mówi... Świat globalizacji czeka na obywateli otwartych na problemy uniwersum. Jest to jasne dla katolików, będących dziećmi pewnej uniwersalnej globalizacji... Nie chodzi tylko o to, by mówić wojnie "nie", ale by mówić - i nie tylko mówić - swoje "tak" pokojowi w sposób aktywny.
3. Kościół starożytny nakazywał zawsze pokutę każdemu, kto przelewał krew, jak też zabraniał duchownym nosić broń. Czy to były środki przeciw aktowi miłości? Nie chcę być fundamentalistą idei pokoju, lecz również religijne fundamentalizmy wojny i przemocy wydają mi się bezsensowne. A jednak będą one stanowić trudny problem religijny jutra: myślę o konfrontacji z neoprotestantyzmem w Stanach Zjednoczonych, Ameryce Łacińskiej i Afryce, całkiem odmiennym od Kościołów reformacji. My nie uświęcamy wojny! Najwyżej pozwalamy na nią w poczuciu twardego realizmu, bez dawania jej błogosławieństwa i stosowania religijnego kamuflażu. Nie zabijaj nieprzyjaciół: czyż to nie stanowi fundamentu obecnej demokracji obowiązującej w naszych społeczeństwach? Nie eliminować tego, kto jest inny, kto mnie drażni swoim myśleniem i działaniem... Czy więc nie trzeba by dążyć do myślenia w jakiś podobny sposób na forum społeczności międzynarodowej? Jest to więcej, niż się zwykle myśli. Mądry włoski ksiądz, Luigi Sturzo, założyciel Włoskiej Partii Ludowej w roku 1919, wygnany przez reżim faszystowski, pisał, że należałoby mieć tę samą odwagę, która towarzyszyła zniesieniu niewolnictwa, także wobec wojny. Zresztą istnieje cała biblioteka dawnych tekstów, w których utrzymywano, że bez niewolników gospodarka nie będzie postępować naprzód. Historia zademonstrowała coś przeciwnego. Utopia? Być może potrzebujemy wielkich marzeń, z którymi przyjdzie nam się mierzyć. Także Unia Europejska wydawała się wielkim snem, ale dzisiaj zbliża się do urzeczywistnienia. I nie zapominajmy, że Unia Europejska znaczy przede wszystkim "pokój europejski", czyli pokój między tymi narodami, które przez wieki tępiły się nawzajem.
Konkludując: pokój ma dla chrześcijan wymiar szerszy niż brak wojny. Ma swoją duchową głębię. Jak mówił Jan z Kronsztadu, ostatni święty przedrewolucyjnej Rosji: "Zyskaj pokój, a otrzymają go tysiące wokół ciebie". Miał rację. Zresztą uderzające jest, jak Jan Paweł II - urodzony niedługo po zakończeniu pierwszego światowego konfliktu i będący świadkiem drugiej wojny światowej, dogłębnie odczuwa wartość pokoju. Istnieje w historii i życiu duchowym XX wieku coś, co pozostaje jako dziedzictwo na progu wieku XXI: wartość pokoju we wszystkich jego wymiarach.
Tłum. Marek Kita
ANDREA RICCARDI, ur. 1950, historyk, wykładowca Tierza Universitá w Rzymie. Autor wielu książek, m.in.: Stulecie męczenników. Świadkowie wiary XX wieku (2001). Założyciel Wspólnoty SantEgidio.
|