70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Maciej Stanik / Reporter

Noc pod Wielkim Psem

Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Nie da się tego zrobić w trybie fast. Mniej więcej wtedy umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyk.

U stóp wzniesienia żył samotnie zapomniany starzec. Nawet gwiazdy, wiele tysięcy gwiazd znał do znudzenia, na pamięć.

Andrzej Płatonow, Dżan

 

Oczywiście nie wiem, od czego zacząć, ale cóż się dziwić, gdy coś, co mam opisywać, wydaje się nie mieć początku ani końca. Nie wiem, od czego zacząć, ale szybko przypomina mi się tamta noc. Ktoś podjechał na nasze podwórko w Zubrzycy Górnej i powiedział, że pójdziemy na Babią Górę na wschód słońca. Byłem tam na wakacjach. Pamiętam, że oznajmiono mi to w ten sam spokojny, ale stanowczy sposób, jak gdyby należało się zbierać do szkoły. Auto odjechało, ale powietrze nie było już takie samo. Tych parę słów składających się w zarys planu, jakby ścięło je, a ścisła informacja w samej rzeczywistości, która w drugiej połowie sierpnia przelewała się leniwie przez ulicę, wprowadziła nowy ład. Nie pamiętam drogi na przełęcz Krowiarki, więc nie będę zmyślał. Ale widzę już dobrze, jak stoimy tam wszyscy – kilka osób – na parkingu. Jest granatowo, choć zapadła już noc i płaty kamieni w żlebach świecą słabym, jakby fałszywym blaskiem. „Młody, potrzymaj te świeczki” – powiedział Heniu. Chwyciłem w dłonie dwa zimne przedmioty, na których nie mogłem zamknąć dłoni, choć nie znałem nikogo równego wiekiem z dłuższymi palcami. Świeczki były dziwnie ciężkie. Dopiero po chwili, gdy reszta krzątała się i przepakowywała, pomyślałem: ale po co im to? Przecież mamy latarki. Ktoś skierował jedną z nich na mnie. Trzymałem w ręku dwie butelki i jako dziecko nie do końca pojmowałem, po co im na całonocną wędrówkę po górach półtora litra wódki. Ruszyliśmy. Na Babią z Krowiarek idzie się cały czas – ze trzy godziny – długą, kilkukrotnie załamaną granią tak, że gdy wydawało się, że już za chwilę będziemy na szczycie, okazywało się, że grań ciągnie się bezmyślnie w głąb mroku. Nasza ekipa rozproszyła się. Masyw Babiej przypominał potężny lemiesz. Idąc trochę z tyłu, widziałem na przedzie wyżej ostre sylwetki jak zadziory w tym pługu Babiej doszczętnie prujące tkaninkę nieba. I sypało się z niego, sypało na bogato. Naturalnie była to noc Perseidów. Spałem potem na Babiej wielokrotnie, ale już nigdy nie widziałem czegoś takiego. Łaska spada wyłącznie na nieplanujących. Niebo przypominało raczej roztwór. Meteory przecinały je cicho i bezustannie, zostawiając za sobą pióropusze jak gorące kamienie w czarnej wodzie.

Towarzystwo popijało. Nic nie wiedziało. Nie da się po pijaku patrzeć w niebo, tak jak nie da się pisać.

Dotarliśmy na wierzchołek około północy. Dorośli powiedzieli, żebyśmy zdrzemnęli się do wschodu. Ale ja tamtego lata nie potrzebowałem spać. Jeszcze wtedy nie zajmowała mnie kwestia nieskończoności. Po prostu wypatrywałem UFO. Każdy podejrzany błysk, każdy męt na niebie mógł być przecież drgnięciem żywego nerwu. Ze sporą pogardą oceniałem w sobie tych, którzy wyśmiewali hipotezę życia pozaziemskiego. Myśl o tym, że gdzieś tam na podobnej planecie istnieje miasto, osiedle, zwyczajny przystanek, dwóch kumpli żegnających się na nim mroźną zasnutą smogiem jesienią, wydawała mi się przez ten chory dystans uwłaczająca idei życia.

Światło, jeszcze nim wzeszło słońce, zaczęło przeciekać zza błękitniejącego mroku. Podniosłem się i przeszedłem na drugą stronę kamiennego murku, który zbudowały na szczycie pokolenia wędrowców. Z drugiej strony siedziało moje towarzystwo. Heniu spotkał na szczycie swoich koleżków, którzy z wielką przyjemnością dołączyli do kręgu. Wszyscy kucali wokół pomarańczowej plamy światła jak przy dogasającym żarze. Zaczęliśmy schodzić. Promienie natychmiast nagrzały powietrze uwięzione pod pachami pod niby oddychającą warstwą jaskrawej gumy z Tuszyna. Szybko rozpiąłem się i wydawało mi się, że wypuszczam spod kurtki resztki tej niepowtarzalnej nocy, które próbowały się u mnie skryć przed pościgiem słońca. Zsunąłem to z siebie i poczułem się ciężko, jakbym to ja pił całą noc. Szedłem sam, przodem. Daleko przede mną ścieżkę przekroczył mokry ryś. Nie daję jednak gwarancji, że nie była to pierwsza w życiu halucynacja.

Niewiele z tego rozumiałem, ale wiedziałem, że muszę do tego wracać. Czułem, że nie bez powodu rozmodleni ludzie zadzierają głowy, bo tam, u góry, fikcja w przedziwny sposób miesza się z rzeczywistością, ale za żadne skarby nie potrafiłem tego nazwać. No to może spróbujmy teraz.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter