70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lustereczko, powiedz przecie…

„Wszystko o Ewie”, filmowe arcydzieło z 1950 r., za sprawą poruszanego tematu, ale i sposobu realizacji – ówczesnej gry aktorskiej, deklaracji wygłaszanych przez bohaterów w monologach, ujęć kręconych niemal wyłącznie we wnętrzach – sprawia dziś wrażenie bardzo teatralnego. To paradoks, że przedstawienie w roku 2019 stara się być jak najbardziej filmowe.

Było tylko kwestią czasu, żeby twórcy teatrów dramatycznych West Endu i Broadwayu zaczęli sięgać po scenariusze filmowe. Zjawisko adaptowania filmów na musicale znane jest tu od lat. To trend podobny temu, który twórcom filmowych superprodukcji każe myśleć raczej o kontynuacjach i różnego rodzaju przeróbkach – prequelach, remake’ach i spin offach – niż o nowych, oryginalnych opowieściach. Zgodnie z logiką inż. Mamonia, dziś tak wiernie wdrażaną przez algorytmy serwisów internetowych, lubimy to, co dobrze znamy. A skoro tak, podobnych treści trzeba nam dostarczać jak najwięcej.

Musicale z filmowym pierwowzorem mają jednak pewną przewagę: zmiana medium sprzyja powstawaniu nowej jakości. Zdarza się więc, że dzieła fabularnie bliskie oryginałom pod względem estetycznym są świeże, a światopoglądowo nawet odważniejsze, choć w granicach musicalowej konwencji. Billy Elliot, Legalna blondynka czy Kinky Boots, obok popularności widzów, zdobyły też uznanie krytyków.

Teatry dramatyczne zaczęły bezpiecznie – od komedii, choćby Dziewczyn z kalendarza czy Jak zabić starszą panią. Coraz częściej sięgają jednak po mniej rozrywkowy repertuar. Powodów, dla których teatralna adaptacja filmu Josepha L. Mankiewicza była jedną z najgorętszych zapowiedzi tego roku, jest zresztą więcej.

*

Trudno sobie wyobrazić, co mogłoby pójść nie tak. Za adaptację i reżyserię przedstawienia odpowiada Ivo van Hove, uznany belgijski reżyser. Jego Tragedie rzymskie pokazywane były w Polsce w ramach Festiwalu Dialog-Wrocław, zaś opera Łaskawość Tytusa to koprodukcja m.in. Teatru Wielkiego-Opery Narodowej w Warszawie. Wcześniej wielokrotnie przenosił filmowe opowieści na deski teatrów, choćby Szepty i krzyki Ingmara Bergmana czy Sieć według scenariusza Paddy’ego Chayefsky’ego. To ostatnie przedstawienie, na podstawie filmu z 1976 r., półtora roku temu spotkało się ze znakomitym przyjęciem brytyjskich krytyków, a obecnie z powodzeniem grane jest na Broadwayu.

W roli Margo Channing, gwiazdy teatralnej u szczytu kariery, obsadzono Gillian Anderson – aktorkę przede wszystkim telewizyjną, znaną najbardziej z roli agentki Dany Scully w kultowym serialu Z Archiwum X. Anderson przechodzi obecnie renesans popularności, dzięki rolom w serialach Upadek, Hannibal czy tegorocznym Sex Education. W czwartym sezonie The Crown o brytyjskiej rodzinie królewskiej zagra Margaret Thatcher. To też jej powrót na West End po rewelacyjnej roli Blanche DuBois w Tramwaju zwanym pożądaniem z 2014 r., którą polscy widzowie mogli podziwiać w kinach w ramach cyklu NT Live. Z kolei ambitną Eve Harrington, psychofankę Margo, zdeterminowaną, by – nie tylko na scenie – zająć jej miejsce, gra Lily James, wschodząca gwiazda, znana już z hollywoodzkich superprodukcji: głównych ról w disneyowskim Kopciuszku czy kontynuacji musicalu opartego na piosenkach Abby – Mamma Mia! Here We Go Again.

*

Dalej też jest filmowo. Już wprowadzającemu nas w historię Margo i Eve krytykowi Addisonowi DeWittowi (Stanley Townsend) od niemal pierwszej chwili towarzyszy kamera – i podąży za nim również w kuluary. Tyle że trudno dziś mówić o kulisach sławy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W mediach społecznościowych relacjonujemy przecież – wszyscy, nie tylko gwiazdy – nasze życia całą dobę. Z kolejnych ról nigdy nie wychodzimy. Co najwyżej zamieniamy wizerunek publiczny na prywatny, a jednym i drugim zarządzamy z podobną starannością. Ściany scenografii (raz mieszkania, raz garderoby) unoszą się więc od czasu do czasu, podpowiadając, że kulisy też są sceną. Może nawet tą najważniejszą.

Jeśli jakąś prawdę da się jeszcze dostrzec tam, gdzie ściany zdobią fotosy pięknej, młodej, idealnej Margo (z czasem zastąpione przez fotosy Eve), to tylko w lustrach. Ich odbicia bywają równie bezwzględne dla gwiazdy już spełnionej i tej aspirującej. Tylko w nich widzimy twarze bez makijażu. Demaskują słabość, zmęczenie, ból i upływający czas. Niczym w okrutnej baśni, przepowiadają też przyszłość. Teatralne, dobrze doświetlone lustereczka powiedzą przecie wszystko, nawet nieproszone. Tym chętniej, że twórcy przedstawienia i w nich zamieścili kamery, dzięki czemu ujawnioną prawdę zobaczymy nad sceną – w dużym zbliżeniu.

Gdzieś nad tym filmowo-teatralnym mikrokosmosem unosi się duch Andy’ego Warhola – srebrno-szare kulisy scenografa Jana Versweyvelda mają przypominać Factory. Nowojorskie studio artysty to w końcu miejsce, gdzie dekadę po premierze filmu Mankiewicza wiele gwiazd zrobiło kariery, co najmniej równie szybko jak Eve Harrington.

*

Londyńskie Wszystko o Ewie wydaje się więc w pewnym sensie przedstawieniem idealnym. Świetnie obsadzonym i zagranym. Z ciekawie zaaranżowaną scenografią, estetycznie dopełnionym nastrojową, hipnotyzującą muzyką PJ Harvey. Pewnie takiego spektaklu moglibyśmy się spodziewać, gdyby producenci z West Endu używali algorytmów podobnych do tych, które na Netflixie proponują nam filmy i seriale, na Facebooku – wiadomości, a na Spotify – muzykę (ścieżka dźwiękowa z przedstawienia, jak na superprodukcję przystało, jest dostępna w tym serwisie).

To teatr, który widzów usatysfakcjonuje i – mimo trudnego tematu – wprawi w dobre samopoczucie, estetycznie zaspokoi. Ale też niczym rewolucyjnym nie zaskoczy, niczego nowego nie nauczy, żadnego katharsis nie wywoła.

Jest to jednak zarzut dość poważny, jeśli popatrzymy na pierwowzór: jeden z najlepszych filmów wszech czasów, zaskakujący i dziś swoją aktualnością, a nawet radykalizmem.

Dzieło Mankiewicza opowiada nie tylko o ambicjach, cenie sławy czy środowiskowych intrygach i konfliktach. To przede wszystkim opowieść o kobietach.

O tym, że nawet największa gwiazda w oczach mężczyzny może być ledwie „ciałem z głosem, które uważa się za umysł”. „Od kiedy to aktorka decyduje, że słowa, które wypowiada i myśli, które przekazuje, są jej własnymi? (…) Najwyższy czas, aby fortepian zrozumiał, że nie napisał koncertu!” – krzyczy w gniewie dramatopisarz. „Zabawna sprawa, kariera kobiety – powie Margo w innej scenie. – Te wszystkie rzeczy, które poświęcasz, by szybciej wspiąć się po szczeblach kariery. Zapominasz, że będziesz ich potrzebować, gdy wrócisz do bycia kobietą. (…) Wcześniej czy później musimy się na tym skupić, bez względu na to, ile innych karier miałyśmy. (…) Kobieta bez męża to nie kobieta”.

Tak, kwestia lęku przed starzeniem się i byciem zastąpioną przez kogoś młodszego również jest ważnym tematem filmu. Panna Channing – w filmie 40-, w przedstawieniu 50-letnia – ma młodszego partnera, który wygląda na swój wiek, tak samo wyglądał pięć lat wcześniej i tak samo będzie wyglądał za dwadzieścia lat. „Nienawidzę mężczyzn” – konkluduje. Ale skupienie tylko na lustrzanym odbiciu i obsesji przemijającej urody prowadzi Margo-Anderson nie tyle do dojrzałego kierowania dalszą karierą, ile do jednak niezrozumiałej w 2019 r. – zwłaszcza w progresywnym artystycznym środowisku – decyzji o uznaniu patriarchatu i podjęciu roli żony.

*

To zastanawiające, że przedstawienie opierające się akurat na takim pierwowzorze nie wsłuchuje się w rzeczywistość społeczną. Pierwsze informacje o tym, że Ivo van Hove planuje przenieść Wszystko o Ewie na teatralne deski, pojawiły się w wiosną 2017 r. (rolę Margo miała zagrać Cate Blanchett), a jesienią tego samego roku przez media przewaliła się burza #metoo. Powróciły też trwające od kilku lat dyskusje o nierównych płacach kobiet i mężczyzn w Hollywood. Tymczasem teatralne uwspółcześnienie tej historii sprowadza się do naturalistycznego pokazania problemu alkoholowego Margo – sceną wymiotowania w łazience podczas przyjęcia. A przecież nawet Eve Harrington, tak perfekcyjnie rozgrywająca swoją karierę, w końcu trafi na silniejszego – krytyka DeWitta, mężczyznę, który ma w tym świecie prawdziwą władzę. I używając zarówno szantażu, jak i przewagi fizycznej, każe Eve zadeklarować swoją do niego „przynależność”. W filmie (niemal 70-letnim) scena ta uderza aktualnością. W przedstawieniu traci pazur.

W jednej z początkowych scen Eve pyta Billa, partnera Margo, dlaczego on, jeden z najlepszych młodych reżyserów, decyduje się porzucić teatr na rzecz Hollywood. Ten odpowiada: „Chcesz wiedzieć, czym jest teatr? Pchlim cyrkiem. Operą. To rodeo, karnawał, balet, indiańskie tańce plemienne, człowiek orkiestra – to wszystko teatr. Gdzie jest magia, fikcja i publiczność, tam jest teatr”. Może więc problem tkwi w tym, że wiosną 2019 r. teatrom West Endu niespodziewanie wyrosła poważna konkurencja – w pobliskim Pałacu Westminsterskim. Może 29 marca, gdy widziałem to przedstawienie, w dniu, w którym pierwotnie miał nastąpić brexit, Wszystko o Ewie i pozostałe londyńskie produkcje teatralne musiały wypaść blado wobec spektaklu westminsterskiego – zaskakującego, pouczającego, wzbudzającego litość i trwogę.

_

All About Eve

spektakl na podstawie filmu Josepha L. Mankiewicza

Reżyseria: Ivo van Hove

Noël Coward Theatre, Londyn


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter