70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta

Prawo i praworządność

Nasza Konstytucja do czasu protestów z 2017 r. traktowana była jako dokument niespecjalnie ważny. Dopiero niedawno zyskała znaczenie symbolu i stała się punktem odniesienia dla obywateli. Być może więc te ostatnie lata to początek procesu budowania patriotyzmu konstytucyjnego.

Dominika Kozłowska: Co to jest praworządność?

Adam Bodnar: Prawo jest zawsze pisane, podczas gdy praworządność to często niepisana kultura zachowania. Rządy prawa opierają się na połączeniu tych dwóch elementów.

To przypomina reguły gry w piłkę nożną. Spisane zasady określają, gdzie jest bramka, ilu na boisku może być zawodników, jaka jest rola sędziego i co to jest spalony. Do tego jednak dochodzi kultura fair play. Zakłada one określone zachowania, które opierają się na szacunku dla drużyny przeciwnika. Zwycięstwo nie zawsze jest najważniejsze, bo w pewnych sytuacjach należy np. oddać piłkę przeciwnikowi, chociaż nie jest to nigdzie powiedziane wprost. Nie wykorzystujemy też sytuacji niefortunnego potknięcia przeciwnika, aby zdobyć przewagę. Oczywiście można reguły fair play naruszać dla doraźnych korzyści. I tak się niestety czasami dzieje. Wierzymy jednak, że długoterminowo opłacają się szacunek i takie zachowanie, którego oczekujemy w zamian.

Podobnie jest z praworządnością, bo w państwie prawa kluczowe jest nie tylko przestrzeganie zapisanych reguł, ale także respektowanie wartości związanych ze sposobem podejmowania decyzji przez władzę. Ważne, aby brać pod uwagę różnorodne poglądy obywateli, myśleć o konsekwencjach proponowanych rozwiązań, odpowiednio je uzasadniać i zachęcać do ich przyjęcia. Najprostszy przykład: jeżeli mamy przewidziane trzy czytania ustawy w Sejmie, nie chodzi tylko o to, aby je technicznie przejść. Cel jest zgoła odmienny: ten sposób pracy ma służyć pogłębieniu refleksji nad stanowionym prawem. Dzięki kolejnym czytaniom i towarzyszącym im dyskusjom zwiększamy szanse na wychwycenie różnych błędów oraz stwarzamy przestrzeń dla uwzględnienia odmiennych opinii. Wszystko po to, aby powstał maksymalnie dobry akt prawny. Z punku widzenia czysto legalistycznego, jeśli tylko przejdziemy przez wszystkie trzy czytania, nie doszło do złamania prawa. Natomiast z punktu widzenia kultury praworządności, jeżeli zrobimy to bezrefleksyjnie, naruszamy ważne reguły.

 

Dlaczego praworządność powinna być ważna dla obywatela?

Jest gwarancją, że państwo będzie postępowało zgodnie z określonymi zasadami: obywatel nie będzie zaskakiwany regulacjami, będzie mógł wyrazić swój pogląd na temat planowanych zmian i odpowiednio się do nich przygotować. Daje ponadto pewność, że decyzje będą opierały się na obiektywnych, a nie arbitralnych kryteriach. W praktyce oznacza to, że w sytuacji sporu z państwem obywatel będzie miał prawo do odwołania i faktycznego wykorzystania całej drogi odwoławczej, a decyzje podejmowane w jego sprawie opierać się będą na prawie, a nie opinii urzędnika lub polityka.

Stajemy się dziś coraz bardziej świadomi, że możemy wchodzić w rozmaite interakcje z władzą. A ta ma nieraz interes, aby daną sprawę rozpatrzyć na swoją korzyść, np. przedstawić demonstrujących jako awanturników, którzy pogłębiają nienawiść w społeczeństwie.

Inny, bliższy życiu przykład to sytuacja, gdy obywatel wchodzi w konflikt z Narodowym Funduszem Zdrowia, który odmawia finansowania określonego leczenia. W takich sytuacjach możliwość dochodzenia swoich praw przed bezstronnym sądem jest sprawą bardzo istotną. Również biznes jest zależny od praworządności. Jeżeli państwo wykorzystuje biznes do realizacji celów politycznych, sfera dominium zaczyna się coraz bardziej krzyżować ze sferą imperium. W ostatnich dniach toczyła się debata na temat wykonania wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie sfer ochronnych wokół lotnisk. Chodzi o stworzenie mechanizmu odszkodowawczego dla osób, które mieszkają w okolicach krakowskich Balic, warszawskiego Okęcia czy lotniska Ławica w Poznaniu. Tutaj państwo występuje nie tylko w roli tego, kto ustala prawo, ale również tego, kto w osobie ministra infrastruktury jest inwestorem. Interes mieszkańców jest spychany na drugi plan, bo państwo jako inwestor nie chce dopłacać do tych przedsięwzięć.

Prowadziłem kiedyś szkolenia dla adwokatów z Ukrainy. Mówiłem im, że mamy w Polsce przepis o odpowiedzialności odszkodowawczej państwa za szkodę spowodowaną działaniami organów władzy publicznej. Na tej podstawie sądy w Polsce, kiedy państwo zrobi coś złego, zasądzają odszkodowanie na rzecz obywatela. Ukraińscy adwokaci patrzyli na mnie ze zdziwieniem i pytali, jak to możliwe, że sądy zasądzają na rzecz obywatela. U nas, argumentowali, sądy są częścią władzy państwowej i nie będą działały przeciwko państwu. Dziś widzimy, jak niewiele trzeba, aby wypaczyć ten mechanizm. Wystarczy powiedzieć sędziom: musicie brać odpowiedzialność za kondycję finansów publicznych. Musicie zdawać sobie sprawę, że każda wasza decyzja rodzi konsekwencje dla budżetu.

 

Powiedział Pan, że praworządność opiera się na regułach, które najczęściej nie są spisane, lecz składają się na wspólną kulturę działania. Czy Pana zdaniem w ciągu ostatnich 30 lat wykształciły się w Polsce zasady, które można uznać za elementy powszechnego konsensusu?

Miałem przekonanie, że wypracowaliśmy pryncypia, które są powszechnie uznane. Okres testowania tych reguł pokazał jednak, że można je naruszyć bez poważniejszych konsekwencji. I co więcej, że społeczne protesty, które mogłyby być skuteczną przeciwwagą dla takich naruszeń, są niewystarczające. Podważanie zasad praworządności nie wymagało też specjalnego wysiłku ze strony władz. Najbardziej symbolicznym tego przykładem było niepublikowanie przez premier Beatę Szydło wyroków Trybunału Konstytucyjnego. W 1997 r., kiedy przyjęliśmy nową Konstytucję, nikt nie brał pod uwagę, że czynność prezesa Rady Ministrów może mieć charakter inny niż czysto techniczny, że może on występować w roli cenzora i samowolnie decydować, które wyroki Trybunału zostaną opublikowane, a które nie. Podobnie nikt nie przewidział, że marszałek Sejmu może ograniczać wystąpienia poselskie do 30 sek. Wydawało się, że swoboda debaty sejmowej należy do elementów polskiej kultury prawnej.

 

Co się składa na polską kulturę praworządności?

Na pewno mamy pewien dorobek prawny, ale on obejmuje jedynie wybrane obszary. Całkiem spory kapitał zbudowaliśmy już w 20-leciu międzywojennym – i to różni nas od innych państw Europy Wschodniej. Kodeksy, które wtedy powstawały, wyznaczyły pewne kanony, obowiązujące również w PRL-u. Między 1945 a 1989 r. rozwijane były w Polsce tradycje naukowe, które czerpały z dziedzictwa 20-lecia międzywojennego. W PRL-u mieliśmy w miarę przyzwoite prawo cywilne, które obejmowało zagadnienia związane z prywatną własnością, np. rolników, kwestie spadkowe, sprawy rodzinne. I w późniejszym okresie dało to podstawę pod tworzenie i rozwój doktryny prawa cywilnego. Niestety, w pozostałych sferach prawnych zabrakło nam dobrych praktyk. Prawo karne ulegało manipulacjom z powodów politycznych. Podobnie cała sfera prawa państwowego, publicznego i prawa administracyjnego. Tu zaniedbania są najpoważniejsze. I ten deficyt jest po dziś dzień najsilniej odczuwany. Mimo iż z czasem dziedziny te podlegać zaczęły pewnym zmianom, nie wpłynęło to na kształtowanie się powszechnego przeświadczenia obywatelskiego, że prawo to najwyższa wartość, którą należy szanować.

Niestety, mechanizmy, na których opierał się PRL, sprzyjały kombinowaniu, małej korupcji, omijaniu dróg urzędowych, aby załatwić jakąś sprawę. „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – jak mawiał bohater filmu Sami swoi. To przekonanie stało się trwałym doświadczeniem społecznym. Nawet nasza Konstytucja do czasu protestów z 2017 r. traktowana była jako dokument niespecjalnie ważny. Dopiero niedawno Konstytucja zyskała znaczenie symbolu i stała się punktem odniesienia dla obywateli. Być może więc te ostatnie lata to początek procesu budowania patriotyzmu konstytucyjnego. Zobaczymy, jak daleko ten proces sięgnie. Na ile zdobycze obywatelskie ostatnich lat okażą się trwałe.

 

Nie ma patriotyzmu konstytucyjnego bez zaangażowanych elit. A przede wszystkim bez zaangażowanych prawników. To od ich postawy ostatecznie zależy, czy rządzący będą mogli przeprowadzić swoje zamiary.

To prawda. I mamy wiele przykładów wyroków w sprawach, w których mimo widocznych nacisków władz sędziowie zachowują niezależność, odwołują się do wartości prawa i Konstytucji. Przykładem jest chociażby decyzja Sądu Apelacyjnego w Lublinie w sprawie Marszu Równości z października 2018 r., czy też wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w sprawie manifestacji pod Sejmem w grudniu 2016 r.

 

Od czego zacząć edukację obywatelską?

Pierwsza rzecz to uświadomienie sobie, że mamy prawa – że jesteśmy w relacji, która z jednej strony wiąże się z podporządkowaniem, a z drugiej – opiera się na pewnych gwarancjach ze strony władzy. Jesteśmy członkami większej wspólnoty i od tej wspólnoty możemy czegoś oczekiwać, ale też ponosimy za nią odpowiedzialność. Samo uświadomienie sobie tego jest już bardzo istotne.

Na prawa wynikające z Konstytucji możemy się powoływać w relacjach z władzami Rzeczypospolitej. Na Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, jako umowę międzynarodową ratyfikowaną przez Polskę w 1993 r., możemy się powoływać, kiedy będziemy się chcieli poskarżyć do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Z kolei Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej ma zastosowanie w tych obszarach, w których stosowane jest prawo unijne. Ta wiedza powinna stać się elementem szkolnej edukacji już od najwcześniejszych lat, nawet od przedszkola. Chodzi bowiem o budowanie świadomości, że nasze prawa nie są nam dane z woli rządzących, ale są głębiej zakorzenione – w polskiej i europejskiej tradycji, w standardach międzynarodowych, w szerszym porządku prawnym i wartościach, które są wspólne dla wielu ludzi w różnych miejscach na świecie, szczególnie dla Europejczyków.

 

Jak powinna wyglądać edukacja szkolna?

Na przełomie 2016 i 2017 r. Biuro RPO w liceach, technikach i szkołach zawodowych przeprowadziło badania w formie rozmów i debat, które pozwoliły nieco lepiej zrozumieć, skąd młodzi ludzie czerpią informacje o świecie, jak oceniają życie w Polsce, czym dla nich jest patriotyzm, jakie są najważniejsze wartości w ich życiu. Raport pod tytułem Różnić się nie oznacza nienawidzić się. Mniej wrogości poprzez wiedzę o prawach człowieka i dialog dostępny jest na stronie internetowej RPO. Badania te pokazały, że w szkołach powinno się prowadzić więcej dyskusji z uczniami zarówno na temat ich planów życiowych i zawodowych, jak aktualnych problemów społecznych, ekonomicznych i politycznych, w kraju oraz na świecie. Dać też przestrzeń do formułowania wątpliwości. Trzeba z młodymi ludźmi rozmawiać o wielokulturowości, poszerzać ich wiedzę zarówno o problemach globalnych, jak i regionalnych czy wręcz lokalnych. Widoczna też jest potrzeba kampanii informacyjnej, czym jest Unia Europejska, zwłaszcza w momencie kryzysu brexitowego. Wśród uczniów widoczny jest brak zaufania do mediów tradycyjnych. Swoje poglądy opierają na informacjach fleszowych, zaczerpniętych z „telewizyjnego paska”. Sprawdzanie prawdziwości informacji często ograniczają do przeczytania innego linku otrzymanego według tego samego algorytmu Facebooka lub YouTube’a. A szkoła nie uczy ich, jak docierać do wartościowej wiedzy, czym są stereotypy i dlaczego warto rozwiązywać konflikty w sposób wolny od przemocy.

 

W jaki sposób przełożyć to na praktyczne działania?

Skuteczne wydają mi się takie formy edukacji, które o tych istotnych sprawach pozwalają rozmawiać, niekoniecznie od razu używając wielkich haseł i słów. W dyskusji o mowie nienawiści bardzo mi się spodobało to, co zaproponowała Agata Wierny, pełnomocniczka prezydenta Częstochowy ds. równych szans, która wraz z zespołem opracowała grę edukacyjną Na tropie uprzedzeń. Celem gry jest rozwiązanie zagadki kryminalnej. W pierwszej części uczniowie mają za zadanie na podstawie rysunków określić charakterystykę różnych postaci. Jest tam facet, osiłek, który może kojarzyć się z potencjalnym zbrodniarzem. Po czym się okazuje, że jest on weganinem, dba o zwierzęta i pracuje jako wolontariusz w schronisku. Gra jest także szansą na praktyczną naukę mediacji rówieśniczej uczy, w jaki sposób rozwiązywać konflikty i szukać porozumienia. Mowa nienawiści pojawia się często w odpowiedzi na konflikty, których nie potrafimy rozwiązać w inny sposób.

Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza Urząd Miasta w Częstochowie postanowił zwiększyć zasięg programu i udostępnić grę także innym samorządom. Ale przecież nie tylko Częstochowa zdała sobie sprawę ze skali problemu. W 2018 r. prezydenci Białegostoku, Gdańska, Poznania i Warszawy podpisali wspólny apel wzywający do prowadzenia polityki „zerowej tolerancji” dla uprzedzeń, ksenofobii i antysemityzmu. Sygnatariusze (w tym Paweł Adamowicz) wyrazili sprzeciw wobec wszelkich zachowań motywowanych uprzedzeniami i zadeklarowali chęć rozwijania programów przeciwdziałania przemocy.

 

Problem polega jednak na tym, że wskazane przez Pana działania napotykają poważny opór, szczególnie ze strony środowisk prawicowych lub katolickich. Paweł Adamowicz wielokrotnie mówił o tym, jakie szykany spotykały go podczas prac nad Modelem Integracji Imigrantów i Modelem na rzecz Równego Traktowania. Mimo że nasza Konstytucja wyraźnie mówi, że nikt „nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”, problem dyskryminacji przedstawiany dziś jest jako ideologiczne spaczenie.

Nasze przemiany społeczne i demokratyczne, które doprowadziły do upadku żelaznej kurtyny, zbiegły się w czasie z rozwojem praw człowieka. Zauważmy, że choć doktryna praw człowieka została sformułowana w 1948 r. wraz z ogłoszeniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, jej faktyczny rozwój przypada dopiero na lata 70. ubiegłego wieku. W latach 50. Ogłoszeniu Powszechnej Deklaracji nie towarzyszyło ani masowe poparcie, ani wysoka świadomość społeczna znaczenia tego aktu. Najważniejsze dokumenty międzynarodowe – Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Pakt Praw Społecznych i Kulturalnych – powstały pod koniec lat 60., a weszły w życie dopiero w II poł. następnej dekady. Polska ratyfikowała MPPO w 1977 r. Wtedy dopiero na szerszą skalę zaczęły działać Amnesty International oraz Human Rights Watch. Proces helsiński to rok 1976. Rozwój praw człowieka wspierany był przez państwa Sojuszu Transatlantyckiego, szczególnie Stany Zjednoczone, ponieważ w ich interesie leżało promowanie demokracji i przeciwstawianie się Związkowi Radzieckiemu. Z jednej strony ta doktryna pozwoliła na przekształcanie naszego systemu prawnego. Pod koniec lat 70. powstały w Polsce Komitet Helsiński i Komitet Obrony Robotników, a prawa człowieka stały się podstawą legalnych działań opozycji. Z drugiej jednak strony z czasem wszyscy się zorientowaliśmy, że z tą doktryną wiąże się cały katalog praw, na które być może nie ma pełnej zgody społecznej, np. na prawo do równego traktowania. Owszem, trzeba chronić osoby starsze lub ludzi z niepełnosprawnościami, ale czy panuje pełna zgoda społeczna, że w takim samym stopniu należy chronić także osoby należące do różnych mniejszości narodowych, etnicznych albo LGBT?

 

Dlatego prędzej czy później zaczynamy się spierać, gdzie kończą się prawa człowieka, a zaczynają przekonania moralne, religijne, moralność publiczna?

Na tym polu dostrzegam rozdźwięk między światem zachodnim a Polską. Tam pewne dyskusje zostały przepracowane 10–20 lat wcześniej, a my, ponieważ wciąż jesteśmy na etapie mniejszego wyczucia, o co w tych procesach chodzi, dopiero rozpoznajemy niektóre problemy. W Polsce nie mamy silnej tradycji liberalizmu i indywidualizmu, a staramy się bez głębszej dyskusji przenieść na nasze podwórko pewne rozwiązania wypracowane na gruncie takich właśnie tradycji.

Rozmawiałem niedawno z Maciejem Zarembą-Bielawskim, który mieszka w Sztokholmie, o końcówkach męskich i żeńskich. Pewnie każda feministka i feminista w Polsce powie, że stosowanie odmiennych końcówek jest ważne. Tymczasem w Szwecji, która dla wielu jest wzorem równościowego podejścia, zrezygnowano z używania odmiennych końcówek dla oznaczenia różnych zawodów. Przyjmuje się tam, że forma językowa powinna być neutralna pod względem płciowym. Dokładnie na odwrót niż w Polsce.

 

Przed 1989 r. prawa człowieka nas łączyły, dlaczego po 1989 r. zaczęły nas one dzielić?

Problem, jak sądzę, polega na tym, że za pomocą języka praw człowieka staramy się rozwiązać wszystkie nasze problemy i konflikty, zapominając przy tym, że prawa człowieka do tego nie służą. Na przykład, kiedy mówimy o prawie do czystego środowiska, zwracajmy raczej uwagę na potrzebę budowy strategii długofalowego rozwoju, obejmującą rozmaite polityki państwa, niż na fakt, że to prawo ma być przez państwo tak samo gwarantowane jak prawo do życia. Podobnie jest z innymi prawami zbiorowymi, takimi jak np. prawo do zrównoważonego rozwoju, albo z prawami socjalnymi, które są powiązane z określonymi inwestycjami ze strony państwa. Mamy prawo do ochrony zdrowia. Ale czy chodzi jedynie o prawo do ratowania życia w sytuacji jego zagrożenia czy również o prawo do najlepszej opieki zdrowotnej? A co z prawem dostępu do innowacyjnych technologii w medycynie, np. onkologicznej?

W 1989 r. uznaliśmy, że wszystkie prawa podstawowe mamy dane raz na zawsze. Nie musimy się więc już nimi zajmować. Zamiast poświęcić nieco więcej uwagi lepszemu zrozumieniu spraw zasadniczych, zajęliśmy się rozmaitymi naddatkami. Przykładowo, kiedy spytamy, co to jest prawo do życia, usłyszymy definicję, czym jest życie i kiedy się zaczyna, a dyskusja natychmiast skręci w stronę sporu zwolenników pro-lifepro-choice. Zapominamy przy tym, że prawo do życia jest po to, żeby np. unikać takich tragicznych przypadków jak ten Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka – ludzi zakatowanych przez przedstawicieli służb mundurowych. Podstawowa treść prawa do życia ma nam przypominać o tym, że powinniśmy być wolni od przemocy ze strony państwa. Państwo w sposób arbitralny bądź na drodze zaniedbań nie może nikogo pozbawiać życia.

 

Prawa socjalne i ekonomiczne oraz prawa zbiorowe dają obywatelom podstawę do działania na rzecz pozytywnych zmian. Smog narusza dobra osobiste, m.in. wspominane już prawo do życia w czystym środowisku. W 2015 r. RPO przystąpił do procesu mieszkańca Rybnika. Niedawno podobny proces wygrała Grażyna Wolszczak.

Pozbawienie możliwości oddychania czystym powietrzem to bez wątpienia naruszenie prawa do korzystania ze środowiska. Mieszkańcy najbardziej zanieczyszczonych miast nie mogą przez dużą część roku wyjść z dziećmi na spacer, nie mogą uprawiać sportu na świeżym powietrzu. Rybniczanin, który wytoczył w tej sprawie proces w 2015 r., wykazał, że zanieczyszczenie powietrza w mieście jest wyższe niż akceptowalna społecznie miara. W latach 2014–2015 poziom pyłu PM10 przekroczony był przez blisko 1/3 roku, a w rekordowym lutym 2015 r. dobowe normy były łamane przez 24 dni z rzędu. Dodajmy do tego, że to przecież okres ferii zimowych. Wyobraźmy więc sobie, że dzieci – podczas całych swoich dwutygodniowych wakacji – nie mogą spędzać czasu na zewnątrz. Sąd rejonowy nie dopatrzył się jednak w tym stanie rzeczy naruszenia dóbr osobistych mieszkańca Rybnika, dlatego w listopadzie zeszłego roku przyłączyłem się do jego sprawy w drugiej instancji. O ile bowiem przeciętny człowiek byłby w stanie zaakceptować to, że okazjonalnie musi – wskutek zanieczyszczenia powietrza – ograniczać swoją aktywność, o tyle sytuacja, w której ingerencja w przysługujące mu dobra osobiste (przynajmniej w okresie jesienno-zimowym) jest permanentna i – co trzeba podkreślić – znaczna, nie musi być przez ludzi akceptowana. Takie sytuacje, jak przypuszczam, będą się powtarzały i powinniśmy się do nich lepiej przygotować, tak na poziomie lokalnym, jak i krajowym. Przede wszystkim prowadząc otwarty dialog z mieszkańcami i wprowadzając odpowiednie regulacje.

 

W jaki więc sposób można wypracować społeczny konsensus w takich kwestiach?

Przejawiamy w Polsce niestety dużą umiejętność uciekania w swoje własne prywatne przestrzenie zainteresowań i unikania zaangażowania w sprawy publiczne. Mam wrażenie, że wynika to po części z tego, że organa państwa współpracują jedynie z obywatelami aktywnymi. Najczęściej nawet nie podejmują próby dotarcia do tych, których należałoby wysłuchać. Znane nam różne formy partycypacji są istotne, ale pod warunkiem że kształtujemy je tak, abyśmy mogli wysłuchać także tych obywateli, którzy wywodzą się z mniej aktywnych grup społecznych.

Fascynuje mnie idea paneli obywatelskich, którą promuje m.in. Jakub Wygnański. Polega ona na tym, że dla wypracowania stanowiska w określonej sprawie powołujemy grupę panelową złożoną z rozmaitych osób. Są one wyłaniane w drodze losowania. Członkowie panelu mają za zadanie wypracować rozwiązanie danego problemu. A następnie to rozwiązanie przedstawiane jest ogółowi do konsultacji społecznej. Dla przykładu, w Gdyni zorganizowano panel Jak usłyszeć głos seniora na temat partycypacji obywatelskiej seniorów, w Lublinie z kolei dzięki panelowi mieszkańcy mogli znaleźć najlepsze sposoby na rozwiązanie problemu smogu.

Aby taki model mógł zadziałać, niezbędne jest jednak współdziałanie organów władzy publicznej na szczeblu lokalnym i centralnym. Same organizacje obywatelskie są za słabe, aby rzecz miała szersze znaczenie i polityczne oddziaływanie. Ludzie muszą mieć poczucie, że po coś to robią, że ich praca ma znaczenie. Bez zaangażowanych obywateli nie ma demokracji. Chodzi jednak o to, aby to zaangażowanie obudzić nie tylko w wąskiej garstce tych, którzy chodzą głosować i biorą udział w protestach, lecz rozwijać je możliwie szeroko.

W Polsce dyskutuje się obecnie na temat przywrócenia wymiaru sprawiedliwości ludziom. Mówi się np. o potrzebie zwiększenia udziału ławników oraz powołaniu sędziów pokoju. Cóż z tego, że zapiszemy w ustawie, że będziemy mieć więcej ławników, jeśli wcześniej nie zwiększymy wynagrodzeń i nie podniesiemy rangi tego zajęcia, tak aby wśród ławników naprawdę znaleźli się rozmaici ludzie, o różnym statusie społecznym i zawodowym, nie tylko emeryci, którzy w ten sposób sobie dorabiają. Potrzebna jest tu odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony polityków, którzy przeznaczą środki na kampanię społeczną, zmienią dyskurs, pokażą ludziom, że to jest ważne.

 

Siłą rzeczy znów przechodzimy tu do Pawła Adamowicza.

Tak. On to potrafił robić. Jego ostatnia książka i manifest polityczny Gdańsk jako wspólnota pokazuje, na jak wielu polach udało się to zaangażowanie obywateli zbudować. Często praca polityczna przebiega według schematu: prezydent lub inny lider pisze deklarację. Następnie ją ogłasza. Zatrudnia ekspertów, którzy opracowują wytyczne. Prezentuje efekty prac i zbiera oklaski oraz trochę krytyki. Odbywa się konferencja prasowa. I sprawę odhaczono. O ile wiem, prezydent Adamowicz cały proces zaplanował całkowicie inaczej. Nad Modelem Integracji Migrantów od początku pracował zespół ekspertów, społeczników, reprezentantów instytucji i organizacji, które mają doświadczenia w tym obszarze.

O społeczny konsensus na pewno jest łatwiej, gdy ludzie widzą, że chodzi o rozwiązanie konkretnego problemu.

Na co dzień w Gdańsku żyje, mieszka i pracuje ponad 20 tys. cudzoziemców, przede wszystkim z Ukrainy. Wypracowane w zespołach roboczych rozwiązania były następnie poddawane konsultacjom społecznym. Na końcu tego procesu Model musiał być przegłosowany i przyjęty przez Radnych. Taki sposób pracy pokazuje, jak ogromna jest odpowiedzialność i rola liderów, którzy mogą wzmacniać procesy partycypacji i w ten sposób budować społeczny szacunek oraz poszerzać pole obywatelskiej współpracy.

 

Adam Bodnar – Rzecznik Praw Obywatelskich. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego i Central European University w Budapeszcie. W 2006 r. uzyskał na UW stopień naukowy doktora nauk prawnych z zakresu prawa konstytucyjnego. Od 2004 r. związany z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, w latach 2010–2015 jej wiceprezes. Członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur (2013–2014). Ekspert Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Od 2015 r. pełni funkcję RPO. W 2018 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar i jego Biuro zostali wyróżnieni norweską Nagrodą Rafto przyznawaną obrońcom praw człowieka na świecie.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter