70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prometeusz wyzwolony

Nim dojdzie do przeobrażenia współczesnej formy człowieka, możliwe jest zastosowanie protezy, która zagwarantuje mu niesłychane wcześniej możliwości, spełniając marzenie o natychmiastowym i bezpośrednim dostępie do prawdy.

Finałowy odcinek czwartej serii kultowego serialu science fiction Babylon 5, wyemitowany w październiku 1997 r., przyniósł szereg wizji rozwoju cywilizacyjnego ludzkości, prezentowanych w coraz większym dystansie czasowym. Finałowa sekwencja, rozgrywająca się w przyszłości odległej o milion lat, prezentuje człowieka ze wzruszeniem oglądającego archiwalne materiały wideo – tj. resztę odcinka. Gdy pokaz dobiega końca, samotny mężczyzna wydaje komputerowi polecenie transferu całego archiwum na „Nową Ziemię”, po czym sam przekształca się w istotę nieposiadającą ciała, złożoną z czystej energii. W tej postaci również opuszcza Układ Słoneczny, którego centralna gwiazda przeobraża się w supernową.

Ta trwająca niespełna półtorej minuty sekwencja wydaje się stanowić trafne podsumowanie ważnych marzeń, napędzających europejską kulturę popularną przez większość XX w. Jest pośród nich i pragnienie odrzucenia ograniczeń cielesności, i sen o stworzeniu sztucznych inteligencji, sług doskonałych. Do tego wszystkiego – marzenie o nieograniczonym dostępie do dowolnej informacji, inteligentnych repozytoriach zdolnych na komendę podsunąć każdą treść, wzruszyć, zabawić i pouczyć. I, co najistotniejsze, ukazać ukrytą prawdę, wolną od kłamstw i przeinaczeń: nim serialowy nowy człowiek opuści na dobre Układ Słoneczny, zdobywa niewątpliwą wiedzę o wydarzeniach stanowiących właściwą akcję serialu, osadzoną milion lat wcześniej.

Projekt ten w istocie nie różni się szczególnie od odwiecznych marzeń kultury Zachodu: ani nieśmiertelność, ani panowanie nad innymi istotami, ani odkrycie prawdy o naturze rzeczywistości nie są postulatami o szczególnej oryginalności, obietnice ich spełnienia odnaleźć przecież można właściwie w każdej wielkiej religii. Projekt XX-wieczny ma jednak tę charakterystyczną właściwość, że obywa się bez metafizyki, przedstawiając pradawne sny jako efekt stosowania nowoczesnych technologii i rozwoju nauki, gładko wpisując się w postoświeceniowy projekt wieku świeckiego, a liczne jego składniki stanowią proste alternatywy dla obrazowania o charakterze religijnym. I rzeczywiście, gdy analizować porządek motywów składających się na obietnicę przyszłego technologicznego zbawienia, dostrzec w nich można echo poszukiwań duchowych charakterystycznych jeszcze dla XIX stulecia.

Poza ciało

Wątek porzucenia tak ciała, jak i ojczystej planety ściśle łączy się z myśleniem dualistycznym, właściwym dla większości wielkich religii: istota człowieczeństwa nie jest w nim mocno związana ze swoją doczesną powłoką i może funkcjonować niezależnie od niej. Hipoteza ta, przyjmowana już to jako dogmat religijny, już to jako założenie filozoficzne, zaczęła domagać się empirycznej weryfikacji wraz ze wzrastającym w wieku XIX sceptycyzmem, co doprowadziło do wzmożonego zainteresowania manifestacjami duchów zmarłych i ogromnej popularności osób szczególnie na ich obecność wrażliwych, czyli mediów, oraz rozmaitych metod dokumentowania wizyt istoty, która przetrwała śmierć swojego ciała. Największą popularność osiągnęły fotografia duchowa, pozwalająca utrwalić wizerunek niewidocznego gołym okiem bytu duchowego (najsławniejsza przedstawia Mary Lincoln w czułych objęciach męża, zamordowanego prezydenta Stanów Zjednoczonych), oraz pismo automatyczne – ta technika, stosowana powszechnie przez osoby media, to zapis dyktowanego przez duchy komunikatu, odbywający się bez udziału woli piszącego.

To właśnie zjawisko pisma automatycznego zainspirowało francuskiego pedagoga i uczonego Hypolitte’a Riviala do zadania duchom całego szeregu palących pytań, pozwalających sformułować dobitne sądy na temat sposobów funkcjonowania człowieka po oddzieleniu od ciała. Odpowiedzi pozwoliły mu w 1854 r. opublikować pod pseudonimem Allan Kardec Księgę Duchów, dzieło założycielskie spirytyzmu, nowej, racjonalnej religii, łączącej starsze wątki gnostyckie z koncepcjami wywiedzionymi z tradycji hinduskiej, przede wszystkim ideą reinkarnacji. Pośród licznych innych koncepcji zaproponował w niej dwa istotne dla badanego marzenia postulaty. Pierwszy dotyczył relacji pomiędzy materialnym i duchowym komponentem człowieczeństwa i właściwie nie przynosił szczególnych rewelacji: oto materia sprawia, że człowiek ciąży ku złu, duch natomiast jest nośnikiem moralności i dąży do jedności z Bogiem. Ten gnostycki koncept uzupełnił o szalenie ważną innowację: duch człowieka odradza się w kolejnych ciałach, doskonaląc się – i coraz mocniej tracąc łączność z cielesnością. Ostatnie wcielenia, bardzo już bliskie Bogu, mają charakter czysto duchowy. Nadto, ponieważ taka egzystencja jest niemożliwa na obciążonej skazą materialności Ziemi, na pewnym etapie reinkarnacji duch człowieka migruje na inne planety, by tam dalej się rafinować.

Choć poglądy Kardeca zainspirowały cały szereg kolejnych doktryn ezoterycznych, zostały poważnie zmarginalizowane, gdy w latach 20. XX w. większość dawnych praktyk spirytystycznych została zdemaskowana jako sprytne oszustwa. Ale podstawowy koncept – rafinacji ludzkiego ducha w kolejnych pokoleniach – znalazł materialistycznego sojusznika w postaci teorii ewolucji Karola Darwina. Pozwoliła ona spojrzeć na rozwój ludzkości w innej niż samodoskonalenie jednostek perspektywie i przyjąć, że pożądaną doskonałość osiągnąć może sztafeta pokoleń. Przy takiej optyce zadaniem pojedynczego człowieka byłoby zadbać nie tyle o własny rozwój, ile o to, by jego potomkowie okazali się ludźmi doskonalszymi. Program ten zyskał namacalną postać w pismach Francisa Galtona, zafrapowanego rozwojem ludzkiego umysłu kuzyna Darwina, proponującego takie sterowanie rozrodem rasy ludzkiej, by wyeliminować jej cechy niepożądane: choroby oraz głupotę, którą uznawał za wrodzoną i dziedziczną. Niesławny ów koncept, nazwany eugeniką, zawładnął wyobraźnią przyrodników i reformatorów społecznych I połowy XX w., skutkując nie tylko restrykcjami nakładanymi na małżeństwa, ale i barbarzyńskimi praktykami przymusowej sterylizacji oraz bestialskimi eksperymentami na ludziach czy programem eliminacji całych ich ras.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że projekt eugeniczny, zwłaszcza w jego amerykańskiej odmianie, szybko zaczął interesować się przede wszystkim możliwościami intelektualnymi człowieka: o ile jeszcze Graham Bell, wynalazca telefonu, marzył o wyeliminowaniu głuchoty, wielki program prowadzony w I połowie XX w. miał uniemożliwić reprodukcję 10% populacji uznanej przez eugeników za dziedzicznie obciążoną debilizmem. W ten sposób, ponownie, człowieczeństwo – tym razem w jego projektowanej odmianie – utożsamione zostało z innym niż korporalny aspektem ludzkiej istoty.

Podobny charakter wydają się mieć studia parapsychologiczne, prowadzone po ostatecznej kompromitacji eugeniki w latach 30. Ich pionierem był Joseph B. Rhine, botanik i psycholog z amerykańskiego Uniwersytetu Duke i autor poczytnej książki New Frontiers of the Mind. Prowadzone z całą naukową powagą badania opierały się na hipotezie nieznanych jeszcze możliwości ludzkiego mózgu, umożliwiając przesyłanie myśli na odległość, postrzeganie pozazmysłowe – tj. dostęp do informacji, których ciało nie może otrzymać – czy manipulowanie materią z pomocą siły umysłu. Choć początkowo zakładano manifestowanie się zdolności tego rodzaju u pewnego odsetka populacji, tłumacząc w ten sposób historycznie udokumentowane fenomeny religijne i magiczne, po II wojnie światowej upowszechniło się przekonanie, że zdolności parapsychologiczne da się wzbudzić, a literatura fantastyczno- naukowa uczyniła z nich wręcz stały atrybut ludzi przyszłości. Co więcej, badania parapsychologiczne wchłonęły w latach 70. elementy ezoteryczne, włączając w swój obręb studia nad aurą, doświadczeniami pozacielesnymi czy wywodzącym się od XVIII- -wiecznego szarlatana Franza Mesmera leczeniem ciała mocą umysłu. Esencja człowieczeństwa w ujęciu parapsychologicznym przestała być tożsama z umysłem: stała się rodzajem energii emanującej poza granice ciała i możliwej do sfotografowania za pomocą zdjęć kirilianowskich.

Nieco inaczej rozwój człowieka ujmuje transhumanizm, doktryna naukowo-filozoficzna fundowana na podobnych do eugeniki, bo ewolucyjnych, podstawach, dążąca jednak do zgoła innych rezultatów. O ile celem eugeników było doskonalenie rasy ludzkiej w jej obecnej postaci, transhumaniści, wywodzący swój intelektualny rodowód od brytyjskiego genetyka Juliana Huxleya, pragną człowieka przeobrazić. Istotą transhumanizmu jest postrzeganie obecnej postaci człowieka jako przejściowego ogniwa ewolucyjnego łańcucha, którego kolejnymi elementami będą postludzie, istoty doskonalsze i lepiej przystosowane, a przy tym niepodobne do nas, gdyż wolne od ograniczeń. Etyczną powinnością transhumiastów jest aktywne wspieranie ewolucji gatunku ludzkiego, gdyż w jej efekcie wyeliminowane zostaną obecne jego niedoskonałości, w rodzaju chorób, defektów – czy śmiertelności. Drogę osiągnięcia kondycji postludzkiej może otworzyć genetyka, w pismach transhumanistów częściej pojawia się konstatacja o konieczności fuzji z maszynami: od nasycenia ciała nanobotami, mikroskopijnymi automatami dokonującymi na bieżąco koniecznych dla funkcjonowania organizmu napraw, po ostateczny rozbrat z postacią biologiczną i przeniesienie ludzkiej jaźni na trwalsze, cyfrowe nośniki. Uwolniony od śmierci człowiek przekształci się dzięki temu w istotę nowego, wyższego rodzaju.

Służący doskonali

Marzenie o doskonałym słudze, który lepiej niż jego pan wypełnia powierzone mu zadania i pozostaje ślepo lojalny, wydaje się odwieczne – i zawsze podszyte strachem przed złośliwością i buntowniczą naturą tegoż. Pobrzmiewa w baśniach o złych dżinach, bezmyślnych golemach i zbuntowanych robotach, a najważniejszą dla marzenia o sztucznej inteligencji realizacją jest legenda homunkulusa. Ta narracja, ściśle związana z metafizyczną stroną renesansowej alchemii, wyposaża osoby szczególnie biegłe w tę sztukę w umiejętność wyhodowania zdeformowanego karzełka zamieszkującego retortę. Stworek ten jest wprawdzie cieleśnie niedoskonały, posiada jednak ogromną wiedzę z zakresu praktyk alchemicznych i służy swojemu twórcy nieocenioną pomocą. W późniejszych natomiast tekstach tworzenie homunkulusów urasta do naczelnego zadania alchemii, zastępując transmutację metali. Celem tej dyscypliny miałoby być bowiem stworzenie nowej, lepszej rasy ludzkiej.

U progu realizacji marzenia o homunkulusach ludzkość stanęła z chwilą stworzenia maszyny liczącej. Jeden z ojców komputeryzacji, służący obecnie za jej emblemat, Alan Turing, przewidywał półżartem możliwość stworzenia komputera tak doskonale imitującego ludzkie procesy poznawcze, że przypadkowy rozmówca nie byłby w stanie stwierdzić, czy konwersuje z człowiekiem czy z maszyną. Uwaga ta przeszła do historii pod nazwą „testu Turinga” i obecnie stanowi popularny test badania możliwości sztucznych inteligencji: co jakiś czas świat obiega zresztą wiadomość, że oto stworzono maszynę, która pomyślnie przeszła konwersacyjny test. Ten sugestywny, choć wątpliwy naukowo egzamin, wraz z wizją komputera grającego w szachy, grę uchodzącą w XX w. za rozrywkę geniuszy, stanowił popularne granice, po przekroczeniu których na Ziemi pojawi się nowy rodzaj istot myślących.

Badania nad sztuczną inteligencją prowadzone w latach 50. i 60. dawały bardzo optymistyczne rezultaty i w wieku XX spodziewano się rychłego wytworzenia superinteligentnych maszyn, których symbolem stał się HAL 9000, zdolny do samoobrony i samoświadomy komputer z filmu Stanleya Kubricka o wymownym tytule 2001: Odyseja kosmiczna, z 1968 r. Po dekadzie badań okazało się, że stworzenie analogonu ludzkiego umysłu albo jest niemożliwe, albo przekracza dalece zdolność obliczeniową komputerów, które wprawdzie były dość pojętne, gdy szło o rozwiązywanie zadań geometrycznych, poniosły natomiast spektakularne fiasko w dziedzinie przyswajania ludzkiego języka: wprawdzie już w połowie lat 60. powstała ELIZA, system zdolny do prowadzenia prostych konwersacji, posługiwała się jednak metodą analizy struktury gramatycznej zdań i mechanicznej podmiany jej komponentów. Nie rozumiała więc, co mówi.

Przełom w badaniach nad sztuczną inteligencją i ogromny wzrost zainteresowania tą dyscypliną w latach 80. wiązał się nie tylko ze wzrostem mocy obliczeniowej komputerów, ale ze zmianą sposobu rozumienia inteligencji. Celem wcześniejszych badaczy była realizacja marzenia o sztucznym człowieku, rozumującym jak człowiek – stąd fiksacja na nauce języka naturalnego i naśladowaniu ludzkiego sposobu rozumowania. Lata późniejsze, bardziej pogodzone z zależnością ludzkiego umysłu od jego cielesnej powłoki, przyniosły koncentrację na maszynach zdolnych do rozwiązywania problemów niekoniecznie w sposób właściwy ludziom. Dzięki temu opracowano systemy ekspertowe, zdolne do analizy wielkich ilości wyspecjalizowanych danych w celu wyłonienia optymalnego rozwiązania – np. do gry w szachy na poziomie mistrzowskim. W 1997 r. pokonano ważną anegdotyczną granicę: komputer Deep Blue zwyciężył w pojedynku szachowym z Garim Kasparowem, ówczesnym mistrzem świata. Istnienie nowoczesnego homunkulusa, doskonałego, lecz szalenie wyspecjalizowanego pomocnika, stało się faktem.

Choć system ekspertowy potrafi w swojej dziedzinie uporać się z zadaniem znacznie przekraczającym możliwości pojedynczego człowieka, nie ma nawet pozorów wymarzonej sztucznej istoty: sługi, partnera, a może następcy człowieka. Taki stan rzeczy miał objaśnić paradoks zaproponowany w latach 80. przez amerykańskiego robotyka Hansa Moravca: badacze sztucznej inteligencji nadmiernie skoncentrowali się na tych funkcjach umysłu, które sami uznawali za wartościowe, np. na logicznym rozumowaniu, zapominając o elementach, które przychodzą ludziom bez wysiłku, choć w istocie angażują większość pracy mózgu: utrzymywaniu postawy, rozpoznawaniu twarzy, wiązaniu obiektów z ich właściwościami. Rozwiązaniem miała być zmiana kierunku badania: zamiast tworzyć inteligencję przypominającą ludzką, należy najpierw zbudować automat zdolny do naśladowania owadów, a potem, być może, ruszyć mozolną ścieżką ewolucji.

Współczesna postać sztucznej inteligencji nie zaspokaja zatem marzenia o partnerze, a może następcy, którego człowiek zbuduje własnymi rękami. By zaistnieć, musiałby przyjąć postać superinteligencji: systemu komputerowego o możliwościach intelektualnych daleko przekraczających ludzkie. Do jej powstania prowadzić może kilka dróg, z których najprostszą jest wzrost możliwości obliczeniowych komputerów lub wykorzystanie mniej zaawansowanych sztucznych inteligencji do zaprojektowania maszyny o większych możliwościach – taki model eliminowałby ewentualny błąd antropocentryzmu, ograniczający rozwój inteligentnych maszyn. Być może rozwój superinteligencji zależny jest nie od szybkości obliczeniowej, lecz od zasobów bazy danych: jeżeli tak, najpewniej powstanie samorzutnie, ewoluując z Internetu: ten model zyskał szczególną popularność w konwencji science fiction. Ostatnią poważną możliwością jest konieczność odtworzenia ludzkiego mózgu, który budową nie przypomina komputera: taką drogę do superinteligencji prognozuje Ray Kurzweil, jeden z najważniejszych współczesnych transhumanistów.

Niezależnie jednak od sposobu, gdy superinteligencja powstanie, świat zmieni się nie do poznania: biologiczne ograniczenia ludzkiego rozumowania zostaną zastąpione lepszym i skuteczniejszym rozumem. Moment ten nosi spopularyzowaną przez Vernona Vinge’a nazwę „Osobliwości”: punktu, w którym rozwój technologiczny osiągnie poziom niemożliwy do przewidzenia i wymknie się spod kontroli człowieka, prowadząc być może do integracji panów i sług, powstania nowego, lepszego – bo niecielesnego – człowieczeństwa.

Prawda na zawołanie

Nim dojdzie do przeobrażenia współczesnej formy człowieka, możliwe jest zastosowanie protezy, która zagwarantuje mu niesłychane wcześniej możliwości, spełniając kolejne ludzkie marzenie: o natychmiastowym i bezpośrednim dostępie do prawdy. Świat, do tej pory niepojęty i jawiący się jako zagadka, zostanie wreszcie opanowany, a ludzki rozum zastąpi mechanizm przyrody w dziele regulacji procesów rządzących Ziemią: biosfera zostanie zastąpiona noosferą, według przewidywań ukraińskiego chemika i geologa Władimira Wiernadskiego, przedstawionych w książce Biosfera z roku 1928. By jednak do tego doszło, konieczne jest upowszechnienie dostępu do informacji naukowej oraz powszechne współdziałanie.

Obydwa te postulaty realizuje komputeryzacja, maszyna licząca okazała się bowiem nie tylko potencjalnym nośnikiem sztucznej inteligencji, ale i zwiastunem nieskończenie zasobnych bibliotek oraz narzędziem błyskawicznej komunikacji pomiędzy rozproszonymi jednostkami ludzkimi. Grunt pod takie wykorzystanie komputerów położył w roku 1960 Joseph Licklider, postulując w artykule Man-Computer Symbiosis nie tylko zastosowanie komputerów do wzmocnienia ludzkiego rozumu – w opozycji do dominującego trendu wyposażania maszyn liczących we własną inteligencję – ale i upowszechnienie komputeryzacji poprzez upraszczanie metod interakcji, zarówno pomiędzy maszyną i człowiekiem, jak samymi komputerami. Realizacja wyłożonych w tekście postulatów doprowadziła w latach 80. XX w. do upowszechnienia Internetu i kolejnych jego przeobrażeń: integracji lokalnych sieci komputerowych w sieć globalną, wprowadzenia protokołu www, który umożliwił tworzenie stron z interfejsem graficznym, powstanie wyszukiwarek (sług doskonałych, usłużnie podsuwających żądane dane) i wreszcie – świat serwisów społecznościowych, przekształcających tradycyjną relację pomiędzy dostarczycielem i odbiorcą wiedzy. Wszystkie te zdobycze okazały się inspirujące nie tylko dla autorów science fiction, od lat 80. pieczołowicie wyobrażających sobie przyszłość świata oplecionego informatyczną siecią, ale i badaczy kultury, opisujących przekształcenia spowodowane upowszechnieniem dostępu do informacji. Ci, którzy zachowali przy tym optymizm, wychodzą zwykle od zaproponowanej już w latach 60. przez Marshalla McLuhana metafory „globalnej wioski” (obserwując progres w rozwoju mediów, kanadyjski uczony zwracał uwagę na wywołaną przez nie redukcję dystansu, tak geograficznego, jak społecznego). Rzeczywistość, w której wszyscy się znają i egzystują w dość podobnych warunkach, w dodatku błyskawicznie wymieniają między sobą informacje, potraktowana została jako postulat emancypacyjny, prowadząc w latach 90. do powstania wizji Internetu jako wyzwoliciela od ograniczeń. W nowej, usieciowionej rzeczywistości każdy może doznać samorealizacji, na własną rękę i bez wysiłku zdobywać informacje, które są mu akurat potrzebne, uwalniając swój twórczy potencjał bez konieczności zabiegania o względy wydawców i nawiązując sieć znajomości opartych nie na rasie, płci czy klasie społecznej, ale na wspólnocie zainteresowań. Demokratyczny i powszechny Internet miał wreszcie uwolnić człowieka od jego fizycznych i społecznych ograniczeń, zapewniając niespotykany wcześniej margines swobody.

Drugi z popularnych sposobów rozumowania o roli Internetu jeszcze mocniej integruje dwa składniki marzenia o dostępie do prawdy: błyskawiczną komunikację i dostęp do wiedzy. Wbrew dawniejszym ustaleniom, przypisującym grupom niższe możliwości intelektualne niż szczególnym, uzdolnionym jednostkom, w latach 90. na znaczeniu zyskała koncepcja inteligencji kolektywnej wypromowana przez Pierre’a Lévy’ego. Zakłada ona, że grupa ludzi wspólnie pracujących nad rozwiązaniem problemu osiąga zawsze lepsze rezultaty niż głowiące się nad nimi jednostki. Żaden człowiek nie posiada bowiem wszystkich niezbędnych do działania informacji, a wiedza kumuluje się w zbiorowości. Perspektywa taka otworzyła drogę dla nowego, zdecentralizowanego systemu produkcji wiedzy, którego najpopularniejszym wyrazem jest Wikipedia: nowy model encyklopedyzmu, w którym to nie uczeni przekazują nieuczonym informacje o świecie, lecz działająca w warunkach równości grupa uzupełnia definicje faktów i zjawisk o szczegóły, jakie umknęły poprzednikom. Taka kumulacja to jednak dopiero początek: według zwolenników hipotezy globalnego mózgu Internet przekształci się stopniowo w nootyczny system nerwowy planety, w którym ludzie spełniać będą funkcję neuronów – i który ostatecznie przekształci warunki i sens egzystencji.

W ten sposób, dzięki komputeryzacji i upowszechnieniu dostępu do globalnej sieci, stare marzenia cywilizacji Zachodu zaczęły się urzeczywistniać. Usieciowiony człowiek przestaje być zależy od swojego ciała i może polegać wyłącznie na wzlotach umysłu, wspomaganego przez dostępne na wyciągnięcie ręki informacje na każdy temat. Swobodnie komunikuje się z innymi umysłami, w równie niewielkim stopniu zależnymi od fizycznej postaci – części nigdy nie spotka w świecie ciał. Zewsząd otaczają go superinteligentni służący, podsuwając coraz to nowe podniety: rekomendując informacje, filmy, książki, a nawet pożywienie. Żyjemy w świecie, który wymarzyli nasi dziadkowe.

Czemu więc nie jesteśmy szczęśliwi?

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter