70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Wizja końca świata, wstrząsający sąd opisany w Ewangelii według św. Mateusza i w Apokalipsie św. Jana, przynosi słowa najwyższej nadziei – klucz do zbawienia: byłem głodny, byłem nagi, byłem w więzieniu, a przyszliście mi pomóc…

26 maja 2015, wtorek

Od niedzielnego wieczora patrzę na ekran, na którym ręce podnoszą się w znaku V. To nie jest jedynie gest radości, to także gest pokonania wroga. Tak widzieliśmy czas wychodzenia ze stanu wojennego, czas Solidarności, nadzieję otwierającej się wolności. Skąd dzisiaj to samo natężenie i potrzeba użycia znaku, który nie ma nic wspólnego z rywalizacją w demokratycznych strukturach? Gdzie lepszy, choćby o włos, zostanie przyjęty jako ten, który zmienia rywala jak w biegach sportowych. Wiktoria oznacza bez porównania więcej. To dobro pokonujące zło. Tylko że wtedy nie można mówić o „narodzie, który wybrał”, bo wroga trzeba przecież odrzucić, a wcześniej napiętnować. I tak właśnie się działo podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi.

Wróg to konfrontacja, a nie jedność, dialog czy otwarcie na racje niewłasne.

Co więc będzie, gdy przestaną się podnosić ręce w znaku V? Równocześnie zapowiada się wspólnotę i bezwzględny nakaz dalszego zwalczania przeciwnika, zajmującego wciąż jeszcze znaczące rejony życia wspólnoty. Tego się nie da pogodzić. Pojawia się moralna presja uczynienia rachunku sumienia za przeszłość. Tymczasem, jeśli spojrzeć na liczby bezwzględne – 8,6 mln do 8,1 mln głosów – różnica między triumfatorem a pokonanym „wrogiem” jest przecież niewielka. To uprawniałoby więc do obrony prawa do współistnienia, ale zdaje się, że tego się nie przewiduje. Jeżeli racja jest po stronie tych wszystkich, którzy „mieli dość”, dla których słowo „zmiana” zawierało obietnicę tak daleko idącą, że wartą poparcia nie tylko na ślepo, ale z najwyższym entuzjazmem, uzasadnione jest postawienie pytania najtrudniejszego: a może epoka 25-lecia właśnie się zamyka? I potrzebne są podsumowania, które dają wyraz błędom, pomyłkom, a może nawet złudzeniom. To najsmutniejsza wersja rzeczywistości, w której zaczynamy błądzić. Byliśmy głupi czy byliśmy głusi? A może jednak nie pozwolimy odebrać wszystkim dotąd szanowanym i czczonym ich prawa do naszej wdzięczności? Może nie zgodzimy się, by w dalszej euforii zwycięzców nasilały się epitety i pogarda dla wielkości prawgowaniedziwych, także tych, które już spoczywają na cmentarzach, niekoniecznie pod pomnikami? Niebezpiecznie łatwo jest sięgać po słowa największe. Jeszcze raz przeżyliśmy tę lekcję w kampanii przed wyborami prezydenckimi, a wszystko wskazuje, że będzie prowadzona do końca wyborczych rozstrzygnięć. Najbardziej wzniosłe z tych słów to zakończenie homilii Jana Pawła II, wygłoszonej na placu Zwycięstwa w 1979 r.: odnowić oblicze tej ziemi. Politycy interpretują je zazwyczaj w sposób partyjny. Kto sprawi, że nie będzie się dokonywało dalsze poniżanie tej papieskiej modlitwy? Wypowiedzi niektórych hierarchów polskiego Kościoła przywracają, niestety, równoważność polskości i wiary bez najmniejszego wahania, w sposób do bólu najprostszy.

28 maja 2015, czwartek

Zielonoświątkowa Regina Caeli papieża Franciszka wprowadzała nas w przestrzeń powszechności chrześcijaństwa: proste przywołanie Kościoła o drzwiach otwartych bez wyjątku dla każdego, kto chciałby wejść. Właściwie nie ma obrazu piękniejszego ani bardziej prawdziwego. A przecież to wizja wciąż nieosiągalna, bo nas zajmuje przede wszystkim tworzenie barier, stawianie warunków, segreprawgowanie, sprawdzanie czy chętni są godni przekroczenia progu. Nie ma chyba przykazania bardziej poniewieranego – i to bez wyrzutów sumienia – jak osądzanie bliźnich, pilnowanie cudzej moralności albo poglądów. Papieża Franciszka na szczęście wspominamy w każdej niedzielnej modlitwie mszalnej. Ale i tak w programie duszpasterskim Kościoła w Polsce trudno znaleźć inspirację pochodzącą bezpośrednio z papieskiego okna przy placu św. Piotra.

1 czerwca 2015, poniedziałek

Wizja końca świata, wstrząsający sąd opisany w Ewangelii według św. Mateusza i w Apokalipsie św. Jana, przynosi słowa najwyższej nadziei – klucz do zbawienia: byłem głodny, byłem nagi, byłem w więzieniu, a przyszliście mi pomóc… Z tej ważnej pociechy wynika jedna oczywistość: Sędzia był w bliźnim, który czekał pomocy. Św. Paweł potrafił napisać cudowny hymn o miłości, bez której próżna jest nawet wiara i czynienie cudów. Gdy jednak ktoś nie potrafi się wznieść na Pawłowe wyżyny, zostaje mu ten właśnie poraniony człowiek, leżący przy drodze, a pomoc jemu udzielona rozstrzyga o wieczności każdego z nas. Nasz kraj, wspólnota kontynentalna i świat osiągnięć XXI w. – wszyscy widzimy coraz wyraźniej, że egzaminem rozstrzygającym o naszym losie jest właśnie bliźni potrzebujący pomocy. I to takiej, która decyduje o jego życiu albo śmierci. Wyzwanie Morza Śródziemnego, przez które setki tysięcy ludzi są gotowi się przeprawiać dla życia w pokoju. Miliony ludzi z paru kontynentów niszczonych klęską głodu. Świat przemocy religijnej sięgający po najbardziej drastyczne okrucieństwa. Klęski żywiołowe w najuboższych krajach świata. To wszystko stoi za słowami: cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, uczyniliście Mnie. W tej chwili dookoła nas pomaga wielu i nie możemy udawać, że „nie wiedzieliśmy” albo „nie mieliśmy okazji” przyłączyć się do nich. Ale wciąż jeszcze nie zdajemy tego egzaminu jako wspólnota ani tym bardziej jako podmiot polityczny. Nadzieją przed ciemniejącym horyzontem apokalipsy, która czasami wydaje się już bardzo bliska, jest tylko to, że o tym wyzwaniu nikt nie próbuje obecnie mówić beztrosko albo jeszcze bardziej beztrosko milczeć.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter