70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Emancypacja kobiet po polsku

Stalinowską politykę produktywizacji dopełniła mniej dziś znana polityka propopulacyjna. Macierzyństwo traktowane było jako jeden z frontów walki ideologicznej. Kobietom, które miały 10 i więcej dzieci, władza przyznawała Krzyż Zasługi Matki.

Dzieje polskiej emancypacji uważamy zwykle za odmienne od zachodnioeuropejskiej drogi ku równouprawnieniu. Polska walka o prawa kobiet wpisywała się w szersze projekty polityczne: sprawy narodowej, ruchu niepodległościowego, Polski odrodzonej, a po II wojnie światowej walki o socjalizm i ruchu Solidarność. Same feministki i emancypantki decydowały często o podporządkowaniu idei równości kobiet i mężczyzn ważniejszym celom, traktując dyskryminację i wykluczenie kobiet jako jeden z przejawów społecznych nierówności. Zaangażowanie polityczne pod sztandarem wolności, równości i braterstwa prowadziło nieuchronnie do pytania o solidarność ponad podziałami ze względu na płeć oraz obywatelski status kobiet. Bardzo szybko okazało się jednak, że fraternité traktowane jest jako wspólnota braci, w której dla sióstr nie ma miejsca.

Postępująca demokratyzacja XIX-wiecznej Europy nie objęła kobiet, którym nie tylko odmówiono praw wyborczych, ale także aktywności politycznej. Wprowadzony po raz pierwszy w jakobińskiej Francji zakaz udziału kobiet w polityce obowiązywał w wielu krajach Europy – m.in. w Niemczech, gdzie polskie działaczki narodowe musiały tłumaczyć się przed sądem z niezgodnego z prawem politycznym charakteru prowadzonych przez nie czytelni i kółek samokształceniowych.

Paradoksalnie, wraz z zakazem tego typu aktywności upolityczniono macierzyństwo, traktując je jako jeden z warunków przetrwania i rozwoju nowoczesnego narodu. Dobrze znana figura Matki Polki – kobiety jako rodzicielki i wychowawczyni kolejnych pokoleń w duchu narodowym – doskonale ilustruje ten ogólnoeuropejski proces. Tak zdefiniowane zadania legły u podstaw rosnącego przyzwolenia, by kobiety angażowały się w działalność polityczną na rzecz narodu „w potrzebie”. Nie dotyczyło to jednak praw politycznych, których żądały sufrażystki w całej niemal Europie.

Wojna emancypuje

Wybuch I wojny światowej oznaczał koniec pewnej ery w walce o prawa polityczne i równouprawnienie. Idea międzynarodowej solidarności i współpracy sufrażystek nie wytrzymała próby, którą stał się światowy konflikt. Dodatkowo to właśnie wojna przyniosła głębokie i nieodwracalne zmiany w życiu kobiet. Gdy mężczyzn zmobilizowano do armii, kobiety przejęły rolę żywicielek rodziny, podejmując pracę w fabrykach, hutach i kopalniach. Rosła liczba coraz lepiej wykształconych i przygotowanych do pracy biurowej urzędniczek. Zmieniała się przestrzeń publiczna miast i wsi, gdzie kobiety pod nieobecność mężów przejmowały prowadzenie gospodarstw.

Pojawiły się także w miejscu najmniej im przyjaznym – na froncie – głównie w służbach pomocniczych odpowiedzialnych za aprowizację, łączność oraz w służbach sanitarnych, gdzie pełniły funkcje zgodne z tradycyjnym wyobrażeniem porządku płci – zajmowały się opieką, pielęgnacją i karmieniem. Obok nich służyły ochotniczki, przełamujące ten wizerunek – mianowicie gotowe walczyć z bronią w ręku. Wyszkolone w skautowych i sokolich drużynach, zgłaszały się do polskich oddziałów w męskim przebraniu, gdzie często spotykały się z odmową przyjęcia do służby wojskowej. Fakt, że trudno im to było zaakceptować i zrozumieć, świadczył o głębokiej zmianie, która nastąpiła między pokoleniem emancypantek a ich córkami. Okazja, by wziąć udział w działaniach wojennych, nadarzyła się dopiero w 1918 r. w szeregach Ochotniczej Legii Kobiet, która uczestniczyła w walkach o Lwów, a później w wojnie polsko-bolszewickiej. Zasługi legionistek stały się w latach II Rzeczypospolitej argumentem na rzecz powszechnego szkolenia kobiet do służby wojskowej i wzorem do naśladowania podczas II wojny światowej.

Procesu emancypacji kobiet, który nastąpił w czasie Wielkiej Wojny, nie można było już cofnąć ani unieważnić. W 1913 r. idea przyznania im praw wyborczych budziła sprzeciw nie tylko mężczyzn. Pięć lat później w większości państw, które powstały bądź odrodziły się na gruzach starego porządku, udział kobiet w życiu politycznym stał się oczywisty i niekwestionowany. W 1917 r. wybitna ekonomistka i działaczka kobieca Zofia Daszyńska-Golińska pisała: „Po wojnie nastąpi niewątpliwie wszędzie całkowite czy częściowe rozszerzenie praw kobiecych, a spodziewać się go można tym snadniej, im gruntowniej groźny bojowy walec przeorał ziemię, im bardziej się ludzkość przekona, że byt swój w przyszłości oprzeć musi na innych, bardziej etycznych niż dotychczasowe, podstawach, im więcej nowych, pomijanych dawniej zdań się przed nią otworzy”.

Postępowa Europa Wschodnia?

W przeciwieństwie do wizji moralnej odnowy powojennego świata, polityczne równouprawnienie stało się faktem. Trzeba dodać, że państwa Europy Środkowo- Wschodniej okazały się pod tym względem bardziej postępowe niż Wielka Brytania lub Francja. Powszechnie znane były feministyczne poglądy prezydenta Czechosłowacji Tomasza Garrigue Masaryka. Ignacy Daszyński jako zwolennik kwestii kobiecej podjął rewolucyjną decyzję i powierzył resort edukacji zasłużonej działaczce ruchu ludowego Irenie Kosmowskiej – pierwszej polskiej ministrze. Była ona jedyną kobietą zasiadającą w ławach rządowych w II Rzeczypospolitej.

Pierwsze wybory w powojennej Polsce, najpierw do Sejmu zaboru pruskiego w grudniu 1918 r. oraz dwa miesiące później do Sejmu ustawodawczego, pokazały, że kobiety się mobilizują – agitują, głosują, a co najważniejsze, kandydują. Na listach wyborczych wszystkich znaczących partii nie zabrakło nazwisk znanych działaczek społecznych. Udział kobiet w wyborach był znaczący, o czym świadczyła wysoka frekwencja. Trudno jednoznacznie stwierdzić jednak, czy to ten elektorat przesądził wówczas o zwycięstwie prawicy. Takiego zdania byli lewicowi politycy, którzy widzieli w kobietach bierny i ślepo posłuszny nakazom duchownych elektorat. Dla polskich emancypantek, skutecznie lobbujących na rzecz nowego prawa wyborczego, wybory były powodem do podwójnej radości – z odzyskanej ojczyzny oraz ze statusu obywatelek. Był to też czas pierwszej gorzkiej lekcji. Centrum Kobiece, które wystąpiło z programem pragnącym reprezentować wszystkie kobiety, poniosło sromotną porażkę. Zjednoczenie ponad podziałami światopoglądowymi w imię wspólnoty płci okazało się w tym czasie mrzonką. Wybrane do Sejmu ustawodawczego posłanki, które prezentowały całe spektrum poglądów politycznych, należały do parlamentarnej elity. Dysponowały nie tylko wiedzą i umiejętnościami zdobywanymi przez lata działalności społecznej i politycznej, ale również reprezentowały określone i mimo różnorodności światopoglądowej dość powszechnie podzielane wyobrażenia na temat szczególnej roli kobiet w budowaniu nowego ładu odrodzonej Polski. Entuzjastycznie nastawione środowiska, które popierały aktywizację polityczną kobiet, wierzyły, że „łagodne i altruistyczne z natury” działaczki zmienią oblicze polskiej polityki, wyrugują partyjne konflikty, agresję, brutalność, męski egotyzm. Doświadczone realistki koncentrowały się na pracy na rzecz podniesienia rangi obszarów i zadań, do których – w ich przekonaniu – kobiety są predystynowane, czyli w sferach edukacji, polityki społecznej, w tym kwestii ochrony pracy kobiet i dzieci, przeciwdziałania chorobom społecznym (alkoholizmowi, prostytucji), wreszcie walki o zniesienie barier prawnych, które dyskryminowały kobiety. Ten ostatni aspekt był szczególnie istotny, gdyż mimo gwarancji w konstytucji równości obywateli i obywatelek odziedziczone po państwach zaborczych i zróżnicowane z tego względu przepisy szczegółowe stanowiły inaczej. Należały do nich m.in. zakaz wykonywania zawodów prawniczych i funkcji ławnika, wymóg zgody męża na pracę zarobkową żony lub utrata obywatelstwa w przypadku małżeństwa z cudzoziemcem. Wysiłki działaczek kobiecych na rzecz stopniowego usuwania dyskryminujących przepisów przynosiły połowiczne sukcesy. W II Rzeczypospolitej na marginesie wielkiej polityki toczyły się ważne dla kobiet debaty obyczajowe, wśród których dwie okazały się szczególnie burzliwe. Pierwsza, rozpoczęta przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, dotyczyła aborcji i antykoncepcji, druga – modelu małżeństwa, prawa do rozwodu i władzy męża. O jednomyślności kobiet, które reprezentowały sprzeczne stanowiska, nie było mowy. Spór pozostał nierozstrzygnięty.

Matka a obywatelka

Budowanie nowego porządku prawnego wymagało odpowiedzi na pytanie o zakres przywilejów wynikających z obowiązków macierzyńskich. Na początku stulecia spór o to, jak pogodzić ideę równości płci z postulatem ochrony praw kobiet z racji ich macierzyńskich obowiązków, pozostawał nierozwiązany. Po wojnie nikt nie miał wątpliwości, że równość ma swoje granice, zaś znaczenie macierzyństwa dla rozwoju państwa wymaga wprowadzenia specjalnych przepisów chroniących kobiety. Takie myślenie obowiązywało w całej Europie, stąd powszechne wdrożenie przepisów o ochronie pracy kobiet oraz dzieci i młodzieży. Zwyciężył model emancypacyjny w wersji równościowo-protekcjonistycznej, oddzielający obszary, w których obowiązywała równość bez względu na płeć, jak w przypadku praw politycznych lub prawa do wykonywania prestiżowych zawodów, od tych, gdzie obowiązywała ochrona i specjalne traktowanie, np. ochrona prawna macierzyństwa lub walka z handlem kobietami.

Zmiany prawne nie rozwiązały problemów, z którymi musiały borykać się kobiety z niższych warstw społecznych. Kryzysy gospodarcze, związane z nimi bieda i rosnące bezrobocie przywracały dawne spory o pracę zarobkową kobiet, głównie mężatek. Te ostatnie obarczano odpowiedzialnością za zubożenie rodzin. Argumentowano, że ojcowie tracą pracę z powodu pojawienia się konkurencyjnej, bo tańszej siły roboczej – kobiet. Z tego powodu wielu z aprobatą patrzyło na niemiecki system przeciwdziałania pracy zawodowej mężatek. Ta nie budziła kontrowersji w dwóch tradycyjnie uważanych za kobiece obszary aktywności – mianowicie w pracy kobiet na roli i w służbie domowej. W tych dwóch przypadkach nie było mowy o konkurencji ze strony mężczyzn nawet w czasach wielkiego kryzysu.

W porównaniu z dynamiką zmian w okresie wojen dwudziestolecie w niewielkim stopniu zmieniło położenie kobiet. Lata 30. przyniosły powrót do tradycyjnych wzorców kobiecości, co widać w zmieniającej się modzie. Miejsce wydekoltowanych, krótkich sukienek, krótko ściętych włosów, wyrazistego makijażu zajęły bardziej stateczne garsonki, dłuższe spódnice i suknie podkreślające kobiece kształty.

Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy polskiej emancypacji, gdyby nie następna wojna, która przyniosła ponownie przyspieszoną i przymusową lekcję samodzielności kobiet oraz ich odpowiedzialności za najbliższych. Konsekwencją wojny totalnej był także rosnący udział kobiet walczących z wrogiem w służbach pomocniczych regularnej armii, oddziałach frontowych, konspiracji i partyzantce. Tym razem ich aktywność nie była jedynie następstwem wojennych warunków, ale również efektem emancypacji pokolenia dziewcząt.

Kontrolowana emancypacja

Wraz z końcem wojny nastała epoka powrotu do przedwojennych ról społecznych, odbudowy porządku społecznego i normalizacji życia prywatnego. To nie znaczy, że radykalne zmiany polityczne i zwycięstwo komunistów nie miały wpływu na sytuację kobiet. Nowe władze przypisały sobie zasługę w szerzeniu równouprawnienia kobiet, choć wprowadzone rozwiązania powtarzały te z przedwojennego systemu, który łączył hasło równouprawnienia z esencjonalną koncepcją „natury płci”. Propaganda konsekwentnie promowała zatem wzorzec kobiety pracującej zawodowo, zaangażowanej „na równi z mężczyzną” w proces budowy socjalizmu i rozwoju gospodarczego kraju, a przy tym wypełniającej obowiązki domowe. W prasie, kronikach filmowych, literaturze i kinie regularnie pojawiały się postacie aktywistek partyjnych, przodowniczek pracy podejmujących kolejne zobowiązania produkcyjne lub obrazy kobiet zatrudnionych w „męskich zawodach”, mających stanowić przykład socjalistycznego równouprawnienia. Ikonami epoki stały się kobiety traktorzystki i kobiece brygady murarskie. Towarzyszyły temu zmiany prawne; centralne władze sprzyjały zatrudnianiu kobiet w administracji. W latach wzmożonej industrializacji na krótko zniesiono zakaz pracy w niebezpiecznych zawodach.

Stalinowską politykę produktywizacji dopełniła mniej dziś znana polityka propopulacyjna. Macierzyństwo traktowane było jako jeden z frontów walki ideologicznej. Kobietom, które miały 10 i więcej dzieci, władza przyznawała Krzyż Zasługi Matki. Od propagandowego wizerunku socjalistycznych bohaterek, takich jak Julia Sowińska, matka 11 dzieci i jednocześnie sekretarka Koła Ligi Kobiet, lub Magdalena Szymanowska, która urodziła 20 dzieci, ważniejsze było wprowadzenie urlopów macierzyńskich i tworzenie systemu opieki nad dzieckiem, co – jak wiele innych reform – funkcjonowało poniżej oczekiwań. Łączenie dwóch wzorców – obywatelki i matki – w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wyznaczyło ramy polityki emancypacyjnej władz, które w zależności od zmieniających się priorytetów politycznych balansowały między hasłem aktywizacji kobiet w sferze publicznej a dyskryminującą wizją kobiety postrzeganej przez pryzmat obowiązków w sferze domowo-rodzinnej.

Ten ambiwalentny stosunek do miejsca kobiety znajdziemy również w działalności Ligi Kobiet, masowej organizacji, która powstała na gruzach bogatego ruchu kobiecego. Początkowo podkreślając swoje przedwojenne i – jak wówczas mówiono – postępowe korzenie, szybko przeobraziła się w scentralizowaną, zhierarchizowaną i biurokratyczną strukturę podporządkowaną partii. Działaczki Ligi odgrywały rolę reprezentantek świata kobiecego w lokalnych i centralnych strukturach państwa. Służyły jednak bardziej jako dowód zachodzącej emancypacji, niż faktycznie brały udział w podejmowaniu decyzji. W praktyce bowiem te zapadały gdzie indziej – w Biurze Politycznym Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i w lokalnych strukturach partyjnych zdominowanych przez mężczyzn.

W czasach stalinowskich Liga intensywnie agitowała na rzecz aktywizacji politycznej i zawodowej kobiet, ale w okresie odwilży po śmierci Stalina porzuciła wcześniejszy model emancypacji. Na zjeździe Ligi w 1957 r. jej przewodnicząca Alicja Musiałowa złożyła publicznie samokrytykę: „W spontanicznym zrywie uczuciowym w tym okresie zapominałyśmy często, że nie każdy zawód, nie każda praca jest właściwym zatrudnieniem dla kobiet. Patos wielkiego budownictwa, jego romantyka przysłaniały niejednokrotnie rzeczywistość. Ważniejszą ponad wszystko stawała się sprawa zadokumentowania równouprawnienia z mężczyzną do pracy równie szanowanej, równie płatnej i równie cennej dla rozbudowy kraju, wzrostu jego sił, jego autorytetu. (…) Nadmiernie w tym okresie wyrósł kult pracy zawodowej kobiet przy jednoczesnej niesłusznej dewaluacji wartości pracy w domu i w rodzinie, przy osłabieniu autorytetu dobrej, kulturalnej gospodyni domu, światłej matki”.

Po równo, czyli?

Równouprawnienie szybko, bo już w okresie stalinowskim, okazało się iluzją. Pracodawcy unikali zatrudnienia ciężarnych i młodych mężatek, zarazem nie przestrzegali prawa pracy, przydzielając je do zajęć w szkodliwych warunkach lub na nocną zmianę. W dodatku kobiety zazwyczaj pracowały na stanowiskach gorzej płatnych, z niewielką szansą na awans lub premię. Nieefektywny okazał się system opieki społecznej, który miał je wyręczyć lub przynajmniej pomóc w prowadzeniu domu i wychowaniu dzieci. Mimo niewydolności instytucje opieki dziennej nad dzieckiem pozytywnie wpłynęły na aktywizację zawodową kobiet. Przez cały okres powojenny systematycznie rosła liczba kobiet pracujących zawodowo: tuż po wojnie stanowiły 30% ogółu zatrudnionych, w 1989 r. – 43,5%. Zmieniał się również udział aktywnych zawodowo mężatek, które w 1950 r. stanowiły 13% wśród pracujących kobiet, a w 1989 r. – 69%.

Niekonsekwentnie prowadzona polityka równości płci i emancypacji nie naruszyła powszechnie akceptowanego porządku płci i ról społecznych, w którym to macierzyństwo i prowadzenie domu określały podstawowe zadania kobiet. W prasie przed 1956 r. trudno znaleźć wypowiedzi sugerujące, że praca zawodowa kobiet (zwłaszcza matek) jest przyczyną problemów i patologii, z którymi muszą zmierzyć się zarówno one same, jak i członkowie ich rodzin. Po odwilży okazało się jednak, że ten problem istnieje, a wiele mężczyzn i kobiet traktuje pracę zawodową mężatek jako zło konieczne i źródło udręki: „Kobieta nazywa się Anna S. – pisało w 1957 r. »Zwierciadło«. – Zresztą równie dobrze mogłaby nosić inne imię. Mieszka w Gliwicach – ale i to jest nieistotne, bo tak jak ona żyją setki tysięcy kobiet w setkach naszych miast. Jest zwykłą – niewykwalifikowaną robotnicą. Żoną. Matką. Ma 30 lat. Wygląda – na 45. Warto mimochodem przypomnieć, że Anna S. jest kobietą równouprawnioną. Korzysta z wszelkich czynnych i biernych praw obywatelskich. Za pracę otrzymuje równą z mężczyzną zapłatę. Nie dotyczą jej tylko w praktyce dwa prawa: prawo do wypoczynku i prawo do zwykłej, prostej radości”.

Negatywna postawa wobec pracy zawodowej, traktowanej przez kobiety nie jako przywilej, ale przymus, nie dziwi, zważywszy, że decyzja o jej podjęciu najczęściej powodowana była trudną sytuacją ekonomiczną rodziny. Rzecz jasna, sporo kobiet traktowało pracę jako sposobność do samorealizacji, szansę na ciekawsze życie lub na niezależność finansową. Nawet one jednak dostrzegały problem, jakim była faktyczna niemożność pogodzenia pracy zawodowej z obowiązkami domowo-rodzinnymi. Trudność „pracy na dwóch etatach” – zajmowanie się domem i pracą zawodową – stanowiła ważny, choć nie jedyny wątek dyskursu emancypacyjnego lat 60. Równolegle miało miejsce zjawisko, które określiłabym jako „prywatyzacja” kwestii kobiecej. W tym czasie do mediów i świadomości społecznej wracają tradycyjne tematy kobiece związane z modą, pielęgnacją urody, życiem małżeńskim i wychowaniem dzieci. Liczne konkursy urody propagowały wzorzec kobiety pięknej, zadbanej i modnie ubranej. Jednocześnie na łamach różnych tytułów prasowych zaczęły pojawiać się tematy poważniejsze, dotyczące patologii życia rodzinnego, alkoholizmu i przemocy domowej wobec kobiet.

Przykłady efektów prywatyzacji kwestii kobiecej znajdziemy m.in. w publicystyce z okazji Dnia Kobiet, kiedy to obowiązkowym tematem przewodnim była sytuacja kobiet – opis uzupełniony o rytualne wyrazy podziwu i szacunku. W tekstach przedmiotem kpiny i krytyki stawał się mąż tradycjonalista, który nie docenia żony, choć sam żadną miarą nie potrafiłby wykonać nawet drobnej części jej codziennych obowiązków. Satyryczny ton tych wypowiedzi nasuwa interpretację, że Dzień Kobiet był bachtinowskim karnawałem, kiedy to dochodzi do odwrócenia porządku, zawieszenia norm i zasad zachowania, co można rozumieć jako zabawową formę kontestacji, która uwalnia społeczność od napięć i konfliktów. Sprawy marginalizowane (kwestia równouprawnienia) i traktowane jako nieistotne (role społeczne i praca kobiet) stawały się przedmiotem zainteresowania i ostentacyjnej admiracji jedynie po to, by po zakończeniu święta powrócić mógł społecznie sankcjonowany porządek płci. W rzeczywistości ani tradycyjny model małżeństwa, ani podwójne obciążenie kobiet pracą zawodową i domową nie były kwestionowane.

Zapomniana walka robotnic

Podporządkowanie emancypacji wartościom domowo- -rodzinnym miało także wpływ na pozycję kobiet w życiu publicznym. Znamiennym, choć nie jedynym, przykładem zjawiska wykluczenia politycznego jest historia strajków mających miejsce zimą przełomu 1970 i 1971 r. Wystąpienie robotników Stoczni Gdańskiej, protestujących w grudniu przeciwko podwyżkom, władze potraktowały jako polityczne zagrożenie, co w konsekwencji doprowadziło do tragedii. Niedługo potem, w lutym 1971 r., wybuchł strajk w łódzkich fabrykach, w którym znakomitą większość stanowiły robotnice. W tym wypadku został on oceniony przez rządzących nie jako akcja polityczna, ale słuszny protest oburzonych matek – zakończył się ugodą oraz spełnieniem żądań strajkujących.

Łódzki bunt przypadł na czas, gdy ochrona macierzyństwa stała się nowym priorytetem polityki państwowej. Zmiany w ustawodawstwie pracy były reakcją na alarmujące dane o niskiej stopie urodzeń z poprzedniej dekady, której przyczyn władze upatrywały w aktywizacji zawodowej kobiet, nieefektywności państwowego systemu pomocy opiekuńczo-wychowawczej, a także znikomej popularności partnerskiego modelu małżeństwa. Nie bez wpływu na decyzje rządzących okazał się problem konstytucyjnie gwarantowanego prawa do pracy, które prowadziło w praktyce do przerostu zatrudnienia. Nowa polityka miała zachęcić młode matki do okresowej rezygnacji z pracy zawodowej oraz zaproponować takie formy pracy, które można pogodzić z obowiązkami rodzinnymi. Aktywizacja zawodowa kobiet przestała być dla państwa priorytetem. Już w 1968 r. wprowadzono bezpłatne urlopy wychowawcze, chociaż to na lata 70. przypadło gros zmian w tej kwestii. Wówczas wprowadzono atrakcyjny system pomocy finansowej i zabezpieczeń socjalnych z płatnymi urlopami, zasiłkami wychowawczymi i funduszem alimentacyjnym. Nowa polityka społeczna przyniosła błyskawiczne skutki. Młode matki masowo rezygnowały z pracy zawodowej, w przeważającej mierze w czasach kryzysu lat 80., kiedy codzienne zakupy związane były z wielogodzinnym staniem w kolejkach, a o miejsce w żłobku i przedszkolu było niezwykle trudno. Praca zarobkowa w takich warunkach stawała się dodatkowym ciężarem.

Warto pamiętać, że projekt emancypacyjny skierowany był do kobiet wykształconych, aspirujących do zawodów prestiżowych, a przynajmniej pracy umysłowej. Jednak i one oceniły krytycznie ten model równouprawnienia – m.in. z powodu rozbieżności między fasadowymi hasłami równości kobiet i mężczyzn a rzeczywistością. Dla wielu z nich emancypacja kobiet jawiła się jako coś sprzecznego z narodową historią, narzuconego przez system; w konsekwencji obrona tradycyjnych wartości i porządku płci stały się formą politycznej niezgody na panujący ustrój. Paradoksalnie, równouprawnienie skojarzono z patriarchalnym przecież państwem realnego socjalizmu, w którym władza należała do mężczyzn, a role społeczne kobiet były zdeterminowane przez obowiązki domowe. To dlatego polskie feministki, z których znakomita większość zaangażowała się w opozycyjną działalność, po roku 1989 oskarżane były o peerelowskie resentymenty i sprzeniewierzenie się tradycyjnym wartościom. Dopiero za sprawą transformacji ustrojowej, której efektem ubocznym okazały się m.in. dyskryminacja kobiet na rynku pracy, osłabienie systemu opieki społecznej i wsparcia dla młodych matek, feministyczne postulaty równych praw i równych szans ponownie nabrały znaczenia. W warunkach demokracji i wolnego rynku procesy emancypacyjne, nawet jeśli krytykowane i odrzucane na poziomie symbolicznym, stopniowo i nieuchronnie zmieniały oblicze polskiego społeczeństwa, w tym sytuację kobiet.

Dziś toczymy spory o próg wieku emerytalnego i parytety, nie dyskutujemy już jednak o prawie mężatek do pracy, o udziale kobiet w życiu politycznym i gospodarczym. W czasie, który dzieli rządy Hanny Suchockiej i Ewy Kopacz, zaszły nieodwracalne zmiany. Nadużyciem byłoby jednak spojrzenie na dzieje polskiej emancypacji przez pryzmat sukcesów wybitnych przedstawicielek kobiecej elity – byłby to obraz tyleż optymistyczny, co nieprawdziwy. Należy wziąć też pod uwagę historie zwykłych kobiet – strajkujących pielęgniarek, migrantek utrzymujących rodziny, aktywistek organizacji pozarządowych i lokalnych działaczek. W historii powinniśmy zrobić miejsce dla kobiet nieobecnych na rynku zawodowym, zajmujących się dziećmi i rodziną. Za ich symbol można potraktować Danutę Wałęsę, której wspomnienia stanowią zapis emancypacji szczególnego rodzaju – rozumianej jako droga do osobistej wolności i niezależności, do prawa wyboru, nawet jeśli ów wybór wygląda na odrzucenie ideałów XX-wiecznej emancypacji.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata