70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Podróże ze zwierzętami

Spaliśmy przy strumieniach, bo słonie o poranku potrzebują kąpieli. Trzeba uważać, szczególnie przy zsiadaniu – słoniowi bowiem zdarza się podnieść energicznie z przyklęku i wtedy fikołek murowany. Nad głowami rozwieszaliśmy grube, osmolone płótno, bo nocami całą kotlinę spowija gęsta, zamarzająca mgła, która stuka o brezent jak wyhamowane przez gąszcz kulki gradu. Słońce przebija się gdzieś koło południa. Ano, drugi z poganiaczy, wyjął późnym wieczorem z torby plastikową butelkę, odciął górną część, dolną zalał podgrzaną wodą, dosypał opium, i zaciągnął się przez nią tak, że aż stanęły mu świeczki w oczach. Pociągnąłem ze trzy razy, ale na Polaków chyba nie działa.

Wielbłądy

Być może wybraliśmy złe miejsce. Leżąc z głową na siodle, podciągnąłem koszulę pod pierś. W świetle gwiazd zobaczyłem na brzuchu czarną karawanę. Mrówki były wielkie jak paznokieć i jakby nigdy nic wędrowały w swoim tempie nad płytkim kraterem pępka, zmierzając na kostkę śpiącego obok M’baraka. Ich prosta kreska ginęła w szmerliwym mroku pustyni. Mieliśmy do wyboru 90 690 ha, a zatrzymaliśmy się tu. Byliśmy dla nich zbyt niepoważni, by kluczyły, i zbyt tymczasowi, by przerywały odwieczne zwyczaje i budowały obwodnicę. Wieczorem ziemia oddawała ciepło. M’barak wyrobił ciasto i wsadził w piach. Po godzinie jedliśmy chleb. To był może czwarty dzień wędrówki od osady Mahamid w kierunku ergu Chigaga w Maroku. Niezbyt przejęliśmy się uwagą, że w sierpniu w pustynię się nie wychodzi. Dało się wytrzymać gdzieś do jedenastej, dlatego ruszaliśmy jeszcze przed świtem. I tak powinniśmy o tej porze roku wędrować nocą. Zaczynało się po południu… Szukaliśmy byle krzaka, którego kolce rzucały nerwowy cień. Mohamed i M’barak zawijali się cali w płótno i przez pięć godzin nie wypowiadali słowa, nie wykonywali najmniejszego ruchu, a gdy zawiesiłem mętny wzrok na ich piersi, dałbym głowę, że nie oddychali. Wiatr od pustyni parzył jak podmuch błękitnego żaru, gdy otworzy się szybę kominka. Wargi po prostu się rozpadały. D. zasłabł i, jak twierdził później, stracił przytomność. Przebywałem w Delhi w czerwcu, było 46°C w cieniu. Tam było o jakieś dziesięć stopni więcej. Pojedyncze drzewa skręcały się jak nargile i miałem wrażenie, że wydzielają dym. Odpowietrzone kupy wielbłądów wydawały się lekkie jak pumeks.

A one po prostu stały. Do południa posłusznie człapały, a potem oddawały się kontemplacji bytu. Przynajmniej tak to wyglądało z naszej strony. Bo na nic zdaje się tu cała ta encyklopedyczna wiedza – znajomość ich zwyczajów, okresy miotów, wymiary. Klęczą z półprzymkniętymi oczami, z półopuszczonym łbem i gumiastym nosem. Niby śpią, a nie śpią. Czasem wychodziły nieco poza obóz, ale zwykle siedząc na czterech nogach, otaczały nas, chroniąc od podmuchów. Nijak nie potrafiąc wyrzec się infantylizacji języka, którą katujemy równo zwierzęta i dzieci, już po kwadransie nadaliśmy im zdrobniałe imiona. Mojemu było Jorguś. Miał dobrego garba, bo M. ze swojego bezustannie spadał. Gdy leżenie z głową na siodle stawało się niewygodne, opieraliśmy się w półsiadzie plecami o ich boki. Jakby za nas oddychały.

Z najwyższych wydm ergu widać było już tylko pomarańczowy piach, żużel gwiazd i przecinkę galaktyki, którą w moich stronach nazywano dawniej Gościńcem do Nieba. Dalej była już Algieria, więc trzeba było zawracać. Tydzień wcześniej zobaczyłem w Zagorze symboliczną tablicę „Timbuktu 53 dni” – i zachorowałem. Eh, wstać w środku nocy, gdy reszta śpi pod wydmami, zostawić całą tę czeredę, dać M’barakowi w łapę, zabrać ze dwa wielbłądy i pójść w środek tego pieca, choćby spłonąć.

Pierwszym Europejczykiem, który mógł kombinować w ten sposób, był Francuz Rene Caillié. Europejczycy od paru wieków krążyli wokół Afryki, ale nigdy nie udało im się dotrzeć do mitycznego serca Sahary. Jeśli sensem ludzkiego życia jest poszukiwanie tak zwanej prawdy, a ta lubi wyiskrzyć gdzieś w tarciu między emocją a materią, z którą się zmaga, to czasy sensowi sprzyjały.

W 1824 r. Francuskie Towarzystwo Geograficzne zaoferowało nagrodę w wysokości 10 tys. franków za czystą przyjemność bimbania ze strachu i ograniczeń ludzkiej wyobraźni. Dziś byłoby to mniej więcej 200 tys. zł, czyli tyle co Nagroda Szymborskiej. Miał otrzymać je pierwszy Europejczyk, który wróci żywy z opisem legendarnego Timbuktu. Caillié zarobił 70 funtów na plantacji indygo u Brytyjczyków w Sierra Leone, przeszedł na islam, nauczył się arabskiego i po wielu perypetiach (opisanych w Journal d’un voyage à Temboctou), udając Araba, dotarł na miejsce z karawaną wielbłądów, gdzie dowiedział się, że właśnie odwiedził go… tak, oczywiście, Anglik, mjr Gordon Laing, który jednak chwilę po opuszczeniu miasta został zabity. Caillié nie zastał na miejscu nawet blasku dawnej chwały. Z kolejną karawaną wrócił przez marokański Tanger do Francji, gdzie opisał Timbuktu jako „masę marnych domostw” i „najgłębszą ciszę”.

Historyczne mapy pokazują siatkę szlaków transsaharyjskich karawan, z których większość zmierzała na Złote Wybrzeże po kość słoniową, złoto i niewolników. Dopiero po wizycie w przejmującym Muzeum Niewolnictwa w Cape Coast w Ghanie, w największym punkcie handlu ludźmi w Afryce, pojąłem, że oni jeździli tam jak dziś chłopaki po samochody do Niemiec czy Włoch. Układali niewolników w porcie na ziemi, sprawdzając, czy błysk, czy mat, zaglądali do ust, szturchali nogami i ładowali na statek albo przywiązywali do karawany, która zmierzała na północ, np. przez Tadmekka, In Salah i Gadames do Tripolisu. Na przykład, bo to jedna z trzech głównych nitek transsaharyjskich karawan między I w. p.n.e. a XV stuleciem, gdy europejska żegluga przeniosła handel na wybrzeże, zaś jednym z celów tego tekstu jest próba odtworzenia przebiegu najdłuższych szlaków w dziejach, szlaków, które połączyły losy ludzi i jucznych zwierząt. W każdym razie wszystkie drogi prowadziły do Timbuktu. Stamtąd na południe odchodziły dwie trasy – jedna przez Kano do Beninu, a druga przez Begho na Złote Wybrzeże. Kolejna na północ wzdłuż wybrzeża do Maroka, w którym wówczas żyły jeszcze lwy – przez Idjil lub bardziej na wschód Taghazę do Fezu. Trasa przez Ghat na północny wschód wiodła do Kairu, prowadząc kilometry żywej masy do stóp wielkiej piramidy, po której cienie spływają jak z żywej góry i gdy się na to patrzy, od razu przychodzi człowiekowi do głowy myśl o racji poddaństwa. Największy interes robili oczywiście pośrednicy, którzy nie ruszali się z takiego Agadez czy Murzuk. Do dziś na Saharze przetrwały dwie solne karawany Tuaregów, którzy wówczas łupili obce wyprawy – w Mali do kopalni w Taoudenni i w Nigrze do Bilmy, wędrujące po 18 godzin na dobę o wodzie i paru daktylach. Dziś są tylko cieniem tych dawnych, z których każda złożona była z 20 tys. wielbłądów.

Sahara to głównie żwir i zaledwie kilka piaszczystych ergów. Największe morze piachu znajduje się w Arabii Saudyjskiej i nazywa się Ar-Rab al-Chali lub, jak wolą Brytyjczycy: Empty Quarter – Wielka Pustka. Miejscowi nomadzi, Bedu, nazywają ją prościej: the Sand – Piasek. Trzeba było ponad 100 lat po Caillié, by pokonał ją kolejny Europejczyk w kompanii beduinów i wielbłądów. Bertram Thomas, brytyjski urzędnik na Bliskim Wschodzie, a potem wezyr samego sułtana Omanu, nie myślał o niczym innym. T.E. Lawrance, sława nad sławy, był przekonany, że jedynym sposobem zbadania tej głuszy (mniej więcej 3 na 3 tys. wydm) jest przelot samolotem. W 1931 r. Thomas dokonał niemożliwego: po trzech miesiącach dotarł nad Zatokę Perską, a jego trasa wyznacza przy okazji najbardziej prawdopodobny szlak karawan beduinów przez Empty Quarter – Thomas wybrał drogę z największą liczbą studni. Sensacyjna wieść o jego sukcesie była najgorszym, co może przytrafić się odkrywcy, który przymierza się do tego samego wyczynu. St. John Philby, oficer brytyjskiego wywiadu na dworze króla Arabii Saudyjskiej, na wieść o sukcesie rodaka postanowił pokonać tę drogą dwukrotnie. Jako pierwszy Europejczyk w ciągu trzech miesięcy przemierzył jej wschodnie rubieże, a przejście liczącej 3 tys. km trasy pozostaje do dziś wyczynem – między kolejnymi studniami jego karawana pokonała 800 km. A w Wielkiej Pustce nikt nie ważyłby się złamać świętej zasady – by móc się napić, pierwszy przy źródle musiał czekać na ostatniego… Wszystko to byłoby niemożliwe bez wielbłądów, które udomowiono właśnie na Półwyspie Arabskim po 1500 r. p.n.e. 500 lat później woziły już towary z półwyspu do północnej Afryki i Indii, łącząc wielkie cywilizacje. Arabowie zarobili dzięki nim fortuny, przewożąc na Bliski Wschód mirrę, kadzidło i inne wonności Wschodu, wciskając wszystkim bajki o ich niedostępności, dopóki Rzymianie nie wypuścili się na Ocean Indyjski swoimi łodziami. To wielbłądy tworzyły najdłuższy trakt handlowy w dziejach – Jedwabny Szlak, który od Ctesiphon koło Babilonu prowadził przez Rhagae (dziś Teheran), rozwidlając się przed pustynią Takla Makan na północną odnogę (przez Samarkandę) i południową (przez Khotan i Miran). Rozwidlenia spotykały się w Anxi, tuż przed Korytarzem Hexi, który prowadził kupców na Xian i Guangzhou nad oceanem – wąskim gardłem pomiędzy suchymi górami Quilian na południu i najwyższymi piaszczystymi wydmami na świecie (500 m) – pustynią Badain Jarain, co po mongolsku znaczy „tajemnicze jeziora”. Pomiędzy wydmami leżą – jak okrzepła materią fatamorgana – wielkie, często słodkie, stawy.

Słonie

Na pewno rozbiliśmy się w złym miejscu. Namiot stał na mukongo, czyli ścieżce słonia. Robił się zmierzch, a jedynie tu była pitna woda. Tylko dlatego potrafię określić czas, który w gęstwie lian zawijał się w supły. To był 17. dzień, odkąd wyruszyliśmy z Minvoul na północy Gabonu, by pchani tą samą siłą co Caillié i Philby, przedrzeć się pieszo przez puszczę Minkebe – Małopolskę zamieszkaną przez 30 tys. dzikich słoni i ani jednego człowieka. Słoń nie lubi, gdy ktoś zajmuje mu mukongo. T. obudził mnie o północy i powiedział: „Słoń”. Odparłem: „Pieprzysz…”, i zasnąłem. Ale chwilę później usłyszałem głośny cmok Nestora, naszego pomocnika Pigmeja, który zawsze oznaczał sygnał do prędkiej i dyskretnej ucieczki. Wybiegliśmy w majtkach i od razu rozcięliśmy stopy. Był nów i środek sporego lasu, więc trzymałem się rękami po omacku pleców Alexa – wszystko wskazywało na to, że widział w ciemności. Staliśmy półnadzy za drzewami. Słyszeliśmy go tuż nad namiotem. Pół godziny później to bydlę przewaliło się koło paleniska jak pociąg towarowy. Nie spaliśmy do rana. Ostre światło świtu podrażniało łaknące snu oczy. Niespecjalnie się baliśmy. Że niby strach można oswoić? Był w tym miejscu jak najbardziej pożądany, ale po paru dniach po prostu przestało nam się chcieć bać. Parę dni później kolejny słoń ruszył prosto na nas w środku dnia, trąbiąc jak orkiestra AGH. Z maczetami w dłoniach rzuciliśmy się w krzaki – jak na tych wszystkich tanich filmach z USA.

Tak, wtedy byliśmy po przeciwnej stronie. Ale pięć lat później, po trzech latach dobijania się do ważnych drzwi, władza birmańska wydała mi pozwolenie na wyjazd na prawie nieodwiedzane od II wojny światowej przez obcokrajowców pogranicze indyjskie – na terytoria Naga, do niedawna łowców głów, do Doliny Hukawng zwanej Doliną Ciemności. Dziwnie to wygląda. Płaska, wielka kotlina otoczona z trzech stron łańcuchem przyprószonych światłem malachitowych gór, omijanych ostatnio przez najlepszych kłusowników z plemion Lisu, cała poprzecinana wężowiskiem rzek, które w czasie monsunu zamieniają się w wodogrzmoty. To, według mojej wiedzy, ostatnie miejsce w Azji (a może i przez to na świecie), gdzie słonie wykorzystuje się do regularnego transportu jako zwierzęta juczne, nie przy wyrębie lasu, ale na wielotygodniowych trasach. Póki co kopalnie złota i bursztynów leżą w zbyt stromych i mokrych górach, by dotarły tam ciężarówki. To czysty biznes. Słoniarz bierze od sztuki za cały dzień pracy nie mniej niż 100 dolarów i ani mu się śni targować. Popyt jest. Potrafi sprzedać sztukę Tajom za 40 tys. dolców. Nikomu też nie przychodzi do głowy, by na parotygodniowe wyprawy do dżungli wychodzić pieszo, choćby po kolejne słonie, które chwyta się tu na rodzaj lassa. To gęsty, nieprzyjemny las. Słoń taranuje ciernie, które człowiek maczetą wycinałby pół dnia, i przeprawia się przez głębokie rzeki. Niesie na sobie setki kilogramów zapasów.

Było nas czterech, po dwóch na każdym słoniu. Mojemu było w polskiej transkrypcji Maszłej, więc przechrzciłem go na Maciej. Siedziałem w koszu, a mahout, jak nazywa się poganiacza słoni, siedząc niżej na jego szyi, masował gołą stopą kłębowisko splotów nerwowych na jego głowie, wydając przy tym komendy. Drugi słoń miał mniej szczęścia. Koleś walił go obuchem maczety w czaszkę, huk grzęznął dopiero gdzieś w koronie drzew i przypominał pogłos indiańskiej dmuchawki. Walczyłem z tym, ale na marne.

Spaliśmy przy strumieniach, bo słonie o poranku potrzebują kąpieli. Trzeba uważać, szczególnie przy zsiadaniu – słoniowi bowiem zdarza się podnieść energicznie z przyklęku i wtedy fikołek murowany. Nad głowami rozwieszaliśmy grube, osmolone płótno, bo nocami całą kotlinę spowija gęsta, zamarzająca mgła, która stuka o brezent jak wyhamowane przez gąszcz kulki gradu. Słońce przebija się gdzieś koło południa. Ano, drugi z poganiaczy, wyjął późnym wieczorem z torby plastikową butelkę, odciął górną część, dolną zalał podgrzaną wodą, dosypał opium, i zaciągnął się przez nią tak, że aż stanęły mu świeczki w oczach. Pociągnąłem ze trzy razy, ale na Polaków chyba nie działa. Jak Szeherezada spod Bumba Bum (jeden z okolicznych szczytów) opowiadał o wyprawie po dzikie słonie, gdy jadąc na swoim, prawie wpadł na siedzącego na gałęzi i wpatrzonego w niego czujnie tygrysa, który uciekł w przeciwną stronę. Pasy na skórze czynią go elementem lasu. To ostatni naturalny rezerwat tygrysów w całej Birmie, a ich ryki niosą się nocami daleko w doliny. Kolejnego dnia spływu odbijamy od brzegu łódką. Pierwsze metry w głąb lasu o świcie przypominają ruchy wiosłem. Na ułamek chwili powraca poczucie, że suw po tafli wody jest jedynym ludzkim przeznaczeniem. Świat przesuwa się wolno i obrazy grzęzną w sitku oczu. Jest wysoko i można szybko poczuć się ważnym. Biały (a więc rzadki) słoń to w Birmie i innych kulturach symbol władzy. Jedzą po 200 kilo na dobę i pierdzą jak nieszczęście. Prawie nie śpią, a nocą niesie się przez las huk powalanych drzew. Wyczuwają niebezpieczeństwo na kilometry i porozumiewają się niesłyszalnym dla ludzkiego ucha szmerem, którzy uczeni nazywają infradźwiękami. A boją się myszek.

W końcu załamała się na nas fala światła – minęliśmy sad, porzuconą motykę, kobiałkę z mętną wodą, w końcu pierwsze kryte trzciną chaty i po pięciu dniach i 100 km dotarliśmy do Shingwiyang.

Ileż to razy słonie poprowadziły europejskich odkrywców na krańce map? Francuzi jako pierwsi Europejczycy podziwiali odcienie zieleni dzikich Gór Kardamonowych w dzisiejszej Kambodży z siodła słonia. Na subkontynencie słoń był jak koń w Europie. Na słoniu podróżował przez Indie Phileas Fogg, kręcąc się w 80 dni dokoła świata. Epoka wielkich odkryć nie wydarzyłaby się w ogóle, gdyby nie zwierzęta i tani tragarze. Było w tym tyle romantyki – bo swing w siodle zwielokrotnia odbiór – co pragmatyzmu. Bo nie dość, że zwiększają bezpieczeństwo, to jako medium do pozornie nieożywionej materii oswajają ją dla nas. To jest już jakiś odruch. Gdy tylko mam przed sobą bezmiar pustki, szukam człowieka z osłem, słoniarza albo hodowcy dromaderów. Jakby potrzeba było obok czegoś fizycznie wielkiego, by pomieścić ssanie tych wszystkich głusz. Są jeszcze tacy, jak Jacek Pałkiewicz, którzy paradygmat kolonialnych ekskursji zamieniają na swoje potrzeby w dla wielu żenujący styl podróżowania, a więc bycia, i nie zważając na znaki czasu, na te turbowózki na pięciu oponach, które moderntrawelerzy ciągną przez salary świata, na te kajty na prąd czy na co tam jeszcze, drepczą wokół Ziemi w siodle, nie dając sobie wydrzeć znikającego pod naporem technologicznego rozwoju powodu do szczęścia. Po dwóch tygodniach w pustce coraz trudniej odróżnić dni. Czas staje się dziwnie namacalny i razem z drogą tworzy tunel, przecięty jak przesłona w aparacie krótkim snem. To czyste ukojenie dla duszy, bo usypiającemu rytmowi zwierzęcego ciała poddają się wszystkie czorty, ifrity i mary. Byle tylko gdzieś na horyzoncie nie wykwitł jakiś betonowy słup, żółty caterpillar albo, nie daj Bóg, pospolity toi toi; byle nie trzeba było tłumaczyć się z nich na jednym z mnożących się festiwali neoodkrywców albo kasować trefne foty i oszukiwać samych siebie; byle nie drażnić czułej wyobraźni – wszak każda, tym bardziej ambitna, podróż nim się zacznie, zamienia się w wyobrażenie o niej.

To miasto nazywało się Barbarikon i dla samej nazwy byłbym gotów doń pojechać. Gdyby istniało. Było elementem mapy świata, w czasach gdy słoń, „czołg starożytności”, występujący od Półwyspu Koreańskiego po Przylądek Dobrej Nadziei, przecierał szlaki władzy. O wartości bojowej słoni, udomowionych w Indiach w I tysiącleciu p.n.e., przekonali się władcy Syrii hellenistycznej, którzy jako pierwsi sprowadzali je masowo z Indii na Bliski Wschód, jak taki Seleukos I, Eudamus, czy Antioch III, i pędzili przez pustynie liczące kilkaset sztuk stada. Słonie tworzyły regularne armie greckich wojsk. Słonie Aleksandra stacjonowały gdzieś pod Babilonem. Trochę na południe leżało Barbarikon, gwarny port, do którego z głębi lądu napływały góry towarów, lazuryt i topaz, koral i indygo, a przede wszystkim jedwab – to w Barbarkionie kończyła się biegnąca wzdłuż doliny Indusu nitka południowej odnogi Jedwabnego Szlaku. Druga biegła z portu Barygaza bardziej na południe, trzecia z Tamralipii na zachodzie subkontynentu, łącząc się z pozostałymi w Taxila, w dzisiejszym pakistańskim Pendżabie, wyznaczając najdłuższy w dziejach dystans pokonywany przez karawany objuczonych słoni. Docierały do Bagram koło Kabulu, pełnego przepychu miasta na głównej arterii Jedwabnego Szlaku. Z daleka, jak wszystkie oazy na pustyniach Azji, wyglądało nocą jak namiot, w którym ktoś zapalił wielką lampę.

W górach i lodach

Pewnie znów wybraliśmy złe miejsce. Spod przełęczy Pangsau, zostawiwszy słonie w Shingwiyang, wracałem na niziny rzeką Tarong. Nie wiedziałem o niej nic, bo jedynym obcokrajowcem, jaki nią spłynął, był przyrodnik Alan Rabinowitz – ale o tym usłyszałem dopiero na miejscu. Jak to się mówi, była nieeksplorowana, bo – otóż to – leży w głębokim kanionie niedostępnym dla zwierząt jucznych. Nigdy wcześniej nie widziałem równie pięknej rzeki, być może w ogóle nic piękniejszego – dziewicze ochrowe zerwy po kilkaset metrów, półksiężyce rozciętych korzeniami plaż, białe jak kreda skały o fallicznych kształtach, lazur wody i żywe bestiarium: ptaki jak embraery wzlatujące metr nad głową, tłuste jaszczury pomykające po skalnych płytach i stada rozfikanych małp na skraju nasączonego słodem lasu. Dobrze jest być gdzieś pierwszym, choćby drugim, albo przynajmniej w to wierzyć. Ludzka pazerność zostaje na parę dni zaspokojona, a wewnętrzne pragnienie podzielenia się pierwotnością ze światem w imię współodpowiedzialności za stworzenie szybko ustępuje zewnętrznemu przykazaniu dyskrecji. Zatrzymaliśmy się o zmierzchu na plaży. Wyszedłem z łódki pierwszy. Zobaczyłem przed stopami nieznany alfabet, zastygłe perpetuum niewchodzących sobie w drogę śladów, wyraz niedostępnej dla ludzkiego rozumu społecznej umowy, którą z automatu niweczy ludzka pokraczność, bo od razu wlazłem na pierwszy z brzegu. Nocą wszystko zaczęło wyć. Złowiliśmy wielką rybę i ugotowaliśmy ją w kotle z czili, a potem zwinąłem się przy żarze w kłębek, bo presja przestrzeni była tym razem zbyt silna. Z filmu Babel zapamiętałem ulotną, czwartorzędna scenkę, raczej obraz – mężczyzna leży w glinianej chałupie, w środku suchego, przepastnego Atlasu i odgania się od pcheł. Jedyną sensowna reakcją wydaje się ucieczka do miasta. Czułem się wtedy podobnie, jak on przeganiając błechy, wycięty ze świata, z którym można nawiązać jako taki kontakt, podróżując ze zwierzętami.

Ale przecież opisuję epizod, plamkę, piksel. Przejmujący fabularyzowany trzyczęściowy dokument Jaques’a Malaterre’a Odyseja gatunku ludzkiego, ukazujący dzieje człowieka od czasów słynnej Lucy, uświadamia, że zasiedliliśmy Ziemię sami. Dopiero gdzieś z 10 tys. lat temu wraz z osiadłym trybem życia oswoiliśmy owce i psy, 1000 lat później świnie, a za kolejne 3 tys. kury, powoli przystosowując kolejne gatunki do wspólnych wędrówek. Z jednym wyjątkiem. To psy umożliwiły nam podbój Północy. Ludy tundry do perfekcji opanowały sztukę powożenia psimi zaprzęgami, którymi zapuszczały się na zupełnie dziewicze terytoria. Rosjanie zdobywali z psami Syberię, porzucając pozbawione paszy konie. Psy dodawały ludziom otuchy w pierwszym spotkaniu z bezkresem Arktyki, aż w końcu znalazły się na statkach, które przeniosły ich na drugą półkulę, by ciągnąć eksplorerów na niezdobyty biegun. Wielkie wyprawy National Geographic, biblia eksploracji świata – Scott, Schackleton, Peary, Amundsen, wielkie narracje, chwała, znój i sława, i ani słowa o psach. Amundsen zabrał na swoją historyczną wyprawę 55 psów, z których wróciło 14. Pokonywał codziennie ok. 27 km. By skłonić je do wysiłku, w drodze powrotnej grupę wyprzedzał na nartach maszer, który wciskał kęsy mięsa w śnieżne kopczyki. To psy zdobyły biegun południowy. W 1992 r. mocą międzynarodowego protokołu zakazano wykorzystywać je na Antarktydzie. Może przez to, że dzielą wspólną cechę z reniferami – najpóźniej udomowionymi zwierzętami, których zaprzęgi przewoziły od pradziejów ludzi i rzeczy przez bezdroża Eurazji – tracą instynkt przetrwania, przedkładając nad niego osiągnięcie wyznaczonego przez człowieka celu. Gdy ostatecznie odmawiają posłuszeństwa, są już tak wyczerpane, że po prostu padają na ziemię i umierają. W XIX w. sprowadzone z Syberii renifery taszczyły na Alasce kruszec w czasie gorączki złota, a od 1899 r. listy między St. Michael i Kotzebue.

Jakoś nigdy nie zajmowały mnie specjalnie muły. Tym bardziej osły. Zawsze dyskretne, ciche i pokorne, zawsze gdzieś z boku, cierpliwe w służbie innym, najbardziej chrześcijańskie ze wszystkich zwierząt. Osły i muły, czyli krzyżówka osła z koniem, sprawdzają się w stromych górach, ale w najwyższych partiach Andów rządzi kto inny.

Do niedawna, gdy ktoś zadawał to mętne pytanie o najpiękniejszy kraj świata, jaki widziałem, wycofywałem się okrakiem. Ostatnio odpalam wprost – Boliwia. Stolica przypomina podwieszony pod sufitem nieba kandelabr. Gdzieś powyżej 4 tys. n.p.m. ziemia wystrzykuje z kraterów i wulkanów naturalne farbki, wzorce pierwotnych barw, które osiadając na kolejnych formach, spływają w dół Amazonii ku wybrzeżom. Z La Paz wyjechaliśmy przed świtem. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że ta pierwsza wyraźna kreska na tle mroku, z której zawsze wyrasta szkic dnia, występuje wyżej, niż nawykło go szukać europejskie oko. Szczyty pasma Apolobamba z bezlikiem niezdobytych, a i często nienazwanych szczytów świeciły jak gromnice. Wjechaliśmy na płaskowyż Ulla Ulla, którego falujące trawy swobodnie wpadały w błękit, a w cieniu w połyskliwy granat. Z początku myślałem, że to kamienie. Ale to były tysiące dzikich alpak, które przypatrywały się nam prostodusznym wzrokiem kóz.

Wielbłąd, zarówno jednogarbny, jak i baktrian, pochodzi od swojego przodka zamieszkującego przed milionami lat Amerykę Północną, skąd wybrał się do Azji. Inną rodzinę poniosło na południe, gdzie przystosowała się do życia na dużej wysokości. Historyków, a wcześniej konkwistadorów zdumiewa tyleż sam rozmach inkaskiej sieci dróg (każdy władca za punkt honoru stawiał sobie budowę swojej), co ich przekrój. Jak łańcuchy na choince prowadzą wzdłuż zboczy od przełęczy do przełęczy, jakby im wyżej, tym lepiej, a jeśli pod górę, to na wprost bez europejskich zygzaków. Szlaki te wyznaczyły same lamy, kuzynki alpak. To budowane dzięki nim trakty były spoiwem i warunkiem powstania imperium. Gdyby Inkowie zawczasu zorientowali się, jak słabo radzą sobie na nich hiszpańskie konie, być może ich historia potoczyłaby się nieco inaczej. Objuczone lamy przemierzały tysiące kilometrów (od Quito do Santiago na południu) z ludźmi, którzy nazywali się ich opiekunami.

Jak, tona żywej masy z wielkim sercem i podwyższoną liczbą krwinek, który potrafi przejść objuczony 50 km dziennie przez najwyższe przełęcze świata, jest nadal silnikiem Himalajów. Do odciętych od cywilizacji wiosek wysoko w górach dowozi butle z gazem. Transhilamajskie solne karawany jaków wędrują do dziś, ale ostatnio na wielu trasach, choćby z rejonu Humla w Nepalu do chińskiej granicy, kres przynoszą im nowe drogi i ciężarówki, niszcząc trwającą tysiące lat tradycję i pozbawiając ludzi zarobku. Karawany złożone ze 150 jaków przemierzają przynajmniej od 2 tys. lat wywiane wiatrem bezdroża między Nepalem a Tybetem i Bhutanem. Jedna z najstarszych, zobrazowanych w nominowanym do Oscara nepalskim filmie Caravan Erica Valli, wędruje do dziś z rejonu doliny Dolpo w Nepalu do zasobnego w sól tybetańskiego płaskowyżu Chang Tang. Często zastępują je owce, które taszczą po 15 kg soli i jako jedyne ze zwierząt jucznych śpią z bagażem na plecach, co jest wielkim ułatwieniem dla poganiaczy. Kolejna karawana jaków, każdy z 70 kg towaru na grzbiecie, wędruje regularnie między doliną Tsangpo w Nepalu a płaskowyżem o tej nazwie w Tybecie. By uniknąć górskiej ślepoty, kobiety smarują okolice oczu czarnym korzeniem, a mężczyźni zawijają na oczy swoje warkocze. Ale swoją najdłuższą trasę, wysypaną kośćmi zwierząt i ludzi, jaki pokonywały przez Karakorum Pass z Ladakh w dzisiejszych Indiach do oaz na Jedwabnym Szlaku – do Jarkendu i Kaszgaru w zachodnich Chinach. Podróż trwała jeszcze do niedawna 40 dni w jedną stronę. Szlak Herbaciany, Tea Horse Trail, zwany czasem Południowym Jedwabnym Szlakiem, czynny od ok. 600 r. po Chrystusie do – uwaga – 1960 r., to szlak, którym herbata wywędrowała z chińskiego Pu’eru i Junnanu przez Qamd, Lhasę, przełęcz Nathu La, Sikkim do Bengalu i dalej w świat na barkach tragarzy potrafiących unieść na plecach 90 kg towaru, ale przede wszystkim przez zwierzęta, wyznaczając tym samym najdłuższą konną trasę w dziejach. Dorównać może jej tylko Szlak Kalifornijski.

Amerykańscy pionierzy, William Clark i Meriwether Lewis ze swoim Korpusem Odkrywców, jako pierwsi dotarli nad Pacyfik w 1805 r. Płynęli w górę Missouri, przez miesiąc przenosili ekwipunek powyżej wodospadów Great Falls i z pomocą Szoszonów dotarli do rzeki Kolumbia, która poprowadziła ich na zachód. Ale to koń i wół, ciągnące wozy śmiałków, przetarły szlak dla masowej migracji na Dziki Zachód. Obsesyjna wędrówka, okupiona tysiącami zabitych, rozpoczęła się w połowie XIX w., gdy Meksyk zrzekł się na rzecz Stanów Kalifornii. Szlak Kalifornijski, otwierając nowy rozdział w historii Ameryki, biegł z miast Independence, St. Joseph i Nebraska City przez Mitchell Pass, rozwidlając się w Fort Hall na Szlak Oregoński na północny zachód do Oregonu i na właściwy Kalifornijski na południowy zachód przez Pustynię Czterdziestomilową do Sacramento. Na skałach Independance Rock pionierzy wypisywali swoje imiona i daty, zupełnie jak dziś młódź na tatrzańskich smrekach i sczerniałych ścianach schronisk.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata