70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szuflada z Biblią i poezją

Nie ma takiego języka, który obejmowałby wszystkich. Język teologiczny ma zaś dwie zalety. Po pierwsze, jest inkluzywny, po drugie, perswazyjny, w tym sensie, że nasycony jest wartościami.

Czuje się Pan intelektualistą zaangażowanym?

Tak, choć wiem też, że formuła intelektualisty zaangażowanego ma w Europie Środkowo-Wschodniej swój szczególny ciężar. Przywołuje na myśl wielkie postacie: Václava Havla, Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, Adama Michnika… Odnoszę wrażenie, że intelektualista w przestrzeni publicznej to dziś byt wyjątkowy, przypominający nieco ostatniego Mohikanina.

Dlaczego tak jest?

Paradoksalnie, intelektualistom w polityce jest łatwiej w czasach ekstremalnych, kiedy trzeba głosić idee, wyznaczać kierunki, dawać ludziom nadzieję. W czasach „normalnych”, gdy polityka sprowadza się do zarządzania i partyjnej rywalizacji, intelektualiście łatwiej się potknąć. W brutalnej grze sprowadzonej do liczenia szabel i leninowskiego pytania „kto kogo?” część intelektualistów nigdy się nie odnajdzie.

Mieliśmy jednak w polskiej polityce ostatnich lat co najmniej kilku ciekawych intelektualistów w różnych obozach politycznych: Jarosława Gowina, Zdzisława Krasnodębskiego, Ryszarda Legutkę, Bartłomieja Sienkiewicza czy Pawła Śpiewaka. Czy oni właśnie „potknęli się na polityce”?

Zastanawiam się: czy ci ważni i zasłużeni intelektualiści zmienili politykę, czy raczej polityka zmieniła ich? Obawiam się, że to drugie.

Reprezentują oni trzy drogi. Pierwsza to droga intelektualisty-idealisty, który po wejściu do polityki dostrzega, że jest w niej właśnie ostatnim Mohikaninem, i rozczarowany, decyduje się zwrócić bilet. To historia Pawła Śpiewaka. Druga droga to losy Ryszarda Legutki i Zdzisława Krasnodębskiego, którzy – tak mi się wydaje – postanowili zawiesić myślenie na kołku i stać się częścią jednomyślnego partyjnego chóru. Trzeci typ zaś to osoby, które nie sprawdziły się w 100%, kiedy już po władzę sięgnęły. To przykład choćby mojego kolegi Jarosława Gowina, który – gdy usiadł za ministerialnymi sterami – nie potrafił w pełni wykorzystać posiadanych narzędzi, by zmieniać rzeczywistość. Podobnie było z Jerzym Hausnerem, który próbował zrealizować swój wielki plan reform, ale w toku politycznej gry z całego planu pozostało jedynie rozczarowanie samego profesora. Intelektualiści często są przekonani o własnej słuszności, więc konieczność zawierania daleko idących kompromisów prowadzi ich do frustracji. A polityka, na nieszczęście dla nich, a na szczęście dla społeczeństwa, to sztuka zawierania kompromisów.

Może zatem w „normalnych czasach” intelektualiści powinni się trzymać z dala od polityki?

Mimo iż nie zawsze radzą sobie w partyjnej grze, to z całą pewnością potrzebni są nam ludzie, którzy potrafią definiować polskie sprawy publiczne w dłuższej perspektywie. Politycy-intelektualiści, którzy nie pozwolą sprowadzić rządzenia tylko do zarządzania.

Żyjemy w czasach niepewności. Mieliśmy w Polsce trochę oddechu, kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej w 2004 r. i przez chwilę poczuliśmy, że słynna teza Francisa Fukuyamy o końcu historii staje się faktem. Dziś za sprawą globalnego kryzysu finansowego oraz geopolitycznego za naszą wschodnią granicą zobaczyliśmy, że historia powraca, a my wcale nie jesteśmy tak bezpieczni i nie możemy się cieszyć takim komfortem życia, jak się nam dotąd wydawało. Doświadczamy dziś końca dotychczasowego świata i potrzebujemy intelektualistów, którzy nam ten nowy świat zdołają opowiedzieć.

Widać to już w państwach dotkniętych kryzysem, w Hiszpanii i w Grecji, gdzie wśród liderów nowych sił politycznych jest wiele osób związanych z uniwersytetami. Przykładem jest choćby Pablo Iglesias, profesor nauk politycznych i szef ugrupowania Podemos. Trzeba wyjść poza utarte schematy. A odwaga działania bierze się z odwagi myślenia.

Ostatnim polskim stanem wyjątkowym, który wymógł, aby to intelektualiści przejęli rządy, była transformacja z 1989 r. Przy okazji obchodów 25. rocznicy III RP powróciły zarzuty mówiące o brutalności rynkowych reform. Czy sądzi Pan, że polscy intelektualiści zdali wówczas swój historyczny egzamin?

Przestrzegam przed pochopnymi ocenami. Jeśli pytamy, czy można było to zrobić lepiej – tak. Gdy jednak przyglądamy się, co udało się osiągnąć w wyniku tego nadzwyczajnego sojuszu robotników i intelektualistów, to odpowiadam też: tak, zdali egzamin. Widzimy to, porównując Polskę z innymi krajami, które w 1989 r. były na podobnym poziomie rozwoju – Bułgarią, Rumunią, nie mówiąc o pogrążonej w kryzysie Ukrainie – a zostały przez nas wyprzedzone. Polska jest w UE i w NATO, jest krajem ze stabilną gospodarką i przewidywalnym ładem społecznym. Ci, którzy przyłożyli rękę do tej zmiany, mogą z dumą patrzeć w lustro.

Niektórzy jednak, gdy w to lustro spojrzą, mówią: „Byliśmy głupi”. Tak jak Marcin Król w znanym wywiadzie opublikowanym przed rokiem na łamach „Gazety Wyborczej”.

Tak, „byliśmy głupi” w tym sensie, że z trzech republikańskich wartości – wolności, równości i braterstwa – zupełnie zapoznaliśmy braterstwo. Tak rozumiem zarówno wyznanie Marcina Króla, jak i gorzki rachunek Karola Modzelewskiego. W momencie gdy Solidarność dała nam wolność, uznaliśmy, że nie potrzebujemy solidarności przez małe „s”. A o potrzebie takiej właśnie solidarności mówił ks. Józef Tischner: „Jeden drugiego brzemiona noście” – przypominał słowa św. Pawła. I tłumaczył dalej: jeden z drugim, a nie jeden przeciw drugiemu. Gdyby w czasach transformacji solidarność była tak samo silną osią relacji międzyludzkich jak w schyłkowych latach komunizmu, nasz sukces – i jako dobrego państwa, i jako przyzowitego społeczeństwa – byłby jeszcze większy. Być może ci, którzy nie byli beneficjentami transformacji, nie myśleliby o III RP z takim żalem, z jakim dziś o niej myślą. Nie mówiliby o zdradzie klerków. Ale z pewnością fakt, że brutalność wolnorynkowych reform, które dotknęły najmniej uprzywilejowanych, była osłaniana przez intelektualistów, zachwiał ich społeczny autorytet.

Bliska jest mi zasada Jacka Kuronia: „Gdy widzę, że dzieje się człowiekowi niesprawiedliwość, staję po jego stronie”. Transformacji towarzyszyły wartości, takie jak: autonomia, wolność, konkurencyjność. Mówiono: „Musisz być kowalem własnego losu”. Niewiele tam było miejsca na troskę o najsłabszych, współdziałanie, społeczną odpowiedzialność.

Czy nie sądzi Pan, że aksjologiczne zaplecze transformacji kształtowali również ludzie tacy jak ks. Józef Tischner, do którego często Pan nawiązuje i o którym napisał książkę pt. Wariacje Tischnerowskie? Padały zarzuty, że w latach 90. porzucił „etykę solidarności” na rzecz rozważań o „nieszczęsnym darze wolności”, figurze homo sovieticusa i „klientach komunizmu”, którzy stali się roszczeniowymi „klientami kapitalizmu”.

Z dzisiejszej perspektywy można uznać te określenia za zbyt brutalne. Po dobie kolektywizmu nastąpiło też zrozumiałe przechylenie na rzecz indywidualizmu. Myślę, że w latach 90. rola Tischnera jako intelektualisty polegała jednak na czymś innym. Tischner powtarzał, że nie wyobraża sobie sfery publicznej bez etosu. On chciał budować „kapitalizm z ludzką twarzą”. Posługiwał się językiem wartości dialogicznych, a nie rywalizacji. Powtarzał, że jest „myślicielem Sarmatów”, ponieważ chce ratować nadzieję Polaków. A nadzieja nie jest kategorią ani polityczną, ani ekonomiczną. Tischner pokazywał też, że bycie intelektualistą jest związane z konkretną społecznością. Mógł być myślicielem europejskim, spierać się z Gadamerem i Ricoeurem o Hegla, ale wybrał ludzi mieszkających obok niego. Dla mnie rola Tischnera w polskiej tradycji jest nie do przecenienia. To on pokazał, że intelektualista w sferze publicznej powinien mówić o wartościach. Wielu liberałów i ludzi lewicy boi się o nich wspominać, bo ten język został skolonizowany przez prawicę. A to jest błąd.

W odpowiedzi pojawia się nieraz argument, że gdy nadszedł rok 1989 i należało wyciągnąć z szuflad projekty reform, okazało się że jest tam tylko Biblia i poezja. I dlatego ludzie opozycji okazali się w większości nieprzygotowani do merytorycznej oceny projektów proponowanych przez Leszka Balcerowicza.

W moim przekonaniu było dokładnie odwrotnie. Gdyby polscy opozycjoniści nie zapomnieli o Biblii i poezji, to transformacja wyglądałaby inaczej. Oni zarzucili język wartości na rzecz dyskursu ekonomicznego.

Są przecież różne typy ekonomicznego dyskursu. Może dlatego że duża część ludzi opozycji na ekonomii się nie znała, przyjęła za dobrą monetę propozycje przedstawione przez Balcerowicza?

Dziś jesteśmy mądrzejsi. I właśnie dlatego Polki i Polacy żadnej „terapii szokowej” nie zaakceptują. Ale spójrzmy na kontekst historyczny: gdzie polscy intelektualiści mieli się przygotować do takich zadań? Oni wychowali się na micie amerykańskiego kapitalizmu, którego symbolem była coca-cola. Pamiętam swoje rozmowy z Krzysztofem Kozłowskim, który nadzorował służby specjalne w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Wielokrotnie mi powtarzał, że pierwszy rząd działał w warunkach nadzwyczajnych. Wówczas nikt nie wiedział, jak taka transformacja może przebiegać i co ostatecznie będzie jej efektem.

Przy pytaniach o polską transformację nie mam prostych odpowiedzi. Reformy wolnorynkowe były oczywiste. Ale czy koszt, który poniosło społeczeństwo, mógł być niższy? Wydaje się, że tak. Cieszę się z drogi, jaką Polska obrała po 1989 r., ale jednocześnie napawa mnie smutkiem myśl o tym, ile osób musiało cierpieć w wyniku tych brutalnych zmian. Od naszych ojców reformatorów oczekiwałbym, aby dziś nie bronili wszystkich reform za wszelką cenę, ale żeby potrafili przeprowadzić rzetelną autorefleksję. Bo czasami – choć rzadko – uczymy się na błędach historii.

Wróćmy jeszcze do postaci ks. Tischnera. W kwietniowym „Znaku” mówił Pan, że należy „sprofanować” Jana Pawła II, tzn. wydobyć jego postać i myśl ze świętego pozłotka, w które zostały opakowane i na powrót włączyć je do wspólnoty. Czy nie ma Pan wrażenia, że należałoby również sprofanować postać Tischnera? Czy nie jest on zamknięty w klatce sentymentalnych wspomnień, nagród i festiwali oraz góralskich dowcipów? Czy w ten sposób nie zniknął Tischner jako intelektualista?

Po pierwsze, myślę, że przecenia Pan Tischnera, stawiając go na równi z Janem Pawłem II. Tischner w polskim Kościele pełnił funkcję marginalną. Dla wielu biskupów był persona non grata. Dopiero po śmierci i poprzez fakt, że jego umieranie zbliżone było do sposobu znoszenia cierpienia przez papieża, zaczęto życzliwszym okiem spoglądać na jego dorobek filozoficzny. Dostrzeżono też wówczas, jak bardzo nasze życie publiczne kuleje z powodu jego nieobecności. Brakuje nam dziś pośredników między tradycjonalistycznym Kościołem a laicką inteligencją i dużą częścią społeczeństwa, która chodzi po manowcach religii. Dla obu tych grup Tischner uosabiał ludzką twarz Kościoła.

Po drugie, zamiast profanacji wolałbym, aby episkopat organizował sympozja, na których krytycznie czytałoby się Tischnera, co nie jest – z oczywistych powodów – możliwe wobec św. Jana Pawła II. Ze świętym, jak wiemy, się nie dyskutuje.

Promując idee budżetu obywatelskiego, jeździłem dużo po Polsce. Ludzie po spotkaniach podchodzili, bo kojarzyli moją książkę o Profesorze, i mówili, że żyją jego tekstami, że słuchają jego nagrań. Tischner dzieli dziś los w polskim Kościele podobny do tego, jaki spotyka papieża Franciszka: słuchają go ludzie z pogranicza. I dobrze, gdyż – jak wiemy z Ewangelii – dobry pasterz zostawia 99 owiec, by iść na poszukiwanie tej jednej zagubionej.

Mam nadzieję, że Tischner w centrum jednak się pojawi, bo jego prace, np. przywoływana już Etyka solidarności, stają się dziś kluczowymi tekstami do interpretacji rzeczywistości. Obecnie polityczny język zarządzania usuwa język wartości. Postawa nakierowana na zarządzanie przenika też do Kościoła, który zamiast formować postawy religijne i sumienia wiernych, zarządza nimi. Profanacja Tischnera jest więc zbędna. Zresztą w pewnym sensie został on już doszczętnie sprofanowany przez Kościół za swojego życia.

A kto oprócz ks. Tischnera kształtował Jarosława Makowskiego jako intelektualistę? Jakie są lektury formacyjne współczesnego intelektualisty zaangażowanego?

Rozczaruję Pana. Moje wejście do polityki wiązało się właśnie z Biblią i poezją. I nie sądzę, żebym przez to nie potrafił myśleć o państwie, jego mechanizmach, efektywności działania. I Biblia, i wielka poezja mobilizują do zaangażowania po stronie słabszych oraz pokazują, w jaki sposób – poprzez słowo i dzięki słowu – wielka opowieść może odmienić nasze życie. Bo słowa walczą!

Zawsze fascynowali mnie intelektualiści, którzy nie bali się odważnych projektów społecznych. Myślę zwłaszcza o trzech postaciach. Pierwsza to Abraham Joshua Heschel, żydowski rabin, u którego żarliwość intelektualna i nastawienie teologiczne wiązały się z zaangażowaniem społecznym. Nigdy nie zapomnę jego słów o złu: „Gdy widzisz zło i na nie nie reagujesz, to jesteś współodpowiedzialny”. W demokratycznym społeczeństwie tylko nieliczni są winni, ale wszyscy są odpowiedzialni. Dlatego też Heschel protestował przeciwko wojnie w Wietnamie i był zaangażowany w ruch antyrasistowski w USA. Drugim ważnym dla mnie intelektualistą jest Martin Luther King – pastor, myśliciel i aktywista społeczny, który potrafił dokonywać wielkich zmian, korzystając właśnie z Biblii i poezji. A trzecia to postać współczesna – Cornel West, wykładowca na uniwersytecie w Princeton, aktywista afroamerykański i jedna z ikon Occupy Wall Street. Biorę od Westa myśl, która jest moim drogowskazem w działalności publicznej: „Nie możesz prowadzić ludzi, jeśli nie kochasz ludzi. Nie możesz chronić ludzi, jeśli nie chcesz im służyć”. Wszyscy trzej przekonywali, że to nie jawne zło jest największym nieszczęściem człowieka, ale jawna obojętność. Uczę się od nich, że nie mogę być obojętny.

Jest Pan z wykształcenia filozofem i teologiem. Do religijnego języka sięga Pan też często w swoich społecznie zaangażowanych artykułach. Teolog w świecie nowoczesnym wydaje się stawać przed kłopotem, o którym pisał Joseph Ratzinger we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo. Z jednej strony grozi mu, że będzie postrzegany jako ktoś archaiczny, przychodzący z innej epoki w błazeńskim stroju. A z drugiej strony, że niczym głupi Jaś pozbędzie się po kawałku swojej złotej sztabki chrześcijańskiej tradycji, aby „zmodernizować” przekaz i nadążyć za tym, co rozpala opinię publiczną. Jak Pan radzi sobie z tymi dylematami?

Zarzut, że teolog stał na czele Instytutu Obywatelskiego, thinktanku Platformy Obywatelskiej, wysuwał np. Leszek Balcerowicz, który chyba żadnych teologów nigdy nie czytał. Nie sądzę też, żeby czytał Biblię, a na pewno nie poezję, więc nie dziwi mnie, że politykę chce uprawiać tylko i wyłącznie „prozą ekonomiczną”. Ale dlatego trudno będzie mu wrócić dziś do realnej polityki i przekonać – dużo bardziej już świadomych swych praw – obywateli.

Polska jest szczególnym krajem ze względu na rolę religii i miejsce Kościoła katolickiego w życiu publicznym. Przypomina mi się słynna sentencja Hegla: „Naród, który ma złe pojęcie Boga, ma także złe prawa, złe państwo i złe rządy”. Doskonale pokazuje ona naszą sytuację – mamy złe wyobrażenie o Bogu, a w konsekwencji złą politykę i złe podejście do religii w życiu publicznym. Prawie wszyscy ważni polscy politycy przynależą do Kościoła katolickiego, ale jednocześnie robią i państwu, i Kościołowi krzywdę, źle pojmując swoją lojalność wobec niego. Traktują Kościół tylko i wyłącznie w kategoriach aktora politycznego, a nie jako instytucję, która ma formować ludzkie sumienie. Z powodu klientelizmu, który wytworzył się między politykami a Kościołem, duża część społeczeństwa zachowuje chłód wobec katolicyzmu. Refleksja teologiczna może przysłużyć się zmianie tych relacji.

Teologia ma zresztą do odegrania wielką rolę nie tylko w korygowaniu relacji między państwem a Kościołem. Spójrzmy na papieża Franciszka, który zabiera głos w sprawach polityczno-ekonomicznych jako jeden z największych dziś krytyków dzikiego kapitalizmu. Można powiedzieć, że przypomina wspomnianego w Pańskim pytaniu Jasia w tym, że rozdaje posiadane złoto; robi to jednak po to, by troszczyć się o ubogich i o zepchniętych na margines. Franciszek pokazuje księżom i intelektualistom zbliżonym do Kościoła, że teologia nie może być pisana w oderwaniu od bólów tego świata. Takie było też myślenie Tischnera: pisanie teologii nie polega na przepisywaniu metafizycznych traktatów, ale powinno wyrastać ze spotkania z cierpiącym człowiekiem.

Dla mnie teologia jest bardzo mocno zanurzona w rzeczywistości. Mało kto w Polsce dostrzega, czym może być teologia w praktyce. A przecież Solidarność była właśnie taką teologią w praktyce; zaryzykuję tezę, że była szczególną odmianą latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia. Dziś potrzebujemy nowej fali teologii wyzwolenia, która dałaby Kościołowi trochę ciała. Żeby szedł do ludzi i między ludzi. Bo teologia wyzwolenia czy solidarności stanie się zbędna dopiero, gdy obok nas nie będzie już słabych, biednych, wykluczonych. A więc, niestety, nigdy.

A może Radio Maryja, teologia zaangażowana politycznie i upominająca się o ofiary transformacji, to nasza lokalna wersja teologii wyzwolenia?

Radio Maryja zagospodarowało osoby w wyniku przemian pokrzywdzone, musimy jednak pamiętać, że na tym się kończą wszelkie podobieństwa – teologia wyzwolenia nie była nastawiona na konflikt, co jest charakterystyczne dla rozgłośni o. Rydzyka, który wykorzystuje strach przed Obcym – Żydem, liberałem, feministką. Radio Maryja, mimo że ma także inne media i szkołę wyższą, nie odmienia rzeczywistości społecznej: zarządza strachem, ale nie przemienia ludzi.

Mam kłopot z Pańską wizją wiązania teologii i polityki. Proponuje Pan – jak mi się zdaje – język teologiczny jako język formacji politycznej. Jest to jednak partykularne, zwrócone do osób wierzących. A czy liberalna partia polityczna nie powinna zwracać się zarówno do wierzących, jak i niewierzących?

Partykularna jest partia, ale same wartości partykularne nie są.

W kostiumie religijnym mogą być jednak tak postrzegane.

Z mojego punktu widzenia zasadniczy jest cel. Czy przekonam innych Biblią czy wielką literaturą europejską (dla której zresztą Biblia była często najważniejszym punktem odniesienia), nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

Czy wszyscy będą akceptować język teologii chrześcijańskiej? Oczywiście, że nie. Ale nie ma takiego języka, który obejmowałby wszystkich. Język teologiczny ma zaś dwie zalety. Po pierwsze, jest inkluzywny, zwraca uwagę na to, co łączy, a nie co dzieli. Po drugie, jest perswazyjny, w tym sensie, że nasycony jest wartościami.

Ujmę to nieco inaczej. Odnosił się Pan do przykładów wielkich amerykańskich teologów i działaczy społecznych. Wydaje mi się, że Europa, w przeciwieństwie do Ameryki, na retorykę religijną w życiu politycznym reaguje alergicznie.

Zgadzam się. Również Polacy mogą mieć jej czasem dość. Język religijny jest dziś nadużywany, zwłaszcza przez polityków prawicy. Co więcej, bywa, że ich aktywność przynosi skutki odwrotne do zamierzonych, kiedy w życiu publicznym domagają się respektowania wartości, z których realizacją sami miewają problemy. Zdarza się też, że słowo „Bóg” pojawiające się na ich ustach ma przysłaniać brak właściwych kompetencji.

W naszej polityce obserwujemy dwie skrajności. Z jednej strony, polityków z prawicy powołujących się ciągle na Boga i na wartości. A z drugiej, tzw. postępowców bojących się mówić o wartościach, w które wierzą. Będąc politykiem, musisz głośno mówić, w co wierzysz, bo wyborcy często identyfikują się z politykami nie na płaszczyźnie wspólnych interesów, ale właśnie poprzez wspólnie wyznawane wartości.

Proponuje Pan zatem teologię polityczną skoncentrowaną na międzyludzkiej solidarności w opozycji do tradycyjno-narodowej teologii politycznej prawicy?

Tak. Nazywam to społeczną Ewangelią Jezusa. Gdybyśmy uczyli się o chrześcijaństwie, wyłącznie słuchając prawicowych polityków, to nigdy nie wpadlibyśmy na to, że Jezus mówił w 90% o biedzie, wykluczeniu i marginalizacji, a nie o seksie. A w przekazie prawicy proporcje są ustawione dokładnie na odwrót.

Projekt teologii politycznej, który staram się budować, ma na celu dwie rzeczy: po pierwsze, pokazanie, że współpraca jest lepsza niż konkurencja. Przypomina mi się kazanie jednego z kapelanów Uniwersytetu Yale, w którym do kończących studia młodych ludzi powiedział: „Możecie brać udział w wyścigu szczurów, możecie ten wyścig nawet wygrać, ale to nie znaczy, że przestaniecie być szczurami!”.

Po drugie, chciałbym, żeby liberałowie przestali bać się mówić o wartościach. Odwołuję się tu do książki amerykańskiego językoznawcy George’a Lakoffa pt. Nie myśl o słoniu. Lakoff pokazuje, że cała polityka zbudowana jest na dwóch metaforach: konserwatyści mają przed oczami obraz surowego ojca, a postępowcy wierzą w model partnerskich rodziców. Czasami mam wrażenie, że Lakoff pisał tę książkę w Polsce i obserwował nasze, a nie amerykańskie, życie społeczne. Dominuje u nas metafora surowego ojca, gdzie Bóg-mężczyzna jest władcą, królem, prawodawcą, głową rodziny. Brakuje drugiej opowieści, gdzie pokazano by konsekwencje myślenia podług logiki rodziców, dla których liczy się odpowiedzialność, współpraca i empatia. To są dwie różne metafory, które w zupełnie inny sposób organizują państwo i politykę.

Niedawno został Pan radnym sejmiku śląskiego. Czy sfera lokalna, samorządy, miasta są tą przestrzenią, gdzie sposób myślenia o polityce w kategoriach „partnerskich rodziców” i współdziałania można najszybciej urzeczywistnić?

Z pewnością tak. Wydaje mi się, że właśnie jesteśmy świadkami oddolnej rewolucji, dokonywanej m.in. przez ruchy miejskie, i tworzenia się „nowego mieszczaństwa”. Polacy na powrót odkrywają radość ze współobcowania. Wolny czas spędzamy nie tylko w supermarkecie czy przed telewizorem, ale z dzieciakami na nowym placu zabaw, w osiedlowej knajpce, a nawet dyskutując o projektach do budżetu partycypacyjnego. Potrzebowaliśmy tych 25 lat, żeby zobaczyć siłę i przyjemność płynącą ze współdziałania.

W samorządzie jest to łatwiejsze z dwóch względów. Po pierwsze, dlatego że niezależnie od poglądów politycznych jako mieszkańcy danego miasta czy dzielnicy mamy te same problemy. Po drugie, lokalność ułatwia eksperymentowanie. Samorząd jest laboratorium zmian dla państwa, ponieważ nie trzeba angażować w nim od razu całego, rozbudowanego aparatu biurokratycznego.

Czyżby ruchy miejskie i lokalna polityka stawały się dziś najlepszą przestrzenią dla zaangażowania intelektualistów?

Odkrycie lokalności wydaje mi się czymś istotnym także dla intelektualisty. Tony Judt – jeden z ważnych dla mnie autorów – mówił, że nie istnieją intelektualiści globalni. Globalna jest puszka coca-coli. Intelektualista musi być zakorzeniony w swojej wspólnocie. Tak też mówił przywoływany już Józef Tischner – on chciał być myślicielem nie całej Europy, nie Niemców i Francuzów, ale nas, Polaków.

Jarosław Makowski – filozof, teolog i publicysta, były redaktor „Tygodnika Powszechnego” i dyrektor Instytutu Obywatelskiego, od 2014 r. radny sejmiku śląskiego V kadencji

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata