70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dług metafizyczny

W buddyzmie chodzi o to, by osiągnąć wolność. Wyzwolona istota osiąga byt zwany anana, czyli bez długu. Ananabhawa to po palisku jeden z synonimów nirwany. Dziś pojęcie długu funkcjonuje zaś już tylko na gruncie finansowym.

Dlaczego tak wiele pojęć finansowych gości w naszym codziennym języku? Mówi się często i w różnych kontekstach o cenie, długu, odkupieniu…

Finansowe źródło tych terminów jest pozorne. W istocie to dowód na ciągłość i żywotność najstarszych doświadczeń ułomności i braku, jakimi obciążone jest nasze istnienie i wszystko, co robimy. Obecnie przedstawia się to w innym przebraniu, ale są to pojęcia – zabrzmi to może paradoksalnie – zawierające intuicje metafizyczne. Dzisiaj występują one po prostu w kostiumie związanym ściśle z centralnym rdzeniem naszej cywilizacji – mechanizmami wymiany, rynku i ekonomii.

O jaką metafizykę chodzić może np. w długu?

Pole semantyczne długu wiąże się – a niejednokrotnie nawet pokrywa – ze znaczeniem innych słów, takich jak: wina, powinność, obowiązek, grzech, błąd, pomyłka. Ich wspólnym i nadrzędnym mianownikiem jest, moim zdaniem, poczucie fundamentalnego braku leżącego u podstaw całego ludzkiego świata. Takie przekonanie łączy niemalże wszystkie starożytne kultury i odsyła do czegoś poza światem albo do prapoczątków jego i człowieka. Mówiąc o długu, mówimy wyraźnie o poczuciu jakiegoś braku.

Braku czego?

Różnych rzeczy. Nieraz konkretnie tego nie wiemy, ale czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. U Rzymian na wyrażenie tej intuicji są dwa słowa: debeo oraz pecco. Ważniejsze jest to pierwsze, od niego wprost pochodzi debitum, czyli dosłownie dług, co widać dzisiaj wprost chociażby w angielskim terminie debt. Pierwotnie było to de-habeo, czyli nie mieć czegoś. Początki świata i człowieka są naznaczone jakąś niedoskonałością, ułomnością, błędem. I to nas prowadzi do przypuszczenia, że zadaniem człowieka jest ten brak jakoś wyrównać – spłacić zaciągnięty ongiś dług.

Komu? Tym, którzy byli przed nami – przodkom?

To zależy od struktury religijnej danej kultury. Jeśli jest ona oparta na koncepcie Boga jedynego, tak jak w tradycji judeochrześcijańskiej, a nawet w Egipcie, to mamy powinność wobec Boga, z tym że wtedy pojawia się kwestia, kto in illo tempore ten brak zawinił, kto popełnił błąd. Tradycje religijne zakładają na ogół, że pierwotne stworzenie było doskonałe, ale potem ktoś je zepsuł. Brak zatem łączy się z czyjąś winą. Nie jest to wina demiurga, choć niektóre herezje opierały się na tym, że jemu ją przypisywały. W ortodoksyjnych teologiach nie jest to jednak wina stworzyciela, ale człowieka, który zgrzeszył i spowodował degradację stworzenia, jego upadek. Tu pojawia się słowo peccatum – błąd (drugie z rzymskich słów, o którym wcześniej wspomniałem). Bardzo podobnie było w grece – rzeczownik hamartema (oznaczający błąd, chybienie celu) posłużył w Septuagincie – tak jak peccatum w Wulgacie – za synonim żydowskiego grzechu (pojęcie długu zarówno w sensie metafizycznym, jak i materialnym miało w Starym Testamencie jedno określenie: hova). Całe dzieje święte to próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu – w terminologii religioznawczej określało się to mianem restitutio ad integrum.

Gdy mówimy: grzech, błąd, występek, to nakładają się na siebie sfery religijna i prawna.

U Żydów to było to samo – wyznają przecież religię Prawa, a skala połączenia tych dwóch sfer jest w niej bardzo wyraźna – starożytny Izrael to teokracja sensu stricto. W odleglejszej perspektywie historycznej ma to korzenie egipskie, które dla naszej kultury są ważniejsze, niż się powszechnie uważa. Biblijny świat wyobrażeń i wartości kształtował się w sporze / dialogu stojącym poniekąd pod znakiem Hassliebe – Egiptu nienawidzono, ale też czerpano z niego pełnymi garściami. Rozróżnienie na prawo świeckie i religijne istniało z kolei już w Grecji, a także w Indiach, gdzie to drugie nie było zbyt surowe ani skodyfikowane.

Czy brak, o którym Pan mówi, odnosi się też do ludzkiej niesamowystarczalności nie tylko w sensie metafizycznym, ale też horyzontalnym – międzyludzkim? Zadłużenie implikuje przecież wzajemność, wymianę, krążenie dóbr, czyli to, co antropologowie przyjmują za fundament ludzkiej wspólnoty.

Oczywiście, pojęcie długu siłą rzeczy odsyła do pojęcia wspólnoty, bo dług ma głębszy i szerszy wymiar niż tylko indywidualne czy interpersonalne relacje. Bardzo wyraźnie widać to u Rzymian, gdzie określenie communis – wspólny, wzięło się z com-munus, czyli udziału we wspólnym dobru, w powinnościach wobec wspólnoty. Słowo to miało zresztą ciekawe znaczenia, bo określało się nim również obowiązek daru, jaki wspólnocie należał się od państwa, władzy. Słowem munus określało się np. wyposażenie miasta w mury obronne, stąd czasownik munire i dalej immunire, od których wywodzi się z kolei immunitas, a więc miasto wyposażone w mury obronne, nietykalne, nie do zdobycia. Rodzajem munus były również igrzyska, które cesarz był winien społeczności i które musiał urządzać – to była rozrywka, której wspólnota się domagała, słynne panem et circenses.

Trzeba też pamiętać, że w starożytnych kulturach prawdziwym podmiotem życia, obowiązków i jego imperatywów nie była jednostka, ale przede wszystkim wspólnota. To dzisiaj trudno sobie wyobrazić, lecz przecież u Żydów mamy koncepcję narodu jako podmiotu zbawienia, na ogół nie mówi się tam o jednostce. Chrześcijaństwo co prawda odchodzi już od tej jednoznacznej tradycji żydowskiej, jednak ciągle jest w nim mowa o nowym ludzie wybranym. Wszystkie monoteizmy mają tę wspólnotowość w sobie. A to, jak mocna była kategoria zbiorowości jako podmiotu zbawienia, widać też w nowożytnych soteriologiach świeckich – np. w marksizmie, gdzie zwykle nie mówi się o pojedynczym człowieku, ale o zbiorowości (proletariacie). Marksizm to właściwie skopiowana eschatologia żydowska, o czym zresztą nieraz pisano. Zdecydowanie silniejszy akcent na jednostkę pada już u Lutra i Kalwina, którzy w znacznej mierze zindywidualizowali powołanie do zbawienia.

Jak przedstawia się sprawa długu w innych kulturach?

Bardzo ciekawe są pod tym kątem Indie. W sanskrycie jest słowo rna, które oznaczało w pierwszym rzędzie dług niefinansowy (ten ściśle materialny ma inne określenie – uddhara). Rna miało zaś konotacje metafizyczne i społeczne – zawsze podszyte treściami religijnymi. W klasycznych, czyli przedbuddyjskich, Indiach, opartych na kulturze wedyjskiej, było kilka rodzajów długu, który obowiązywał bramina: wobec bogów, tradycji, nauki i prawa, wobec wielkich mistrzów i religii (brahmaćarja, studium Wed) oraz wobec społeczeństwa. W ich ramach jednym z najistotniejszych był obowiązek spłodzenia syna po to, by ktoś mógł przejąć dług i kontynuować kult ofiarniczy.

Składanie ofiar to przecież swego rodzaju spłata długu – oddawanie czegoś, co się uprzednio otrzymało. Gdy nastał buddyzm, dokonała się jakaś istotna zmiana?

Buddyzm przejął wiele koncepcji z kultury wedyjskiej i bramińskiej, ale jednocześnie mocno je zreinterpretował. Pojęcie długu również – sanskryckie rna ma swój dokładny odpowiednik w palijskim terminie ana. W buddyzmie sama nasza egzystencja, nasz konkretny byt, który jest rezultatem splotu uwarunkowań karmicznych, postrzegana jest jako dług.

Dzisiaj w społecznościach mocno już zeświecczonych dochodzi do podobnej sytuacji – narodziny również równają się zadłużeniu. Wylicza się, że we Francji dziecko przychodzi na świat obciążone długiem ok. 22 tys. euro.

To jest niesłychanie ciekawa rzecz. Wracamy, po zatoczeniu wielkiego koła, do bardzo pierwotnych intuicji, choć dokonuje się to w formie spłaszczonej i zdegradowanej. Ten młody człowiek, który dziś się rodzi, jest obciążony długiem, ale też winą wobec wspólnoty. Konkretnie jest jej winien 22 tys. euro. W Indiach już same narodziny są poniekąd winą. My, dążąc do zbawienia po indyjsku pojmowanego, usiłujemy wypłacić się z długu, zmazać z siebie winę, którą jest sam fakt naszych narodzin. Jest to nasz dług wobec kosmosu, nasze narodziny są zaciągnięciem kosmicznego długu.

Jaka jest treść tego długu?

Na gruncie buddyzmu uważa się, że dług stanowi to, czym jesteśmy obciążeni, gdy przychodzimy na świat jako konkretne ogniwo w naszym personalnym łańcuchu egzystencji. Spłacanie tego długu tak, żeby całkowicie wygasić całe karmiczne dziedzictwo, to zadanie wyznawcy dharmy buddyjskiej. Pojęcie długu jest więc w Indiach interesująco rozwiązane, ponieważ nie ma kogoś, komu ten dług ma być spłacany – nie ma stwórcy, jest tylko nasz własny karman, którego mamy w sobie wypalić, wygasić, zniszczyć w taki sposób, by nie było warunków do kolejnego odrodzenia. Bo na tym polega buddyjskie wyzwolenie: na zniszczeniu przesłanek do ponownego bytu uwarunkowanego, czyli bytu w czasie i ciele. Pozostaje pytanie, co leży u źródła tego naszego skażenia, karmana, który nas przez całe eony pcha z egzystencji w egzystencję, z narodzin do śmierci i ze śmierci do narodzin. W wizji buddyjskiej wszechświat istnieje odwiecznie i nie wiadomo, jaki był jego początek. Budda zawsze przestrzegał wiernych, by nie zajmowali się takimi spekulacjami, bo jest to strata czasu, a energię trzeba wykorzystać na coś innego – na olbrzymią pracę nad sobą samym. W religiach monoteistycznych dług zostaje zaciągnięty przez grzech człowieka, jakiś peccatum originale. W buddyzmie podobną funkcję pełni avidja (awidźdźa po palijsku), czyli niewiedza.

Religie dzielą więc przekonanie o braku czy też niewiedzy stanowiącej o ludzkim długu. Czy starożytne kultury zakładały też możliwość wyzwolenia się od niego?

W buddyzmie jest to rzecz rzadka, ale możliwa i do niej należy dążyć, jeśli nie w tej, to w następnej egzystencji. Chodzi o to, by osiągnąć wolność. Wyzwolona istota osiąga byt zwany anana, czyli bez długu. W kanonie palijskim w zbiorze Therigatha („Pieśni mniszek”) jest bardzo piękny werset. Jedna z mniszek mówi w nim o sobie: bhudźissa anana bhikkhuni bhawitindrija… Używa słowa bhudźissa – wyzwolona niewolnica, następnie anana – tak, spłaciłam już dług, bo jestem mniszką, która ujarzmiła swoje zmysły (bhikkhuni bhawitindrija), istnieję już w innym, nieobciążonym winą wymiarze. Ananabhawa to po prostu jeden z synonimów nirwany (po palijsku: nibbany).

W chrześcijaństwie mamy dość dobrze znane idee łaski i zbawienia. Bez nich mielibyśmy do czynienia z ponurym światem odmalowanym w powieściach Franza Kafki – światem pozbawionym nadziei i jakiejkolwiek szansy na sprawiedliwość.

Bardzo ciekawe rozwiązanie, regulujące kwestię długów, funkcjonowało u Żydów. Tzw. Prawo Jubileuszu (Kpł 25, 50) przypadało raz na 50 lat i wówczas na jego mocy uwalniano z więzień i anulowano długi. Żydzi mieli poczucie, a nawet więcej – świadomość, że niemożliwe jest spłacenie przez jednostkę długu w pełni, że trzeba jej w tym pomagać, że również na płaszczyźnie czysto doczesnej prawo powinno przewidywać sytuacje, w których pomaga się człowiekowi spłacić jego dług. Zakładało się, że jeśli spłata ta nie jest w ogóle niemożliwa, to jest ona w każdym razie bardzo trudna. W związku z tym prawo przewidywało nadzwyczajne darowanie długów i odpuszczenie win. Motywowano to m.in. tym, że ważniejszy jest wspólny udział w boskim Przymierzu niż ludzki przywilej wynikający z posiadania.

Dziś przeważa już, niestety, inna logika: skoro zaciągnąłeś dług, jest to wyłącznie twoja sprawa i nie masz co liczyć na czyjąkolwiek pomoc.

To jest najprawdopodobniej konsekwencja tego, że pojęcie długu „wyprało się” dziś z wszelkich innych konotacji niż czysto materialne i finansowe. Zostało spłaszczone i zawężone.

Czy rzeczywiście aspekt metafizyczny długu tak bardzo stracił na znaczeniu? Gdy ktoś zaciąga dług i nie spłaca go, jego zachowanie jest jednak postrzegane jako moralnie złe, bez względu na to, czy i jak uczciwie zachował się przy tym wierzyciel.

Oczywiście, sądzę, że katolik z tego, iż nie spłacił długu, powinien się spowiadać, że jest to nadal grzech. Niewątpliwie mamy do czynienia ze społeczeństwami coraz bardziej zeświecczonymi, gdzie zaciera się moralna świadomość.

Nawet jeśli w miejsce Boga stawia się dziś niejednokrotnie pieniądz i bank, to tym, co pozostało, jest asymetria stron. Émile Benveniste w swoich językoznawczych analizach wykazywał, że w pojęciu wierzyciela kryje się pojęcie pana.

Owszem, jest tak np. w języku ormiańskim, gdzie w słowie „wierzyciel” – partater – kryje się określenie pana / mistrza – ter. To zresztą składnik ormiańskich nazwisk osób duchownych (na marginesie, był kiedyś np. genialny skoczek w dal Igor Ter-Owanesian, który w 1962 r. poprawił niepobity od prawie 30 lat rekord świata). A dług, co całkiem naturalne, zakłada nierówność stron.

Czy więc rację ma Nietzsche twierdzący, że pojęcie winy (Schuld) ukuto wprost z materialnego zadłużenia (Schulden) słabszych wobec silniejszych?

Interpretacja Nietzschego jest dla mnie znacznie bardziej przekonująca niż doszukiwanie się u początków świata harmonijnej równości. Jeśli przypomnimy sobie np. historię stworzenia, kiedy się wszystko zaczęło, to asymetria jest tu ewidentna. Natomiast wydaje mi się, że w świetle tego, co już tutaj powiedzieliśmy, jego spojrzenie, w którym za wszystkim kryje się wyłącznie konkretna siła i interes, jest jednak zawężone. Moim zdaniem pierwotnym doświadczeniem człowieka, generującym całą niemalże resztę, było poczucie braku – na różnych poziomach i w różnych sferach egzystencji. Dlatego sądzę, że bardziej zgodne z ogólną ewolucją intuicji i idei choćby religijnych byłby ruch następujący: miały one początkowo bardzo szeroki zakres, a trwając w czasie, stopniowo się zawężały, a w epoce takiej jak nasza nadal funkcjonują, ale w formie, którą Mircea Eliade opisał jako zdegradowaną i ułamkową.

Wiele zależeć może od tego, jakimi perspektywami czasowymi operujemy, i niewykluczone, że w prapoczątkach ludzkiego świata wychodzono od pojęć konkretnych. To już jednak spekulacja plasująca się poza horyzontem dostępnej nam wiedzy.

Asymetria, która w przypadku długu jest – jak Pan powiedział – naturalna, przechodziła też w historii zdroworozsądkową miarę. U Kwintyliana czytamy, że w starożytnym Rzymie po śmierci dłużnika jego ciało mogło być dosłownie podzielone między wierzycieli (Corpus inter creditores dividere licuit).

To prawda, coś takiego byłoby nie do przyjęcia na gruncie judeochrześcijańskim, gdzie nie wolno rozmyślnie uszkadzać ciała, nawet martwego. Dlaczego? Bo w istocie nie należy ono do człowieka. To dar Boga, a my jesteśmy tylko jego dzierżawcami. Przyznaję jednak, że nie do końca symbolika takiego rozkawałkowania jest dla mnie jasna.

Natomiast dla Rzymian taka koncepcja mogła być całkowicie zrozumiała. Po pierwsze, nie operowało się tam pojęciem dobrego Stwórcy, który był właścicielem wszystkiego, a po drugie, posiadanie ciała było postrzegane jako podstawa wszelkiej innej własności, narzędzie do jej pomnażania.

Czy widzi Pan możliwość, by tę asymetrię jakkolwiek przełamać? Być może dziś, gdy niemal wszyscy (nie tylko obywatele, ale też przedsiębiorstwa, banki i państwa) są zadłużeni, pojawiła się szansa, która może doprowadzić do uświadomienia sobie, że dzielimy wspólny los, co z kolei mogłoby zrodzić poczucie pewnej solidarności.

Dzisiaj szansy na taką zmianę wyczekuje się niemalże rozpaczliwie, powraca m.in. myślenie mesjańskie – tęsknota za kimś, kto by przyszedł, wszystko zburzył i uwolnił nas od brzemienia, jakim się dla nas stała nasza własna cywilizacja, której już nie rozumiemy i której w żaden sposób nie potrafimy opanować. Mówiąc trochę żartem, przydałaby się reaktywacja biblijnej instytucji Roku Jubileuszowego!

Prawdę powiedziawszy, szansy na taką zmianę nie widzę. A dlaczego? Bo to powszechne zadłużenie może być pewną iluzją. Jeżeli sobie uświadomimy, że nasza cywilizacja opiera się dzisiaj na generowaniu w olbrzymich ilościach wirtualnego pieniądza (mieliśmy już z tym do czynienia w sytuacji, gdy wielkie banki zaczęły padać, bo okazało się, że ich aktywa są w znacznej mierze tylko wirtualne i nie mają żadnego pokrycia w konkretnych dobrach bądź usługach), to dochodzimy do wniosku, że również dług jest jakąś wirtualną – może nawet urojoną – wielkością. A więc w istocie nie mamy do czynienia z czymś konkretnym i materialnym.

Stąd wnosi Pan, że nie zrodzą się z tego rzeczywiste więzi i prawdziwa solidarność?

Z próżnego się nie naleje, wirtualna rzeczywistość nie zrodzi realnej. Przedsmak tego, do czego to może doprowadzić, już mieliśmy, gdy bańki finansowe pękały czy to w 2007 r., czy też znacznie wcześniej na przełomie lat 20. i 30. XX w. Oby się tylko nie okazało, że to, z czym mieliśmy do czynienia, to były tylko banieczki. Może się zdarzyć, że pęknie parę wielkich bań i wtedy po prostu wrócimy do sytuacji sprzed epok. To będzie miało skutki raczej opłakane niż błogosławione. Pozytywne będzie odsłonięcie tej wirtualnej pustki. Przyjdzie godzina prawdy i to będzie przesłanka do nowego początku, opartego na innych zasadach, bo wydaje mi się, że ludzkość jako gatunek czegoś się tam jednak uczy – idzie to bardzo wolno i z kłopotami, ale w sumie uczymy się czegoś z doświadczeń przeszłości.

Czy to, co próbuje dziś robić papież Franciszek, to efekt lekcji, którą Zachód już odrobił?

Gesty Franciszka są piękne i nie chciałbym ich za bardzo krytykować, ale dosłowne stosowanie Ewangelii bywa czasem dysfunkcjonalne, ponieważ sam jej tekst zrodził się w konkretnym kontekście geograficznym, demograficznym, gospodarczym i politycznym. Co z tego, że odda się parę komnat biedakom? Jako symbol jest to oczywiście bardzo ważne, ale na tym nie może się skończyć. Żeby świat inaczej funkcjonował, musielibyśmy skonstruować inny system kategorialny. Nie za bardzo wiadomo, jak to zrobić. Istotne jest, by kierować się jednak duchem Ewangelii, natomiast uważać z jej stosowaniem ad litteram, bo to zawsze ryzykowne: duch ożywia, a litera zabija. We Franciszku najważniejszy jest osobisty przykład – to, że tak jak żyje dzisiaj, żył zawsze.

Czy tak samo powinno być z długiem? Tzn. nie powinno się go traktować tylko literalnie, czyli tak jak dzisiaj, wyłącznie finansowo?

Powiedziałbym jeszcze inaczej. Musimy traktować go finansowo, ale to nie może przysłaniać nam innych jego wymiarów. Myśl indyjska daje nam chyba pełną wykładnię tych spraw. Cały bagaż metafizyczny słów ana czy rna nie przeszkadza temu, by pojęcia te miały także sens matematyczny i znaczyły po prostu minus. Powinniśmy więc pamiętać o całym ich polu znaczeniowym, aby nie redukować złożoności świata.

Ireneusz Kania – tłumacz i poliglota, autor przekładów z kilkunastu języków – w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali. Specjalista w dziedzinie buddyzmu i kabały. Autor zbioru esejów pt. Ścieżka nocy

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter