70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Faust i Małgorzata, czyli o sensie dialogów nonsensownych

Dialog jest dobrem sam w sobie, bo w jakiejś mierze łagodzi obyczaje, a konfrontację zastępuje koegzystencją, nawet jeśli ta koegzystencja toczy się w światach w istocie równoległych, mających ze sobą niewiele punktów wspólnych.

Rozmawiała gęś z prosięciem
Bardzo głośno i z przejęciem.
Jan Brzechwa

To chyba jeden z częściej cytowanych utworów Czesława Miłosza. Nie jest długi, więc przytoczymy go tu w całości:

Jeżeli Boga nie ma,
to nie wszystko człowiekowi wolno.
Jest stróżem brata swego
i nie wolno mu brata swego zasmucać,
opowiadając, że Boga nie ma.

Jeżeli Boga nie ma… A jeżeli jest? Przynajmniej w mniemaniu jednego z braci? Z całym szacunkiem dla oryginału spróbujmy linię myślową zawartą w wierszu noblisty odwrócić o 180 stopni. Można to pewnie zrobić na różne sposoby – poezja to jednak nie geometria – ale można i tak:

Jeżeli Bóg jest,
to nie wszystko człowiekowi wolno.
Jest stróżem brata swego
i nie wolno mu brata swego krzywdzić,
ukrywając przed nim, że Bóg jest.

Jeśli ktoś chciałby temu „odwróceniu” zarzucić nadmierną dowolność czy dopasowanie do jakiejś z góry przyjętej tezy, ten niech pamięta, że misyjność – w innych religiach wcale nieoczywista – to jeden z filarów Nowego Testamentu. Bez niej nie byłoby zapewne chrześcijaństwa, jakie znamy: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – powiada Jezus w Ewangelii Mateusza. Wolno więc powątpiewać w szczerość zapewnienia zawartego w nie mniej sławnym wierszu ks. Jana Twardowskiego:

Nie przyszedłem pana nawracać […]
po prostu usiądę przy panu
i zwierzę swój sekret
że ja, ksiądz wierzę
Panu Bogu jak dziecko.

Nic to złego, gdy ktoś pragnie usiąść obok drugiego człowieka i powierzyć mu „swój sekret”. Czy w tym wypadku jednak, wbrew wstępnej deklaracji, że nie chce się nikogo nawracać, gorliwemu wyznawcy chrześcijaństwa nie towarzyszy – choćby gdzieś z tyłu głowy – myśl o podzieleniu się tą ufnością z bliźnim?

Ks. Kaczkowski i Franciszek Moor

Zwłaszcza gdy ów bliźni zbliża się do kresu swych dni. Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku kieruje człowiek niezwykły, ks. Jan Kaczkowski. Sam dotknięty śmiertelną chorobą, nie popadł w desperację, lecz postanowił swoje ostatnie lata poświęcić innym nieuleczalnie chorym. Puckie hospicjum można pod wieloma względami uznać za wzorowe: nie tylko dba się tam o najbardziej podstawowe potrzeby pacjentów, ale traktuje ich podmiotowo, tak by do ostatnich chwil mieli poczucie zachowania ludzkiej godności: „Nie cierpię hałasu, pokrzykiwania – mówi ks. Kaczkowski w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim. – Nie znoszę wywoływania nazwisk pacjentów, niedyskretnego ogłaszania wyników. My staramy się robić to w intymności. Nie cierpię mówienia do pacjenta na ty. To są wciąż adwokaci, sprzątaczki, żołnierze. Ma być na pan, z najwyższym szacunkiem. A gdybym usłyszał, że któryś z pracowników hospicjum mówi do pacjenta: »Niech wstanie«, czy nie daj Boże: »Babciu«, natychmiast bym się z nim rozstał”.

Ksiądz podchodzi do swoich podopiecznych z mądrą wyrozumiałością, wciąż postrzegając ich jako pełnoprawnych obywateli, którym wolno do końca zachować swoje nawyki czy nawet słabostki: „W hospicjum niczego się nie odmawia. Przecież to wolni ludzie. Jak chcą napić się piwa, dlaczego mam im zabraniać? Sam też się czasem napiję. Jeśli palili przez kilkadziesiąt lat, to jeden papieros ich nie pogrąży, a jego brak ich nie ocali. Jak ludzie zakochują się w sobie – a taka historia zdarzyła się u nas – to jak zabronić im miłości? Człowiek, który odchodzi, jest taki sam jak pan czy ja”.

W hospicjum jest miejsce nie tylko dla katolików: „Mieliśmy i mamy świadków Jehowy, odchodził u nas karaim, byli protestanci”. A na uroczystość otwarcia ośrodka ks. Kaczkowski zaprosił także zwierzchnika miejscowej wspólnoty świadków Jehowy: „Był bardzo wzruszony. Powiedział, że zdarza mu się to po raz pierwszy”.
Wśród pensjonariuszy zdarzają się także niewierzący. „Mieliśmy pacjenta – opowiada ks. Kaczkowski. – Powiedzmy, że był funkcjonariuszem SB. (…) Rozmawialiśmy również o śmierci (…). Nie starałem się go nawracać. Podsuwałem mu myśli. (…) To była rozmowa, w której na jednej szali z jego ateizmem kładłem własny sceptycyzm”.
Po kilku dniach takich rozmów pacjent ateista poprosił księdza, by udzielił mu „katolickiego pogrzebu”. Ale to przecież nie wszystko: „Nie chciałem go przeciągnąć na siłę, z uczciwości wobec siebie powiedziałem tak twardo, jak czułem: »Wie pan, zgodzę się, ale w sumieniu nie chcę i nie mogę uczestniczyć w cepelii. Tak poważnie, to powinien pan pojednać się z Bogiem«”.

Te dyskusje wieńczy pełny sukces: „Powiedział, że się wyspowiada. Muszę przyznać, że drugiej tak rzetelnie przygotowanej spowiedzi, tak świadomie przyjętego namaszczenia i komunii świętej chyba nie pamiętam”.

Nie posądzajmy ks. Kaczkowskiego o małoduszną chęć pokazania niedowiarkom: „zobaczcie, ile jest wart ten wasz ateizm, gdy zbliża się ostatnia godzina” (1). Trzeba przyjąć, że kierował się najlepszymi intencjami. Uczynił coś, co wydawało mu się rzeczą oczywistą, najbardziej naturalną na świecie. (Zresztą nawet jego rozmówca zauważa w pewnym momencie z prostodusznością zdumiewającą u tego wybitnego pisarza, uczonego i myśliciela: „Jak można nie nawracać, rozmawiając o śmierci?”). Zapewne ksiądz naprawdę wierzy, że niedopełnienie pewnych obrzędów przepisanych przez jego Kościół skutkuje nieuchronnie tym, co nazywa się zwykle „wiecznym potępieniem”, a dawniej z lubością nazywano „piekłem”. Jedną z jego najpoważniejszych obaw, jakie żywi jest ta, że jego „bliscy nie zasłużą na zbawienie”. W swoim najgłębszym przekonaniu „nawracając” śmiertelnie chorych, wyświadcza im nieocenioną przysługę, chroniąc ich przed smutnym losem „potępionych”. Być może nie przyjdzie mu nawet na myśl, że nakłaniając kogoś skutecznie do porzucenia światopoglądu, który ten wyznawał przez całe świadome życie, unicestwia jego moralną, intelektualną czy, jeśli ktoś woli, „duchową” integralność, że każe mu niejako zaprzeć się samego siebie. W oczach księdza „nawrócony” wyrzeka się jedynie „błędu”, w którym tkwił przez dziesiątki lat, powraca na drogę jedynie słuszną, godną i sprawiedliwą. Nie ma o tym mowy w wywiadzie, ale można się domyślać, że ks. Kaczkowski nie namawia mimo wszystko świadków Jehowy czy protestantów do zmiany wyznania na łożu śmierci, ponieważ szanuje ich wiarę. Ateista jako człowiek niewyznający żadnej religii, niemający więc w sobie żadnej godnej poszanowania „wiary”, takiej ochronie swej indywidualności już jego zdaniem nie podlega. Ateizm to aberracja, rodzaj choroby, z której trzeba leczyć, nawet jeśli sam pacjent takiej terapii z własnej inicjatywy by się nie domagał – ta terapia to coś w rodzaju duchowej transfuzji, którą odpowiedzialny lekarz wykona nieprzytomnemu pacjentowi, nawet jeśli wie, że ten takiego zabiegu z przyczyn światopoglądowych nie zaakceptuje. Ta analogia może się wydać ryzykowna: przecież nawróceni postanawiają „pojednać się z Bogiem” świadomie i dobrowolnie. (Co najmniej niejasne okoliczności „nawrócenia” Tadeusza Kotarbińskiego, który w ostatnich dniach nie poznawał już własnego syna, dowodzą jednak, że stan takiej pełnej zdolności do podejmowania świadomych decyzji nie jest dla kapelanów szpitalnych conditio sine qua non). Czy jednak człowiek stojący w obliczu śmierci podejmuje takie same decyzje, jakie podjąłby w pełni sił i zdrowia? Czy jej bliskość daje lepsze rozumienie świata i życia, czy raczej zamąca ich obraz? Bez względu na to, jak odpowiemy na te pytania, warto zastanowić się nad czymś jeszcze.

Jedna z najbardziej odrażających postaci w dziejach dramatu jest niewątpliwie Franciszek Moor ze Zbójców Schillera. Nie ma wielu takich zbrodni, którymi by nie obciążył swojego sumienia. Młody Moor to przy tym zatwardziały ateista, bezlitośnie wyśmiewający na dodatek naiwną, choć szczerą wiarę swojego służącego. Ale i jego w pewnym momencie nachodzą wątpliwości. Po wpływem snu, w którym widzi Sąd Ostateczny – przedstawiony skądinąd zgodnie z najmniej wyszukanymi, zwulgaryzowanymi o nim wyobrażeniami – przerażony perspektywą „potępienia”, przywołuje miejscowego pastora, który zgodnie ze swą rolą i powołaniem wzywa go do opamiętania i „nawrócenia”. Tymczasem zamek szturmują już zbójcy Karola. Franciszek uświadamia sobie, że oto wybiła jego ostatnia godzina. Bezbożnik bliski jest porzucenia swojego ateizmu, już prawie się korzy przed majestatem Wszechmocnego, jednak ostatecznie znajduje w sobie dość siły, by choć jeden raz okazać pewną moralną klasę: „Nie, modlić się nie będę! Tego zwycięstwa niebo nie odniesie i piekło ze mnie szydzić nie będzie…”. To może najbardziej przejmująca scena niezbyt udanego, debiutanckiego dramatu, którą sam autor w nader krytycznej autorecenzji skomentuje znamienną uwagą: „Czyż (…) nie umiera jak wielki człowiek ta mała podstępna dusza?”.

Tu kryje się pewna zagadka. Jeżeli bowiem nasi dwaj bracia, chrześcijanin i niedowiarek, zechcą na chwilę odstąpić od swych zasadniczych założeń ideowych: pierwszy zdystansuje się od jurydycznego formalizmu swojej religii, drugi przyjmie na próbę, że „Bóg jest”, to chyba zgodzą się obaj, iż ten Bóg – jeśli ma odpowiadać wyobrażeniom Anzelma z Canterbury, którego zdaniem nie sposób sobie nawet wyobrazić czegoś doskonalszego niż taka Najwyższa Istota – winien docenić to, co i my cenimy w bliźnich: konsekwencję, wierność sobie i własnej drodze życiowej, wreszcie odwagę, nakazującą odchodzić takim, jakim się żyło. Tymczasem Bóg duchownych zatroskanych o pośmiertny los ateuszy, rzec można: Bóg rodem z prymitywnego „zakładu Pascala”, przyglądający się konającemu zimnym wzrokiem i z mściwą satysfakcją przyjmujący jego lękliwy hołd, dziwnie słabo odpowiada temu ideałowi. Przypomina raczej jakże dobrze nam znanych, na wskroś doczesnych satrapów, gotowych litościwie ułaskawić rebelianta w zamian za podpisanie przezeń deklaracji lojalności.

W opowieści ks. Kaczkowskiego pojawia się jeszcze jeden szczegół, który zastanawia także jego samego: „Najciekawsze jest to, że poprosił, żebym nikomu w hospicjum o tym nie mówił”. Tę prośbę umierającego duchowny tłumaczy: „Chciał dopłynąć bez ostentacji. Nie krytykuję, broń Boże, nikogo z tych, którzy publicznie ogłaszają swoje nawrócenie. Modliłem się o to dla generała Jaruzelskiego, modlę się dla Jerzego Urbana. Ale w tej prośbie oficera, żeby jego pojednanie pozostało sekretem, moim i Boga, była niezwykła godność”.

Czy to jedyne możliwe wyjaśnienie? Niekoniecznie. Może warto tu przytoczyć przejmujące wspomnienia oświęcimskie włoskiego pisarza Primo Leviego. W październiku 1944 r. 25-letni wówczas Levi oczekiwał na selekcję do komory gazowej. Wówczas to zdeklarowanemu ateiście przyszło do głowy, że może powinien się pomodlić. Ostatecznie jednak przezwyciężył ten moment słabości, bo przecież „nie zmienia się reguł gry pod koniec meczu, nawet jeśli się przegrywa”. Nawrócenie dokonane w takich okolicznościach wydało mu się czymś nie tylko absurdalnym, ale wręcz nieprzyzwoitym. „Oparłem się tej pokusie: wiedziałem, że w przeciwnym razie, jeśli przeżyję, będę się musiał tej chwili wstydzić”.

„Nie chcę nikomu wszak odbierać ni uczuć jego, ni Kościoła”

A jak rzecz wygląda z perspektywy brata sceptyka? Z wielką subtelnością psychologiczną pokazał zderzenie tych dwóch światów, wiary i niewiary, Goethe w sławnym dialogu Fausta i Małgorzaty w pierwszej części swego arcydramatu. Inicjuje go Małgorzata pytaniem, które sprawi, że Gretchenfrage (dosł. „pytanie Małgosi”) stanie się w niemczyźnie synonimem pytania zasadniczej natury, ale zarazem trudnego i wprawiającego w zakłopotanie: „Jakże u ciebie jest z religią?”. Prostoduszną dziewczynę niepokoi najwyraźniej niedowiarstwo mężczyzny, którego pokochała; rodzi się w niej obawa, że bliski jej człowiek mógłby „nie zasłużyć na zbawienie”. Faust podejmuje temat z widoczną niechęcią: „Zostaw to, dziecko”. Nie chodzi tylko o to, że Małgorzata nie jest dla uczonego partnerką do dysput metafizycznych. Faust nie najlepiej się czuje w dyskusji, w której musiałby zbijać argumenty religijne swojej rozmówczyni: „Nie chcę nikomu wszak odbierać ni uczuć jego, ni Kościoła”. Ale Małgorzata nie daje za wygraną: „Musi się wierzyć”, oświadcza z tą pewnością, jakiej, paradoksalnie, nigdy nie daje wiedza, ale wyłącznie wiara. Faust nie jest przekonany: „Musi?”. Małgorzata nie przyjmuje do wiadomości, że można pogodzić się z czyjąś odmiennością, że jak Faust można nie dążyć wcale do odebrania drugiemu jakichś jego „uczuć”. Jako chrześcijanka jest zarazem misjonarką i czuje się w obowiązku nawrócić ukochanego, który jej zdaniem nie „czci” dostatecznie sakramentów ani ich nie „pragnie”. A może nawet nie wierzy w Boga, a w każdym razie daje powód do podejrzeń, że „nie ma w sobie chrześcijaństwa”.

Powściągliwość Fausta bardzo spodobała się Kierkegaardowi: „Faust jest oczywiście niedowiarkiem, ale nie jest pustym głupcem, który chce przydać sobie wagi, wątpiąc o tym, w co inni wierzą”. Jednak motywacje Fausta wydają się w tym wypadku złożone. Pozostawmy tu na boku tę najbardziej oczywistą w kontekście akcji dramatu: odmłodzony przez czarownicę uwodziciel ukrywa już w kieszeni fiolkę z narkotykiem, którym Małgorzata ma uśpić matkę, by spędzić noc z kochankiem. To nie jest najlepszy moment na wszczynanie sporów światopoglądowych. Istotniejsze są wszakże inne przyczyny, których szukać trzeba nie tyle w samej dramaturgii Fausta, ile raczej w osobowości jego autora. Pewne jest bowiem, że niechęć do „odbierania komuś jego uczuć i Kościoła” to postawa bliska i Goethemu. Już narzeczony Charlotty Buff Johann Christian Kestner, charakteryzując młodego poetę, zauważa: „Na pewne fundamentalne tematy wypowiada się tylko wobec nielicznych, innych nie n iepokoi nadto chętnie w ich stabi l nych wyobrażeniach”. Jednak nie dlatego że te „wyobrażenia” szanuje. „W co zwykle wierzy tłum, łatwo uwierzyć”, napomknie gdzie indziej, podczas gdy to, „co człowiek wie rozumny, trudno jest wiedzieć”. Goethe wywodził się z patrycjatu frankfurckiego, a więc z wyższych warstw mieszczaństwa, skrupulatnie przestrzegającego pewnych nakazów „dobrego wychowania”, a więc i nakazu nieprowokowania sporów ideowych z ludźmi, z którymi pozostaje się w jakichś relacjach społecznych czy towarzyskich. Interesujące jest pod tym względem świadectwo Friedricha Leopolda Stolberga, przyjaciela poety z czasów młodości. Ich drogi rozeszły się później, a Goethe bardzo krytycznie odniósł się do jego konwersji na katolicyzm w 1800 r. Mimo to w jednym z listów Stolberg tak wspominał swoje z nim spotkanie w Karlsbadzie w 1812 r.: „Przy mnie czy przy mojej żonie nigdy nie wymknęło się mu ani jedno wrogie religii słowo, a raczej mówił rzeczy, których nikt by się po nim nie spodziewał”.

Do tego dochodzą i inne okoliczności. Sceptyk kroczy swoimi ścieżkami, ale wydaje mu się, że lepiej będzie, jeśli „lud” nie podąży jego śladem. Dlatego Faust, który dawno już wyzbył się wiary dzieciństwa, gdy miesza się z owym prostym ludem, nieoczekiwanie dostosowuje swój język do jego pojęć i wyobrażeń: chłopom dziękującym mu za pomoc, którą on i jego ojciec nieśli im w czasach zarazy, zaleca:

Raczej przed niebios Panem kłońcie się,
Co uczy pomoc nieść i pomoc śle.

Lud bowiem nie powinien zbyt wiele rezonować, nie dojrzał jeszcze do tego typu samoświadomości. Choć kiedyś niewątpliwie dojrzeje. W rozmowie z kanclerzem von Müllerem 8 czerwca 1830 r. poeta prognozuje: „Gdy ludzie zrozumieją, ile głupstw im narzucono, i gdy dojdą do wniosku, że apostołowie i święci nie byli wcale lepsi od takich poczciwców jak Klopstock, Lessing czy my, biedne szelmy, w głowach będą się krzyżować osobliwe sprzeczności”. Nie ma jednak powodów, by ów proces sztucznie przyśpieszać. Friedrich Wilhelm Riemer wspomina, jak to kiedyś przy stole, gdy w rozmowie ktoś wspomniał o Erazmie z Rotterdamu, poeta zauważył: „Erazm należy do tych, którzy cieszą się, że sami posiedli mądrość i nie uważają się za powołanych do tego, by mądrymi czynić także innych, czego nie sposób im brać za złe”. Stąd i skłonność Goethego do ukrywania się pod maską ironii i jego niechęć do ujawniania wobec tłumu swoich poglądów, zwłaszcza poglądów na religię i wiarę. Wymowny jest dwuwiersz umieszczony w Dywanie Zachodu i Wschodu:

Nie chcesz ograbion być, za ufność ponieść karę,
Ukrywaj pieniądz swój, odejście, swoją wiarę.

Czesław Miłosz w rozmowie z Aleksandrem Fiutem komentuje te słowa w sposób rzucający ciekawe światło relatakże na jego cytowany wyżej wiersz: „Istnieje sfera tajemnicy, sfera zakryta, w której żyje człowiek. Notabene, teraz niedawno znalazłem u Goethego to samo – że człowiek nie powinien odsłaniać tego, co wie, i że człowiek powinien poruszać się na zewnątrz, w stosunkach z ludźmi, na powierzchownym poziomie”.

Zapewne nie jest to jedyny powód, by nie „zasmucać brata swego” wiadomością, że „Boga nie ma”. Poeta świadom jest przy tym także niejakiej dwuznaczności wpisanej w tę postawę: „Myślę, że to może prowadzić do bardzo niemoralnych sytuacji”.

„Dziecko ” i „marnotrawny brat ”

W tym spotkaniu dwóch braci po jednej stronie mamy zatem misjonarza, a właściwie lekarza dusz, traktującego swojego interlokutora jak chorego, którego należy leczyć za wszelką cenę, nawet wbrew niemu samemu i nie zważając na ewentualne skutki uboczne. Po drugiej zdystansowanego intelektualistę, niechętnie ujawniającego swoje poglądy i niezbyt skłonnego do zarażania nimi bliźnich, ale zarazem nie całkiem wolnego od poczucia swoistej wyższości: „My, mędrcy, wyzbyliśmy się już szczęśliwie przesądów, ale lud niech sobie spokojnie w nich tkwi, bo to wyobrażenia w sam raz dla niego”. Niewierzący, choć okoliczności społeczno-towarzyskie zakazują mu się na ogół do tego przyznawać, będzie często odczuwał pokusę, by w swym wierzącym polemiście widzieć dziecko niezdolne jeszcze do poważnej refleksji krytycznej, któremu nie powinno się jednak, a wręcz nie wypada, odbierać wiary w św. Mikołaja. Jeśli ktoś chciałby się w tym momencie oburzyć, niech uważnie jeszcze raz przeczyta wiersz Miłosza, opisujący właśnie taką sytuację: starszy brat wie coś, co winien ukryć przed młodszym, świadom – jako jego „stróż”– że ten takiej wiedzy nie zniesie; ma go więc niejako chronić przed „smutną” prawdą, do której przyjęcia ów jeszcze nie dorósł. Jest w ateiście jakaś mniej lub bardziej świadoma obawa, że przyczyniając się do porzucenia przez kogoś wiary, ryzykuje skazanie go na niełatwy los sceptyka, pozbawionego oparcia, które czasem owa wiara może dawać. Innymi słowy: ateista boi się unieszczęśliwić wierzącego. (Takich obaw nie ma wyznawca nawracający niedowiarka, bo on przecież wskazuje mu wyłącznie drogę do szczęścia, i to wiecznego). Doceni to Moses Mendelssohn w Lessingu, sceptyku, dalekim jednak od tego, by „ukochanemu przyjacielowi odbierać wiarę w religię naturalną, z którą go widział szczęśliwym”. Podobna obawa nawiedza i Stanisława Lema, gdy Stanisław Obirek – wówczas jeszcze „wierzący ksiądz katolicki” – wyznaje mu, że lektura jego pism zrodziła w nim „natrętną pokusę niewiary”. Pisarz dochodzi wówczas do wniosku, że „ten, kto nadwątla wiarę, nawet jeśli jej nie gasi, odbiera drugiemu człowiekowi cenność, której niczym nie potrafi zastąpić”. (Sam profesor tłumaczył sobie później tę delikatność autora Solaris tym, „że człowiek głęboko przekonany o wartości własnego światopoglądu z zainteresowaniem przygląda się innym”. To bardzo szlachetne wyjaśnienie, ale przecież nie jedyne możliwe). Większość ateistów żywi przy tym, jak można przypuszczać, programową wręcz niechęć do wszelkich – bardzo źle im się kojarzących – form misjonarstwa. Połączoną z przekonaniem, że „wpoić” można tylko wiarę, co czyni się powszechnie – nie zawsze w sposób bardzo subtelny – w ramach katechezy oraz socjalizacji rodzinnej i środowiskowej, rozpoczynającej się w niemowlęctwie i dlatego tak skutecznej, podczas gdy d o ateizmu czy agnostycyzmu każdy dochodzić powinien sam.

Ale poczucie wyższości nie jest obce i wierzącemu. Jednak podczas gdy w wypadku niedowiarka będzie to raczej poczucie wyższości intelektualnej, chrześcijanin przekonany jest przede wszystkim – choć nie wyłącznie – o swojej przewadze moralnej. 12 października 2013 r. na skwerze im. ks. Jana Twardowskiego przed kościołem Wizytek w Warszawie Pallotyńska Fundacja Misyjna SALVATTI zorganizowała w ramach tzw. (nomen omen!) Dziedzińca Dialogu debatę Co nam daje ateista?. Opinie podczas niej wypowiadane wypada uznać za dość znamienne i dobrze oddające charakterystyczny dla wierzących styl myślenia o ateizmie. Sławomir Zatwardnicki, teolog, autor książki Ateizm urojony, porównał relację między wierzącymi i ateistami do relacji między braćmi z ewangelicznej przypowieści o „synu marnotrawnym”. Wytknął przy tym katolikom, że zbyt rzadko udają się na poszukiwanie swojego „marnotrawnego brata” (tu znów powraca ów motyw misjonarskiego obowiązku, ciążącego na wierzącym). A Krystyna Czuba, medioznawca z UKSW, stwierdziła, że ateiści „nie zadają pytań o sens życia , bo mają pełne miski albo niechęć do wysiłku”.

Zderzają się tu dwa rodzaje braku wyobraźni. Wierzący nie potrafi pojąć, jak można odrzucać światopogląd dla niego od dzieciństwa oczywisty jak powietrze, którym oddycha (w polskich warunkach także jak powietrze wszechobecny). Niedowiarek z kolei nigdy nie zrozumie, jak dorośli, często starannie wykształceni ludzie mogą za prawdziwe w materialnym, czasoprzestrzennym sensie uważać opowieści, które w każdej religii poza własną nazwaliby – w najlepszym razie – mitem.

Porozumienia między „braćmi” nie ułatwia i okoliczność, że każdy z nich mówi innym językiem: wyznawca językiem wiary, ateista językiem ratio, co od początku stawia tego drugiego w znacznie trudniejszej sytuacji. Przenikliwie dostrzegł to Sławomir Mrożek w Dziennikach: „Ateista jest bezbronny wobec wierzącego, natomiast wierzący nie jest bezbronny wobec ateisty. Ateista musi udowadniać, co jest zajęciem samo w sobie trudnym, ulegającym niepewności, natomiast wierzący ma tylko piękne, czyste, swoje: ja wierzę, i nic do dodania” (2).

Tę sytuację próbuje się czasem „legitymizować” twierdzeniem o istnieniu tzw. podwójnej prawdy: wiedza i wiara to rzekomo dwa całkiem niezależne od siebie nawzajem obszary, niezależne przynajmniej w tym sensie, że wiedza nie ma prawa poddawać wiary jakiejkolwiek analizie krytycznej (wiara bowiem, co możemy obserwować na co dzień, chętnie poddaje moralnej krytyce rozmaite obszary wiedzy). Takie ich rozdzielenie i uniezależnienie ma w założeniu ułatwić dialog na równych prawach przez zagwarantowanie każdej ze stron suwerenności w jej królestwie. Nietrudno zauważyć, że głównym beneficjentem tego rozdziału jest wyznawca, bo uodparnia niejako swoje wierzenia na wszelką krytykę zewnętrzną (druga strona nie musi niczego uodparniać ani chronić, bo nawet większość chrześcijan nie traktuje już Biblii jako wiarygodnego źródła przyrodniczej wiedzy o świecie, konkurencyjnego wobec nauki). Zwolennicy tego poglądu zdają się jednak zapominać, że daje on wstęp na salony wszelkim wierzeniom, nie tylko tym, z którymi się utożsamiają oni sami, co potencjalnie może nieść ze sobą niebanalne zagrożenia: pół biedy, jeśli „immunizuje” się w ten sposób np. wiarę w zmartwychwstanie czy wniebowstąpienie Jezusa z Nazaretu albo w zbawczą moc „sakramentu chorych”, gorzej, gdy takiej samej ochrony zacznie się dla swojej wiary domagać ktoś przekonany, że jeśli wysadzi się w powietrze wraz z samolotem, którym leci, i jego kilkuset pasażerami, to czyn taki bardzo spodoba się jego Bogu, on sam zaś, jako męczennik, zostanie natychmiast przyjęty do raju, gdzie czekają już na niego 72 dziewice.

Co więcej: sceptyk nabiera w pewnym momencie podejrzeń, że to, co wyznawca przedstawia jako „wiarę” – niepodlegającą osądowi rozumu i rządzącą się jakoby swoimi, odrębnymi prawami na suwerennym terytorium – to w istocie również wytwór ratio, tyle że w całkowicie arbitralny sposób zarządzanego oraz kontrolowanego przez pewną instytucję. Innymi słowy: to ratio, które bardzo nie lubi, gdy jego produkty analizuje się metodami właściwymi dyskursowi racjonalnemu, ale samo je ochoczo stosuje tam, gdzie mu to z jakichś przyczyn wygodne. W końcu takie „prawdy wiary” jak istnienie czyśćca czy warunki zbawienia i potępienia to nie żadne treści „objawione”, lecz wykreowane na drodze czasem bardzo subtelnych operacji analitycznych i hermeneutycznych – trzeba w końcusporego, na wskroś rozumowego wysiłku , by z Łk 22, 32 („jam prosił za tobą, aby nie ustawała twoja wiara”) wyprowadzić wniosek o… nieomylności papieża. Jednak gdy konkluzje takie raz już zostaną przyjęte na mocy czysto administracyjnej decyzji jakiegoś uprawnionego gremium, stają się składnikami „wiary” wyjętymi spod zwykłej jurysdykcji rozumu.

Sens nonsensownego dialogu

Czy więc d i a l o g między ateistą a wierzącym jest w tych warunkach w ogóle możliwy? I czy ma jakikolwiek sens? Na pierwsze z tych pytań – jeśli mamy na myśli prosty fakt odbywania się takich spotkań – można odpowiedzieć jedynie twierdząco, a to z tej prostej przyczyny, że dialog taki nieustannie się toczy, a jego świadectwem są nie tylko książki, jak choćby Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi. W praktyce bowiem „dialogują” ze sobą wszyscy: kobiety i mężczyźni w małżeństwach i związkach partnerskich, rodzice i dzieci, przyjaciele i sąsiedzi, celebryci i uczeni. Gorzej z pytaniem drugim: o sens takich „debat”. Na ogół nie ma wielkich szans na to, by jedna strona przekonała drugą (choć, jak widzieliśmy, perswazja wyznawców wobec umierających niedowiarków odnosi czasem skutek). W cytowanej wyżej dyskusji przed kościołem Wizytek Krzysztof Zanussi zauważył, że „w kwestiach religijnych nie ma miejsca na dialog. – Dialog to nie jest wyłożenie swoich racji. Dialog zakłada, że ja jestem gotów przyjąć pozycję przeciwnika. A co to za dialog, kiedy ja nie ustąpię? A nie ustąpię, bo chcę wyjść z debaty z ateistą jako człowiek wierzący”.

Trudno odmówić temu stanowisku racji: dialog naszych dwóch braci skończy się więc najczęściej sporządzeniem protokołu rozbieżności. Porozumienie czy kompromis są mało prawdopodobne. Oferty takich kompromisów nie wypadają przy tym najszczęśliwiej. Gdy Adam Michnik rozpoczynał swoją sławną dyskusję z ks. Adamem Bonieckim od deklaracji, że „chrześcijaństwo jest nieśmiertelne”, „cała kultura europejska ufundowana jest na chrześcijaństwie”, a zatem „nie ma takiej możliwości, żeby amputować [z niej] tę tradycję i aksjologię”, kto zaś „próbuje to robić, jest albo nihilistą, czy to brunatnym, czy czerwonym (…), albo jest idiotą po prostu”, to jego „bracia w niewierze”, przynajmniej niektórzy, mogli się poczuć dziwnie. Zwłaszcza że druga strona podobnych debat jest na ogół znacznie mniej skłonna do analogicznych koncesji.

A przecież taki dialog, choć w swej istocie bez-sensowny, nie jest całkiem bez-użyteczny. Tym, co stanowi o jego wartości, jest jednak nie treść, lecz pewien rytuał narzucający uczestnikom ściśle określone role i zachowania, nakładający na nich ograniczenia, od których wolne byłyby wygłaszane niezależnie monologi. „Jeśli jestem gotów podjąć z tobą dialog, to uważam cię za suwerenny podmiot, mający prawo do własnych poglądów, nietożsamych z moimi [»wiara jest prawomocna« i »niewiara jest prawomocna«, jak pisał Leszek Kołakowski we wstępie do wzmiankowanej już wyżej książki Co nas łączy]. Jeśli podaję ci rękę, to znaczy, że nie trzymam w niej pałki. I nawet jeśli nie akceptuję twojego światopoglądu, to nie wykorzystam swoich wpływów i swojej władzy, by pozbawić cię pracy czy innych dóbr. Nie będę też zachęcał kolegów i nauczycieli twoich dzieci, by je poddawali jakimkolwiek szykanom z tego tylko powodu, że uczęszczają bądź nie uczęszczają na lekcje religii. Wreszcie jeżeli siadam z tobą do stołu, to zobowiązuję się tym samym do przestrzegania elementarnych zasad dobrego wychowania, a to znaczy że nie będę ci mówił, iż jesteś umysłem »zatwardziałym«, głuchym na głos transcendencji, niezdolnym zanurzyć się w metafizyczne głębie, bo powierzchownym, skłaniającym się ku prymitywnemu hedonizmowi i skoncentrowanym na gromadzeniu dóbr materialnych, do tego umysłem niesamodzielnym, który naczytawszy się niejakiego Kosidowskiego – bo przecież z Akwinaty nic byś nie zrozumiał – powtarza cudze frazesy rodem z Notatnika lektora i Wieczorowych Uniwersytetów Marksizmu-Leninizmu. [Kto wie, może nawet Krystyna Czuba, siedząc naprzeciwko żywego ateisty, nie mówiłaby o »pełnej misce«, lecz raczej o »pełnym talerzu«, podobnie jak najbardziej nieprzejednani antysemici łagodnieją niespodziewanie, gdy okazuje się, że ich rozmówca jest Żydem – savoire-vivre ma swoje prawa]. Ale nie będę ci także mówił, że uważam cię za ofiarę taśmowego formatowania dziecięcych dusz przez księży, dbałych o stan liczebny strzyżonej przez siebie owczarni, umysł zadowalający się gotową, przeżutą przez innych duchową papką, unikający pogłębionej autorefleksji i całkowicie niezdolny do tego, co w istocie stanowi fundament nowożytnej kultury intelektualnej – do myślenia krytycznego. Nie powiem ci niczego takiego – nawet jeśli sobie to wszystko o tobie pomyślę”.

Dialog jest zatem dobrem sam w sobie, bo w jakiejś mierze łagodzi obyczaje, a konfrontację zastępuje koegzystencją, nawet jeśli ta ko-egzystencja toczy się w światach w istocie równoległych, mających ze sobą niewiele punktów wspólnych – jak zauważył Stanisław Lem w przytoczonej wyżej korespondencji ze Stanisławem Obirkiem: „ogromna odległość oddziela wiarę od niewiary”. Jest zresztą zjawiskiem dość nowym, nieznanym wszak za czasów Vaniniego, a chyba wciąż mało rozpowszechnionym – jakoś trudno sobie wyobrazić tego rodzaju dysputę prowadzoną na dzisiejszej polskiej prowincji przez wiejskiego proboszcza z miejscowym nauczycielem ateistą, już choćby dlatego, że w 26. roku polskiej „wolności” ów nauczyciel zastanowi się trzy razy, nim się do tego swojego ateizmu przyzna.

Powie ktoś, że i komunistyczny ateizm nie stwarzał zbyt dogodnych warunków do takich debat. Zanim to stwierdzenie zaakceptujemy, warto się jednak zastanowić nad słowami Leszka Kołakowskiego, który zauważył już dawno, że „despotyczne formy rządzenia i w szczególności prześladowania religijne w tym ustroju nie pochodzą stąd, że komunizm jest a t e i s t y c z ny, ale stąd, że jest t o t a l i t a r ny, że zatem jest jak gdyby konstrukcyjnie napędzany dążeniem do zniszczenia wszystkich form życia zbiorowego i wszystkich krystalizacji kultury nienarzuconych przez państwo”.

Czy zresztą komunizm rzeczywiście był a t ei s t y c zny? Miał swoje święte księgi, swój „urząd nauczycielski”, a w otoczeniu generalnego sekretarza KPZR był zawsze ktoś w rodzaju nadwornego ideologa, pełniącego funkcje podobne tym, jakie pełni teolog Domu Papieskiego, miał swoich kacerzy, świętych i męczenników, wreszcie swoje relikwie, bo taką właśnie rolę odgrywła mumia Lenina czy prezenty rozdawane przez Mao Zedonga przodującym zakładom pracy. A wreszcie zapowiadał raj na ziemi, podobnie jak ewangelie Królestwo Boże, a obietnica Międzynarodówki: „dziś niczym, jutro wszystkim my”, wcale nie jest tak bardzo odległa od tej zawartej w Mt 19, 28–30. Starcie komunizmu z chrześcijaństwem nie było zderzeniem ateizmu z wiarą, lecz raczej zmaganiami dwóch religii walczących o rząd dusz. W kategoriach religii opisywał komunizm, jak wiadomo, także prawosławny filozof rosyjski Mikołaj Bierdiajew, wywodząc go przy tym wprost z pewnych wątków ideowych apokaliptyki judaistycznej. Do myślenia powinna też dawać skwapliwość, z jaką dawni komuniści, często mający za sobą – jak Stalin czy Dzierżyński – bliskie związki z chrześcijaństwem, „nawracali” się na łożu śmierci (Wanda Wasilewska, osławiona Julia Brystiger, zwana Krwawą Luną, Gustáv Husák, Wojciech Jaruzelski). Trudno odmówić racji Gabrielowi Laubowi, dobrze znającemu rozmaite światy wiary i niewiary, który z sarkazmem stwierdził w jednym ze swych aforyzmów: „Ateistą jest tylko ten, kto także z ateizmu nie czyni sobie Boga” (3).

Niech więc ten dialog, choćby i prowadził donikąd, toczy się nieprzerwanie. (Byle tylko na żadnym etapie nie kończył się tak jak ten, z którego zaczerpnięto motto poprzedzające niniejszy tekst). A jeśli sprawi, że któryś z uczestniczących w nim chrześcijan, zwłaszcza duchownych, spotykając na swej drodze umierającego ateistę, dojdzie do wniosku, iż – choć „jest stróżem brata swego” – nie skrzywdzi go wcale, jeżeli zaniecha „podsuwania mu myśli”, to wypadnie uznać, że był nie tylko użyteczny, ale i miał pewien s e n s.

*Podkreślenia w cytatach T.Z.

1 W rozmowie z Pawłem Reszką w „Tygodniku Powszechnym” Jerzy Urban opowiadał o ostatnich dniach gen. Jaruzelskiego: „Nie wiem, czy się nawrócił, czy go nawrócono. Jak do niego chodziłem do szpitala, to na korytarzu czekało dwóch księży, na sali obrazek Matki Boskiej. Mówił: »Polują na moją duszę«”. Zaraz jednak Urban dodaje: „No, ale przecież gdyby nie chciał, nikt by go nie zmusił”.

2 Na marginesie warto tu zauważyć, że i sam Sławomir Mrożek – chociaż dopiero post mortem – padł ofiarą owej misjonarskiej troski o „marnotrawnych braci”. W każdym razie warto może w kontekście jego – skądinąd aż nadto „mrożkowskiego” – pochówku w katolickim „Panteonie” przytoczyć dwa dość wymowne fragmenty z jego korespondencji z Wojciechem Skalmowskim: 1. „Wydaje mi się, że wiem, o co Ci chodzi, kiedy piszesz, że szkoda papieża na papieża. Czy to tylko – takie mamy odczucie – bo jesteśmy daleko od sprawy, krótko mówiąc, niewierzący, czy też »obiektywnie« coś już jest z tym całym stylem księżowskim nie w porządku, już nie w czasie? Ja w każdym razie odczuwam zażenowanie, kiedy dorosły człowiek, Wojtyła, chodzi w takich dziwnych strojach, i to na co dzień, musi grać coś, co mnie nie przekonuje” (26 sierpnia 1980). 2. „(…) Ze mną w sprawie katolicyzmu dzieją się dziwne rzeczy, też zupełnie mimowolne. Mam 120% katolicki back-ground, od jakiegoś 17. roku życia byłem w tej sprawie neutralny, a teraz, nagle, zaczyna mnie to drażnić, prowokować i wywoływać negatywne reakcje. I to akurat teraz, kiedy to ostatnia szansa narodowa i ostatnie spoiwo, Papież etc. Dlatego specjalnie się z tym nie ujawniam, list jest poufny. Ja tego wszystkiego zaczynam po prostu bardzo nie lubić” (7 stycznia 1985). Cyt. za: S. Mrożek, W. Skalmowski, Listy 1970–2003, Kraków 2007, s. 460 i 610; zob. także s. 394.

3 W późniejszych czasach komunizm unikał zresztą, jak wiadomo, wchodzenia w otwarte spory ideowe z chrześcijaństwem, przenosząc główny ciężar konfrontacji na obszar polityki. Do myślenia daje także coś jeszcze: w krajach „obozu socjalistycznego” praktycznie nie wydawano współczesnej zachodniej literatury religioznawczej, a jeśli już, to w niewielkich nakładach.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter