70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Filozof na ambonie

Postać świata przemija, ale nie przemija sama. Nie przemija tak, jak przemija deszcz, wiosna, rzeka, ale przemija spychana w przeszłość uczynkami tych, których skarby nie znajdują się na tej ziemi. Dlatego w świetle Ewangelii okazuje się, że ludźmi, którzy popychają ten świat do przodu, w stronę Królestwa Bożego, są: wdowa, sierota, obcokrajowiec.

PRZEMIJA I (POWRACA) POSTAĆ TEGO ŚWIATA

Kraków, 10 listopada 1985 r.
1 Krl 17, 10‒16; Ps 146; Hbr 9, 24‒28; Mk 12, 38‒44

W dzisiejszych czytaniach pojawiają się trzy znamienne słowa: „wdowa”, „sierota” i „obcokrajowiec”. Te trzy słowa świadczą o tym, że prorocy w Starym Testamencie odsłaniali przed ludźmi prawdziwą postać tego świata. Kto chce wiedzieć, jaki jest świat, jak naprawdę wygląda, powinien spojrzeć na niego poprzez oczy wdowy, sieroty, obcokrajowca.

Co to znaczy? Chrystus powiedział: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6, 21). Wdowa, sierota i obcokrajowiec nie mają serca na tym świecie, na tej ziemi. Ich skarb znajduje się poza tym światem. To, co dla nich naprawdę cenne, zniknęło z ich oczu; jest tam, gdzie kończy się widzialny świat. Dlatego ludziom tym śni się po nocach inny świat – taki, w którym ich serce jest przy ich skarbie – i dlatego w pewnym sensie lekceważą oni to wszystko, co ich spotyka na tym świecie. Otaczający ich świat ludzkiej codzienności nie jest dla nich światem naprawdę. Życie prawdziwe jest nieobecne. Nic tu do końca ich nie zobowiązuje, są wierni zupełnie innemu światu.

Św. Paweł będzie o tym pisał: „czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakoby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakoby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakoby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jakoby nie posiadali; ci którzy używają tego świata, tak jakoby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7, 29–31).

Dzisiejsza Ewangelia opowiada o tym, co się działo przy skarbonie, która stała przed wejściem do świątyni. Ludzie przechodzili obok niej i wrzucali pieniądze. Chrystus usiadł nieopodal i patrzył. Można się z takiej obserwacji nauczyć bardzo wiele o ludziach.

Oto przechodzi wdowa i wrzuca swój grosz, wrzuca „z niedostatku swego” – ale to zrozumiałe: jej serce jest gdzie indziej, jej serce nie jest w jej trzosie; jej prawdziwy skarb znajduje się po drugiej stronie czasu, jest gdzie indziej. Wrzuca ten grosz, bo jej po prostu na nim nie zależy. Człowiek, który stracił na tym świecie przedmiot swojej miłości, będzie lekceważył wszystkie inne wartości. A więc wrzuca ten grosz tak, jak wrzuca człowiek wolny… I Chrystus wskazuje na nią – mówi, że to jest symbol prawdziwego chrześcijanina, bo serce chrześcijanina jest przy skarbach, które nie mają miejsca na tym świecie. A uczynek wdowy oznacza coś jeszcze więcej: oznacza, że przemija postać tego świata. Jeżeli miliony wdów, sierot, obcokrajowców będą postępować podobnie, to przeminie postać tego świata. Postać świata przemija, ale nie przemija sama. Nie przemija tak, jak przemija deszcz, wiosna, rzeka, ale przemija spychana w przeszłość uczynkami tych, których skarby nie znajdują się na tej ziemi. Dlatego w świetle Ewangelii okazuje się, że ludźmi, którzy popychają ten świat do przodu, w stronę Królestwa Bożego, są: wdowa, sierota, obcokrajowiec.

Mniej więcej w połowie XIX w. Søren Kierkegaard napisał takie zdanie: „Doba dzisiejsza przypomina okres rozpadu państwowości greckiej: wszystko istnieje nadal, a mimo to nie ma nikogo, kto by w to wierzył. Niewidoczne więzy duchowe, które nadawały jej charakter i znaczenie, zniknęły, i tym sposobem cała ta epoka jest zarazem komiczna i tragiczna. Tragiczna – bo ginie, komiczna – bo istnieje nadal”.

Warto zapamiętać te słowa: „wszystko istnieje nadal, a mimo to nie ma nikogo, kto by w to wierzył”. Słowa te oznaczają kryzys każdej epoki. „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” … Świat, który istnieje, nie wiąże już serc i nie ma nikogo, kto by weń wierzył; dlatego jest tragiczny, ale w swym tragizmie – ponieważ świat nadal istnieje – jest też zarazem komizm.

Ale oto coś przeciwnego… Nagle może się okazać, że jest zupełnie inaczej: świat, który miał przeminąć – powraca. Powraca mimo niewiary, mimo tragizmu i komizmu. „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24, 21). Ten powracający świat bierze odwet na tych, którzy już przestali weń wierzyć. Wtedy wdowy stają się jeszcze bardziej wdowami, obcokrajowcy są jeszcze bardziej obcy we własnym narodzie, a sieroty są jeszcze bardziej sierotami. Źle umieścili swoje serce. Tam, gdzie było ich serce, nie ma żadnego skarbu, jest nicość. Chodzą po tym świecie tak, jak chodzą ludzie podwójnie zdradzeni: nie są zdolni do ofiar, przy skarbonkach świątyni strzegą bardzo pilnie swoich trzosów. Oto jedyne, co im zostało po wielkich dziejowych zdarzeniach.

Jesteśmy zamknięci pomiędzy dwoma światami: przemija postać tego świata i powraca postać tego świata. W którym z tych światów mamy swój skarb? W którym ze światów mamy swe serce? Żadna postać świata nie przemija sama i żadna postać świata sama nie powraca – ona nie jest jak wiatr ani jak rzeka. Jeśli postać świata przemija albo jeśli postać świata powraca, to przemija lub powraca popychana przez ludzkie serca: serca wdów, sierot, obcokrajowców; bo gdzie jest skarb, tam jest serce twoje… Jeśli postać świata powraca, powraca przywoływana sercami zawiedzionych, zgorzkniałych, którzy dawną wiarę zamienili na niewiarę. Gdy postać świata powraca, widać, że za mało było wdów, za mało sierot, za mało obcokrajowców.

CZŁOWIEK O DUSZY GRABARZA

Kraków, 2 marca 1986 r.
Wj 3, 1‒8a i 13‒15; 1 Kor 10, 1‒6 i 10‒12; Łk 13, 1‒9 Zbliżamy się do święta Zmartwychwstania Pańskiego. Proponuję, abyśmy dziś wzięli pod szczególną uwagę słowa Chrystusa: „zostaw umarłym grzebanie ich umarłych” (Łk 9, 60).

„Niechaj umarli grzebią swych umarłych…” W słowach tych prześwituje pewna idea Zmartwychwstania. Poza tym słowa te mają szerokie zastosowanie. Cytowałem je podczas kongresu Solidarności, wydawało mi się bowiem, że ich sens daje się zastosować także do naszej sytuacji. Dzisiaj wcale nie jest inaczej. Ile razy wsłuchujemy się w odgłosy, jakie do nas przychodzą, czy to z kraju, czy z naszego miasta, chciałoby się powtórzyć słowa Chrystusa: „zostaw umarłym grzebanie ich umarłych”.

Można sobie bardzo łatwo wyobrazić scenę z Ewangelii, kiedy słowa te zostały wypowiedziane. Oto Chrystus, a wokół Niego słuchające Go tłumy. Chrystus wodzi spojrzeniem po słuchaczach. Nagle widzi czyjeś oczy wpatrzone w Niego, uszy – chwytające każde słowo, które wypowiada. Chrystus mówi: „pójdź za mną” – i co widzi? W pierwszej chwili może jakieś zaskoczenie, może zdumienie, potem chwila wahania i nagle okazuje się, że nie, jeszcze nie nadszedł czas – może jutro. Wezwany mówi: owszem, pójdę, ale przecież najpierw muszę pogrzebać kogoś bliskiego, ktoś bliski mi umarł, spieszę na jego pogrzeb. Wycofuje się z tłumu, a za nim lecą słowa, które nie wiadomo, czy usłyszał, czy nie usłyszał. Niechaj umarli grzebią umarłych swoich. To daje do myślenia. Co możemy powiedzieć o człowieku, który został wezwany, ale uciekł, ponieważ spieszno mu było na czyjś pogrzeb? Możemy powiedzieć – może trochę brutalnie, że był to człowiek o duszy grabarza. Ten człowiek miłował wszystko, co umiera, co schodzi w ziemię. Dobrze się czuł wtedy, kiedy był świadkiem schodzenia. W zapachu cmentarza szukał dla siebie pokarmu. Chodzi nie tylko o to, że był bliski pogrzebom ludzkim. Człowiek o duszy grabarza jest bliski każdemu umieraniu, umieraniu w ogóle.

Jest bliski umieraniu drzew, umieraniu kwiatów, umieraniu ludzkich uczuć, umieraniu ludzi, bo w tym można się rozkochać. Kiedy się człowiek w tym umieraniu rozmiłuje, wtedy ma tylko jedno pragnienie: aby nic nie zeszło z tej ziemi bez jego udziału. Człowiek o duszy grabarza będzie pomocnikiem każdego umierania: pomaga drzewom, aby uschły, pomaga kwiatom, ażeby więdły, pomaga uczuciu miłosierdzia, aby przemieniło się w okrucieństwo; pomaga pokorze, aby się zmieniła w pychę, pomaga przyjaźni, ażeby stała się nieprzyjaźnią, pomaga, aby każde dobre ludzkie uczucie zamieniło się w uczucie złe, pomaga sercu, aby wypełniało się zawiścią. Taki człowiek otacza strachem wszystko, co ludzkie, a strach robi już swoje. Człowiek o duszy grabarza pomaga śmierci, pomaga łamać każdą nadłamaną trzcinę. Taki człowiek nie może być uczniem Jezusa Chrystusa i taki człowiek nigdy nie pojmie istoty Zmartwychwstania.

Kto wniknąłby głębiej w sens owych słów Chrystusa, ten łatwo spostrzeże, że słowa te mają znaczenie uniwersalne. Opowiadają o człowieku, opowiadają o jego dramacie, o jego tragedii; opowiadają o opłakanym losie duszy ludzkiej. Ludzie o duszach grabarzy towarzyszą każdej chylącej się ku upadkowi epoce. Są nawet – rzekłbym – bardzo tej epoce potrzebni. Oni nie tylko przyspieszają konanie tej epoki, ale również, dzięki szczególnej wrażliwości na wszystko, co może zapowiadać śmierć, są cennym znakiem jej obumierania. Przypominają sępy krążące nad polami bitew. Ludzie o duszy grabarza są mistrzami podejrzeń, geniuszami demaskacji, fachowcami od zdzierania masek, od obnażania twarzy – nie przepuszczą żadnej nadłamanej trzciny, wezmą udział w każdym pogrzebie nadziei. Ale uczniami Jezusa Chrystusa nigdy się nie staną, nigdy nie będą Jego apostołami. Dlaczego? Bo nie potrafią uwierzyć w Zmartwychwstanie, bo w gruncie rzeczy nie kochają życia. Gdzieś tam, gdzie mieści się rdzeń człowieczeństwa, coś w nich zostało porażone i dlatego wolą pogrzeby nadziei niż siew ziarna na żyznym polu.

Niechaj umarli grzebią umarłych swoich… A co mają robić żywi? Żywi mają się przysposobić do Zmartwychwstania. Ale co to może znaczyć? Przysposobić się do Zmartwychwstania – znaczy zmienić swą duszę. Tak! Dzisiejsza Ewangelia o tym właśnie mówi: nawracajcie się, czyńcie pokutę – czyli zmieniajcie duszę. Ci, którzy się przysposabiają do Zmartwychwstania, muszą uwierzyć w Boga żywego, który jest w nas. Żywy Bóg jest w nas – ten Bóg, który nie jest Bogiem umarłych, ale Bogiem żywych. Bo Zmartwychwstanie nie przyjdzie do nas z zewnątrz, ale wyłoni się ze środka każdego z nas, z tego, co jest w nas. To, co jest w nas, kryje w sobie jakąś zapowiedź, jakiś zarodek wiecznego życia. Każda myśl, każde uczucie, każdy rytm serca, każdy wolny wybór ma gdzieś na dnie swej rzeczywistości ziarno Zmartwychwstania. Twoja nieprzyjaźń – bo z pewnością taką masz – może w każdej chwili zmienić się w największą przyjaźń twojego życia.

Twoja największa pycha – bo każdy z nas ją ma – jest dla nas największą szansą pokory. Twoje małe codzienne okrucieństwo, którym łamiesz siebie i inne nadłamane trzciny, jest twoją codzienną okazją do miłosierdzia. I właśnie w łonie tego miłosierdzia, w łonie tej pokory, w łonie tej przyjaźni, która może się z nieprzyjaźni narodzić, jest zarodek ludzkiego Zmartwychwstania, jest echo wiekuistego śpiewu. I tak jest również z epoką, w której żyjemy. Na dnie nędzy trzeba każszukać zarodka jej wielkości. Jednak żeby to zobaczyć i żeby dać temu świadectwo, trzeba się pozbyć duszy grabarza, trzeba umiłować życie. To życie, które jest wewnątrz i na zewnątrz człowieka. I trzeba to życie siać słowem, spojrzeniem, uczynkiem. Tylko ci, którzy umiłują życie, potrafią zrozumieć ziarno Zmartwychwstania, jakie złożył Bóg na dnie [duszy] każdego z nas.

A swoją drogą, to bardzo ciekawe, co się stało potem z tym człowiekiem, który wezwany przez Jezusa Chrystusa, uciekł, bo mu spieszno było do jakiegoś tam pogrzebu. Nie dziwiłbym się wcale, gdybyśmy go rozpoznali wśród tych żołnierzy, którzy po ukrzyżowaniu strzegli grobu Chrystusa, jak przeklinając epokę, w której przyszło mu żyć, pilnuje tego grobu, aby nikt nie ukradł złożonego w nim Ciała – człowiek o duszy grabarza…

TRZEBA DOKONAĆ WYBORU

Kraków, 18 maja 1986 r.
Dz 2, 1‒11; 1 Kor 12, 3b-7 i 12‒13; J 20, 19‒23

Stajemy dzisiaj znowu przed potrzebą głębszego zrozumienia prawdy o Duchu Świętym. Ta potrzeba jest głęboko zakorzeniona w naszym osobistym dramacie, a także w dramacie całej ludzkości. Pisał bowiem św. Paweł: „Owocem ducha jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5, 22–23). Nasze oczekiwanie Ducha Świętego wyrasta z tego, co jest zaprzeczeniem słów użytych przez św. Pawła.

Oczekujemy Ducha Świętego z głębi naszego smutku, naszego niepokoju, naszej niecierpliwości, naszej nieuprzejmości, także naszej niewierności, naszego małego i dużego okrucieństwa, naszego nieopanowania i wreszcie – naszego braku miłości. Oczekujemy Ducha Świętego, bo Go nam brak. A brak Ducha oznacza brak tego wszystkiego, o czym św. Paweł napisał, że jest owocem Ducha Świętego. Zatrzymajmy się może przy jednym użytym przez św. Pawła słowie: pokoju.

Oczekujemy Ducha Świętego z głębi naszego niepokoju. Przestrzeń naszego niepokoju otwiera nas na pokój, który jest darem Ducha Świętego; tak jak głód otwiera człowieka na pokarm, tak nasz codzienny niepokój jest naszym otwieraniem się na Ducha, który jest dawcą pokoju. Niepokój ten przybrał ostatnio u nas nowy kształt. Obok nas przeszła i jeszcze w jakimś stopniu przechodzi groźba zagłady nuklearnej. Myślę, że ta świeża groźba i świeży niepokój z niej zrodzony jest dobrą okazją do tego, abyśmy głębiej zrozumieli sytuację, w jakiej nagle się znaleźliśmy.

Przypomnijmy pewne prawdy, które zdążyły już stać się banałami. Przede wszystkim człowiek wyzwolił z głębi materii ogromną energię, nad którą przestaje powoli panować. Problem pojawił się i został sformułowany już przed wielu laty przy pierwszym, jeszcze eksperymentalnym, wybuchu jądrowym. Wtedy jeden z generałów obserwujących wybuch miał powiedzieć do stojącego obok uczonego: „Czy uczeni zdołają zapanować nad energią, którą wyzwolili?”. A uczony miał odpowiedzieć: „Uczeni zapanują, ale problem jest w tym, czy zapanują generałowie”…

Dzisiaj wydaje się, że problem nie leży ani w generałach, ani w uczonych. W ostatnich dniach okazało się, że groźniejsze niż nieopanowanie generałów jest nieopanowanie sprawy przez uczonych i polityków. Użycie energii atomowej kiedyś było owocem wojny. Rozwój tej energii pozostawał w ścisłym związku z podziałem świata na dwa zwalczające się bloki. Broń nuklearna utrwalała ten podział, wzmagała wrogość pomiędzy oboma obozami. Z drugiej strony – stała się ona także elementem politycznej równowagi. Ale w ostatnich dniach jakby sprawa równowagi między mocarstwami, równowagi politycznej, zeszła na dalszy plan. W jej miejsce pojawiła się groźba przypadkowego samobójstwa.

Jak się okazuje, nie zrzucanie bomb jest groźne. Groźne jest coś innego: przypadkowe samobójstwo. Ale właśnie w tej sytuacji ujawniła się ze szczególną wyrazistością wspólnota naszego losu. Losu ludzi po obu stronach barykady. Wspólnota losu ludzi, niezależnie od ich poglądów politycznych, światopoglądów, niezależnie od ich religii. Jeszcze raz ujawnił się szary człowiek jako ofiara historii – cóż może ten szary człowiek w sytuacji, w jakiej go postawiono? Może bardzo niewiele. Cóż znaczą te wszystkie dotychczasowe podziały pomiędzy ludźmi: podziały narodowe, polityczne, gospodarcze, ideologiczne, wobec groźby, która wszystkich jednakowo dotyka? Doprawdy, podziały te znaczą bardzo niewiele. Cóż z tego, że ludzie się spierają na statku o taką czy inną koncepcję świata, kiedy okazuje się, że statek tonie z zupełnie innego powodu? Los szarych ludzi jest naprawdę wspólny. Wspólny los szarego człowieka, którego szarzyzna ujawniła się jeszcze mocniej w ostatnich dniach. Bywało przed laty, że kiedy ginęli ludzie, tysiące, a nawet miliony, szukano winnych tej śmierci. Zbrodniarzom przeprowadzono w Norymberdze proces wojenny. Dziś grozi nam to, że ludzie będą ginąć, a winnych nie będzie. I stąd nasz nowy niepokój. Stąd nowa jakość sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

Niepokój, który wyraził i wyraża się przede wszystkim wzmożoną troską matek i ojców o los dzieci, wzmożonym strachem przed tym, co nas niszczy poza naszymi plecami. Co uświadamia nam sytuację – naszą szarość, naszą bezradność, naszą bezsilność. To nowa sytuacja, w której ujawniają się i zabiegi polityków, i argumentacje ideologów, w której nagle – w obliczu przypadkowego samobójstwa – wszystko, co było, traci swój dotychczasowy sens. I z wnętrza tego niepokoju płynie dziś nasze otwarcie na Ducha Świętego. Bo Duch Święty jest szczególnym panem dziejów ludzkości. I dlatego oczekiwanie Ducha Świętego i otwarcie na Ducha Świętego zawsze wypływa z konkretnej sytuacji historycznej, w jakiej się znalazł człowiek i ludzkość.

Słynne w swoim czasie stały się słowa Heideggera, wypowiedziane w wywiadzie, który ukazał się już po śmierci filozofa: „Tylko Bóg mógłby nas uratować”. Aby ocalić człowieka, trzeba dokonać szczególnego wyboru. Wyboru Boga samego. Człowiek, aby ocalić siebie, musi wybrać Boga. Nie wystarczy już wybierać innych wartości, wartości życia, bo życie bez Boga jest życiem bez sensu. Nie wystarczy już walczyć o przetrwanie gatunku ludzkiego, bo może gatunek ludzki nie jest wart przetrwania. Nie wystarczy już walczyć o dobro przyszłych pokoleń, bo nie wiadomo, co będą warte te przyszłe pokolenia. Trzeba innego wyboru. Nadszedł czas wyboru Boga. Wybierając Boga, człowiek wypowiada z siebie coś, co tkwi w nim najgłębiej: wypowiada najgłębszą prawdę swego człowieczeństwa. Bóg ocala świat poprzez ludzi, bo Bóg działa w ludziach sam, bezpośrednio. A w historii działa poprzez ludzi, i dlatego tylko Bóg może nas uratować. Ale uratuje nas poprzez wybór, ludzki wybór, w którym wybrany będzie i Bóg, i nowa postać naszego człowieczeństwa. Bo dramat naszego stulecia polega na tym, że Bóg się odwrócił, a człowieczeństwo gdzieś się zagubiło. I aby odzyskać prawo do istnienia na tym świecie, człowiek musi dokonać tych dwu wyborów: Boga i siebie; siebie i Boga.

Odnosi się czasem wrażenie, że historia świata jest zbudowana na przypadkach: od przypadku do przypadku. Ale przypadek przypadkowi nierówny. Są przypadki, które sprawiają, że odkrywamy nowe prawdy o świecie i człowieku. Są przypadki, które otwierają okna na świat, i te przypadki służą za podstawę nowym regułom życia. I takim przypadkiem jest niewątpliwie nasz przypadek nuklearny. Nie tylko uświadamia nam nasze niebezpieczeństwo, ale budzi przede wszystkim nowe poczucie odpowiedzialności u naukowców. Nie tylko porusza sumieniami tzw. ludowych mas, ale stwarza także okazję do tego, żeby ludy przestały być masami, a stały się dojrzałymi narodami. Ten przypadek skłania nas również do tego, abyśmy głębiej rozumieli sprawy Boga, sprawy człowieczeństwa. Oczywiście można przejść obok tego przypadku, jakby mimochodem, zamykając oczy na jego sens, nie chcąc słyszeć o konsekwencjach, jakie z niego wyciągnąć należy. Można przejść i nic nie rozumieć, ale sam nuklearny przypadek jest okazją do rozumienia. Do zobaczenia od głębszej strony naszej duchowej sytuacji. Sytuacji człowieczeństwa, sytuacji Boga. Można wniknąć w sens tego przypadku, zobaczyć, że tam gdzie pojawia się niebezpieczeństwo, rośnie także ratunek. I wyborem swym można ten ratunek przybliżyć – mając w sercu moc Ducha Świętego. Ducha – który stwarza nowego człowieka; a człowiek – stwarza nową epokę historii.

Zamieszczone tu kazania są częścią niepublikowanego jeszcze cyklu homilii wygłaszanych w kościele św. Anny w Krakowie na przełomie lat 1985–1986. Dziękujemy rodzinie Tischnerów za udostępnienie materiałów

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter