70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ludzie, liczby i historia

Z kim kojarzy się wielu z nas matematyk? Z belfrem, któremu włos oprószyły siwizna i kreda, człowiekiem uprawiającym misteria, w które większość zjadaczy chleba nigdy nie będzie wtajemniczona. A przecież mowa o ludziach, którzy przeszli do historii światowej matematyki, wzbogacając arkana tej nauki o wieloraki dorobek.

Rzecz zaczyna się we lwowskiej kawiarni Szkocka przy pl. Akademickim. Jest lato 1935 r. Kilku mężczyzn prowadzi gorącą dyskusję o liczbach i symbolach. Czynią spustoszenie na blatach stolików, za pomocą chemicznych ołówków zapisując je kolejnymi wzorami. Tak, dość nietypowo, akademicy „robią matematykę”. Z czasem poprawią metodologię kawiarnianej pracy. Zaopatrzeni w solidny brulion, zaczną w Księdze Szkockiej zapisywać zadania i ich rozwiązania. Pierwszy wpis, pióra Stefana Banacha, datowany na 17 lipca 1935 r., brzmi tak: „Kiedy przestrzeń metryczna (ewentualnie typu B) da się zmetryzować tak, by stała się kompaktyczną zupełną, przy czym ciągi zbieżne wedle starej odległości mają być zbieżne wedle nowej?”.

*

Od tej opowiastki zaczynają się Genialni. Lwowska szkoła matematyczna Mariusza Urbanka. Narracja płynie lekko, rzecz skrzy się od anegdot, dzięki którym mniej straszny Uniwerlaikowi staje się hermetyczny świat „wysokiej matematyki”, kolejne wątki urywają się nagle, bo całość składa się z minirozdziałów, jak wiele współczesnych powieści. Przyznam, że na początku nieco mnie to zaniepokoiło i utrudniało lekturę. Przyzwyczajony byłem do innego sposobu prowadzenia narracji i szerszego tła politycznego czy historycznego, które w swoich wcześniejszych książkach z erudycją odmalowywał wrocławski autor, pisząc czy to o Broniewskim, czy o Tuwimie.

Ale konfuzja szybko minęła. Opowieść nie kończy się na anegdocie, lecz staje się kroniką bezpowrotnie minionego świata, którego istotną częścią jest Lwów: „miasto stołeczne i prawie dwukrotnie większe od Krakowa, było też dużo bardziej otwarte na napływające ze świata nowinki. W teatrach grano sztuki Ibsena i Maeterlincka (z Polaków – Jerzego Żuławskiego Eros i Psyche), sukcesy święciła opera (której w Krakowie nie było w ogóle), a Mickiewicza uważano za przestarzałego szlacheckiego pisarza, »w sam raz do wieczorków gimnazjalnych«. (…) Stolica Galicji przyciągała najbogatszych, którzy zrobili majątki na pszenicy z Podola, karpackim drewnie i ropie naftowej z Zagłębia Borysławsko- Drohobyckiego. Pili francuskiego szampana, jedli zimą poziomki sprowadzane z Włoch i przepuszczali majątki w kasynach”.

*

Nie traćmy jednak z oczu najważniejszych bohaterów książki, czyli matematyków. Są w ich gronie Stefan Banach, Stanisław Ulam, Hugo Steinhaus, Stanisław Mazur i wielu, wielu innych: „profesorowie, docenci i doktorzy Uniwersytetu Jana Kazimierza. Wśród nich Leon Chwistek, powszechnie znany raczej jako malarz, filozof i przyjaciel Witkacego”. Historia ich szkoły, czy szerzej: środowiska, obejmuje – jeśli przyjąć chronologię dotyczącą narodzin i śmierci – dobrych 100 lat. Otóż w 1887 r. urodził się Hugo Dyonizy Steinhaus, ojciec założyciel lwowskiej szkoły matematycznej. A w 1990 r. zmarł jego uczeń, ostatni żyjący wówczas członek lwowskiej szkoły matematycznej, Władysław Orlicz, po II wojnie światowej profesor poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Z kim kojarzy się wielu z nas matematyk? Z belfrem, któremu włos oprószyły siwizna i kreda, człowiekiem uprawiającym misteria, w które większość zjadaczy chleba nigdy nie będzie wtajemniczona. A przecież mowa o ludziach, którzy przeszli do historii światowej matematyki, wzbogacając arkana tej nauki o wieloraki dorobek. Anegdota z nutką plotki służy Urbankowi do sprowadzenia na ziemię postaci, które trudno byłoby uczynić bardziej ludzkimi i przystępnymi dla ogółu za sprawą oficjalnych, naukowych biografii. Choć nie wykluczam, że są tacy, których może razić choćby lakoniczny i „obrazoburczy” opis Banacha: „nie przejmował się konwenansami, pasjonował plebejską piłką nożną, wydawał więcej, niż zarabiał. Za kołnierz nie wylewał, od uniwersyteckiej katedry wolał dworcowy bar, a niektórzy uważali go wręcz za alkoholika”.

*

Ale najradośniejsza część książki raptownie się urywa wraz z wybuchem II wojny światowej – 22 września 1939 r. do Lwowa wchodzą sowieckie wojska. Uniwersytet Jana Kazimierza przekształcony zostaje w Ukraiński Państwowy Uniwersytet Iwana Franki. To kres lwowskiej szkoły matematycznej w jej pierwotnym kształcie, choć pod radziecką kuratelą wciąż prowadzono zajęcia, a kilka osób, zwolnionych przed wojną za komunizowanie, przywrócono do uczelnianej pracy. Był wśród nich choćby Marceli Stark, który jednak przeżył psychiczną katastrofę, gdy na własne oczy zobaczył, czym różni się zrealizowany okołosowiecki ustrój od jego wersji utkanej z marzeń i propagandy. Znacznie lepiej poradził sobie Stanisław Mazur, który na dobre i złe związał swoje losy z komunizmem.

Nowa władza, różna w swojej „metodologii zniewolenia” od hitlerowskiej, świat nauki podporządkowała własnym planom, normom, ankietom sprawdzającym pochodzenie klasowe, a nawet współzawodnictwu pracy. Sowieccy komisarze pilnowali porządku. Steinhaus pisał o nich: „Widziałem w nich tępych, kłamliwych, głupich barbarzyńców, którzy dostali nas w swoje ręce, tak jak olbrzymia małpa, która porwała Guliwera na dach”. Zawierucha wojenna zbierała swoje żniwo także wśród „genialnych”. Po Władysławie Hetperze, asystencie Leona Chwistka, aresztowanym przez NKWD, ślad zaginął w Starobielsku. Stefan Kaczmarz najprawdopodobniej zginął podczas walk z Niemcami pod Umiastowem. A w sowieckim Lwowie żyło się coraz strachliwiej i kłamliwiej. Steinhaus notował, że każdego ranka budzi się z przerażającą świadomością, że jest w więzieniu, z którego nie ma ucieczki. Zazdrościł Stanisławowi Ulamowi, który w 1936 r. otrzymał stypendium na Uniwersytecie Harvarda i w sierpniu 1939 r., po kolejnych wakacjach spędzonych w Polsce, wypłynął do Stanów Zjednoczonych. Zazdrościł Markowi Kacowi, który był na stypendium na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore. Większość „genialnych” nie miało tyle szczęścia co ci dwaj.

22 czerwca 1941 r. Niemcy napadli na Związek Radziecki, a kilka dni później zajęli Lwów. W nocy z 3 na 4 lipca Gestapo aresztowało 23 profesorów uniwersytetu, wśród nich matematyków Antoniego Łomnickiego i Włodzimierza Stożka. Nad ranem 4 lipca wszyscy zatrzymani zostali rozstrzelani na Wzgórzach Wuleckich przez Einsatzkommando „Galizien”, którego celem było „oczyszczanie terenu z elementu szczególnie niebezpiecznego”, czyli inteligencji, komunistów, Żydów. Tydzień później zginął kolejny matematyk – Stanisław Ruziewicz.

O niezwykłym szczęściu mógł w tych okolicznościach mówić Steinhaus. 4 lipca po południu do jego domu przyszli esesmani: „pobili uczonego, potem zaczęli wypytywać, dlaczego on, Żyd, ma w paszporcie napisane Polak, ile dostawał pensji w czasach sowieckich, gdzie są jego córka i zięć. Wmawiali mu, że jako Żyd jest agentem NKWD, szukali złota, mydła i kawy. Znalezione kostki mydła zapakowali do kufra i kazali (…) przynieść następnego ranka do sąsiedniej willi, gdzie zamieszkiwali”. Matematyk wraz z rodziną z miejsca uciekł z mieszkania i ze Lwowa. Do końca niemieckiej okupacji ukrywał się we wsi Stróże pod Nowym Sączem jako Grzegorz Krochmalny. Utrzymywał się z korepetycji i letnich prac w polu.

Pod koniec lipca 1944 r. do Lwowa powtórnie wkroczyli Rosjanie. Banach, który okupację niemiecką przeżył jako karmiciel wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Weigla, został dziekanem na wydziale matematyczno- -fizycznym przywróconego do życia uniwersytetu. Coraz ciężej chorował na płuca. Zmarł 31 sierpnia 1945 r.: „komunistyczne władze Lwowa nie chciały się zgodzić na katolicki pogrzeb matematyka”, ale żona Łucja „postawiła na swoim”.

*

A co z innymi? W Stanach Zjednoczonych Ulam rozwijał świetną karierę naukową, pracował nad bombą atomową. W 1945 r. Steinhaus rozpoczął pracę na uczelni we Wrocławiu, w 1961 r. przeszedł na wymuszoną przez władze emeryturę. Dwa lata później na łamach „Znaku” opublikował artykuł Na marginesie cybernetyki, w którym stawiał następującą kwestię: „Jak zakończy się gra między człowiekiem a maszyną? Nie wiem, ale wiem, że jest to gra o nieskończenie wielką stawkę”. Andrzej Kijowski, krytyk literacki, ogłosił ten tekst „najlepszą prozą roku”. Wydawnictwo Ossolineum nie podjęło się jednak druku pamiętników Steinhausa, które przekazał tej instytucji. Z kolei Stanisław Mazur w czasach stalinowskich parał się polityką, w 1951 r. został sekretarzem generalnym Polskiej Akademii Nauk, w 1968 r. protestował przeciw antysemickim nagonkom. Gdy z pracy na Uniwersytecie Warszawskim zwolniona została „za pochodzenie” jego ówczesna partnerka życiowa, sam rozstał się z uczelnią. W biografiach już tylko tych dwóch matematyków wymownie odbija się to, co stanowiło specyfikę życia w Polsce Ludowej.

Na wrocławskim grobie Steinhausa wyryto słowa z jednej z jego książek: „Między duchem a materią pośredniczy matematyka”. Profanom trudno to zrozumieć. A co łączy ludzi, liczby i historię? Zawiła materia życia, rzecz jasna. I dobra książka.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter