70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

I w polityce właśnie, prócz słów wielkich i największych, szczególną rolę odgrywa od niedawna piosenka patriotyczna. Ma ona inny ciężar gatunkowy niż słowa święte, ale jest zbudowana na tej samej zasadzie przywoływania patosu i najwyższego rejestru emocji. Ktoś kiedyś może pokaże, na czym polega siła motywacyjna, dzięki której piosenka towarzyszy nawet najbardziej dramatycznym momentom życia społecznego, niosąc jednak ogromną łatwość zastępowania prawdy przez autosugestię i złudne poczucie, że śpiewający o czymś wielkim to ten, który do tej wielkości sam dorasta.

30 kwietnia 2015, czwartek

Osaczają nas coraz bardziej słowa puste i jałowe. Ale też słowa cenne i najważniejsze, tyle że używane jak broń, a więc wbrew nim samym. I pewnie tak będzie nie tylko w tej przestrzeni czasu, który upłynie od momentu sporządzania dzisiejszych notatek do ich wydrukowania, ale jeszcze przez niejeden miesiąc. Dlatego warto chyba sięgnąć po słowa ważne, zaczynając jednak od nich samych, nie od sytuacji, w której są wykorzystywane jako narzędzie. Tak rozumiem wezwanie do „nowej ewangelizacji”. Słowem, po które sięga się bardzo często, jest „prawda”. Największe i najtrudniejsze, gdyby odnieść je do Tego, który powiedział nam, że to On jest Prawdą. Ci, którzy przeżyli epokę stalinowską, wiedzą dobrze, jak straszliwie było nadużywane, bo służyło za tytuł systemowi kłamstwa. Tymczasem dziś ma nas mobilizować zawołanie: „służyć w prawdzie”. Jest jak broń, bo służyć „w czymś” to: reprezentować, być cząstką, a zatem mieć prawo do utożsamiania się z wartością, której się służy. Słysząc je po raz kolejny, pomyślałam, że wystarczyłoby wyrzucić przyimek z tego wyrażenia. Wtedy służylibyśmy prawdzie, pamiętając, że przerasta nas ona ponad wszelkie wyobrażenie. Robilibyśmy, co potrafimy, choćby z błędami i nieudolnie, ale w sposób wierny – jak w prawdziwej służbie. I mielibyśmy prawo tak mówić i o tym pamiętać, ile razy rozlega się wezwanie do nowej ewangelizacji.

W Ewangelii pojawia się napomnienie: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!” (Mt 5, 23–24). To powiedział Ten, który jest Prawdą. Gdybyśmy jednak te słowa przyjmowali jako Jego posłanie do nas, nie byłoby przecież mowy o tym, aby nasz „dar przed ołtarzem”, czyli msza św., służył jako rozpoczęcie lub zakończenie politycznych manifestacji, wieców czy marszów, podczas których padają wrogie hasła.

Jest w Ewangelii również zdanie Jezusa Chrystusa: „Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców” (Mt 7, 18). Czy podnosząc głos potępienia metody in vitro, który prowadzi aż do groźby ekskomuniki, a równocześnie ogłaszając aprobatę dla dzieci powołanych tą metodą do życia, nie popada się w niezrozumiałą sprzeczność? Jeśli dzieci są dobrym owocem, to przecież dobry musi być także sam dar życia, w który Bóg pozwolił włączyć się człowiekowi przez odkrycie naukowe, pozostając jedynym jego dawcą. Czy takie rozumowanie nie byłoby otwarciem, na które wolno czekać?

W jednej z najpiękniejszych scen w Ewangelii Chrystus odsyła dziesięciu trędowatych do kapłanów, a podczas tej drogi następuje uzdrowienie. Gdy jeden jedyny Samarytanin wraca z podziękowaniem, Chrystus pyta: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?” (Łk 17, 17). I brzmi to jak żal… Przecież to cudowna pochwała wdzięczności, której tak często nam brakuje, i jakże głęboko ludzka potrzeba u samego Chrystusa, aby jej doznać. Gdy teraz o tym myślę, przypomina mi się spotkanie z ks. Janem Kaczkowskim, kapłanem wyróżnionym tegorocznym Medalem św. Jerzego za walkę z nieczułością.

Kolejne słowa, które chcę przywołać, to definicja polityki podana przez św. Jana Pawła II w encyklice Laborem exercens z 1981 r.: „roztropna troska o dobro wspólne”. Słowa wykorzystywane z upodobaniem jako nobilitujące polityków, cokolwiek by robili. Tymczasem nie definicją one stanu rzeczy, ale są ideałem, do którego należy próbować dorosnąć. Wystarczy odrobina uczciwości, by nie zasłaniać się tymi słowami w politycznych wojnach.

I w polityce właśnie, prócz słów wielkich i największych, szczególną rolę odgrywa od niedawna piosenka patriotyczna. Ma ona inny ciężar gatunkowy niż słowa święte, ale jest zbudowana na tej samej zasadzie przywoływania patosu i najwyższego rejestru emocji. Ktoś kiedyś może pokaże, na czym polega siła motywacyjna, dzięki której piosenka towarzyszy nawet najbardziej dramatycznym momentom życia społecznego, niosąc jednak ogromną łatwość zastępowania prawdy przez autosugestię i złudne poczucie, że śpiewający o czymś wielkim to ten, który do tej wielkości sam dorasta. A bywa gorzej, gdy wielkość traktowana jest niegodnie. Choćby tak, jak to się dzieje w piosence, która w jednej ze stacji radiowych codziennie rozpoczyna program polityczny, niezmiennie obecny pomiędzy programami religijnymi. W programie tym powraca testament św. Jana Pawła II, przekazany nam na Błoniach w czerwcu 1979 r.: „Abyście to wielkie dziedzictwo, któremu na imię Polska, całe przyjęli”. Tylko że to przyjęcie dziedzictwa w słowach Papieża oznaczało stawianie jako najwyższej po wierze wartości samej ojczyzny. Przyjęcie jej dziedzictwa to nie uwielbienie, lecz zmaganie się z tym, co jest w nim godne obrony, ale też wymagające uleczenia, oraz próby znajdywania odpowiedzi na trudności. Tymczasem we wspomnianej piosence słyszymy o Polsce, która ma się „obudzić”, „powstać z kolan”, „dać nam sprawiedliwość”. Śpiewający stają się roszczeniowymi ważniakami, którzy wydają polecenia ojczyźnie, widząc ją w dodatku kłamliwie jako ospałą i bez odwagi. Skąd bierze się tak głęboko sięgająca nieprawda?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata