70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Człowiek najwyższej próby

Śmierć Władysława Bartoszewskiego każe ponowić pytanie o znaczenie, źródła i potrzebę autorytetu. Skąd płynie autorytet? Jaką odgrywa rolę? Czy jest możliwy w XXI w.?

Źródłem autorytetu Bartoszewskiego w Polsce i na świecie było osobiste świadectwo. Głoszone zasady i przyjęte prawdy poświadczył stawką własnego życia i wolności. Inteligencji, przezorności, pomocy przyjaciół, wielu szczęśliwym zbiegom okoliczności, a ostatecznie Opatrzności zawdzięcza to, że tę grę w dobrej sprawie i o najwyższą stawkę wygrał, mocno przykładając rękę do wybicia się Polski na wolność. Ale – jak pisał w pamiętnych strofach Karol Wojtyła – „wolność stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać”. Wolność jednostkowa i zbiorowa jest wartością szczególnie podatną na nadużycie, demagogię i zepsucie. Autorytet pokazujący, jak pielęgnować i cenić wolność, a przestrzegający przed jej znieprawieniem, stanowi nieoceniony drogowskaz. Taką funkcję do końca czynnie i z właściwą sobie energią pełnił Władysław Bartoszewski.

Prób, przez które przeszedł jako więzień Auschwitz, żołnierz AK, redaktor konspiracyjnych pism, uczestnik Rady Pomocy Żydom, po wojnie wielokrotnie więziony przez komunistów, długoletni współpracownik Radia Wolna Europa – nie należy nikomu życzyć. Ale zwycięskie przejście przez takie doświadczenia buduje autorytet, który później staje się „głosem wolnym, wolność ubezpieczającym”. Nasuwa się pytanie: czy żywot w czasach pokoju i systemie liberalno-demokratycznym pozwala budować autorytety? I czy społeczeństwo pozbawione autorytetów może skutecznie budować i chronić swoją wolność i dobrobyt? Pozostawiam te pytania na inną okazję, powracając do świadectwa, jakie zawdzięczamy obecności Bartoszewskiego.

Był on bowiem świadkiem w dwojakim znaczeniu: nie tylko dał świadectwo wartościom, ale też był uczestnikiem burzliwych dziejów miasta i kraju, świadkiem losów wielu ludzi poddanych tej samej próbie, którym nie było dane ocalić życie. I historyczne – a ściśle mówiąc, kronikarskie – świadectwo budował Bartoszewski konsekwentnie, mając to za swoje zobowiązanie. Jego powołaniem było ocalanie pamięci o faktach, ludziach i wydarzeniach, świadczenie prawdzie na poziomie najbardziej konkretnym. Taki charakter mają jego bodaj najważniejsze trzy książki: Ten jest z ojczyzny mojej zawierająca relacje tych, którzy ratowali Żydów, 1859 dni Warszawy, czyli kronika okupowanej i walczącej stolicy, czy wreszcie Życie trudne, lecz nie nudne, przedstawiające wokół głównego wątku autobiograficznego rozległą galerię postaci i panoramę wydarzeń od lat 30. do końca 80. Notabene ten ostatni, nieco frywolny tytuł, z którego autor był bardzo dumny, dobrze pokazuje jedną z jego cech, mianowicie – nieopuszczające go poczucie humoru. Bartoszewski z szekspirowskim nieraz zmysłem łączył dramat z komizmem, jak np. wówczas gdy opowiadał o jednym Żydzie, w którego ratowaniu uczestniczył, a którego trzeba było przewieźć do innej kryjówki. Pan ten miał jednak bardzo „zły wygląd”, wobec czego zdecydowano zabandażować mu twarz i transportować jako chorego. Pojawił się jednak problem, bowiem nie dawało się owinąć przekonująco bardzo eksponowanego nosa, który zdradziecko wystawał pośród opatrunków…

Powołanie kronikarskie Bartoszewskiego opierało się nie tylko na poczuciu powinności, ale także na jego zdolnościach: znakomitym talencie narracyjnym i fenomenalnej pamięci. Gdy odwiedziłem go kiedyś w Warszawie, w trakcie rozmowy pan Władysław musiał do kogoś zadzwonić. Sięgnął po telefon i wykręcając numer, zawahał się na chwilę. „Do czego to dochodzi – powiedział – zdaje się, będę musiał założyć notes telefoniczny”. Okazało się, że dotąd wszystkie potrzebne numery miał w głowie. „No wie pan – odpowiedział na moje zdumienie – gdybym ja notował nazwiska czy numery, to daleko bym w tych konspiracjach nie zaszedł”. Pamięć Bartoszewskiego rejestrowała wszelkie – i jasne, i ciemne – strony zdarzeń i ludzi. Nie stała na przeszkodzie wielkoduszności – czego świadectwem jest u tego niezrównanego kronikarza hitlerowskich zbrodni praca na rzecz zbliżenia i pojednania polsko-niemieckiego. Ale w rzeczach drobniejszych Bartoszewski potrafił być pamiętliwy. Kiedy okazało się, że w składzie redakcji „Tygodnika Powszechnego” znalazła się dziennikarka, która lata wcześniej, w innym periodyku, napisała o Bartoszewskim prześmiewczy felieton, autor Warto być przyzwoitym ustąpił z hukiem z zespołu pisma, z którym przez lata był związany.

Jeśli tylko pozwalał mu na to czas, Bartoszewski był gotów uczestniczyć w każdym wydarzeniu, które uważał za wartościowe, nawet jeśli miało ono wymiar lokalny i skromny. Jeździł więc niemało do różnych parafii na Dni Kultury Chrześcijańskiej, wędrował do szkół czy na uczelnie wygłaszać pogadanki albo wykłady inauguracyjne, otwierał sesje uniwersyteckie. „Władku, nie szastaj się tak” – prosiła go żona. „Mam zamiar paść w biegu” – odpowiadał proroczo. Zarazem lubił stawać w świetle jupiterów – i czynił to znakomicie, odnosząc triumfy takie jak wówczas, gdy jako pierwszy Polak w 1995 r. wystąpił przed połączonymi izbami niemieckiego parlamentu, uzyskując długą i entuzjastyczną owację na stojąco. Lubił być honorowany, i bynajmniej tego nie ukrywał, widział jednak swoje honory w ponadosobistej perspektywie. Był dumny z faktu, że jest jedyną osobą mającą najwyższe wyróżnienia polskie (Orzeł Biały), niemieckie (Krzyż Wielki Orderu Zasługi) oraz izraelskie (honorowe obywatelstwo), a na dokładkę wysoki order watykański. Ale dumny był nie tyle z samych wyróżnień, ile z tego, że legitymizowały one dodatkowo słowa prawdy, czasami dotkliwej i krytycznej, które wygłaszał niekiedy pod adresem Polaków, Żydów czy Niemców – jak wtedy np. gdy występował przeciwko liderce wypędzonych Erice Steinbach i jej projektom.

Trafnie scharakteryzował kiedyś Bartoszewskiego Andrzej Friszke: „Walczący przez całe życie o tradycje AK i Powstania, nigdy niesplamiony współpracą z reżymem (…) nie został uznany przez neopatriotów i neoniepodległościowców za postać im bliską, dość patriotyczną i narodową. Bo jest to człowiek innej kultury politycznej, ożywionej tradycjami tolerancji, antynacjonalistycznego patriotyzmu, wyższości praw człowieka i praw obywatelskich nad podziałami ideowymi czy religijnymi. Jest katolikiem, ale jego wiara nie jest doktryną ideologiczną. Nie ma w sobie nic z inkwizytora. Jest typem raczej pozytywisty, z pewnością nie rewolucjonisty. Zachowuje pewien dystans wobec bieżących wydarzeń, nie poddaje się modom intelektualnym. Zawsze jest w nim cień sceptycyzmu i ironii, powiązanej z niezmiennym, tradycyjnym systemem wartości”. Był – dodajmy, kronikarzem przeszłości zaangażowanym w teraźniejszość i zwróconym ku przyszłości. Był człowiekiem konsensu, niestroniącym jednak od zdecydowanego stanowiska, gdy sytuacja tego wymagała. Pozostaje mieć nadzieję – i warto przykładać do tego rękę – by jego autorytet trwał i pomagał młodym i najmłodszym pokoleniom stale zdobywać tę wolność, której nie można tylko posiadać.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter