70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Huculski Odys na wygnaniu

Dwa tomy korespondencji dają niepowtarzalny wgląd w codzienność artysty i emigranta. Choć oba są wyjątkowe, pierwszeństwo przyznałbym listom,którymi wymieniali się Józef Wittlin z Tymonem Terleckim. Po części dlatego że bezkonkurencyjne są rozbudowane przypisy, w których Nina Taylor-Terlecka dzieli się swoją oszałamiającą erudycją na temat oficjalnego i prywatnego życia skamandrytów i londyńskiej emigracji.

Ubiegły rok, na który przypadło 100-lecie wybuchu I wojny światowej, okazał się dla Józefa Wittlina łaskawy i bodaj rekordowy. Wznowiono jego arcydzieło – Sól ziemi, które w radiowej Dwójce brawurowo czytał Grzegorz Damięcki. Pojawił się tom pokonferencyjny Etapy Józefa Wittlina, wyszły także dwa tomy listów. To wciąż nie tak wiele, ale zważywszy na uporczywą nieobecność Wittlina w polskiej kulturze po 1945 r., trzeba się cieszyć, że ten bezdyskusyjnie pierwszorzędny pisarz pierwszorzędny zajmuje wreszcie nieco miejsca na księgarskich półkach.

Oczywiście powody jego zmarginalizowania były rozmaite. Jako emigrant i jawny (choć nie zajadły) antykomunista objęty był zakazem publikacji w PRL-u. Jego książki ukazywały się na emigracji, zadebiutował w powojennej Polsce dopiero pośmiertnie Poezjami wydanymi w 1978 r. Ale jego nieobecność miała też inne przyczyny. Po wojnie Wittlin chorobliwie mało pisał. Żył w poczuciu literackiego impasu, co brało się przede wszystkim z goryczy zaniechania zamierzonej jako trylogia Opowieści o cierpliwym piechurze, której pierwszą częścią była pisana przez 10 lat Sól ziemi. Na jego zamilknięcie miało na pewno wpływ fatalne zdarzenie z 22 czerwca 1940 r., kiedy Wittlinowie próbowali dostać się na statek do Anglii. To wtedy, w St. Jean de Luz, żołnierz wyrzucił do morza walizkę z rękopisami dalszego ciągu Opowieści… Choć zaważyły też inne sprawy – samotność wygnańca, nabyta jeszcze w okopach I wojny przewlekła choroba, która wyniszczyła szpik kostny (1), i legendarna neurastenia.

Dwa tomy korespondencji dają niepowtarzalny wgląd w codzienność artysty i emigranta. Choć oba są wyjątkowe, pierwszeństwo przyznałbym listom, którymi wymieniali się Józef Wittlin z Tymonem Terleckim. Po części dlatego że bezkonkurencyjne są rozbudowane przypisy, w których Nina Taylor-Terlecka dzieli się swoją oszałamiającą erudycją na temat oficjalnego i prywatnego życia skamandrytów i londyńskiej emigracji (2). Tymon Terlecki, błyskotliwy humanista, chrześcijański personalista i bratnia lwowska dusza, chyba lepiej rozumie Wittlina niż Mieczysław Grydzewski, który jest adresatem niemal całego zbioru Listów do redaktorów „Wiadomości”. Jednak z legendarnym redaktorem przedwojennych „Wiadomości Literackich”, które w Londynie straciły przymiotnik, Wittlin znał się dłużej i wszechstronniej (bogate przedwojenne wspomnienia). W tomie Listy do redaktorów „Wiadomości” zabrakło głosu Grydzewskiego, więc tylko z ogólnej aury korespondencji Wittlina możemy się domyślać, jaki był odzew adresata (3). Inne świadectwa przekonują wszakże, iż Grydzewski (być może z biegiem lat spędzonych na emigracji) tracił cierpliwość do Wittlina: „jest to obłąkaniec, który powinien się zacząć leczyć u psychiatry, co mu już dawno doradziłem. (…) Wittlin ciągle narzeka na brak uznania. Ma zdumiewające. (…) Kiedy proponowałem mu ogłoszenie fragmentów t. II Soli ziemi (nie wiem zresztą, czy istnieją), odpowiedział, że nie, bo zaraz Wańkowicz (?) go splagiuje” (4). Ta głęboko niesprawiedliwa opinia pokazuje, że stary przyjaciel nie był rozumiejącym powiernikiem smutków Wittlina. Inna rzecz, że widział w nim chyba przede wszystkim autora wielu obiecanych, lecz nienapisanych tekstów. Niedawno wydany monumentalny zbiór felietonów literackich Grydzewskiego (Silva rerum) jest pośrednim dowodem na to, że także jako pisarz Wittlin nie fascynował po wojnie redaktora „Wiadomości”, bo próżno tam szukać istotnej wzmianki o twórczości melancholijnego przyjaciela. Jak wiadomo, Wittlin równolegle (choć równie rzadko) pisywał do „konkurencyjnej” paryskiej „Kultury”. Bardzo ciekawe byłoby zestawienie Listów do redaktorów „Wiadomości” z listami do Jerzego Giedroycia, ale ten drugi korpus epistolograficzny (spoczywający w archiwum Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte) ciągle czeka na swego edytora.

Bratnie lwowskie dusze

Przyjrzyjmy się najpierw tomowi listów „dwóch panów z Galicji”, jak w niezwykle pouczającym posłowiu do tomu tytułuje Wittlina i Terleckiego Nina Taylor- -Terlecka. Oczywiście o ich pokrewieństwie decyduje nie tylko geografia. Łączyły ich poglądy, ale chyba ponad wszystko podobna wrażliwość, która wyrażała się tym, że obaj umieli „pisać z sercem bez uszczerbku dla wysokiej klasy intelektu” (s. 222), jak ujął to w komplemencie skierowanym do Terleckiego autor Soli ziemi.

Dodatkowo książka zawiera mistrzowskie szkice Terleckiego o Wittlinie, które pozwalają nazwać tajemne ingrediencje, z jakich tworzył swą literaturę autor Hymnów. Warto zacytować kilka urzekająco celnych fraz Terleckiego: „W Moim Lwowie jak w retorcie skroplił się jeden z najtrudniej pochwytnych, najbardziej tajemniczych, najbardziej własnych żywiołów osobowości Wittlina: samokrytyczny, samoobronny humor, humor, który jest odwróconym, wstydzącym się liryzmem” (s. 16–17); „połączenie apokalipsy z humorem stanowi jedną z największych tajemnic osobowości i twórczości Wittlina” (s. 406); „skala zainteresowań Wittlina jest bardzo wielka, rozpina się między antykiem a współczesnością, między Odyseją a E.A. Poem. Jego wrażliwość jest nie mniejsza: obejmuje takie krańce jak św. Franciszek z Asyżu i Hemingway. Ale nad wszystkim góruje czułość sumienia pisarskiego” (s. 412). Terlecki umiał nawet wybronić przyjaciela od zarzutu pedantyzmu i twórczej niemocy, tłumacząc przenikliwie i wyrozumiale: „Pisanie jest dla Wittlina sprawą moralną. Każde jego słowo obciąża skrupuł sumienia i skrupuł intelektu. Wittlin jest najbardziej nieubłaganym celnikiem, bezwzględnym sędzią śledczym, surowym spowiednikiem słów, których używa. Dramatyczność tkwi w tym, że jest jednocześnie człowiekiem, który chce przejść granicę celną, jest jednocześnie przesłuchiwanym i penitentem” (s. 405).

Na początku, czyli jeszcze w 1944 r., Terleckiego i Wittlina zbliża najmocniej wrażliwość na tragedię Żydów. Wittlin dziękuje za wspaniały „głos samotnego chrześcijanina”, jakim był legendarny artykuł Terleckiego o likwidacji getta warszawskiego Alle Juden raus… opublikowany pierwotnie w „Wiadomościach Polskich” (1943, nr 45). To w nim wybrzmiewa z niezwykłą siłą solidarność z wymordowanymi Żydami i bezwzględny nakaz rozgłaszania prawdy o zbrodni dokonanej na żydowskich bliźnich. To świadectwo dla Wittlina szczególnie ważne, bo jedno z nielicznych, jakie zostały wypowiedziane w tamtym czasie w imieniu polskich, nieżydowskich chrześcijan. Dla Wittlina były to sprawy zasadnicze, także dlatego że był Żydem, który po wojnie coraz bardziej zbliżał się do katolicyzmu, by w 23 maja 1953 r. przyjąć w Nowym Jorku chrzest (obrał wtedy imię Franciszek). Kwestie żydowsko-chrześcijańskie bardzo często przewijają się przez listy. Czy będą to wzmianki Wittlina o planowanym (i, niestety, nienapisanym) studium o polskim antysemityzmie czy o dramatycznie odczuwanej podwójnej tożsamości (katolik – Żyd, co traktował jako koniunkcję, a nie alternatywę), czy wreszcie o witanych z entuzjazmem świadectwach religijnego zbliżenia Żydów i katolików. Warto wspomnieć, że do chrztu przygotowywał Wittlina ks. Johannes Oesterreicher (sam konwertyta pochodzenia żydowskiego), który był jednym z architektów deklaracji soborowej Nostra aetate. Wittlin powraca też do bolesnej rany, której doznał w międzywojennej Polsce, kiedy to wraz z Tuwimem i Słonimskim stał się obiektem brutalnej i obłędnej antysemickiej napaści. Halina Wittlinowa, żona pisarza, twierdziła wręcz, że pod wpływem tych ataków Wittlin w 1939 r. właściwie uciekał z Warszawy – nie tyle przed wojną, ile przed bojówkami ONR-u (5). Do tej przedwojennej traumy powraca także w listach do Grydzewskiego, ale to w komentarzach Niny Taylor-Terleckiej nakreślone jest tło tych bolesnych wspomnień. Okazuje się, że to Jerzy Pietrkiewicz, który po wojnie zamieszkał w Londynie i stał się środowisku polonijnym dość wpływowym pisarzem, literaturoznawcą i tłumaczem, był autorem najnikczemniejszych ataków: „Do Berezy wsadzano młodzież narodową. Nie wsadzano natomiast najohydniejszych dywersantów, łotrów zasługujących na szubienicę: Tuwima, Słonimskiego i Wittlina i cały legion pacyfistów od Sterna i Wata aż do Alberti” (6). Mając za sobą takie doświadczenia, a przede wszystkim pamiętając o masowej zagładzie Żydów, Wittlin pozostawał niezwykle czułym sejsmografem nastrojów antysemickich, czego liczne ślady znajdujemy w obu tomach korespondencji.

Literacka otwartość

Pora choćby pobieżnie opisać korespondencję z redaktorami „Wiadomości”. Tu także wątek żydowski nie jest marginalny. Może dlatego że porozumienie między korespondentami zakłada dodatkowo wspólnotę żydowskiego losu. W 1946 r., pisząc o własnych wahaniach emigranta – czy wrócić do komunistycznej Polski, czy pozostać w nielubianym Nowym Jorku – Wittlin prosi Grydzewskiego o poufność, używając formuły „między nami semitami”. Wittlin powraca i do sprawy Pietrkiewicza, i do wątków antysemickich, które odnajduje w polskiej prasie emigracyjnej, i do ks. Oesterreichera. Przy okazji dowiadujemy się, że do inwentarza nienapisanych dzieł trzeba jeszcze dopisać powieść o galicyjskich Żydach, która miała nosić tytuł Ściana płaczu. Niezwykle poruszające są komentarze Wittlina, w których zżyma się na naskórkowość polskiego katolicyzmu. Tak np. komentuje tekst Jana Frylinga Wilia 1945, który opublikowano w „Wiadomościach” 10 stycznia 1954: „Jak może katolik, wracający z mszy św. w noc wigilijną, nawet po pijanemu, życzyć franciszkaninowi, śpiewającemu »Chwała na wysokości, a pokój na ziemi!«, żeby się udławił? Jest to dla mnie zagadka, podobnie jak cały polski katolicyzm, i miałbym ochotę poświęcić temu większą pracę. Da Bóg – wrócę jeszcze do tego pasjonującego mnie zawsze tematu. Ale teraz nie mam zamiaru być Judaeus, unus defensor Mariae. Jeszczem na to nie zasłużył” (s. 136).

Najoryginalniejsze w tym tomie są listy, w których Wittlin dzieli się swoimi upodobaniami literackimi, komentuje teksty zamieszczane w „Wiadomościach” lub przedstawia swoje kandydatury do nagród literackich przyznawanych przez środowisko londyńskie. Uderzająca jest otwartość Wittlina na najrozmaitsze literackie idiomy – chwali Gombrowicza, Stempowskiego, Herlinga- Grudzińskiego, Wata, Miłosza, Józefa Czapskiego, Marię Czapską, Łobodowskiego, Odojewskiego, Mrożka, Kotta, Obecność mitu Kołakowskiego [o tym ostatnim: „Czytam z trudem (…). Warto się potrudzić. Taki przeciwnik chrześcijaństwa, jak on zasługuje na szacunek, a może i na nagrodę” (s. 452–453)]. Surowo, ale chyba celnie brzmi jego krytyka opowiadania Spadek Andrzeja Bobkowskiego: „Zgrabnie napisany, ze znajomością tzw. rzemiosła narracyjnego, cóż, kiedy naciągana tendencja. Cały ten surowy katolicyzm robiony pod Grahama Greene’a i po camusowsku traktowany egzotyzm nie mogą ukryć immanentnej brutalności i pogaństwa. Nie drukuj tej mojej opinii, Mieciu, w »Wiadomościach«, na ogół lubię Bobkowskiego. Proszę Cię bardzo o to” (s. 211).

W listach do Grydzewskiego sporo też anegdotek i dowcipu. Najczęściej ich źródłem są dzieci, najpierw córka pisarza – „Elżunia”, potem wnuk, ale też wspólni przyjaciele skamandryci. Wittlin zdradza np., jaką peryfrazą obdarzyła Tymona Terleckiego córka: „brzydki chłopczyk, który zepsuł księżyc” (s. 76), w innym liście komentuje narodziny wnuka: „Kawaler po urodzeniu był podobny do Antoniego Słonimskiego, teraz jest już ładniejszy, podobny trochę do senatora Tafta, trochę do gen. Eisenhowera, w każdym razie trzyma się on tzw. Republican ticket’u”(s. 113). W Listach do redaktorów „Wiadomości” stałym motywem jest swoista „zabobonność” Wittlina, która pokazuje, że Piotr Niewiadomski z Soli ziemi był, wbrew pozorom, bliższy tłumaczowi Odysei, niżby się to na pierwszy rzut oka wydawało. W listach do Grydzewskiego Wittlin co jakiś czas dzieli się swoimi „huculskimi” przeczuciami, kiedy np. ocenia, że nieszczęścia, które spadły na dom Weintraubów, to skutek czyjegoś „uroczenia” (s. 303). Pisząc zaś do następcy Grydzewskiego Michała Chmielowca, ujawnia wprost swoje magiczne przekonania: „W ogóle – ostatni rok, jakby na mnie rzucano uroki. A są ludzie – ja do nich należę – uriczni, jak mawiają Huculi”(s. 406). Jest w tym oczywiście nuta autoironii, ale częstotliwość tego rodzaju uwag i ich najczęściej dramatyczny kontekst świadczą o tym, że Wittlin był głęboko przywiązany do mądrości starych górali.

Oba tomy listów to lektura melancholijna, ale też niezwykle inspirująca, bo pokazuje zakamarki duszy Wittlina, ujawnia jego nadzwyczajną wrażliwość i pozwala na powrót zatopić się w jego olśniewającej polszczyźnie.

1 J. Wittlin, Listy do redaktorów „Wiadomości”, oprac. J. Olejniczak, Toruń 2014, s. 501–502.

2 Szczytem wszechwiedzy jest notatka o kotce Wittlina: „Urodzona 14 listopada 1948 roku jako córka Petroneli, kotka Sadie Carnot otrzymała imię zamordowanego prezydenta Francji przez pomyłkę, gdyż Wittlin nie od razu rozpoznał jej płeć. W hierarchii rodzinnej Petronela uchodziła za muzę poety, a Sadie stała się bohaterką eseju Poe w Bronx z tomu Orfeusz w piekle XX wieku” (T. Terlecki, J. Wittlin, Listy 1944–1976, oprac. N. Taylor-Terlecka, Warszawa 2014, s. 171).

3 Niestety poważnym brakiem w tomie Listy do redaktorów „Wiadomości” jest nieobecność indeksu nazwisk, który ma się pojawić jako osobna publikacja odnosząca się do całej serii „Dokumentacja życia literackiego kręgu londyńskich »Wiadomości« (1945–1981)”. Trudno pogodzić się z takim rozwiązaniem.

4 List Mieczysława Grydzewskiego do Tymona Terleckiego z 29 kwietnia 1964 r., cyt. za N. Taylor-Terlecka, Józefa Wittlina portret-antyportret-autoportret, w: Etapy Józefa Wittlina, red. W. Ligęza i W. S. Wocław, Kraków 2014, s. 195.

5 Por. Listy 1944…, dz. cyt., s. 29. Po latach Wittlin w rozmowach rodzinnych mówił żartobliwie o „wdzięczności” wobec radykalnych narodowców, którzy zmobilizowali go, by w ostatniej chwili uciec z Polski, umykając nazistowskiej eksterminacji.

6 Tamże, s. 424. Cytat pochodzi z „Gońca Warszawskiego” z 16 kwietnia 1939 r. Po wielu latach Pietrkiewicz przeprosił korespondencyjnie za swoje grzechy – list wysłał w Wielki Piątek w 1963 r.

Łukasz Tischner – dr. hab., krytyk i historyk literatury, pracuje na Wydziale Polonistyki UJ

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata