70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Kiedy się patrzy wstecz na swoje życie, choćby z okazji jubileuszy czy szczególnych dat obchodzonych uroczyście, jednym z uczuć, które temu towarzyszą, jest poczucie wdzięczności. Dotyczy ono bardziej osób niż przeżyć czy wydarzeń.

24 marca 2015, wtorek

Opublikowana w marcowym numerze „Znaku” korespondencja Wspólnota na odległość między Zygmuntem Baumanem i Roberto Esposito pomogła mi zrozumieć, że w czymś dotąd tak mi obcym jak masowe marsze uliczne naprawdę może być obecne poczucie wspólnoty. Kiedy w jednym z nich wziął udział, specjalnie w tym celu przyjeżdżając z daleka do Krakowa, bliski mi bardzo człowiek, osobiście dotknięty tak trudnym doświadczeniem jak głębokie upośledzenie jednego z dzieci, pytałam siebie i jego, co pocieszającego można znaleźć w tego rodzaju manifestacjach, choćby organizowanych pod najpiękniejszymi hasłami. Dwaj filozofowie pokazują w swoich listach, jak samo bycie wśród innych osób manifestujących potrzebę i radość, wynikające z tego samego przekonania, podzielanego nie tylko wyznaniowo, ale zwyczajnie uczuciowo, daje poczucie znalezienia się we wspólnocie, która jest skrawkiem rzeczywistości dopiero nas czekającej. Zrozumiałam lepiej człowieka, który na co dzień może odczuwać samotność trudną do wyobrażenia. Inaczej spojrzałam na marsze dla życia, zamiast których wolałam dotąd widzieć, słyszeć i współuczestniczyć w realnym dźwiganiu takich ciężarów jak upośledzenie bliźnich.

27 marca 2015, piątek

Kiedy się patrzy wstecz na swoje życie, choćby z okazji jubileuszy czy szczególnych dat obchodzonych uroczyście, jednym z uczuć, które temu towarzyszą, jest poczucie wdzięczności. Dotyczy ono bardziej osób niż przeżyć czy wydarzeń. Uderza mnie, ilu dokoła siebie ciągle jeszcze mam, albo dopiero spotykam, ludzi, w których jest radość. Ten właśnie znak uważam za najbardziej przekonywające świadectwo wiary. Nie wygłaszanie przekonań ani wychowawcze wysiłki, a więc nie to, co by się w pierwszym rozumieniu wyobrażało jako misję ewangelizacyjną. To mogą być ludzie, którzy wcale o tym nie mówią. Oni po prostu niosą w sobie radość, i to niewątpliwą. Kiedyś wysłuchałam pobożnej audycji, która dezawuowała przyjemność, przeciwstawiając jej radość, tyle że powierz chownie, przypisując tej postawie niemal aureolę nad głową. Radość jest czymś fenomenalnym: odczuwa się ją przez najprostszą intuicję świata, którego sami może nie umiemy jeszcze w sobie wytworzyć, ale już wiemy, że to jest to, czego potrzebujemy najbardziej. A człowiek w taki sposób koło nas obecny nie wywiesza szyldu i może nic na ten temat nie mówi. Jest po prostu pomocą. Bez porównania większą, niż gdyby wygłosił naukę najbardziej nawet mądrą i chwalebną.

30 marca 2015, poniedziałek

Prof. Józefa Łukaszewicza znałam długie lata, współpracując z wrocławskim Klubem Inteligencji Katolickiej, którego był członkiem. Łączyła nas przeszłość wileńska i starania o kontakty z Ostrą Bramą. Kilka tygodni temu dostałam skromną książeczkę jego autorstwa, która jest świadectwem radości i tajemnicy łączącej dwa światy: na jednym borykamy się z przyziemną prozą, do drugiego dopiero zmierzamy. Książka pt. Piesza pielgrzymka z Krakowa do Rzymu. Z aneksem: z Wrocławia do Matki Bożej w wileńskiej Ostrej Bramie powstała z notatek Profesora opracowanych po jego śmierci w 2013 r. Zawiera m.in. zapis pieszej pielgrzymki z Polski do Wilna, jaka odbyła się w sierpniu 1992 r. – pierwszej zorganizowanej po roku 1989, która przemierzała wyswobodzone spod sowieckiej dominacji Białoruś i Litwę. Pielgrzymka przebiegała w atmosferze wolnej od problemów narodowych, kompleksów historycznych, a nawet od samych trudów doznawanych przez tych, którzy zmierzali do świętego celu przez rzeczywistość jeszcze i już niematerialną. Z jednej parafii do drugiej, od jednego postawionego na powrót krzyża do drugiego, od jednej porannej liturgii do kolejnej wieczornej. Do wędrowców przyłączali się wierzący na Białorusi, a potem na Litwie, stopniowo powiększając polsko-francuską grupę, która wyszła z Wrocławia. Wszystko było modlitwą, radością, wspólnotą, zupełnie nieuwikłaną w trudności czy zatargi, jakie istniały na gruncie materialnym. Notatki stają się raportem o pielgrzymkowym świecie tak właśnie istniejącym. To właśnie Józef Łukaszewicz, razem z jednym z księży, celebransem kolejnych mszy i nabożeństw, tworzył tych kilkanaście dni pielgrzymkowego świata.

Dwanaście lat przed zorganizowaniem wyprawy do Wilna, latem 1980 r., Profesor zrealizował 54-dniową pieszą pielgrzymkę z Krakowa do Watykanu, by pokonując 1600 km, odwiedzić wybranego dwa lata wcześniej na papieża Jana Pawła II. Było to takim samym, tyle że tworzonym w mniejszej, bo zaledwie kilkunastoosobowej grupie, doświadczaniem świata tej samej radości.

Te dwie opowieści stały się komunikatem zupełnie bezcennym – dopełniała je wiadomość z listu od żony zmarłego: śmierć Profesora trwała minutę. Była po prostu krokiem stąd na drugą stronę, jakby czyjaś ręka go zabrała. Do listu dołączone zostało wspomnienie napisane przez przyjaciela, który przypomina, że Józef Łukaszewicz za dewizę miał słowa: świat jest piękny, ludzie dobrzy, ja jestem najszczęśliwszy z nich. Można myśleć, że brzmi to zbyt pocieszająco, żeby było prawdziwe, a przecież tak właśnie było. W takiej perspektywie wszystko nabiera wartości, o której nie sposób myśleć inaczej niż jako o sygnale z tamtej strony.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata