70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jabłko czy stopy?

Najnowsza książka Bieńczyka to w pełni przemyślany (i domyślany) projekt prozatorski, który spinają fragmenty związane z parą bohaterów tytułowych. To one zapewniają artystyczną koherencję nowej prozie autora Tworek.

Choroba, jedzenie i czytanie – któż z nas, robiących mniej lub bardziej „w słowie”, nie pamięta z dzieciństwa tych wspaniałych (wydłużonych niczym napięta do granic wytrzymałość struna) dni, gdy przeziębieni, otoczeni kubkami herbaty z cytryną, pomarańczowymi opakowaniami chlorochinaldinu i stertami książek, czytaliśmy bez pamięci. Świat z perspektywy łóżka był bezpieczny i oswojony, choroba – wiadomo – uleczalna, czytanie (jak to dzisiaj widzę) niewinne i w bezbronności swojej niepowtarzalne. Opis tego doświadczenia znajduję także w nowej książce Marka Bieńczyka – „(…) leży się, czyta i je, i wszystko tak nadzwyczajnie smakuje” – pisze autor Terminalu, wspominając epifanijne momenty własnego dzieciństwa. Mówiąc „wszystko”, pisarz ma na myśli nie tylko kanapki z rzodkiewką, posypaną błyszczącymi drobinami soli, ale także doświadczenie lektury: „śniadanie składało się z chleba i papieru, jedno nie szło bez drugiego, apetyt był wspólny, nie było różnicy, jeść i czytać, wychodziło na jedno”. Przywołuję fragmenty tekstu Gruba nie tylko dlatego, że w najnowszym zbiorze esejów Bieńczyka należy on do najważniejszych (niby o lekturach, a przecież o matce; nic nowego, Barthes też niby pisał o fotografii), ale dlatego, że wyimki te mówią wiele o jego (Bieńczyka) pisarstwie: rozpiętym pomiędzy zmysłami a erudycją, łączącym, zdawałoby się, przeciwstawne żywioły i nieustannie poszukującym czegoś, co jest po stronie życia.

Jabłko Olgi, stopy Dawida – dychotomia zaznaczona jest już w przywołującym biblijne skojarzenia tytule. Ona po jasnej stronie mocy, on już przekroczył smugę cienia, ona jeszcze „przed”, on już wyraźnie „po”, ona zastygająca w podszytym błogością stuporze, on nieustannie w ruchu, gotowy do ucieczki. A jednak, jeśli się dobrze przyjrzeć, trudno potraktować tych dwoje jako dokładne antytezy – z fabularyzowanych fragmentów, którymi Bieńczyk inkrustuje swoje eseje, wyłania się obraz egzystencji wypełnionych doświadczeniami niejednorodnymi, wzajemnie się przenikającymi: „(…) smutek, zachwyt i smak mieszały się ze sobą”. W prozie warszawskiego pisarza jest podobnie – Bieńczyk kolekcjonuje smaki, ale i nie wypiera się smutku, zachwyca się, ale i pogrąża w melancholii, serwuje asa, ale i wyrzuca na aut. A wszystko po to, by dotknąć, choć na chwilę, trzonu naszego istnienia, by wetknąć słowo w najgęstszą istotę rzeczy. Bo wtedy świat zamiera, staje się bardziej pewny i rzeczywisty, układa się w swoich ramach i trwa przez okamgnienie jako przestrzeń bezpieczna lub (ujmując rzecz od innej strony) obszar narodzin sensu. Wznieść fundamenty i, poprzez mozolną pracę interpretacji, za wszelką cenę utrzymać piłkę na boisku, ocalić (choć na moment) trwałość budowanego na piasku zamku – oto jest stawka, o którą gra Marek Bieńczyk.

Wiele tematów w najnowszym zbiorze esejów to wątki znane z jego wcześniejszych książek – hermeneutyka twarzy, ulubieni pisarze, książki pierwsze, futbol. Gdzieś spomiędzy nich wylewa się czarny atrament melancholii, której obecność w pisarstwie Bieńczyka należałoby opisać, sięgając po kategorię powrotu wypartego. Refleksja melanchologiczna pojawia się tu bowiem dość regularnie i nawet jeśli nie dominuje w poszczególnych szkicach (żaden z tekstów nie został czarnej żółci w całości poświęcony), to jest dla pisarstwa autora Przejrzystości tym, czym dla Alberta Camusa próba odrzucenia buntu: dowodem na to, że nie sposób uwolnić się od natury.

Jeśli jednak porównamy Jabłko Olgi… do Książki twarzy, zobaczymy też różnice. Przede wszystkim w zakresie dbałości o kompozycję – nagrodzony Nike zbiór był zestawem znakomitych, pogrupowanych tematycznie tekstów. Najnowsza książka Bieńczyka to w pełni przemyślany (i domyślany) projekt prozatorski, który spinają fragmenty związane z parą bohaterów tytułowych. To one zapewniają artystyczną koherencję nowej prozie autora Tworek. Sprawa formy domaga się zresztą osobnego namysłu, wszak Bieńczyk nie tylko zadbał o kompozycję, ale też powściągnął nieco swoją pełną bonmotów frazę, wycyzelował każde zdanie, nadając całości sznyt pisarstwa tyleż wybitnego, co osobnego, rządzącego się swoimi prawami, nieoczywistego. Widać wyraźnie, że pisarz odnalazł swój idiom, mówi pełnym – a przy okazji absolutnie unikalnym – głosem. Jak nazwać tę pograniczną, błąkającą się na manowcach fabuły i eseju, powieści i autobiografii, wreszcie życia i śmierci dykcję? Zostawmy próby przyszpilenia tego pisania w jednym słowie, powiedzmy tylko, że – mimo swojego zmącenia gatunkowego – brzmi ono dzisiaj niezwykle czysto.

Są też kwestie niezmienne: podobnie jak w Książce twarzy, tak i w nowej prozie potrafi Bieńczyk łączyć nieledwie naukowe dywagacje (np. językowe czy translatorskie) z analizą zjawisk populturowych, subtelne interpretacje Proustowskiego cyklu zestawia z fotografią Marilyn Monroe, Nervala z Bahdajem, karnawał w Rio sąsiaduje u niego z zapomnianą prozą Minkowskiego. To też ważny rejestr tego pisarstwa – zapomniane książki, zapomniane aktorki, zapomniane fotografie, zapomniane stadiony. Warszawski pisarz przywraca je do życia dzięki swojej – nazwijmy to – hermeneutycznej determinacji, pozwalającej mu tam gdzie inni widzą już tylko pogruchotany relikt zaprzeszłej epoki, zobaczyć blask radości, okruch idylli, udaną piłkarską akcję. „Dostrzec w starej, znanej nam twarzy uśmiech młodej dziewczyny i to dostrzec tak, że wyda się on jak najbardziej realny, dobitny, że przez błysk chwili ten uśmiech zajmuje całą twarz, staje się nią w pełni – jest doznaniem głębokim, fundamentalnym” – pisze Bieńczyk w szkicu Dobre wróżki. Być może w tych zdaniach pisarz najsilniej odsłania (albo od-twarza) istotę swojego pisarstwa, polującego ciągle na ten jeden moment, w którym nasza egzystencja objawia się poprzez nagie doświadczenie, w którym stajemy wobec niewypowiedzianego, w którym coś w nas pęka i – właśnie teraz! – czujemy, że tak to miało iść, że jest jak wtedy, gdy pierwszy raz czytaliśmy Niziurskiego albo bawiliśmy się w Indian, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy. Stąd tak ważne w prozie Bieńczyka są gesty, które kruszą pancerz codziennego przedstawienia, które nas – tak lub inaczej – wystawiają. Bieńczyk – tak samo pisarz słowa, jak i ciała – w gestach (już to w ukłonie Roberta Saint-Loupa, przyjaciela Marcela, już to w słynnym „byku” Zinedine’a Zidene’a) odnajduje największe pocieszenie, bo to właśnie w nich – czułych spojrzeniach, frasobliwym podpieraniu brody, charakterystycznym ułożeniu palców – dostrzega okruchy prawdy.

Ale Bieńczyk wie też doskonale, że zarówno życie, jak i pisanie jedynie się przydarzają – cechą idylli jest jej krótkie trwanie. Dlatego tak często w naszych głowach pulsuje myśl: „uciekać, trzeba uciekać”. O tej (jakże przecież melancholijnej) tęsknocie za ucieczką, pragnieniu, by rzucić wszystko w diabły i zacząć nareszcie naprawdę żyć, pisarz mówi w tekście Wyjście Czejenów, bodaj najlepszym w całym zbiorze. Spotykają się tu „uciekający na jawie i uciekający na papierze”, a łączy ich właśnie ów atawistyczny imperatyw odejścia (podskórna chęć pójścia ku słońcu), będący matowym rewersem naszej codzienności. Cóż zatem pozwala nam żyć w czasach, gdy – nie ma wątpliwości – sedno istnienia coraz słabiej wyziera spod fasadowej, miałkiej rzeczywistości? Bieńczyk, za Jonathanem Learem, mówi o radykalnej nadziei, której – w obliczu utraconego przez naszą kulturę sensu – trzeba się kurczowo trzymać. To jednak proste nie jest, bo cóż my, uciekinierzy, częściej miewamy przed oczami: „absolutnie nic, znużenie graniczące z omdleniem, z czarną nieprzytomnością, czy obraz, przed którym nie da się uciec: tych, których nie ma, lecz których kochaliśmy”? Jabłko Olgi czy stopy Dawida?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata