70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przeszłości nie można przewidzieć

Temat ludobójstwa pojawi się na tegorocznej Eurowizji. Pod szyldem Armenii w powołanej ad hoc grupie Genealogy wystąpią Ormianie z pięciu kontynentów – ma to symbolizować naród rozrzucony po świecie wskutek genocydu z 1915 r. Wykonają oni utwór Don’t Deny (Nie zaprzeczaj). Przesłanie tytułu jest łatwe do rozszyfrowania.

 

Z Araratem jechałem z gruzińskiej Dżawachetii do Armenii starym fordem escortem. Poczęstował mnie papierosami marki Ararat i piwem Ararat. Kiedy dziwiłem się, dlaczego wszystkiemu dają taką nazwę, Ararat zaczął wymieniać: „Mamy jeszcze sok, klub piłkarski, bank, koniak, pyszne kurczaki Araraty na erywańskiej ulicy Sajat Nowy i wiele innych”.

Ararat to góra, na której osiąść miała arka Noego, tam też według podań odrodziło się życie na ziemi (Ormianie uważają się za potomków prawnuka Noego Hajka; po ormiańsku Armenia to Hajastan, a Ormianin to Haj). Z Erywania przy sprzyjającej pogodzie dobrze widać szczyty Araratu – to raptem kilkadziesiąt kilometrów. Do stolicy Armenii przyjeżdżają Ormianie z całego świata, chcą zobaczyć świętą górę, ale pojawia się problem: tu nie ma Araratu. Góra, podobnie jak wiele innych świętych ormiańskich miejsc (Wan, Ani czy Kars), znajduje się po tureckiej stronie granicy. Narodowe świętości „wyemigrowały”, a Ormian nie ma tam od 100 lat.

Chranusz Harratian w książce Armenia. Kultura współczesna w ujęciu antropologicznym cytowała wspomnienia z czasów ludobójstwa: „Najpierw jej córka umarła z głodu w czasie ucieczki. Potem [kobieta] spotkała żołnierzy, którzy wybili jej zęby kolbą karabinu. Potem wycięli jej w brzuchu otwór w kształcie krzyża i wyciągnęli jelita. Myśleli, że nie żyje, więc ją zostawili. Ale ona tylko straciła przytomność. Potem się ocknęła i zobaczyła syna. Znalazła w sobie dość siły, żeby wepchnąć kiszki z powrotem do brzucha, zaszyła dziurę zwykłą igłą, przywiązała syna swoją spódnicą i ruszyła naprzód, czołgając się i ciągnąc go za sobą. Po paru dniach również on zmarł. Wróciła z jego ciałem i pochowała obok córki. A potem znalazła w sobie siłę, żeby iść dalej. Potem odnalazła krewnych”. W rezultacie ludobójstwa, którego Turcy dokonali przed 100 laty na Ormianach, życie straciło według szacunków od 800 tys. do 1,5 mln osób.

W przededniu genocydu armeńska państwowość nie istniała już od kilkuset lat. Ziemie licznie zamieszkane przez Ormian były rozdzielone granicą – jedna część (po 1991 r. Republika Armenii, wcześniej Armeńska Socjalistyczna Republika Radziecka) znajdowała się pod kontrolą Moskwy, druga (dzisiejsza wschodnia Turcja) Stambułu.

Pogromy rozpoczęły się już w latach 90. XIX w. Gdy imperium osmańskie słabło, Ormianie domagali się autonomii, a Stambuł odpowiedział przemocą – w samym okresie 1894–1896 zamordowano może kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób – trudno tu o precyzyjne dane. Rzezie osiągnęły apogeum podczas I wojny światowej: zwłaszcza w latach 1915–1918. Władze w Stambule obawiały się wówczas, że jeśli wroga armia rosyjska wtargnęłaby do wschodniej Anatolii, chrześcijańscy Ormianie mogliby poprzeć cara. Na wszelki wypadek postanowiono więc „zlikwidować V kolumnę”.

Rocznicę genocydu obchodzi się 24 kwietnia – tego dnia roku 1915 tysiące przedstawicieli ormiańskiej inteligencji deportowano ze Stambułu, większość zabito. Ormian mordowali Turcy i Kurdowie: najczęściej ich rozstrzeliwali, palili żywcem we własnych domach, kościołach czy stodołach, topili, obcinali głowy. Ogromna liczba Ormian zginęła podczas długiego przymusowego marszu przez pustynię. Ocaleni rozpierzchli się po świecie, część uciekła na ziemie „zaboru” rosyjskiego.

Pamięć ludobójstwa stanowi jedną z istotnych przyczyn ormiańskiej sympatii dla Rosjan, która w rzeczywistości wynika w dużej mierze z antypatii do Turków: w „zaborze” rosyjskim prześladowania przybrały mniejszą skalę, a co najważniejsze, nie doszło do ludobójstwa; Armeńska SRR była namiastką państwowości, w której naród ormiański przetrwał zagrożenie tureckie, zachowała się też jego kultura. Poza tym z perspektywy Ormian Rosjanie pomagają im dziś uratować Górski Karabach oraz samą Armenię przed muzułmańskim (turecko-azerskim) zagrożeniem.

Nacjonalizacja pamięci

O ludobójstwie za sojuza przez długi czas milczano. Moskwa dbała o dobre relacje z Ankarą przed II wojną światową i po niej, także w momencie kiedy Turcja stała się członkiem NATO. Kreml nie chciał, aby narosły animozje między Ormianami a radzieckimi muzułmanami, w tym z blisko spokrewnionymi z Turkami Azerami. W podręcznikach szkolnych nie mówiono o genocydzie, wspominano tylko o trudnościach I wojny światowej, a ofiary ludobójstwa przedstawiano jako zwykłe ofiary wojny.

Prof. Andrzej Pisowicz, językoznawca i armenista, w latach 1961–1963 studiował w Erywaniu (wypowiedzi Pisowicza pochodzą z wywiadu rzeki Na końcu języka, który przeprowadziłem wraz z Kornelią Mazurczyk): „Do 1965 r. o ludobójstwie mówiło się tylko »na kuchni«, ale nie oficjalnie. Na początku lat 60. znacznie więcej opowiadało się o zbrodniach stalinowskich – były sprawą świeższą i dopiero od kilku lat można było mówić o nich otwarcie”. Przez długi czas rozmowy o ludobójstwie uznawano za „przestępstwa szeptane”. Mniejsze zainteresowanie „radzieckich” Ormian ludobójstwem wynikało także z innej kwestii: genocyd miał miejsce w „zaborze” tureckim, nie rosyjskim.

Radio Erywań rozpowszechniało kiedyś dowcip: „Czy da się przewidzieć przyszłość w Związku Radzieckim? Tak, ale trudniej jest z przewidywaniem przeszłości – ta ciągle się zmienia”. I rzeczywiście – interpretacja przeszłości po raz kolejny zmieniła się w 1965 r. 24 kwietnia tego roku zorganizowano największy w tamtych latach spontaniczny protest w Związku Radzieckim – w 50-lecie ludobójstwa 100 tys. osób w Erywaniu domagano się „zwrotu ziem armeńskich”, a manifestacja wymknęła się spod kontroli. Kreml miał wówczas wybór: Ormianie mogli zwrócić się przeciwko zabraniającej wspominania genocydu Moskwie albo można było skanalizować ich złość, pozwalając, aby zaczęli rozpamiętywać przeszłość. Pisowicz: „Władze ugięły się wówczas pod naciskiem ulicy i zbudowały na erywańskich wzgórzach Cicernakaberdu kompleks pamiątkowy poświęcony ludobójstwu oraz, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Erywania, pomnik bitwy pod Sardarapatem, w której w 1918 r. żołnierze niepodległej Armenii pokonali Turków, powstrzymując ich marsz na Erywań”.

Nawet po 1965 r. nie można było publicznie mówić wszystkiego o ludobójstwie. Władze podkreślały martyrologiczny wymiar tych wydarzeń, ale ludzie chcieli pamiętać też o bohaterskich Ormianach-bojownikach, którzy walczyli wówczas z Turkami. Moskwa dała jednak do zrozumienia: pasywizm tak, aktywizm nie. Nowa pamięć miała ograniczyć się do męczeństwa.

Manifestacje w Armeńskiej SRR zmieniły także podejście Ankary do genocydu. Jak mówi Adam Balcer, ekspert ds. tureckich: „Stworzona przez Ataturka Republika Turcji początkowo, odcinając się od imperium osmańskiego, uznawała, że reżim Młodych Turków dokonał wielkich masakr na Ormianach. Ta sprawa w Turcji długo nie była szeroko dyskutowana. Jasne stanowisko Turcy zajęli dopiero po 1965 r., w reakcji na roszczenia Ormian z ZSRR i diaspory, akcję uznawania ludobójstwa przez różne kraje i zamachy terrorystyczne Ormian na tureckich dyplomatów. Pierwszą reakcją była totalna negacja ludobójstwa”.

Turek ofiarny Pod koniec lat 80. XX w. Ormianie z Armenii uznali, że ludobójstwo jest kontynuowane – rozpoczął się ormiańsko-azerski konflikt o Górski Karabach (część Ormian nie zauważa odmienności Turków i Azerów; nawet władze Azerbejdżanu, myśląc o Turcji, powtarzały: „Jeden naród w dwóch państwach”). Antagonizm ormiańsko-azerski na dobre napędziła masakra Ormian w azerbejdżańskim Sumgaicie w 1988 r. (dla sprawiedliwości trzeba podkreślić, że również Ormianie występowali w kolejnych latach jako strona-agresor).

Rzeź sumgaicka trwała kilka dni: ludzi gwałcono i palono, ich ciała siekano na kawałki, Azerowie chodzili od domu do domu i szukali Ormian. Odróżnienie Ormianina od Azera sprawiało trudności: byli do siebie podobni i najczęściej wszyscy mówili po rosyjsku. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Thomas de Waal w książce Czarny ogród opisuje sytuację, kiedy Azerowie zatrzymywali autobusy i kazali pasażerom kolejno wypowiadać azerskie słowo fundukh (orzech laskowy) – Ormianie mają problem z wypowiedzeniem głoski „f” w tym wyrazie i zmieniają ją na „p”. Tych, którzy wypowiedzieli błędnie słowo „orzech laskowy”, mógł spotkać tragiczny los. Według wielu Ormian w dużej mierze w efekcie ludobójstwa Armenia ma dziś mnóstwo problemów: zdziesiątkowaną ludność, utracone terytoria, rozkradziony dobytek, zablokowany kraj (zamknięta granica z Azerbejdżanem i Turcją) itd. Ludobójstwem tłumaczy się także bieżące bolączki: armeńskie władze traktują je na równi z konfliktem górskokarabaskim i turecką blokadą gospodarczą, a wszystko pod szyldem tzw. zagrożeń tureckich. Słyszymy często: „Ludzie muszą wyjeżdżać, bo w kraju jest biednie, a jest biednie, bo z każdej strony blokują nas Turcy” albo „Uciekają z kraju z dziećmi, bo nie chcą, żeby te, gdy dorosną, trafiły na front” (choć od służby można się wykupić, płacąc de facto oficjalną łapówkę za dezercję). Wszystko przez to ludobójstwo, część Ormian dopatruje się wszędzie tureckiego śladu. Na przykład, gdy w styczniu rosyjski żołnierz, stacjonujący w bazie wojskowej w armeńskim Giumri, zamordował ormiańską rodzinę, pojawiły się głosy, że również za tym stała Ankara.

Maciej Falkowski, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich i były dyplomata w Armenii, zwraca uwagę, że Ormianie widzą Turków dwojako: istnieje groźny, mityczny Turek oraz Turek namacalny, z krwi i kości. Stosunek do tego drugiego jest już zupełnie inny. Falkowski dodaje: „Ormianie z Armenii coraz mniej boją się Turków – jeżdżą do Turcji często, a od 50 do 100 tys. obywateli Armenii pracuje tam na stałe”.

Oddajcie nasze ziemie Choć w wielu przypadkach Ormianie bezpodstawnie „tłumaczą wszystko Turkami” to jednak istnieją argumenty przemawiające za ich racjami. Na przykład kwestia diaspory: Ormianie od setek lat migrowali po świecie, ale to w efekcie ludobójstwa ich diaspora urosła do względnie ogromnych rozmiarów. Poza państwem żyje może 3, może 6 mln Ormian – liczbami żongluje się w zależności od potrzeb, ale na pewno nie jest ich tam mniej niż w samej Armenii. Ponadto diaspora wciąż rośnie, choć zmieniły się kierunki i charakter migracji – o ile wcześniej emigrowano do Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej czy na Bliski Wschód, dziś najwięcej Ormian wyjeżdża do Rosji, są to w dużej mierze migranci zarobkowi.

Ormianom łatwiej emigrować, bo wielu z nich widzi w dzisiejszej Republice Armenii zaledwie dziesiątą część Wielkiej Armenii; skoro uznamy, że większość historycznych ziem pozostaje poza jej granicami, łatwiej nie traktować Republiki jako prawdziwego państwa Ormian. A pamięć o Wielkiej Armenii jest wciąż żywa – bez problemu można kupić mapy, na których kraj w I w. p.n.e. rozciągał się od Morza Śródziemnego do Kaspijskiego. Ormianie są dumni z faktu, że posiadali państwo „od morza do morza”, ale pytani, „od którego do którego”, potrafią się zdenerwować i zapytać: „A co za różnica?”. Śmieją się, że na erywańskim lotnisku wisi kartka: „Ostatni gasi światło”. Nie wiadomo, ile osób zostało jeszcze w Armenii – władze prawdopodobnie znacznie zawyżają liczby. Nie chcą przyznawać się do skali migracji, zdają sobie też sprawę, że liczba mieszkańców wpływa na potencjał militarny kraju, i – wreszcie – martwe dusze przydają się podczas wyborów. Na świecie jest niewiele krajów z tak ogromnym wskaźnikiem emigracji – Armenia zajmuje 197. miejsce, gdzie im wyższe miejsce, tym wyższy wskaźnik. To tragedia dla niespełna 3-milionowego kraju.

Pamięć o ludobójstwie pełni w tym kontekście ważną funkcję: jest czynnikiem jednoczącym Ormian na całym świecie. To ważne, ponieważ różnice między Ormianami „zachodnimi” (żyjącymi od pokoleń poza terytorium dzisiejszej Armenii) a „wschodnimi” są znaczne: dialekty, czasem uznawane za dwa odrębne języki literackie, różnią się do tego stopnia, że czasem trudno się porozumieć; często „zachodni” Ormianie patrzą też na „wschodnich” z pogardą: jak na tych, którzy dali się zsowietyzować, widzą w nich „Ruskich”. Ormianie z Armenii odnoszą się do członków diaspory negatywnie: traktują ich jak Francuzów, Amerykanów, ale nie jak pełnoprawnych Ormian. Inne jest jednak podejście do ludobójstwa: w diasporze pamięć o genocydzie nie była nigdy cenzurowana, a w Armenii, choć długo temat ten stanowił tabu, to kiedy zaczęto o nim mówić, nabrał on dla „wschodnich” Ormian nowych znaczeń wraz z wybuchem wojny karabaskiej.

„Ormianie z Armenii są w kwestii genocydu bardziej pragmatyczni niż diaspora. Dla pierwszych istotniejszy z punktu widzenia codziennego życia jest konflikt o Górski Karabach, ludobójstwo nie ma bezpośredniego wpływu na bieżące sprawy” – mówi Falkowski.

Istotny jest także fakt, że pamięć o ludobójstwie różni się w zależności od regionu. Jak dodaje Falkowski: „Pamięć o genocydzie była w mniejszym stopniu przechowywana na terenach, gdzie nie osiedlili się uciekinierzy z Turcji – w Sjuniku czy Karabachu. Mam też wrażenie, że mieszkańcy Erywania są mniej pragmatyczni niż ludzie żyjący poza stolicą, bardziej naciskają na uznanie ludobójstwa”. Wydaje się, że władze Armenii są zakładnikami ludobójstwa. W 2009 r. Erywań negocjował z Ankarą ustanowienie relacji dyplomatycznych – początkowo Erywań zgodził się na odstąpienie od warunku wstępnego, którym było uznanie przez Turcję ludobójstwa. Ostatecznie proces normalizacyjny zakończył się fiaskiem wobec zakulisowego sprzeciwu Azerbejdżanu. Zobaczyliśmy wówczas, że dla władz Armenii genocyd również nie jest priorytetem – przekładają nad niego pragmatyczne korzyści. Liczne są głosy, że uznanie genocydu trzeba wywalczyć do 100. rocznicy, że później już nie będzie można wysuwać żadnych pretensji. Diaspora pomaga w walce o uznanie: wydaje książki, opowiada o ludobójstwie znajomym, w wielu krajach stanowi bardzo silne lobby – np. w USA lobby ormiańskie uznaje się za drugą co do ważności etniczną grupę wpływów (po żydowskiej, ex aequo z kubańską). Marina Brutyan, ormiańska dziennikarka: „Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że ziemie, na których doszło do ludobójstwa, były wówczas częścią imperium osmańskiego, a Ormianie byli poddanymi sułtana – są pewni, że Turcy wkroczyli wówczas do państwa armeńskiego”.

Niezależnie od wszystkiego wpływ ludobójstwa na tożsamość Ormian jest ogromny – są oni narodem martyrologicznym, choć pytani o najważniejsze wydarzenia ze swojej historii, wymieniają niemal same chlubne momenty. Do najważniejszych wydarzeń, o których można przeczytać w artykule Marianny Szymańczak opublikowanym w tomie Dylematy kaukaskie. Problemy narodowościowe i migracyjne, Ormianie zaliczają przyjęcie przez Armenię jako pierwsze państwo w świecie chrześcijaństwa, uzyskanie niepodległości w 1918 i w 1991 r., powstanie alfabetu ormiańskiego w 405 r., bitwę z Persami pod Awarajrem w 451 r., rządy Tigrana Wielkiego (w latach 95–56 p.n.e. – wtedy Armenia była największa w historii), ostatnią wojnę karabaską oraz właśnie genocyd z 1915 r. Współcześni Ormianie widzą w sobie naród wybrany: z pozytywnej wyjątkowości wynika negatywne męczeństwo, powszechne jest poczucie bycia ocalonym. Ludobójstwo nie zawsze postrzegane jest jednak negatywnie: Ormianie często widzą w nim swój dar dla świata – można spotkać się z głosami, że ich ofiara miała być ostrzeżeniem dla ludzkości; ta jednak zignorowała ich tragedię, co mogło doprowadzić zagłady Żydów ćwierć wieku później.

Tak, ale…

Ormianie walczą o uznanie ludobójstwa. Część świata, w tym wiele z najbardziej wpływowych krajów, do tej pory już je uznało: m.in. Rosja, Niemcy, Francja, Polska, Kanada, Włochy czy Szwecja; na podobny krok zdecydowały się także niemal wszystkie stany USA, a w oficjalnych dokumentach Waszyngton wielokrotnie określał wydarzenia 1915 r. jako „ludobójstwo”. W sumie genocyd uznany jest przez nieco ponad 20 państw, sprawa nie jest więc zamknięta. Liczba „uznań” wzrosłaby lawinowo, gdyby na taki krok zdecydowała się również Turcja. Ankara nie bierze tego jednak pod uwagę.

W komentarzu Balcer podkreśla: „Nie zapominajmy, że Turcja to nie homogeniczny kraj – żyją tam też duże mniejszości kurdyjska i alawicka. Inteligencja i politycy kurdyjscy otwarcie nazywają wydarzenia sprzed 100 lat ludobójstwem i przepraszają za udział w nim Kurdów. Co ważniejsze, dzisiaj w Turcji można bez problemu kupić w księgarni książki autorów uznających ludobójstwo Ormian – także Turków. Kilkadziesiąt tysięcy przedstawicieli tureckiej elity podpisało deklarację skierowaną do Ormian, w której przeprosili za zbrodnie z 1915 r.”.

Najważniejsza z perspektywy polityki państwa jest jednak wersja turecka, a zgodnie z nią: tragedia była efektem akcji deportacyjnej oraz walk podczas wojny. Tymczasem uregulowanie relacji z Erywaniem jest Ankarze potrzebne chociażby wobec jej starań o integrację z Unią Europejską (choć od kilku lat ten kierunek polityki zagranicznej Turcji słabnie). Ankara w kontekście uznania genocydu obawia się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze, boi się wzięcia na siebie odpowiedzialności moralnej – termin „ludobójstwo” za bardzo kojarzyłby się z Holokaustem. Po drugie, uznanie mogłoby pociągnąć za sobą też konsekwencje prawne, potomkowie ofiar i wypędzonych zaczęliby domagać się wypłaty odszkodowań. Niektórzy obawiają się nawet roszczeń terytorialnych. Wśród Ormian poczucie, że ziemie tureckiej Anatolii im się należą, jest bardzo silne, a tego rodzaju głosy usłyszeć można nawet na wysokim szczeblu. W lipcu 2013 r. armeński prokurator generalny oświadczył publicznie, że Armenia powinna odzyskać swoje utracone ziemie, a ocalone świątynie powinny zostać przekazane Ormiańskiemu Kościołowi Apostolskiemu. Ankara nie ma zamiaru przystać na wersję historii Erywania, przygotowuje się więc do 100. rocznicy ludobójstwa.

Balcer: „Po pierwsze, tureccy politycy posługują się od pewnego czasu językiem bardziej koncyliacyjnym: mówią, że doszło do tragedii, że jest im przykro. Nie pada słowo »przepraszam«, ale nie ma też całkowitej negacji. Turcja »po cichu« zwiększyła także liczbę ofiar ormiańskich, którą uznaje za prawdziwą. O uznaniu ludobójstwa nie ma jednak mowy. Po drugie, Ankara chce odwrócić uwagę od ormiańskich obchodów – dzień po symbolicznym rozpoczęciu ludobójstwa, 25 kwietnia 1915 r., miał miejsce desant aliantów na tureckie Gallipoli, data bardzo dla Turcji ważna”.

Ekspert podkreśla, że znaczna część Turków to potomkowie wypędzonych – z Kaukazu Północnego, Krymu, Bałkanów. W latach 1859–1864, gdy Rosja zdobywała Kaukaz Północny, doszło do ludobójstwa i wypędzenia do Turcji Adygów, znanych jako Czerkiesi. Na ich miejsce Rosjanie osiedlali m.in. Ormian, wówczas najbardziej prorosyjski naród na Kaukazie. Część Czerkiesów trafiła w Turcji do regionów, gdzie mieszkali też Ormianie. Czerkiesi są od wieków nadmiernie reprezentowani w elitach tureckich, także wśród tych, które odpowiadały za ludobójstwo na Ormianach. Dziś Turcy oburzają się, że Zachód stosuje podwójne standardy: dużo mówi o ludobójstwie Ormian, a niewiele o ludobójstwie Czerkiesów. Problemem jest także wielka sympatia Turków do Azerów, którzy w XX w. częściej byli ofiarą ormiańskich zbrodni niż vice versa.

Zdaniem Balcera „Turcy nie uznają prędko ludobójstwa – może się to stać dopiero, gdy powstanie tam demokracja liberalna. Uznanie nie będzie wyglądało zresztą tak, jak chcą tego Ormianie, również nacjonalistyczni i jednostronni w swojej narracji: Turcy mogą zgodzić się na ludobójstwo w aspekcie moralnym, nie prawnym. Według ostatnich badań 10% Turków uważa, że rząd powinien uznać ludobójstwo; tyle samo wzywa rząd do przeprosin, ale bez użycia słowa »ludobójstwo«, tylko »masakra«. Ponad 10% jest przekonanych, że należy wyrazić skruchę i smutek, ale bez przeprosin. Wielu badanych – aż jedna czwarta – nie ma w tej sprawie zdania”.

*

Trwa więc walka o zwycięstwo ormiańskiej pamięci o ludobójstwie. Wydaje się, że jednak długo sytuacja będzie przypominała tę ze znanego dowcipu: „Turek, Azer i Ormianin zasiedli do stołu, po chwili doszło do kłótni między dwoma pierwszymi. Pierwszy toast wznosi Turek: »Chcę wypić za zgubę Azera!«. Po chwili przychodzi kolej Azera: »Ja chciałbym wznieść toast za zgubę Turka«. Kiedy dochodzi do Ormianina ten podnosi kieliszek i mówi: »A ja przyłączam się do waszych toastów«”.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter