70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przywracanie świętego do życia

Czy w 10 lat po śmierci Jana Pawła II z jego dziedzictwa pozostało już tylko kilkanaście sentencji – wcale nie najtrafniejszych – funkcjonujących w kościelnym języku stale i w dowolnym kontekście? Na ile uważna i krytyczna lektura tekstów polskiego papieża może być szansą na to, by wyrwać go z religijnej popkultury? Być może zaś ostatnim ratunkiem, by ocalić pontyfikat Wojtyły od straszliwych uproszczeń, jest już tylko profanacja?

Artur Madaliński: „Nikt nie powinien robić z niego świętego. Powinno mu się dać święty spokój. Powinien żyć w ludowej legendzie jako nielegalny święty, jako święty nieortodoksyjny, do którego można modlić się o rzeczy dla urzędowych świętych nie do przyjęcia”. Tak w 2006 r. pisał Andrzej Stasiuk, zdradzając z jednej strony tęsknotę za autentycznością Jana Pawła II i przewidując jego losy po kanonizacji – z drugiej. Dzisiaj widać wyraźnie, że obawy pisarza się spełniły: nie tylko coraz trudniej dobrać się do autentyczności polskiego papieża, jego teologii czy filozofii, ale i nie bardzo chyba widać tych, którzy chcieliby to robić. Dlaczego?

Grzegorz Strzelczyk: Przede wszystkim dlatego że Jan Paweł II jest już elementem popkultury. Jeśli istnieje coś takiego jak popkultura religijna, to on jest jej częścią i tego nie zmienimy, choćbyśmy się nie wiem jak starali. To znacząco utrudni głębszy odbiór jego myśli. Istnieją oczywiście elementy myśli Wojtyły, które przeniknęły do sposobu funkcjonowania Kościoła w Polsce. Pytanie tylko, czy uda się je rozwinąć, pogłębić i co one faktycznie robią z Kościołem. Nie odpowiadamy na to pytanie właśnie dlatego, że zajmujemy się ciągle elementami popkulturowymi. Kolejny problem to stopień zaawansowania krytycznych studiów nad myślą Jana Pawła II i rozpoznanie jej faktycznego wkładu w dyskurs teologiczny. Tego jeszcze w Polsce – mam wrażenie – nie zrobiliśmy. Bo porządnych studiów analitycznych, które próbowałyby sięgnąć do korzeni myślenia Wojtyły i pokazać związki pomiędzy niektórymi wątkami jego pontyfikatu a ówczesnymi doświadczeniami czy lekturami praktycznie nie ma. Skomentowaliśmy wprawdzie jak leci wszystkie teksty, ale większość publikowanych w Polsce prac to w istocie streszczenia mówiące, co powiedział. Niewielu pyta natomiast, dlaczego tak powiedział. Rzetelne badania krytyczne nie są łatwe, bo wymagają dociekania choćby tego, co w dokumentach pontyfikatu jest osobistym wkładem Jana Pawła, a co jest efektem działania kurialnej maszyny. Myślę, że warto te dwie przestrzenie rozróżniać, bowiem dorobek tego pontyfikatu jest jednak zróżnicowany, jeśli chodzi o faktyczne autorstwo. Niemniej wątki takie, jak teologia pracy, niektóre elementy nauki społecznej, teologii wyzwolenia czy zagadnienia związane z teologią ciała, to są rzeczy, które się wydarzyły i zostały wprowadzone w obieg kościelny właśnie w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II. I to są kwestie ciągle dla przyszłości Kościoła istotne.

Jarosław Makowski: Każdy, kto bierze się w Polsce za bary z dziedzictwem Jana Pawła II, przypomina straceńca. Bo wybór jest tragiczny: albo podchodzisz na kolanach, albo milczysz. Trzeba mieć w sobie sporo odwagi – a mógłbym ją nazwać także swego rodzaju szaleństwem – żeby wstać z kolan. To się, jak do tej pory, nikomu nie udało.

Dlatego powiem tak: pokaż mi swoich interpretatorów, a powiem ci, kim jesteś i jak żywa jest twoja myśl. Jeżeli mielibyśmy Jana Pawła II oceniać po interpretatorach w dzisiejszej Polsce, rzec, że sprawa jest beznadziejna, to nic nie rzec. W gruncie rzeczy twórczych interpretatorów, bo oczerniaczy biorę w nawias, nie ma. Mamy za to urodzaj kopistów, którym w sukurs przyszła technika, gdyż do perfekcji opanowali oni znaną z edytorów tekstów funkcję „kopiuj” i „wklej”. Myśl Jana Pawła II, pojawiająca się nieustannie w kazaniach czy listach duszpasterskich, w pracach magisterskich i doktoratach, jest w nich obecna właśnie dzięki tej „szatańskiej” funkcji. Kolejny element, który wydaje mi się intrygujący, to obsadzanie Jana Pawła II w roli maczugi – w pismach Wojtyły znajdziesz, jeśli tylko dobrze oko przyłożysz, odpowiedni cytat, by użyć go jako „linczmana” wobec swoich adwersarzy. Najczęściej dzieje się to w sytuacjach, gdy któraś ze stron sporu – zawłaszcza kościelna – nie ma argumentów, a wtedy pozostaje nagi krzyk: „A przecież Jan Paweł II mówił…” albo „Postępując w ten sposób, zdradziliśmy Jana Pawła II!”. To jest ten rodzaj argumentu, po którym interlokutor w zasadzie powinien strzelić sobie w głowę. Sęk w tym, że żyjemy już, na szczęście, w czasach, gdy nikt nie chce dokonać spektakularnej samoegzekucji, słysząc ten rodzaj obezwładniającego zawołania. Każdy, kto używa w ten sposób myśli papieża, nie tylko zdradza swoje braki intelektualne, ale robi niedźwiedzią przysługę papieżowi. Mówię: „Jan Paweł II sobie na to nie zasłużył”.

I rzecz ostatnia: rzeczywiście, tym, co zostało z myśli Jana Pawła II w nauczaniu rodzimego Kościoła, co jest obecne i słyszalne na każdym kroku, to tzw. teologia ciała. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że polscy księża i biskupi zrozumieli tylko to jedno, ten jeden aspekt papieskiego nauczania: teologię ciała i etykę seksualną, którą sprowadzili do katolickiej biowładzy. Dlatego jak mantrę powtarza się ten manichejski obraz świata, jaki papież skreślił w słynnym, dziś rzekłbym: przeklętym, zwrocie: „cywilizacja śmierci kontra cywilizacja życia”. Tyle że Jan Paweł II w najczarniejszych snach nie sądził, że ten jego myślowy skrót posłuży duszpasterzom dnia codziennego, by stawiać ludzi przed ostatecznym wyborem – duszpasterz dziś nie pyta, czy wierzysz, że Jezus Chrystus jest twoim Zbawicielem, ale pyta, czy stoisz po stronie cywilizacji życia. Tymczasem zamknięte w owym słynny bonmotcie zarówno manichejski obraz świata, jak i teologia ciała są, w moim przekonaniu, akurat najsłabszą częścią myśli Jana Pawła II. Jestem pewien, że z jego bogatego dorobku kwestie społeczne, ekumeniczne, antropologiczne czy międzyreligijne – które w zjednoczonej, ale targanej nie zderzeniem cywilizacji, lecz zderzeniem fundamentalizmów Europie i świecie – stają się kluczowe dla naszego życia.

Pytanie o to, co pozostało po Janie Pawle II, wydaje mi się o tyle ważne, że nie brakuje takich, którzy powiadają, że nic poza radykalnym antykomunizmem. Miałby on tak ciążyć na tym pontyfikacie, że właściwie przesłonił wszystko inne, łącznie z teologią.

G.S.: Jeżeli już jesteśmy przy wątku politycznym, to warto zauważyć, że bodaj pierwszy raz pojawił się pontyfikat, który jakoś jednak rozumiał lewicowość. Wystarczy poczytać choćby Laborem exercens i w ogóle wczesne dokumenty pontyfikatu – związane z najsilniejszą stroną Wojtyły, czyli etyką – by przekonać się, że krytyka wynikała z głębokiego zrozumienia, a za nim szło także asymilowanie pewnych intuicji, które raczej z myśleniem lewicowym popularnie się wiążą. Niestety, to są rzeczy nieczytane – nie wiem, ilu księży dzisiaj zgłębiło rzeczywiście tę encyklikę i fragmenty o tym, dlaczego bezrobocie jest złe. A to z pewnością jedne z ciekawszych wątków tego pontyfikatu. Nie jest również przypadkiem, że wyrażone w Sollicitudo rei socialis intuicje dotyczące „struktur zła” zostały przejęte z teologii wyzwolenia. Jakkolwiek byśmy patrzyli na ten pontyfikat z polskiej perspektywy, to te elementy znalazły się w nauczaniu Kościoła powszechnego dzięki Janowi Pawłowi II. Natomiast tzw. teologia ciała jest w Polsce czytana bardzo wybiórczo, obecnie jeszcze w ramach zideologizowanego konfliktu. Rzadko kto pamięta o pierwszej serii katechez, którymi Wojtyła otwierał swój pontyfikat – nagle wychodzi papież i w czasie audiencji środowych mówi o ciele, o seksie. Z dzisiejszej perspektywy to nie wygląda na przełom, ale to był przecież koniec lat 70.! Pamiętajmy, że po Pawle VI i traumie związanej z Humanae vitae nie mieliśmy w tej materii pomysłu na pozytywną komunikację tego, o co w istocie Kościołowi chodzi. A przyszedł papież, który zaczął mówić w miarę zrozumiałym językiem, pozytywnie o cielesności i jej roli, także w wymiarze seksualnym. Nie byłoby tego bez wcześniejszych filozoficznych prac Wojtyły. Oczywiście później pojawiły się spłaszczające interpretacje, sprowadzające to nauczanie do starcia cywilizacji śmierci i życia, natomiast to nie konflikt był główną narracją tego pontyfikatu, zwłaszcza w oficjalnych dokumentach papieskich. Raczej chodziło o próbę konsekwentnego opowiadania o wartościach i budowania chrystologicznej motywacji do ich dostrzeżenia.

J.M.: Trudno znaleźć kwestię, o której Wojtyła, trzymając stery Kościoła prawie przez trzy dekady, by nie mówił. To i błogosławieństwo, i przekleństwo. Przekleństwo, bo wiele kwestii, szczególnie jeśli idzie o sprawy bioetyczne, jest już – mówiąc delikatnie – passé. Cóż, żyjemy w świecie, który radykalnie przyśpieszył, w którym niemal każdego dnia dokonują się jakieś przełomy na gruncie medycznym. Błogosławieństwo, bo do pewnych intuicji możemy wrócić – dziś szczególnie do tych pism Jana Pawła II, w których zajmował się on kwestią pracy, niesprawiedliwości, nierówności, niemoralności kapitalizmu. Jeśli trzymać się tej reguły, że Kościół musi czytać znaki czasu, jak podpowiedział mu to Sobór, to obecny kryzys gospodarczy na nowo stawia na ostrzu noża społeczne analizy Jana Pawła II. W sytuacji gdy państwa bardziej troszczą się o banki niż ludzi tracących pracę, gdy prywatyzuje się zyski, a uspołecznia straty – teksty Wojtyły mogą brzmieć inspirująco, a Kościół, wracając do nich, ma okazję do wzięcia udziału w kluczowej dla naszej cywilizacji dyskusji.

Nie byłoby odwagi Franciszka w piętnowaniu grzechów kapitalizmu, gdyby nie społeczne nauczanie polskiego papieża. Franciszek nie mówiłby z taką stanowczością o tym, co nazywam sporem między kulturą chciwości a kulturą solidarności, gdyby nie wspomniane przez ks. Grzegorza wątki Wojtyłowego myślenia.

Do tej pory mówiliśmy o myśli Jana Pawła II, przyjrzyjmy się także czynowi – a więc nie tylko ratio, ale i ethos. Otóż Wojtyła był „twardy”, czyli stanowczy, w swoim nauczaniu i „łagodny”, czyli miłosierny, w swojej strategii duszpasterskiej. Polski Kościół dostrzegł wyłącznie srogość nauczania, za to kompletnie zapoznał to duszpasterstwo miłosierdzia. Gdy Jan Paweł II widział cierpiącego, nie pytał go o to, czy zna credo i dostatecznie mocno w nie wierzy, ale wyciągał pomocną dłoń. Obojętność na krzywdę ludzką, jak się zdaje, była głównym wrogiem Jana Pawła II. I do nienawiści wobec obojętności chciał papież przekonać Kościół – także ten w Polsce.

Tekstem, który odzwierciedla ten ewangeliczny radykalizm duszpasterski, jest encyklika Redemptor hominis – w niej upatrywałbym ciągle żywego źródła tego pontyfikatu. To słynne stwierdzenie, że nie Kościół jest drogą człowieka, ale człowiek drogą Kościoła, zmienia paradygmat myślenia o Kościele. Jest to zmiana, która przywróciła możliwość obecności człowieka – tj. laikatu – w Kościele. Dziś papież Franciszek w zasadzie parafrazuje tę myśl Jana Pawła II, zwołując synod o rodzinie i mówiąc: „To nie Kościół jest drogą rodziny, ale rodzina jest drogą Kościoła”. Dlatego dziedzictwo Jana Pawła II wciąż czeka nie tylko na twórczych interpretatorów, ale także radykalnych duszpasterzy.

G.S.: Trzeba koniecznie dopowiedzieć, że myśl, iż człowiek jest drogą Kościoła, wzięła się tak naprawdę z Soboru czy – szerzej – z intuicji Wojtyły związanych z okresem sprzed pontyfikatu. Gdyby ktoś przeczytał dzisiaj książkę U podstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum II, którą napisał po powrocie z Soboru jako kilkusetstronicowy komentarz do jego postanowień, odnalazłby tam prawie wszystkie wątki, jakie staną się potem osiami pontyfikatu. Podobnie rzecz ma się z Osobą i czynem, która była próbą zbudowania pewnej antropologii w oparciu o doświadczenie etyczne. Pamiętajmy, że oprócz Redemptor hominis były jeszcze Dives in misericordia i Dominum et vivificantem. One stanowiły pewien przełom od strony teologicznej, bo silnie akcentują perspektywę trynitarną. W niektórych tekstach w miejsce kategorii metafizycznych pojawia się też myślenie w kategoriach relacyjnych, i to też była nowość. W Pastores dabo vobis znajduje się np. twierdzenie, że tożsamość prezbitera ma charakter relacyjny. Jan Paweł II rozpoczął więc zmianę, którą dzisiaj kontynuuje Franciszek, mówiąc w Evangelii gaudium, że łaska buduje na kulturze, a kultura jest zdefiniowana relacyjnie. To jest o tyle ważne, że otwiera teologię na dialog ze współczesnością czy – lepiej – z ponowoczesnością. Natomiast teksty, które idą pod prąd tym tendencjom, pojawiają się dopiero pod koniec pontyfikatu, i to niekoniecznie – jak choćby Dominus Iesus – są papieskiego autorstwa także w formalnym sensie. My pamiętamy najbardziej końcówkę oraz traktujemy wszystkie watykańskie teksty jako papieskie, ale moim zdaniem najbardziej Wojtyłowe są te z początku pontyfikatu.

W słynnym już wywiadzie jeden z wielkich kopistów myśli Jana Pawła II, abp Henryk Hoser, stawia tezę o zdradzie. „Powiem brutalnie – mówi ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej – Kościół zdradził Jana Pawła II. Nie Kościół jako oblubienica Chrystusa, Kościół naszego Credo, bo Jan Paweł II był wyrazem, głosem autentycznego Kościoła, ale praktyka duszpasterska zdradziła Jana Pawła II”. Czy w istocie praktyka duszpasterska w Polsce wypowiedziała symboliczne posłuszeństwo polskiemu papieżowi?

J.M.: Użycie słowa „zdrada” w polskiej tradycji ma na celu skończenie dyskusji. Bo ze zdrajcami się nie rozmawia. Zdrajcom, w najlepszym razie, nie podaje się ręki, w najgorszym – zabija. Jeśli jednak już trzymać się kategorii zdrady, zaproponowanej przez abp. Hosera, to rzekłbym przewrotnie, że właśnie powinniśmy zdradzać Jana Pawła II. A powinniśmy go „zdradzić”, odsyłając do lamusa choćby ten fałszywy paradygmat: „cywilizacja życia v. cywilizacja śmierci”.

Wierny musi być w tym, co papież – również poprzez świadectwo życia, w którym odsłaniał (bez)sens cierpienia – wskazywał jako istotę chrześcijaństwa i sens działania Kościoła. O ile w pluralistycznym świecie Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela można zrelatywizować – w tym znaczeniu, że nie dla każdego jest on autorytetem – o tyle tego samego nie da się zrobić z ludźmi niesprawiedliwie cierpiącymi (w tym także z Jezusem niesprawiedliwie torturowanym i zabitym). Bo ten, kto cierpi niesprawiedliwie, nie ma koloru skóry, nie przynależy do określonego wyznania i nie ma poglądów politycznych, nie ma orientacji seksualnej… Jest cierpiącym. Można powiedzieć: tym, co posiada, co stanowi o jego istocie, jest jego cierpienie. By to dojrzeć, nie trzeba kończyć najlepszych uniwersytetów, nie trzeba być pobożnym chrześcijaninem ani ważnym arcybiskupem czy nawet papieżem. Wystarczy otworzyć oczy! I dlatego przed cierpiącym powinno się ugiąć każde kolano, zejść na ziemię każda filozofia i podporządkować się mu każda polityka, zatroszczyć o niego każdy Kościół.

Oczywiście można powiedzieć, że – jak notuje niemiecki filozof i teolog Johann Baptist Metz – „autorytet cierpiącego” jest argumentem „słabym”. Tyle że – zdaniem Metza – ten „słaby” autorytet cierpiącego jest „jedynym uniwersalnym autorytetem, jaki pozostał nam jeszcze w naszym zglobalizowanym świecie”. Jest on jednak w tym sensie „mocny”, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć.

Tymczasem na Zachodzie jesteśmy spadkobiercami tej słynnej figury retorycznej, którą zostawił nam w spadku Arystoteles, a którą uwielbia również teologia katolicka. Arystoteles mówi: „Drogi mi jest Platon, ale prawda jest mi droższa”.

Tyle że wiedziony pychą Arystoteles błądził, sądząc, że jest – albo może być – posiadaczem prawdy. Logika Ewangelii, w moim przekonaniu, jest dokładnie odwrotna niż logika sylogizmu i sprowadza się do następującej sekwencji: „Droga jest mi prawda, ale Platon jest mi droższy”. Platon, czyli człowiek wykluczony, zepchnięty na margines, poniżony, wdowa, sierota, obcokrajowiec, a więc wszystkie te człowiecze figury, które możemy znaleźć w Biblii. To one stanowią centrum troski Robotnika z Nazaretu.

Cóż bowiem po doktrynie, jeśli w jej imię poniża się drugiego człowieka, bo jest gejem? Cóż po doktrynie, kiedy nie pozwala na miłosierdzie, bo człowiekowi potknęła się noga? Nota bene: uważam, że święty to grzesznik, który po upadku się podnosi… A zatem: myślenie stawiające doktrynę ponad miłosierdzie było obce Janowi Pawłowi II, ale zostało doskonale zaabsorbowane przez polski Kościół, który gotów jest umierać za doktrynę, przyglądając się ze stoickim spokojem i wymownym milczeniem, jak umiera przy drodze odrzucony, zbłąkany, obcokrajowiec. Kościół albo jest Kościołem miłosiernego Samarytanina, albo równie dobrze mogłoby go nie być.

G.S.: Fundamentalnie nie zgadzam się z myśleniem, które przeciwstawia doktrynę Ewangelii. To bardzo dziwne rozróżnienie, bo doktryną Kościoła jest właśnie Ewangelia. Jeżeli przeczytamy uważnie Laborem exercens – wracam do tego dokumentu, bo uważam, że jest jednym z najciekawszych i najbardziej aktualnych w dorobku Wojtyły – to zobaczymy wyraźnie, jak doktryna nastawiona jest na chronienie człowieka i jego godności. Jedną z kluczowych intuicji w tej encyklice jest przekonanie, że człowiek ma prawo do pracy, która nie tylko jest zarobkowaniem, ale daje mu też możliwość uczestnictwa w wypracowywaniu dobra wspólnego, rozwijania się, budowania wspólnoty. A zatem doktryna jest pewnym sposobem innego sformułowania Ewangelii, opowiedzenia jej na nowo. Przeciwstawianie tych dwóch dyskursów może prowadzić do wielkich nieporozumień. Jeśli np. zdanie: „Idź i nie grzesz więcej”, zinterpretujemy dosłownie, okaże się, że Ewangelia podsuwa nam „twardą” doktrynę, której konsekwentne stosowanie oznaczałoby praktykę jednej tylko pokuty dopuszczalnej po chrzcie… Natomiast to, co się dzieje w Polsce i w rodzimym Kościele, wynika nie z przedkładania doktryny nad Ewangelię, tylko z powierzchownej znajomości doktryny. Z tego, że pies z kulawą nogą nie przejmuje się nauczaniem Jana Pawła II na tyle, by wyjść poza popkulturę. Niewiele prócz tego „elementu popkulturowego” mamy, więc trudno mówić o przemieniającym oddziaływaniu myśli Wojtyły. Popkultura ma takiego Jana Pawła, jaki jej w danym momencie pasuje. Jeśli już przywołujemy go w sprawach, które tworzą debatę publiczną w Polsce, to na zasadzie sentencji wyszukanych po indeksie w antologii. Albo jak w teologii scholastycznej, kiedy potrzebna nam jest przesłanka do sylogizmu. Mam wrażenie, że nie próbujemy nawet sięgać po jego myśl tam, gdzie krzyżują się najbardziej newralgiczne punkty debaty społecznej. Inna sprawa, że kuleją ośrodki badania tej myśli i jej recepcji – poza wydziałami teologicznymi, które miewają tendencję do zajmowania się bardziej sobą niż teologią, praktycznie ich nie ma. Mnie się wydaje, że ciągle sięgamy po Jana Pawła II. Problem tkwi być może w tym, że jego myśl „używana” jest tylko w jeden sposób.

G.S.: Kłopot polega również na tym, że polski Kościół wkracza w debatę publiczną dopiero wtedy, kiedy naruszane są jego doktrynalne czy duszpasterskie interesy, i reaguje na wydarzenia z opóźnieniem, przyjmując tym samym obce warunki debaty. Natomiast jesteśmy prawie doskonale nieobecni w dyskursie dotyczącym choćby kształtu gospodarki w Polsce, podatków, podejścia do przedsiębiorców i pracowników. Tam gdzie Kościół mógłby powiedzieć coś ważnego z perspektywy Ewangelii, tam go praktycznie nie ma. A przecież Wojtyła miałby tu wiele do powiedzenia. Nie istniejemy też w dyskursie filozoficznym w Polsce – po śmierci abp. Józefa Życińskiego zabrakło nas i w tej przestrzeni. A może trzeba by się było od Wojtyły uczyć umiejętności inicjowania debaty i zapraszania do niej niekoniecznie tych, z którymi mamy identyczne poglądy.

Kolejna sprawa: sięgamy po myśl Jana Pawła II dopiero w sytuacji konfliktu, nie budujemy konsekwentnie dyskursu publicznego jako inicjatorzy, a więc nie korzystamy z dorobku, który pomógłby nam go objaśnić. Moim zdaniem problemem jest głównie brak poważnej dyskusji, a to, że nie ma w niej Jana Pawła II, stanowi tylko konsekwencję tego fundamentalnego braku. Innymi słowy – to nie jest tak, że w kościelnej debacie nie ma Wojtyły. Raczej nie ma samej debaty. Przerysowuję zapewne. Ale w dużej mierze właśnie dlatego można marginalizować chrześcijańską perspektywę w życiu społecznym, że owa perspektywa spokojnie sobie spoczywa w doktrynalnych dokumentach, będąc zupełnie poza społeczną debatą.

J.M.: Niestety, chciałoby się powiedzieć, że Jan Paweł II jest już tylko świętym. Największą szkodą, jaką Kościół w Polsce mógł zrobić jemu, a także i sobie, jest dążenie z taką determinacją do wyniesienia go tak szybko na ołtarze. Wcześniej – przed beatyfikacją i kanonizacją – mieliśmy przynajmniej jakiś horyzont duszpasterski, który zakreślała właśnie kanonizacja. Okazało się, że nawet po śmierci, albo zwłaszcza po niej, Jan Paweł II wciąż organizuje nam strategię duszpasterską. A teraz „nasz papież” jest już tylko świętym i ten projekt został definitywnie zamknięty. Zauważmy, że o ile święty ma już tylko przeszłość, o tyle grzesznik ma jeszcze przyszłość. I w tym sensie dobrze, że jesteśmy grzesznikami, bo możemy sobie pozwolić na to, by świętego sprofanować, poddać jego dziedzictwo radykalnej dekonstrukcji w taki sam sposób, w jaki Jezus z Nazaretu profanował i dekonstruował judaizm.

Wiem, jak to zabrzmi, ale powiem: aby na powrót ożywić myśl Jana Pawła II i jego postać, powinniśmy ją najzwyczajniej w świecie sprofanować. Nie idzie mi tu, rzecz jasna, o bezczeszczenie ani o opluwanie. Jeśli zachęcam do profanacji, to w takim sensie, w jakim profanowanie rozumie włoski filozof Giorgio Agamben – profanować znaczy według niego oddawać do wspólnego użytku to, co znajdowało się w sferze nietykalności, nienaruszalności. A zatem: sprofanować Jana Pawła II to na nowo przywrócić go żywej wspólnocie, ponownie oddać go ludziom, tym z krwi i kości. Tu i teraz.

Jak taki akt profanacji mógłby wyglądać? Sprowadzenie teologii ciała Wojtyły do pytania, czy ludzie są rozwiąźli czy nie, jest banalne. I jeśli dzisiaj polski Kościół „używa” pism Wojtyły tylko do potwierdzenia swoich tez to nie tylko trywializuje jego myśl, ale też źle rozpoznaje zagrożenie. Rodzina przeżywa bowiem kryzys nie dlatego, że zagraża jej genderyzm czy lewacka ideologia, ale dlatego że całe ludzkie życie zostało sprowadzone do konsumeryzmu, a jego żywiołem jest dziki kapitalizm. To warunki społeczno- -ekonomiczne sprawiają, że rodziny się rozpadają. Miłość jest praktykowana na odległość nie dlatego, że ludzie tak chcą, ale dlatego, że są do tego zmuszani. Matka Filipinka zostawia swoje dzieci i jedzie do USA, żeby tam być matką czyichś dzieci, bo bogata Amerykanka w tym czasie zarabia pieniądze w korporacji…

Czy krytyka Jana Pawła II ciągle jest w Polsce tabu? W ostatniej dekadzie pojawiały się próby wyjęcia polskiego papieża z przestrzeni stabuizowanej – chociażby Antypapież Tomasza Piątka, choć mam wrażenie, że nie o takiej profanacji mówimy.

J.M.: Akt profanacji sprawia, że idol, jakim dziś stał się św. Jan Paweł II, zostaje nam przywrócony jako ikona Karol Wojtyła. A jego myśl, jeśli powstrzymamy się przed banalnym powtarzaniem, może pomóc w rozpoznaniu dzisiejszej sytuacji duchowej człowieka. Zatem: jeśli chcesz być wierny św. Janowi Pawłowi II, profanuj…

G.S.: Osobiście nie potrzebuję profanacji do tego, żeby się krytycznie zająć jego myślą…

Mówicie Panowie chyba o tym samym, upominając się o radykalną analizę dzieła Wojtyły.

G.S.: Dla mnie fundamentalne podejście do świętego znaczy uważne przeczytanie jego tekstów. Tak jak robimy z pismami Jana od Krzyża czy Augustyna. Moim zdaniem podstawowym aktem szacunku wobec świętego jest czytanie jego tekstów w sposób oddający mu sprawiedliwość: dogłębny, ale przez to i krytyczny. I właśnie dlatego, że Jan Paweł II jest świętym, teraz możemy się jego spuścizną zająć – bo skończyliśmy wszystkie działania związane z kanonizacją. Chciałbym jednak wrócić do kwestii społecznej i zadać pytanie: czy to kapitalizm jest problemem, czy też problem tkwi raczej w ludziach, którzy kapitalizmem zarządzają? Myślę, że problemem nie jest kapitalizm sam w sobie, bo jeżeli zarządzający kapitalizmem ludzie kierowaliby się odpowiedzialnością za drugiego i miłosierdziem, system działałby bez zarzutu. Jeśli przytrafił nam się niedawno globalny kryzys, to jego przyczyną, zdaje się, nie był kapitalizm jako system (bo wtedy byśmy go zaraz zmienili na lepszy), ale chciwi ludzie. Pomyślmy, czy aby nie chodzi też o to, żeśmy od dwóch pokoleń kapitalistom marnie głosili Ewangelię, a przez to oni – nie mając w niej etycznego fundamentu, zatracili busolę, stawiając na chciwość zamiast na szukanie dobra wspólnego…

J.M.: Chciwość to nie jest choroba, to zaraza. Ten, kto ma dużo, chce jeszcze więcej. Potwierdził to ostatni kryzys finansowy i przypadki rekinów z Wall Street. Dlatego moja wiara w to, że kapitaliści w ogóle są w stanie przyjąć Ewangelię, jest słaba. Zgadzam się jednak, że istnieją społeczne struktury zła. Pisał o tym zresztą Jan Paweł II, a Franciszek mówi dziś nieustannie. Co jest efektem struktur zła? Ano to, że wpadamy w panikę, gdy giełda zanotuje lekki spadek, ale spływa po nas jak woda po kaczce fakt, że setki dzieci każdego dnia umierają na całym świecie z głodu.

I znów: kto dziś w Polsce mówi, że Wojtyła był papieżem solidarności, której potrzebuje nie tylko Polska, ale świat. Po „poście od solidarności” widzimy dziś „głód solidarności” – i zamiast to wykorzystać, nasi biskupi straszą „cywilizacją śmierci”. A obecnie, w dobie kryzysu gospodarczego, zasadnicze pytanie nie brzmi: „Czy Bóg istnieje?”, ale: „Czy Bóg się nami zaopiekuje?”.

Tischner swoją Etykę solidarności zaczął od takiego zdania: „Historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię”, a jednym z takich słów, polskich słów – wskazywał – jest słowo „solidarność”.

Tyle że u nas solidarność znajduje się na wygnaniu. A przecież solidarności zawdzięczamy to, że mamy wolność. Cóż jednak po wolności, skoro nie ma równości i braterstwa / siostrzeństwa?

Tymczasem „doktrynę solidarności” zawdzięczamy Janowi Pawłowi II, który mówił o niej chociażby w Gdańsku. Co to znaczy być solidarnym? – pytał. I odpowiadał: to jeden z drugim, a nie jeden przeciw drugiemu. Zastanawiam się, co Jan Paweł II powiedziałby dzisiaj kolejnym grupom strajkujących. I myślę, że przypomniałby właśnie słowo „solidarność” i przekonywał, iż to ona powinna być fundamentem relacji międzyludzkich. Wojtyła może być patronem tego sposobu myślenia i obecności Kościoła w życiu publicznym, Kościoła, który przypomina, że osią relacji między ludźmi jest solidarność.

To chyba wymagałoby, delikatnie mówiąc, przesunięcia akcentów w polskim Kościele i podjęcia próby rzetelnego przemyślenia rzeczywistości, w której żyjemy.

G.S.: Jeżeli będziemy ciągle zafiksowani na kwestiach związanych z moralnością seksualną, to głęboka lektura pism Wojtyły nie będzie nam potrzebna, bo wszystkie odpowiedzi zostały już, mam wrażenie, sformułowane. Ale gdyby udało się nam przeformułować nieco podejście i zacząć poważnie zastanawiać się nad przyczynami sytuacji w Polsce, powinniśmy wreszcie zacząć uważnie czytać teksty Jana Pawła II. Znajdziemy tam także wątek, rozpoznający nawrócenie jako podstawę przemian społecznych, który również przejął obecnie Franciszek, znajdziemy też znakomite passusy o solidarności. W Polsce jesteśmy w trochę innej sytuacji niż Kościoły na Zachodzie, gdzie przełożenie kościelnego dyskursu etycznego na kwestie społeczne jest niewielkie. Ciągle jakieś 30% ludzi regularnie chodzi u nas na msze. Gdybyśmy tych wiernych zaczęli formować do solidarności społecznej i odpowiedzialności, przełożenie społeczne mogłoby być gigantyczne. Mam na myśli fundamentalną formację do rozumienia rzeczywistości w świetle Ewangelii, a zatem i w świetle nauczania etycznego Jana Pawła II. Zdaje się jednak, że ciągle więcej energii poświęcamy na tyleż zaciekłe co powierzchowne boje z genderyzmem. Obawiam się, że to się skończy upadkiem, ale zgoła nie genderyzmu…

J.M.: Bardzo możliwe, że Kościół z taką namiętnością tkwi przy ciele człowieka, ponieważ nie ma już władzy nad duchem. Jedyna władza, jaka mu pozostała – tak przynajmniej mu się wydaje – to jest władza nad ciałem. Natomiast z punktu widzenia Ewangelii logika powinna być dokładnie odwrotna, bo gdyby Kościół miał władzę nad ludzkim duchem, to władza nad ludzkim ciałem nie byłaby mu do niczego potrzebna. Myślę, że polskiemu papieżowi ostatecznie szło jednak o władzę nad ludzkim duchem. Ten sposób absorpcji nauczania Jana Pawła II, który dominuje w naszym kraju, można by określić, za Nietzschem, jako filozofowanie młotem. To jest, niestety, praktyka podwójnie zabójcza: zarówno dla dziedzictwa Jana Pawła II, jak i dla samego Kościoła czy jego strategii w obecnej rzeczywistości. Tym bardziej że Franciszek wprowadza zupełnie nową optykę i katolik w Polsce może mieć poczucie rozdwojenia jaźni. Z jednej strony widzi Franciszka nawiązującego do intrygujących wątków nauczania Jana Pawła II, a z drugiej – słyszy od polskich księży, że ten Franciszek to jest dość podejrzana postać – osobnik, który zdradza i podważa doktrynę polskiego papieża na temat teologii ciała. To jest igranie z ogniem, bo – nie zapominajmy – Franciszek przyjedzie do Polski na Światowe Dni Młodzieży. I co wtedy zrobią rodzimi biskupi?

Relacja Jan Paweł II – Franciszek pokazywana jest coraz mocniej jako przeciwstawna, zwłaszcza w kontekście teologii wyzwolenia. Pierwszy miałby być jej grabarzem, drugi – skutecznie ją reanimować.

G.S.: To jest duże uproszczenie, bo w gruncie rzeczy Wojtyła teologię wyzwolenia ocalił jako teologię właśnie. To za jego pontyfikatu pojawiła się Instrukcja o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu oraz Instrukcja o niektórych aspektach teologii wyzwolenia – bardzo mało znany, ale genialny w wielu elementach dokument. Obie instrukcje odnoszą się do teologii wyzwolenia. I, co ważne, oprócz krytyki podejmują pozytywnie analizę wielu jej aspektów, wskazując na jej mocne strony. Było zresztą wyraźne napięcie między Josephem Ratzingerem, który był zdecydowanie przeciwny tej teologii, a Karolem Wojtyłą, który przecież wyrósł na polskiej szkole teologii wyzwolenia. Bo, warto pamiętać, mieliśmy rodzimą szkołę teologii wyzwolenia: ks. Franciszek Blachnicki, ks. Jerzy Popiełuszko… Mało kto wie, że ks. Czesław Stanisław Bartnik został swego czasu zaproszony bodaj do Chile jako jeden z czołowych przedstawicieli polskiej teologii wyzwolenia. Pierwszym człowiekiem, który wprowadził elementy wzięte wprost z analiz teologii wyzwolenia do nauczania Kościoła powszechnego, był Jan Paweł II. W Sollicitudo rei socialis, stosunkowo wczesnym dokumencie jego pontyfikatu, pojawiają się rozważania o „strukturach grzechu” i tym samym przestaje to być wewnętrzna diagnoza teologii wyzwolenia, a staje się ona częścią narracji całego Kościoła.

J.M.: Powiedziałbym nieco inaczej: Jan Paweł nie tyle zamordował teologię wyzwolenia, ile nie pomógł jej dość mocno osadzić się w Kościele. Ale musiał się do niej odnieść, bo to był poważny w swojej masowości i potencjale intelektualnym ruch – nie tylko teologiczny, ale także chrześcijański. Powstające wówczas wspólnoty podstawowe są tego najlepszym przykładem. Ale byli też męczennicy, którzy oddali życie, stając po stornie biednych, ubogich i wykluczonych. Z jednej strony Jan Paweł II był zaintrygowany teologią wyzwolenia, bo widział w niej pewną odmianę naszej solidarności. Ale z drugiej strony bał się jej, bo była podatnym gruntem, na którym mógł się odrodzić, znany mu z naszej perspektywy, komunizm. Lęk przed latynoską wersją komunizmu okazał się więc mocniejszy niż nadzieja na zbudowanie społecznej ewangelii Kościoła, której dziś potrzebujemy bardziej niż powietrza.

Tak czy inaczej, 10 lat po śmierci Jana Pawła II przerażenie w nas powinno wywoływać nie to, że święty papież Polak nie jest dość czczony czy dość wielbiony, ale to, że nie jest dość radykalnie profanowany.

.

Jarosław Makowski – filozof, teolog i publicysta, radny Sejmiku Śląskiego. Od marca 2010 r. do stycznia 2015 r. był szefem Instytutu Obywatelskiego i redaktorem naczelnym „Instytutu Idei”. Wydał m.in.: Kobiety uczą Kościół i Wariacje Tischnerowskie. Przygotowuje książkę o społecznym nauczaniu papieża Franciszka Ks.

.

Grzegorz Strzelczyk – prezbiter archidiecezji katowickiej, dr teologii dogmatycznej, w latach 2004–2012 pracownik Wydziału Teologicznego UŚ, autor podręcznika do chrystologii, obecnie sekretarz II Synodu Archidiecezji Katowickiej

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter