70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ahistoryczna gorycz ahistoryczności

W Czasie zwyrodniałym Jan Tokarski podejmuje popularny na przełomie tysiącleci temat końca historii. Oprócz oczekiwanego w takich wypadkach kanonu klasyków myśli politycznej: Tocqueville’a i Fukuyamy, autor odnosi się do wielkiego interpretatora Hegla Aleksandra Kojève’a, a także do Mrożka, Gombrowicza czy Lema.

Szeroki horyzont rozważań sprawia, że Tokarskiemu udaje się połączyć wiele pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, m.in. upadek ZSRR i zwycięstwo demokracji w czasach zimnej wojny, wygaśnięcie w Europie społecznego potencjału rewolucji, metafizykę dziejów i egzystencjalną antropologię Kojève’a, koncepcję formy i walki młodości ze starością Gombrowicza, konsumpcyjną kulturę popularną. Wszystkie te tematy łączy problematyka czasu. Książka nie jest jednak metafizyczną spekulacją nad jego naturą, ale raczej próbą odpowiedzi na pytanie o świadomość człowieka i relację tworzonej przezeń kultury do czasu, a więc innymi słowy: o współczesną rolę i rangę historii.

Podstawową intuicją autora książki jest przekonanie, że ze świadomością czasu w kulturze europejskiej i amerykańskiej stało się coś niepokojącego. Tokarski jest wprawdzie daleki od jednoznacznego przeklinania czasów współczesnych, podejmuje jednak krytyczną próbę zdiagnozowania niebezpieczeństw, które kultura demokracji liberalnej sama sobie stworzyła w długotrwałym procesie autodegeneracji. Podstawową cechą tytułowego zwyrodnienia jest odejście naszej cywilizacji od koncepcji człowieka jako bytu historycznego.

Książkę otwiera rozdział przywołujący słynny tekst Fukuyamy Koniec historii. Według Tokarskiego istota tezy amerykańskiego politologa tkwiła w spostrzeżeniu, że społeczeństwa liberalnej demokracji zatraciły potencjał autotransformacji. Autor Czasu zwyrodniałego wskazuje na podobieństwo owej konstatacji z myślą Petera Sloterdijka, piszącego o wygasłym wulkanie politycznego gniewu, nazywanego wedle Platońskiego trójpodziału duszy: thymos. Tym samym okazuje się, że naszej cywilizacji zagroził dekadencki bezruch, bezideowość, stagnacja i poczucie schyłkowości dziejów.

Dalej Tokarski zarysowuje Kojèviańską interpretację filozofii historii Hegla, która może stanowić ideologiczne zaplecze wieku XIX i XX, a więc czasu wielkich zrywów, rewolucji, społecznego wrzenia. Szczególny akcent kładzie autor na przywoływaną przez Kojève’a Heglowską dystynkcję: historia versus przyroda. Jest to de facto nauka o fundamentalnej różnicy antropologicznej: historia jest dziedziną człowieka, przyroda należy do zwierząt. Zarówno istnienie historii, jak i człowieka wymagają podjęcia procesu nieustannej zmiany, nicościowania zastanego status quo, permanentnej dialektyki. Zwyrodnienie czasu ma oznaczać, że wedle kryteriów antropologii Kojève’a, ludzkość zagubiła to dynamiczne, nicościujące principium i pogrążyła się w banalnej teraźniejszości. To właśnie dlatego o homo z przełomu XX i XXI w. autor książki powie nie: „człowiek”, ale: „posthistoryczne zwierzę”.

Tokarski w twórczy sposób interpretuje też problem końca historii przez pryzmat kategorii myślowych wypracowanych przez Gombrowicza i Mrożka. Sławiony przez Kojève’a mechanizm nicościowania odpowiadałby Gombrowiczowskiemu procesowi rozpaczliwej walki i poszukiwania własnej formy. Późna nowożytność przynosi jednak rozmycie form. Dawną walkę młodości ze starością zastępuje chęć permanentnego utrzymania stanu larwalnego. W tym kontekście pojawiają się rozliczenia z rewolucją roku 1968. Tokarski dosyć ostrożnie, ale jednak sugeruje, że w świetle dawniejszych burz społecznych był to zryw na jałowym biegu, bezsilny w swej bezideowości, choć próbujący utrzymać pozory dążenia do głębokich wartości. Cechował go brak utopijnej, metafizycznej wizji ulokowanej w przyszłości. W ostatnich akapitach książki narasta towarzyszący autorowi pesymizm. Lekturze Tocqueville’a, będącego przed blisko 200 laty świadkiem narodzin kultury indywidualizmu, towarzyszy odwołanie do Christophera Lascha i koncepcji współczesnego, masowego narcyzmu, który w sposób oczywisty musi zagrażać ideologicznemu potencjałowi demokracji liberalnej.

Pułapką, w którą wpadł Tokarski, jest absolutyzacja odkrytej w XIX w. przez Hegla i jego kontynuatorów świadomości historycznej. Autor zdaje się przyjmować, że świadomość tezy, jakoby chrześcijaństwo przekształciło cykliczną koncepcję czasu w koncepcję biegnącej w nieskończoność prostej i obdarzyło Europę historią, bardzo głęboko przeniknęła naszą kulturę. Tymczasem nie jest przecież wielkim odkryciem stwierdzenie, że masowa kultura ludowa pozostawała przez stulecia tak samo ahistoryczna, jak dzisiejsza kultura popularna. Tym samym „wielką mobilizację” mas społecznych w XVIII, XIX i XX w. uznać należy za wyjątek, za sytuację nietypową, a nie za constans naszej cywilizacji. Powrót mas do historycznego letargu, który Jan Tokarski wskazuje jako pewne zagrożenie dla idei demokracji, to moim zdaniem raczej uspokojenie dziejowej huśtawki ostatnich 200 lat. Wąskie grono intelektualnej elity („inteligencji” – pojęcia dziś dosyć relatywnego, którego Jan Tokarski „nie chce wypuszczać z klatki cudzysłowu”) poprzez pisanie mądrych książek i prowadzenie szczerych debat nadal ma szansę chronić kulturę demokratyczną przed zwyradniającą stagnacją. Książka Tokarskiego jest tego świetnym przykładem.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter