70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Katastrofa nowoczesności?

Termin „zdrada klerków” jest dobrze znany i nierzadko wykorzystywany w dyskusjach dotyczących kondycji europejskich intelektualistów w XX w. Znany o wiele lepiej niż książka Juliena Bendy pod tym tytułem, której to określenie zawdzięcza swoją karierę.

Nareszcie polski czytelnik ma okazję poznać pełne wydanie Zdrady klerków. Francuski krytyk, filozof i pisarz opublikował swą pracę w 1927 r. zaniepokojony obserwacją, że radykalne ideologie społeczne stają się przedmiotem uwielbienia i afirmacji ze strony intelektualistów. Dowodził, że w świecie zdominowanym przez namiętności polityczne wszelkie wartości zostają uprzedmiotowione, podporządkowane „celom mniejszym”. Człowiek staje się zaś zakładnikiem zmierzającej ku totalności polityki. Istotę problemu w metaforze oddaje przykład, jaki Benda podaje w przedmowie do pierwszego wydania swojego eseju: „Tołstoj opowiada, że w czasach, gdy był oficerem, zobaczył podczas marszu, jak jeden z jego kolegów uderzył człowieka, który oddalił się z szeregu. I powiedział mu: »Czy nie jest ci wstyd, że traktujesz tak jednego z twoich bliźnich? Czyżbyś nie czytał Ewangelii? «. Na co ów odrzekł: »Czyżbyś nie czytał regulaminu wojskowego«?”.

Kim jest klerk? To człowiek, który ukazuje swoim bliźnim cele inne niż doczesne – w ten czy inny sposób utylitarystyczne. To osoba, która widzi dobro jako bezinteresowne i nie zgadza się na podporządkowanie rzeczywistości ludzkiej logice permanentnej interesowności. Rzeczywiste dobro, które Benda mocno kojarzył z kulturowym dziedzictwem chrześcijaństwa, jest większe od celów, jakie podsuwają inżynierie społeczne, nacjonalistyczne czy ekonomiczne / klasowe spory. Tylko bezinteresowne dobro i jego kontemplacja (duchowa i intelektualna) zabezpiecza ludzką kulturę czy szerzej – cywilizację. A jednak klerkowie zdradzili zarówno swoje powołanie, jak i społeczeństwa. Stanęli przeciw Ewangelii i człowiekowi – po stronie idolatrii. Opowiedzieli się za „regulaminami wojskowymi” wcielonymi w różnie rozumiane statolatrie: komunistyczne lub faszystowskie. Pomogli sprowadzić na narody nowe barbarzyństwo.

Benda z niemałym zainteresowaniem przyglądał się kondycji współczesnego sobie katolicyzmu: „nigdy nie dość mówić o tym, jak wielką nowością w historii Kościoła jest gloryfikacja narodowych partykularyzmów, przynajmniej w jej dzisiejszej wyrazistej formie”. Szydził z narastających partykularyzmów w obrębie lokalnych Kościołów we Francji, Włoszech czy Niemczech. Więcej miejsca poświęcił temu pierwszemu, pozwalając sobie na ironię wobec kultu Joanny d’ Arc: „można też się zastanowić, co pomyślałby ten, który ustami apostoła wyraził, że »już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus«, gdyby wszedł dziś do swoich kościołów i zobaczył, że jako przedmiot kultu podaje się wiernym narodową bohaterkę z mieczem u boku i sztandarem w dłoni”.

Tyle że to, co najciekawsze w tej książce, dzieje się na poziomie głębszych uzasadnień. Klerk nie przegrywa jedynie z samym sobą. Jego poddanie namiętnościom politycznym jest znakiem epoki. Staje się zakładnikiem społeczeństwa masowego i rewolucji technologicznego utylitaryzmu – obie te rzeczywistości wzajem się warunkują. Krytyka „użyteczności”, „bycia przydatnym”, „korzyści” przewija się nieustannie przez kolejne rozdziały Zdrady…, w różnych ujęciach. Myśl i czyn nie mogą być już bezinteresowne: muszą czemuś służyć, przynosić wymierną korzyść narodom i / lub rewolucjom.

Benda jest pesymistą: człowieczeństwo załamało się pod ciężarem przeobrażeń ostatnich wieków. Zmiany w cywilizacji Zachodu prowadzą do lekceważenia miłości do człowieka, wyrażanej poprzez współczucie i miłosierdzie dla obcych i słabych. Klerkowie, którzy zdradzili swoje powołanie, „obwieszczali (…) moralną szlachetność nieczułości i hańbę miłosierdzia”. Benda mówi o kulcie sukcesu i rozpowszechnieniu pogardy wobec przegranych. A zwycięzcą nie jest ten, kto służy dobru, ale ten, kto potrafi uwieść i zorganizować masy. Stąd polityczny realizm klerków, który należy traktować jako jeden z przejawów ich zaprzaństwa, „jest związany z samą istotą nowoczesnego świata”.

Przyznam, że zaskoczył mnie nieco fakt, że to właśnie Wydawnictwo Krytyki Politycznej zdecydowało się opublikować pełne wydanie Zdrady klerków. Nie jest to przecież książka „lewicowa”, a w głęboko osadzonych w chrześcijaństwie uzasadnieniach przedstawianych tez momentami brzmi fundamentalna uraza wobec nowoczesności obdartej rzekomo z wszelkiej transcendencji. Dalej – to rzecz głęboko katastroficzna. Nie bez powodu czytamy: „logicznym kresem wyznawanego obecnie przez ludzkość integralnego realizmu jest zorganizowana wzajemna rzeź narodów lub klas”.

Dla Bendy alternatywą nie jest „uniwersalna ludzkość” spotykająca się na szczycie technologicznego postępu. Ludzkość, jakiej się spodziewa, nazywa „ogromną armią”, „wielką fabryką”, w której człowiek uzna siebie za pana stworzenia. Przepowiada cywilizację, która napiętnuje każdą „wolną i bezinteresowną działalność” i będzie niemal doskonałym triumfem technologii nad człowieczeństwem. Sarkazmem ociekają słowa: „myślę tu o prawdziwie imponującej kontroli nad otaczającą materią i o prawdziwie radosnej świadomości swej mocy i wielkości. A historia uśmiechnie się na myśl, że Sokrates i Jezus Chrystus umarli za taką ludzkość”.

I tak metapolityczny esej z końca lat 20. XX w. stawia przed nami dobrze znane pytanie: czy nowoczesność rzeczywiście uczyniła nas nieludzkimi? Czy może francuski myśliciel przesadził z pesymizmem?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata