70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Stara-nowa wojna

Warto zastanowić się, czy stosowane w odniesieniu do terroryzmu etykiety „nowy” i „religijny” są trafne. Posługiwanie się formułą „nowy typ wojny” wydaje się błędne z punktu widzenia wiedzy historycznej. Zamiast pomóc w zrozumieniu zjawiska, może posłużyć do uprawomocniania działań niezgodnych z prawem „tradycyjnej” wojny „starego typu”.

20 września 2001 r., kilka dni po ataku na Word Trade Center w Nowym Jorku, George W. Bush wygłosił słynne przemówienie, w którym w imieniu USA wydał wojnę terroryzmowi. Mówił o wojnie obronnej, toczonej po to, by chronić wolność, cywilizację, postęp i pluralizm. Walka z globalnym terroryzmem miała przybrać międzynarodowy charakter i jednoczyć społeczeństwa, które podzielają te wartości. „Dziś nasz kraj jest świadom niebezpieczeństwa i czuje się wezwany do obrony wolności. (…) Ale to nie jest tylko sprawa Ameryki. Gra nie toczy się tylko o jej wolność. To walka całego świata. To walka cywilizacji. To walka wszystkich, którzy wierzą w postęp i pluralizm, w tolerancję i wolność”.

Uznanie tych słów za początek wojny z terroryzmem wydaje się dyskusyjne. Nietrudno bowiem uzasadnić, że prowadzono ją już od ponad 100 lat. Podobną mowę w grudniu 1901 r. wygłosił Theodore Roosevelt, który objął stanowisko prezydenta USA po zamachu na Williama McKinleya. Międzynarodowe działania terrorystyczne utożsamiano wówczas z ruchem anarchistycznym: „Anarchista jest wszędzie nie tylko wrogiem systemu i postępu, ale i śmiertelnym wrogiem wolności (…). Anarchia jest zbrodnią przeciwko ludzkości i ludzkość powinna zjednoczyć się przeciwko anarchistom”. Była to jedna z wielu deklaracji przedstawicieli rządów decydujących się od lat 80. XIX w. na działania znane wówczas pod wspólną nazwą „wojny z anarchizmem”. Podjęte wtedy przedsięwzięcia kontynuowano i rozwijano – opatrując je kolejnymi określeniami – niemal nieprzerwanie przez cały XX w. i trwają one do dzisiaj.

Wojna z terroryzmem, opisywana przez publicystów i ekspertów jako nowy, wyjątkowy typ konfliktu niosący nieznane zagrożenia, jest w istocie „stara”. Już w XIX w., u swoich początków posiadała wiele cech swojej „dojrzałej”, współczesnej postaci. Także wówczas jej kontekstem była globalizacja, która z jednej strony budowała świadomość światowych zależności i międzyludzkiej różnorodności, z drugiej zaś – wytwarzała takie zjawiska, jak: polityka imperialna, strach przed odmiennością i rasizm. Wojna z terroryzmem wyłaniała się i kształtowała w świecie, w którym postępowała demokratyzacja angażująca w politykę kolejne grupy społeczne oraz rozwijał się proces regulacji konfliktów międzypaństwowych przez prawo międzynarodowe. Od początku była też obszarem działania władzy, w którym prawa i wolności podlegały częściowej zmianie lub zawieszeniu z uwagi na priorytet zapewnienia bezpieczeństwa. Nazwa sugerowałaby objęcie jej uczestników uznanymi prawami wojny, jednak od początku reguły te naginano lub łamano, stosując wyjątkowe metody przetrzymywania i przesłuchiwania osób podejrzanych o terroryzm.

Ramy współczesnej globalnej wojny z terroryzmem tworzą doświadczenia zgromadzone przez rządy i społeczeństwa w ostatnich 100 latach, kiedy tworzyła się polityka antyterrorystyczna. W momencie ataku na WTC istniały już gotowe do użycia mniej lub bardziej stereotypowe opowieści o terroryzmie i przemyślane metody walki z nim. Wykorzystano więc wielokrotnie udoskonalane procedury działania służb policyjnych, wojskowych, wywiadowczych, administracyjnych i sądowniczych, utarte formuły prawa krajowego i międzynarodowego, strategie działań politycznych oraz wzorce kulturowego radzenia sobie z aktami politycznej przemocy. Nie jest to nowy typ konfliktu, dlatego aby lepiej zrozumieć wojnę z terroryzmem w jej dzisiejszym kształcie, warto prześledzić jej dotychczasowy przebieg.

Wojna z anarchizmem

W listopadzie 1898 r. w Rzymie spotkały się delegacje 21 państw – w tym przedstawiciele wszystkich europejskich mocarstw – aby omówić wspólną politykę obrony przed anarchistami. Konferencję poprzedzały spektakularne zamachy przeprowadzone przez włoskich obywateli na prezydenta Francji (czerwiec 1894 r.), premiera Hiszpanii (sierpień 1897 r.) i cesarzową Elżbietę, żonę Franciszka Józefa (wrzesień 1898 r.). Narastał strach przed „czarną międzynarodówką”, choć istniała ona jedynie w głowach dziennikarzy i polityków: ruch anarchistyczny nigdy nie zdołał stworzyć trwałej międzynarodowej sieci organizacyjnej. Dotychczasowe regulacje antyterrorystyczne na poziomie prawa krajowego i dwustronne porozumienia o współdziałaniu i wymianie informacji organów policyjnych uznano za niewystarczające.

Uczestnicy konferencji podjęli się trzech zadań: zdefiniowania anarchizmu, sformułowania międzynarodowego porozumienia o procedurach postępowania z anarchistami, a także zawiązania współpracy pomiędzy służbami bezpieczeństwa obradujących rządów. Jedynie starania dotyczące ostatniego punktu zakończyły się (umiarkowanym) sukcesem. Ustalanie precyzyjnej definicji anarchizmu otwierające drogę do jego kryminalizacji utknęło na etapie sporów o granice swobód obywatelskich, w tym wolności wypowiedzi. Reprezentanci rządów obawiali się społecznej reakcji na podjęte decyzje. Te same powody uniemożliwiły uzgodnienie zasad aresztowania, wydalenia i ekstradycji podejrzanych o terroryzm, poszukujących azylu za granicą, na ogół w Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwajcarii. Doszło również do paradoksalnej sytuacji, kiedy starano się określić działalność anarchistyczną jako niepolityczną, gdyż regulacje krajowe większości państw nie dopuszczały ekstradycji więźniów politycznych.

Fiasko konferencji w Rzymie miało zrekompensować spotkanie w Petersburgu w 1904 r. Uczono się na błędach. Skoro uprzednio hamulcem dla działań delegacji była obawa przed opinią publiczną, nowe rozmowy utajniono. Protokół konferencji ustalał procedury wydalania anarchistów z danego kraju oraz zobowiązywał sygnatariuszy do ufundowania centralnych biur antyterrorystycznych, które miały współtworzyć międzynarodową sieć bezpieczeństwa. Niewiele jednak rządów podpisało ów protokół, jeszcze mniej wprowadziło w życie jego postanowienia. I tym razem łatwiejsze do implementacji okazało się wzmocnienie międzynarodowej współpracy wywiadowczej, trudniejsze zaś – uregulowanie kwestii wydalania obcokrajowców zaangażowanych w ruch anarchistyczny. Demokratyczne państwa zachodnie obawiały się jawnej realizacji tajnych ustaleń, ponadto Wielka Brytania traktowała obecność organizacji anarchistycznych na swoim terytorium jako formę zabezpieczenia przed zamachami, władze Włoch obawiały się natomiast, że zastosowanie reguł ekspulsji spowoduje powrót wielu włoskich anarchistów do ojczyzny.

Konferencje w Rzymie i Petersburgu były pierwszymi ważnymi krokami wojny z anarchizmem w Europie; w USA natomiast przełomowe okazały się zajścia na Haymarket w Chicago w 1886 r. i ustawa imigracyjna z 1903 r. Na Haymarket w czasie pokojowego wiecu wspierającego strajk robotników walczących o ośmiogodzinny dzień pracy eksplodowała bomba, zabijając jednego policjanta i raniąc kolejnych kilkunastu. O zamach niesłusznie oskarżono anarchistów z kierownictwa protestów i skazano ich na karę śmierci. W USA wydarzenia te stały się początkiem wojny z anarchizmem, reszta świata wspomina je w czasie międzynarodowego Święta Pracy 1 maja.

Kolejnym aktem wojny z anarchizmem była wspomniana już odpowiedź władz na zamach na prezydenta McKinleya. USA nie przyłączyły się do inicjatyw antyterrorystycznych podejmowanych w Europie, skoncentrowały się natomiast na wzmocnieniu wewnętrznej polityki bezpieczeństwa. Jej głównym narzędziem miało być zaostrzenie rygorów przyjmowania imigrantów, spośród których planowano wychwytywać anarchistów i zabraniać im wjazdu. Anarchiści znajdujący się już w Ameryce mogli zaś zostać z niej wydaleni, jeśli byli obywatelami innego kraju. Reżim ten zamierzano wprowadzić pomimo faktu, iż anarchista, który postrzelił McKinleya, Leon Czolgosz, urodził się w Michigan. Projekt nie zyskał jednak akceptacji Kongresu, gdyż podobnie jak w przypadku inicjatyw podejmowanych w Europie wątpliwości budził zakaz działalności anarchistycznej poważnie naruszający zasadę wolności przekonań. Liberalnie nastawieni kongresmeni uznali, że nie można nikogo deportować z powodu jego poglądów politycznych.

Ten okres wojny z anarchizmem zamyka bardziej konwencjonalny konflikt: I wojna światowa, która – choć uruchamia ją kolejny zamach – odwraca uwagę rządów w innym kierunku. Dotychczasowy przebieg wojny z terroryzmem podpowiada kilka ciekawych wniosków. Bez trudu można zauważyć, że podobnie jak jej odpowiednik w XXI w. jest to wojna, w której pomiędzy stronami występuje olbrzymia asymetria sił, a jedna z nich nie jest państwem. Kim lub czym jest zatem nowy aktor wojny? Ważnym problemem, który nurtuje specjalistów od polityki antyterrorystycznej do dziś, okazało się zdefiniowanie zjawiska, któremu należy przeciwdziałać. Zaangażowani w dyskusję decydenci, publicyści i prawnicy starali się uzgodnić potrzeby poszczególnych rządów przy uwzględnieniu głosu opinii publicznej. Te pierwsze były zainteresowane wzmocnieniem swojej siły i autorytetu zarówno na arenie międzynarodowej, jak i w polityce wewnętrznej, ta druga zaś domagała się zapewnienia przez władze bezpieczeństwa, a także zachowania wolności obywatelskich.

W tym skomplikowanym sporze dogodnym celem polityki antyterrorystycznej byli anarchiści, którzy swoimi spektakularnymi działaniami budzili obawy społeczeństw i rządów. Terroryzm utożsamiono z anarchizmem, wojnę wypowiadając całemu ruchowi politycznemu. Na nim skupiła się uwaga wpływowych grup obywateli i władzy, w mniejszym zaś stopniu zajmowano się równie częstymi aktami przemocy dokonywanymi przez grupy narodowowyzwoleńcze czy radykalnie prawicowe, np. Ku-Klux-Klan. Decydentom trudno było zwalczyć pokusę posługiwania się w odniesieniu do politycznych przeciwników figurą anarchisty zamachowca. Począwszy od lat 80. XIX w., ataki przypisywane anarchistom często uzasadniały represjonowanie organizacji robotniczych i związkowych. Sprawa wojny z anarchizmem jednoczyła rządy wielu państw i opinię publiczną, podczas gdy akcje grup narodowowyzwoleńczych pozostawały elementem w dużym stopniu utajnionej gry politycznej pomiędzy skonfliktowanymi państwami, zaś lincze i ataki na tle rasowym spotykały się na ogół z brakiem reakcji.

Jednocześnie starano się pozbawić anarchizm statusu ruchu politycznego, odbierając mu tym samym ochronę z uwagi na regułę wolności przekonań oraz pozbawiając uzasadnienia zamachy przypisywane jego zwolennikom. Bez niego anarchistyczni terroryści stają się nieprzewidywalnymi, demonicznymi agentami chaosu, „śmiertelnymi wrogami wolności”, których za wszelką cenę należy powstrzymać. Zaskakująca próba odpolitycznienia przemocy stanie się trwałym elementem działań antyterrorystycznych, widocznym również współcześnie w wojnie z terroryzmem określanym jako religijny. Dominuje w niej figura agresywnego, irracjonalnego fundamentalisty, utrudniająca uchwycenie pobudek postępowania zamachowców, choć podejmowany przez nich projekt wspólnoty to przedsięwzięcie polityczne, religijne i społeczne, które na ogół jest wyrazem sprzeciwu wobec istniejącego porządku. Czy nie przywykliśmy jednak sądzić, że skuteczne przeciwdziałanie przemocy polega na czymś więcej niż obronie przed kolejnymi atakami: że wymaga określenia i rozwiązania problemów skłaniających ludzi do sięgnięcia po nią?

Terroryzm i liga narodów

9 października 1934 r. król Jugosławii Aleksander przybył z oficjalną wizytą do Marsylii. Podczas uroczystego przejazdu ulicami miasta ostrzelano auto monarchy. Zginął król oraz towarzyszący mu francuski minister spraw zagranicznych Louis Barthou. Zamachu dokonała grupa członków macedońskich i chorwackich organizacji nacjonalistycznych wspieranych – co było tajemnicą poliszynela – przez rządy Włoch i Węgier. Wybuchł międzynarodowy kryzys, a wielu europejskich polityków nawiedziło wspomnienie Sarajewa roku 1914. Receptą na rozładowanie napięcia, poza pomniejszymi gestami dyplomatycznymi, miało być uchwalenie przez Ligę Narodów prawa przeciw aktom terroryzmu.

Było to pierwsze poważne międzyrządowe przedsięwzięcie antyterrorystyczne podjęte po I wojnie światowej. Nie oznacza to, że przez 15 lat nowego porządku nie prowadzono walki z nielegalnymi grupami militarnymi i zamachowcami. Historycy zwykli mówić, że po okresie dominacji terroryzmu anarchistycznego w latach 20. wezbrała fala przemocy antykolonialnej czy narodowowyzwoleńczej dokonywanej przez organizacje paramilitarne i wojskowe domagające się dla swoich wspólnot prawa do samostanowienia. Tego typu działania prowadzono m.in. w Irlandii, Palestynie, Polsce (OUN) i na Cyprze. Były one jednak traktowane jako wewnętrzne sprawy poszczególnych krajów i podlegały przyjętym w nich procedurom działań policyjnych.

Uruchomienie prac Ligi Narodów nad zagadnieniem terroryzmu pozwoliło zażegnać kryzys roku 1934. Już wcześniej pod jej auspicjami Międzynarodowe Stowarzyszenie Prawa Karnego prowadziło prace nad prawem dotyczącym terroryzmu. W jego debatach dużą rolę odgrywali polscy prawnicy: Emil Rappaport i Rafał Lemkin (późniejszy twórca oenzetowskiej konwencji o ludobójstwie). Do marsylskiego zamachu jednak ich starania nie zyskiwały wsparcia politycznych decydentów. Po kilku latach dyskusji w 1937 r. uchwalono konwencję o zapobieganiu i karaniu aktów terroryzmu. Potwierdzała ona dotychczasową praktykę zawężania wspólnej polityki do terroryzmu międzynarodowego. Zwalczanie terroryzmu krajowego nadal uznawano za domenę poszczególnych rządów. Konwencja proponowała pierwszą prawną definicję terroryzmu, określając go jako nielegalne działanie skierowane przeciwko państwu. Tym samym doszło do kryminalizacji siłowego sprzeciwu społeczeństwa wobec brutalnego reżimu władzy, a zarazem pominięcia kwestii terroryzmu państwowego. W świetle nowych postanowień każdy, kto próbowałby siłą obalić jakikolwiek, nawet uzurpatorski czy despotyczny rząd, został uznany za „wroga ludzkości”. Wątpliwości budziły również zapisy nakazujące bezwzględną odmowę politycznego azylu podejrzanym o terroryzm i ich deportację. W wielu przypadkach oznaczałoby to wydanie imigrantów w ręce państwa, które nie zagwarantuje im sprawiedliwego procesu.

Konwencję podpisali reprezentanci jedynie 25 krajów. Zabrakło wśród nich większości mocarstw (Wielkiej Brytanii, Niemiec, Japonii, USA, Włoch), a także Polski. Część odmówiła, gdyż widziała w konwencji ograniczenie suwerenności lub zagrożenie dla własnych interesów, inni wysuwali zastrzeżenia do definicji aktów terroryzmu, kwestii politycznego azylu i deportacji. Ratyfikacja dokumentu również nie przebiegła pomyślnie – zaaprobował go jedynie parlament kolonialnych Indii – nigdy więc nie wszedł on w życie. Ostatecznie podjęcie przez Ligę Narodów prac nad konwencją sprawdziło się jako doraźny manewr dyplomatyczny łagodzący skutki zamachu w Marsylii i oddalający konflikt europejski o kilka lat. Nie przyniosło jednak żadnych rozstrzygnięć w dziedzinie prawa międzynarodowego i przeciwdziałania terroryzmowi.

„Jak walczyć z dzikimi plemionami?”

Dla większości uczestników wojny z terroryzmem impas w prawodawczych pracach gremiów międzynarodowych nie miał dużego znaczenia. Wielu polityków, dowódców służb policyjnych i wojskowych uważało, że wymaga ona zastosowania wyjątkowych środków, niewspółmiernych z regulacjami prawa międzynarodowego. Przeciwdziałanie fali przemocy antykolonialnej przesunęło granicę tego, co dozwolone w postępowaniu z terrorystami. Tym razem wrogiem były grupy, które zamierzały zająć dane terytorium i ustanowić na nich własny rząd niezależny od metropolii. Ponadto konflikt częściej przybierał formę konwencjonalnych działań militarnych. Dobitnym przykładem może być Algieria, gdzie wysadzanie kawiarni we francuskich miastach uzupełniało działania partyzanckie prowadzone na algierskiej wsi. Kluczowa zmiana polegała jednak na czym innym. Podczas gdy zamachy anarchistów były wewnętrzną sprawą Zachodu, terenem nowego etapu wojny stały się kraje niezachodnie. Decydenci i funkcjonariusze działań antyterrorystycznych rozumieli je jako konflikt społeczeństw europejskich z nieeuropejskimi, wojnę cywilizacji czy raczej wojnę ludów cywilizowanych z niecywilizowanymi.

Wyzwanie, przed jakim stanęli „antyterroryści”, w najbardziej bezpośredni sposób ujął kapitan armii amerykańskiej Elbridge Colby, tytułując swój artykuł z 1927 r.: How to Fight Savage Tribes (Jak walczyć z dzikimi plemionami). Wyjaśnia w nim czytelnikom, oburzonym niedawnym ostrzelaniem przez francuską flotę zbuntowanego Damaszku (maj 1926 r.), dylematy walki z „niecywilizowanym” przeciwnikiem. Jak tłumaczy, taki wróg nie zna kodeksu rycerskiego i nie szanuje praw wojny. Torturuje i zabija schwytanych przeciwników, okalecza ciała zabitych, walczy przy pomocy trucizn i skrytobójców, łamie zawieszenia broni i nie szanuje poselstw. Co najbardziej uderzające: nie rozróżnia żołnierzy i cywilów, wszyscy są dla niego wojownikami, także kobiety i dzieci.

Większość przeciwników, których zachodnie służby porządku napotykały poza Europą, nie dorastała do standardów cywilizowanej wojny. W tej sytuacji, kontynuuje swój wywód Colby, ich funkcjonariusze musieli zdecydować, czy walczyć z wrogiem w sposób „cywilizowany”, czyli zgodny z kodeksem wojennym, czy posługiwać się metodami „barbarzyńskimi”, które wydawał się stosować przeciwnik. Zdaniem amerykańskiego kapitana tylko przyjęcie drugiego podejścia dawało szansę na sukces operacji. Jedynie potraktowanie wroga z równym okrucieństwem i przy użyciu przeważających, nieproporcjonalnych sił przerazi go i spowoduje, że podda się i zrezygnuje z dalszego oporu. Skoro niecywilizowane ludy nie znają prawa międzynarodowego i mu się nie podporządkowują, same nie podlegają jego ochronie. Podjęte przeciwko nim bezkompromisowe działania powinny potraktować jako lekcję. Brutalny i potężny atak uświadomi dzikim plemionom dobrodziejstwo uczestniczenia we wspólnocie ludzi objętych prawem międzynarodowym.

Wyłonienie się nowego przeciwnika w wojnie z terroryzmem zmieniło znaczenie „asymetrii sił” pomiędzy stronami konfliktu. Nie chodziło już tylko o przewagę materialną i technologiczną, ale również o wyobrażenia na temat wroga, które kierowały twórcami i wykonawcami polityki antyterrorystycznej. Był to wróg dziki, nieprzewidywalny czy nawet nieludzki i rozumiał jedynie język przemocy. Dlatego też konflikty towarzyszące procesowi dekolonizacji oznaczały tortury wobec podejrzanych o terroryzm, akcje pacyfikacyjne i użycie broni masowego rażenia wobec ludności cywilnej. Tej ostatniej zaczęto używać w wojnie z terroryzmem zaraz po jej włączeniu w arsenały armii zachodnich. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej Włosi bombardowali Libijczyków, a Brytyjczycy tylko w latach 1919–1920 stosowali te same metody wobec Afgańczyków, Somalijczyków i Irakijczyków.

Walczący z zamachowcami okrzepli w roli strażników kolonialnego, a później postkolonialnego świata. Współczesna wojna z terroryzmem religijnym odbywasię głównie poza krajami Zachodu i, jak w swoim przemówieniu podkreślał Bush, jest „wojną cywilizacji”, prowadzoną z przeciwnikiem, który nie rozumie, czym są takie wartości, jak: postęp, pluralizm i tolerancja. Dla biorących w niej udział pytanie kapitana Colby’ego wydaje się nadal aktualne.

Trzeci świat, ONZ i terroryzm

Ustanowiony po 1945 r. zimnowojenny podział świata sprawił, że wojnę z terroryzmem w jeszcze większym stopniu kształtowały polityczne rozgrywki mocarstw. Obydwie strony światowego konfliktu zwalczały lub wspierały radykalne organizacje zależnie od tego, czy prowadzone przez nie działania zagrażały ich interesom, czy im sprzyjały. Zimna wojna napędzała dynamiczny rozwój służb bezpieczeństwa, które stały się z czasem jednym z ważniejszych aktorów wojny z terroryzmem. Istotną powojenną zmianą wydaje się też utworzenie ONZ, będącej odtąd główną instytucją formułującą prawo międzynarodowe i nadzorującą jego egzekwowanie oraz – co nie mniej ważne – globalnym forum dyskusji o światowym porządku. Kierunek jej pracom nadawały negocjacje pomiędzy dwoma rywalizującymi blokami oraz grupą państw Trzeciego Świata, które wyłoniły się w toku dekolonizacji. Te ostatnie na ogół nie były dopuszczane do głosu na arenie międzynarodowej, ONZ natomiast oferowała im miejsce do artykulacji swojego stanowiska.

Przez pierwsze ćwierćwiecze istnienia ONZ nie zajmowała się terroryzmem. Uchwalono konwencje dotyczące nowego typu ataków terrorystycznych – porwań samolotów – lecz unikano w nich używania terminu „terroryzm”. Nadal nie ustalono zasad globalnej współpracy w zakresie zatrzymania i sądzenia lub deportacji podejrzanych o międzynarodowy terroryzm oraz postępowania z rządami udzielającymi schronienia organizacjom terrorystycznym. Impulsem do działania stał się dopiero zamach na izraelskich sportowców podczas olimpiady w Monachium w 1972 r. Formułowanie nowych regulacji sprowokowało jednak długą debatę o różnicach między terrorystami a bojownikami i rewolucjonistami walczącymi o prawo do samostanowienia lub społeczną zmianę oraz o objęciu postanowieniami konwencji terroryzmu państwowego.

Zainicjowali ją i prowadzili reprezentanci państw Trzeciego Świata, posiadający większość w Zgromadzeniu Ogólnym. W ich przekonaniu wojna z terroryzmem służyła interesom mocarstw jako narzędzie podtrzymywania zależności pomiędzy dawnymi metropoliami i ich koloniami. Wspólnie przygotowali projekt rezolucji, w której – wbrew planom państw zachodnich – legitymizowali przemoc dokonywaną w walce o niepodległość. Włączyli do niego również zapisy potępiające terroryzm państwowy stosowany przez rasistowskie i kolonialne reżimy oraz zalecenie analizy przyczyn terroryzmu. Dwa ostatnie punkty odczytywano jako bezpośredni atak na politykę Izraela i RPA.

Projekt poddano długim negocjacjom i dopiero w 1979 r. wypracowano kompromisowe rozwiązania, które stały się podstawą przyjętej w tym samym roku konwencji ONZ. Dokument zobowiązywał sygnatariuszy do podejmowania działań przeciw aktom terroryzmu, zawierał jednak w preambule odwołanie do prawa do samostanowienia i nie obejmował ataków podejmowanych w ramach konfliktów zbrojnych. W ocenie historyków był jednak sygnałem zacieśniania współpracy przeciw terroryzmowi.

W kolejnych dekadach ONZ silniej zaangażowała się w wojnę z terroryzmem. W 1985 r. przyjęła pierwszą rezolucję, która potępiała wszelkie tego typu akty. W latach 90. zaś nałożyła sankcje na państwa podejrzane o wspieranie terroryzmu, które wymogły na niektórych z nich współdziałanie przeciw zamachowcom. Za zamach nad Lockerbie w 1988 r. obłożono sankcjami Libię (1992 r.) i stopniowo zmuszono do wydania zamachowców (1998 r.), przyznania się do ataku, potępienia terroryzmu i wypłaty odszkodowań ofiarom (2003 r.). Również przyparty sankcjami Sudan w 1996 r. wydalił ze swojego terytorium organizacje terrorystyczne i zadeklarował dalszą współpracę.

Dla uczestników wojny z terroryzmem prace przeprowadzone przez ONZ, a także wcześniejsze ustalenia międzynarodowe, były niezadowalające. Oczekiwali sformułowania klarownej definicji terroryzmu uzasadniającej zdecydowane działania. Jej jednoznaczne brzmienie miało wykluczać możliwość wahań w ocenie, czy ktoś jest terrorystą czy raczej powstańcem. Liczono, że nowe regulacje będą równie bezkompromisowe jak np. konwencja o zakazie używania broni chemicznej. Być może nawet usprawiedliwi długie przetrzymywanie aresztowanych bez procesu i ich przesłuchiwanie przy użyciu „specjalnych metod”. Wielu ukształtowała pamięć II wojny światowej jako konfliktu dobra ze złem i sądzili, że odpowiadają na nowe absolutne zagrożenie.

Nowy religijny terroryzm?

Komentatorzy zamachu z 11 września z naciskiem głosili ideę, że w wydarzeniu tym jest coś unikatowego, wyjątkowo groźnego i ahistorycznego. Mówiono i mówi się nadal o nowym typie wojny i nowych religijnych terrorystach. Rzeczywiście, liczba ofiar ataku na WTC w Nowym Jorku była nieporównywalna do wcześniejszych aktów politycznej przemocy, zamach wywołał też znacznie silniejszą i bezwzględną reakcję państwa. Ale jak uczy historia wojny z terroryzmem, ani taktyka działania terrorystów, ani reakcja państwa i społeczeństwa nie były nowe czy wyjątkowe.

Warto zastanowić się, czy stosowane w komentarzach etykiety „nowy” i „religijny” są trafne. Posługiwanie się formułą „nowy typ wojny” wydaje się błędne z punktu widzenia wiedzy historycznej. Zamiast pomóc w zrozumieniu zjawiska, może posłużyć do uprawomocniania działań niezgodnych z prawem „tradycyjnej” wojny „starego typu”. Nowość wojny z terrorem uzasadnia odejście od „starych” reguł, takich jak konwencje haskie i genewskie dotyczące traktowania jeńców wojennych. Co więcej, „nową wojnę” wywołali terroryści, to oni zmienili zasady – Stopniowe odpolitycznienie terroryzmu, świadome lub nie, uzasadnia radykalne posunięcia rządów i służb porządku. Podobny manewr wykonano w wojnie z anarchizmem w kuriozalnej próbie odmówienia anarchistom statusu ruchu politycznego stronie, która się broni, pozostaje jedynie dostosować się do sytuacji.

Wątpliwości budzi także sposób korzystania przez uczestników debaty oraz decydentów i funkcjonariuszy wojny z terroryzmem z przymiotników „religijny” i „polityczny”. Wyraźnie sugeruje, że „religijny” oznacza irracjonalny, bezsensowny, nieobliczalny, „polityczny” zaś racjonalny, zrozumiały, o osiągalnych celach. Stopniowe odpolitycznienie terroryzmu, świadome lub nie, uzasadnia radykalne posunięcia rządów i służb porządku. Podobny manewr wykonano w wojnie z anarchizmem w kuriozalnej próbie odmówienia anarchistom statusu ruchu politycznego. Rządom, które walczą z religijnymi fanatykami starającymi się osiągnąć swoje cele za wszelką cenę, nie pozostaje nic innego, jak postępować równie bezwzględnie. Praca logiki wojny z „nowym religijnym terroryzmem” przypomina mechanizm uruchomiony w trakcie „walki z dzikimi” – w obydwu przypadkach przypisanie niezachodniemu wrogowi braku skrupułów usprawiedliwia brutalną reakcję.

Frazy „nowy typ wojny”, „nowy religijny terroryzm” czy „11 września to unikatowe wydarzenie” sugerują, że przeszłość nie ma nam nic do zaproponowania. Wojna z terroryzmem ma jednak swoją historię, która może pomóc nam zrozumieć, w jakim przedsięwzięciu bierzemy udział.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata