70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Otwartość i wileńskość

Józefa Hennelowa jest w naszym życiu publicznym zjawiskiem na tyle wyjątkowym, że każe to pytać najpierw o jej korzenie i rodowód. Wyznanie „bo jestem z Wilna”, stanowiące tytuł wywiadu rzeki, jaki z nią niegdyś przeprowadził Roman Graczyk, staje się drogowskazem i przy bliższym przyjrzeniu wydaje się rzeczywiście kluczowe.

Nie tylko z tej oczywistej przyczyny, że pierwsze 20 lat życia spędziła Hennelowa w Wilnie. Przede wszystkim dlatego że uchodźcy z Wilna (Stanisław Stomma, Antoni Gołubiew, Paweł Jasienica) stali się po zakończeniu wojny trzonem wydawanego w Krakowie „Tygodnika Powszechnego”. A wreszcie i dlatego że gdy po roku 1989 skończyły się ograniczenia cenzuralne, Wilno stało się w publicystyce Hennelowej tematem ważnym i najbardziej ze wszystkich osobistym.

Krawiec Józef Golmont

Na początku są jednak zawsze rodzice. „Dedykuję ją – pisała Hennelowa w przedmowie do swej ostatniej książki – pamięci mego Ojca. Jego Kościół był Kościołem niewzruszonej wiary, za którą nie należy się ani premia, ani pociecha, ani satysfakcja – tak jak za życie. Poza nią nie istniało nic, czym warto byłoby się przejmować. Jego wiara to było powietrze, którym Kościół oddycha, Kościoła krwiobieg, bicie serca i puls. Kto czeka nagrody za to, że oddycha i że bije mu serce? I kto oczekuje czegoś innego niż życia?”

Mało jest świadectw, które miłość do zmarłego rodzica formułowałyby w postaci emocji o takim natężeniu i o takiej zarazem wewnętrznej dyscyplinie – przechodzącej w formę matematycznej wręcz lapidarności. W istocie jednak: matka (Jadwiga z Jachimowiczów) odumarła Józefę w wieku niemowlęcym, funkcję matki spełniał zaś właśnie ojciec Józef Golmont (wraz ze swą siostrą Emilią). Tradycje rodzinne Hennelowej były jednak odmienne niż ludzi tworzących „Tygodnik”, a wywodzących się zazwyczaj z ziemiańskich dworków nad Wilią, Niemnem i Niewiażą.

Józef Golmont był krawcem, specjalizował się w szyciu księżowskich sutann. Demokratyzm pojęć, współczucie dla biedy łączyły się tu z poczuciem osobistej godności i Hennelowa nieprzypadkowo wspomina, że gdy jej ciotka zwracała się do kogoś per „pani dziedziczko”, ją – nastolatkę – „trafiał na to szlag”. Józef Golmont mieszkał w Wilnie przy ul. Zamkowej 8. Był to „od zawsze” dom należący do kurii rzymskokatolickiej – w roku 1869 zmarł tu ostatni ordynariusz skasowanej przez carat diecezji mińskiej Adam Wojtkiewicz. Gdyby z tego domu iść dziś jeszcze ulicami Zamkową i Wielką w stronę Ostrej Bramy, mija się po prawej stronie unicki klasztor Bazylianów, po lewej zaś – prawosławny sobór św. Ducha, z relikwiami – pierwszych w historii Wilna – męczenników za wiarę chrześcijańską. Męczenników prawosławnych. Bo też wileński katolicyzm był z jednej strony „twierdzą obronną” (zwłaszcza przez dziesięciolecia rosyjskich prześladowań), z drugiej jednak – zjawiskiem nieustannie konfrontującym się z innymi religiami, zwłaszcza właśnie z prawosławiem. Wyznawana wiara nie miała w Wilnie statusu jedyności.

Toteż jej oblicze było zwykle odległe od postaw nacjonalistycznych. Działo się tak nawet w przypadku wileńskich biskupów – takich jak Jerzy Matulewicz. „W naszym domu – pisała o nim Hennelowa – zawsze się go wspominało, i jako hierarchę wrażliwego na potrzeby innych (co wcale, wtedy zwłaszcza, normą nie było), i jako człowieka pojednania (…) próbującego być zarazem Polakiem i Litwinem, a odrzuconego przez obie strony”. Na dziedzictwo Matulewicza mogła zaś nałożyć się tradycja międzywojennej działalności Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” – działalność tak odległa od nacjonalizmu, że w ewolucji ideowej niektórych członków okazała się możliwa (jak w przypadku Henryka Dembińskiego) nawet opcja komunistyczna. Wszyscy jednak młodzi wileńscy katolicy z „Odrodzenia” wykazywali społeczny radykalizm („serce nam biło do Żeromskiego” – wyzna po latach Stomma) oraz swoisty antyklerykalizm (powszechnie krytykowali wznoszony przez następcę Matulewicza Romualda Jałbrzykowskiego pałac biskupi). W niczym to nie szkodziło wileńskiej pobożności. Była ona – wspomina Hennelowa – „bardzo przeżywana i bardzo pokorna”.

Ostatni wreszcie składnik tożsamości ludzi Miłego Miasta stanowiło zjawisko, które Jacek Woźniakowski nazwał kiedyś „świadomością wyostrzoną”. W istocie, Litwa była zawsze scenerią najbardziej heroicznego przeżywania polskości. Ludzie „stamtąd” znali smak niewoli, więc z jednej strony rozumieli socjalistyczno- -irredencki program Józefa Piłsudskiego, z drugiej – ugodową postawę konserwatywnych ziemian-„kataryniarzy”, asystujących w roku 1904 przy odsłonięciu wileńskiego pomnika Katarzyny II. Taka dwoistość istniała na początku minionego stulecia, ale po ostatniej wojnie uległa zwielokrotnieniu. Nic więc dziwnego, że gdy w Polsce lat 80. trwał dramat stanu wojennego, Hennelowa była w „Tygodniku” redaktorem najbardziej radykalnym. A gdy na fali spóźnionego radykalizmu lat 90. pojawiły się opinie o żołnierzach-berlingowcach jako najemnikach Stalina, nie zawahała się wziąć ich w obronę.

Miecz i pokój

Jaka była (jest) wiara Józefy Hennelowej? Pytanie takie, najgłębiej osobiste, trzeba jednak postawić, bo bez próby odpowiedzi niczego z Hennelowej nie zrozumiemy. Ujmując więc sprawę w aspekcie socjologicznym, można rzec, że jest to wiara rozpięta na krzyżu między Wilnem a Krakowem. Zwróćmy uwagę: gdy 21-letnia Józefa Golmontówna przybyła do Krakowa w roku 1946 w tłumie „repatriantów”, znalazła się tu w świecie sobie obcym. Jeszcze po wielu latach wyznawała: „Chciałabym usłyszeć wielkanocne Kyrie i wielkosobotnie Exsultet, a także adwentowe Rorate caeli desuper. I jeszcze początek Litanii do Matki Boskiej śpiewany w Ostrej Bramie w Wilnie, bo tylko tam śpiewają tę melodię tak jak trzeba”. Właśnie: Kraków nie był taki, jak trzeba. Tyle że – jak się rzekło – istniała w nim grupa wilnian ocalonych z czerwonego potopu. A wśród niej wileński nauczyciel Golmontówny Stanisław Stomma, bo to on ściągnął ją do „Tygodnika”.

Ale nad aspektem socjologicznym góruje oczywiście aspekt transcendentny. Jest to więc przede wszystkim wiara w wartości pierwotne i fundamentalne. Skoro „Bóg j e s t” i zarazem „Bóg j e s t mi ł o ś c i ą”, to czas i przestrzeń są oswojone Bożą obecnością i Bożą wolą. U Hennelowej nie ma lęku ani przed nicością (człowiek jest niezniszczalny zarówno w postaci duchowej, jak materialnej), ani przed wiecznością („ostatecznie mamy całą wieczność na zgłębienie tego” – wyznała kiedyś, zupełnie mimochodem). Wiara Hennelowej jest jak wileńska pobożność: „bardzo przeżywana i bardzo pokorna”. I jest próbą zbliżenia do tego, co kompletnie już wyparowało z polskich kościołów: tajemnicy metafizycznej.

A wreszcie pojawia się aspekt aksjologiczny. Jerzy Turowicz pisał, że sam fakt bycia katolikiem nie czyni człowieka lepszym. Dla Hennelowej, tak jak dla jej naczelnego, katolicyzm jest wielkim zadaniem, trudną lekcją do odrobienia. Oboje jakoś nie posługiwali się mianem „redaktor katolicki” ani „publicysta katolicki” – może nawet uważali, że nie są godni tego miana? „Uczyniwszy na wieki wybór, / W każdej chwili wybierać muszę” – powtarzali za Jerzym Liebertem i rzeczywiście: wyboru musieli dokonywać nawet na gruncie Ewangelii. „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” „Błogosławieni pokój czyniący”… – jak rozwiązywać ten dylemat?

Ale Hennelowa nie miała z tym problemu. Powtórzmy: w stanie wojennym była najbardziej „wojownicza”. Gdy jednak nastała wolność, gdy w Sejmie trzeba było ustalać nowe prawo, stała się gorącą zwolenniczką porozumienia. W tej postawie również zdawały się odzywać jej cechy wileńskie: jakby zapalały się czerwone światełka, jakby ktoś przypominał: „Nie wszyscy myślą tak jak ty”… Bo, owszem, działacz katolicki powinien poszerzać przestrzeń chrześcijańskiego dobra. Nie powinien on jednak czynić tego ani kosztem pluralistycznej wspólnoty, ani drogą obchodzenia obowiązującego prawa. Dobro zakorzeniane nieczystymi metodami przestaje automatycznie być dobrem.

A kwestia przebaczenia? Wspominając ojca, który miał dar „puszczania win w niepamięć”, Hennelowa zauważała samokrytycznie: „Ja, przyznaję, tego nie umiem i pamiętam urazy”. I dodawała z humorem: „To może jest jakieś pogańskie, nie wiem. Mój mąż to tłumaczy tym, że ja jako Litwinka jestem tylko »na pół ochrzczona« i że ten pogański wąż jeszcze gdzieś się tam kryje”. Pomijając autoironiczny charakter tego wyznania, trzeba powiedzieć: idea przebaczenia nie wydaje się dana Hennelowej raz na zawsze – jest stale zdobywana. I – być może – zdobywana w trudzie. Ponadto jednak: powyższe wyznanie to jeden z niezliczonych przykładów, przez które dokonuje Hennelowa swego rachunku sumienia. Wszak nawet swój czas posłowania, wspominany przecież przez społeczeństwo z dość powszechną wdzięcznością, poddała osądowi bezlitosnemu: „trzeba było trupem paść, ale dziesięć razy więcej spotykać się z ludźmi i choćby każde takie spotkanie miało kończyć się przeżyciem awantury przez nich przeciwko mnie podniesionej, przychodzić znowu”.

Tak oto mamy u Hennelowej „miecz” – i mamy „pokój”. Bo jeżeli zło oddziela od dobra ostra granica, to ponad tą linią wznoszą się zawsze pokora i przebaczenie. A to jest istota, sam rdzeń chrześcijaństwa.

Rodzina

„Od najdawniejszych lat – pisze Hennelowa w Niedowiarstwie moim – modlę się właściwie tak samo, przede wszystkim u początku i końca dnia. To jest jakaś najbardziej naturalna potrzeba i oczywistość. A także – ilekroć tylko przychodzi sygnał dający znać o tym wymiarze egzystencji, która przerasta człowieka: strach i radość, niepewność i bezsilność, bunt czy ulga i wdzięczność. Następuje wtedy odruchowe odniesienie do Boga: albo prośba – albo podziękowania – albo coś jeszcze bardziej podstawowego, co można by przetłumaczyć słowami: widzisz, jest ze mną tak i tak. Ze mną albo z kimś, kto mnie obchodzi”.

Kim jest ten ktoś, kto Hennelową obchodzi? To oczywiście każdy bliźni, przede wszystkim ten „skrzywdzony i poniżony”, wobec którego dokonuje się rachunku sumienia (czy pomogłem? czy nie zostawiłem w potrzebie?). Ale w kręgu najbliższym pozostaje zawsze rodzina. Józefa Golmont założyła rodzinę 19 czerwca 1954 r., gdy w krakowskim kościele Bożego Ciała poślubiła fizyka Jacka Hennela. Przeżyła z nim niemal dokładnie 60 lat – bez dwóch tygodni. I przez cały ten czas realizowała się nie tylko jako redaktorka i publicystka, ale także jako żona i matka. Świadectwem publikowane w „Tygodniku” w latach 70. cykle felietonowe: najpierw U nas w rodzinie, potem My rodzice. Byłem dorastającym, zbuntowanym szczeniakiem, gdy każdy numer „Tygodnika” przynosił mi także felieton Hennelowej. Nie umiałem wtedy tych tekstów docenić. Nie było tu humoru i przekory Kisiela, swady Żychiewicza, dowcipu Słonimskiego. Pisarstwo to było bardzo zasadnicze, bardzo cnotliwe, bardzo serio. A przecież w ówczesnym klimacie relatywizmu i permisywizmu świat wartości Hennelowej jawił się jako opoka, zapora przed zagrożeniami. Jaka ma być rodzina, jakie więzi powinny ją scalać, jakim problemom ma stawić czoło, w jaki sposób ma bronić własnej autonomii? Bo człowiek w rodzinie jest u Hennelowej zawsze na służbie, i w służbie tej znajduje potwierdzenie życiowego sensu. Oba cykle cieszyły się wielką popularnością, zostały też, i to niejednokrotnie, wydane w postaci książkowej. Dziś czytam te teksty i zdumiewa mnie empatia autorki, jej nieustanny namysł nad drugim, połączony także i w tym wypadku ze stałym pytaniem: czy się sprawdziłam? Ale zdumiewa też moralna siła tych wyznań: przejmująca tym bardziej, gdy się pamięta, że ich autorka stanie się po latach wybitnym polskim politykiem.

Aggiornamento

Życie rodzinne Józefy i Jacka Hennelów przypadło w większości na czas kościelnego aggiornamento. Kościół odpowiadający na problemy i lęki współczesnego człowieka, stwarzający przystań dla tego człowieka, uskrzydlający go i wznoszący do Boga – to były znaki II Soboru Watykańskiego, które stały się znakami nadziei tym większymi, że towarzyszyło im bankructwo idei „sprawiedliwości społecznej” i „realnego socjalizmu”. Dziś zadajemy sobie pytanie: była to ze strony Kościoła zmiana czy taktyka? Ale Hennelowa, tak jak Turowicz, wierzyła w autentyczność przemian.

Co oczywiście nie znaczy, by była kościelną progresistką. „Bardzo brak mi – wyznaje w Niedowiarstwie moim – w naszych dzisiejszych kościołach ciszy, którą pamiętam z lat dawnych. Tyle się w nich dzieje, że nie można właściwie liczyć na pobycie tam w milczeniu. A już Msza św. niedzielna jest tylko nieustanną gimnastyką, pod komendę: a teraz złóżmy wyznanie wiary, a teraz odmówmy modlitwę, której nauczył nas sam Jezus Chrystus itd., itd.” Jeżeli jednak ma Hennelowa sentyment do rytu trydenckiego (któż z nas, pamiętających dawne łacińskie msze, tego sentymentu nie odczuwa), to nie pozostaje on w sprzeczności z jej wizją aggiornamento. Bo też ona, podobnie jak cała jej „Tygodnikowa” formacja, wymykała się etykietkom typu „tradycja – postęp”, „prawica – lewica”.

Broniąc posoborowej „otwartości” Kościoła, broniła zarazem Hennelowa jego powszechności i jego… katolickości. Czuła się odpowiedzialna za Kościół: za jego autentyzm i za Prawdę, którą głosi. A od tej odpowiedzialności – zdaje się mówić – nikt katolika zwolnić nie może. I tych przekonań broni do dziś z żarliwością, o której nie da się rzec inaczej niż: młodzieńcza.

Spór

I stąd też jej spór z dzisiejszym polskim katolicyzmem. „Czytając – pisze w Otwartym, bo powszechnym – o kolejnych sytuacjach, kiedy Kościół, nie mogąc odzyskać zarekwirowanej kilka dziesiątków lat temu nieruchomości, otrzymuje inną, którą zabiera się samorządowi, i z miejsca sprzedaje z kilkukrotnym przebiciem, zastanawiam się, czy mój Kościół musi być aż tak po świecku zapobiegliwy?” Jak widać, i w tym przypadku „wracamy do Wilna”. Wszak pamięć Miłego Miasta podsuwała zawsze te dwa obrazy: przedwojenny pałac biskupa Jałbrzykowskiego oraz powojenne instytucje katolickie, odarte przez Sowietów ze wszystkiego. Mistrz Turowicza Jacques Maritain pisał, że Kościół powinien posługiwać się nie tylko „środkami bogatymi”, lecz i „środkami ubogimi”. U Hennelowej nawet kanonizacja Josemarii Escrivá de Balaguera, założyciela Opus Dei, nie wzbudziła entuzjazmu. „Naturalnym drugim skrzydłem dla ruchu Opus Dei mogła być przecież – zauważa – wyhamowana w latach pięćdziesiątych XX wieku działalność księży-robotników”.

Ale przestrzeń niezgody buduje nie tylko kult bogactwa szerzący się w Kościele – zjawisko, z którym (bez większego na razie rezultatu) usiłuje walczyć papież Franciszek. Hennelowa krytykuje sposób wprowadzenia religii do szkół czy przyjęcia konkordatu – sposób polegający na obchodzeniu bądź naginaniu prawa. Wierna naukom soborowym, nie chce korzystania przez Kościół z brachium saeculare – ramienia władzy świeckiej. A wreszcie: szukająca w kościele ciszy nie może pogodzić się z upolitycznieniem wiary. „Msze z udziałem polityków, np. te odprawiane na wałach jasnogórskich – pisała w »Gazecie Wyborczej« (27 lipca 2010) – to są już właściwie spektakle polityczne z przemową, okrzykami, brawami zwolenników, które czynią z mszy instrument polityczny”. Dla Hennelowej jest to profanacja.

Przestrzeń niezgody tworzy też sprawa aborcji. Ten tragiczny splot nieporozumień i złej woli ma dla Hennelowej wagę wyjątkową – jako kobiety i jako matki. Że jest ona przeciwniczką prawa zezwalającego na przerwanie ciąży – o tym świadczy jej list otwarty do ministra zdrowia z roku 1983 apelujący, by w Centrum Zdrowia Matki Polki aborcji jednak nie dokonywano. Ale i tutaj doświadczenie wileńskie przypomniało, że przy prawnym zakazie aborcji proceder ten – dostępny oczywiście tylko dla zamożnych – kwitł wtedy w najlepsze. I to przy wyrozumiałości opinii publicznej i środowisk kościelnych.

Dlatego w Niedowiarstwie moim list do ministra zdrowia sąsiaduje z listem do uczestnika „duchowej adopcji dziecka poczętego”. A ten znów tekst upomina się najpierw o sprawę zasadniczą – zwłaszcza dla polonistki, którą przecież jest Hennelowa: o znaczenie słów. W istocie, od 20 lat przeżywamy zalewanie polszczyzny pojęciami przejętymi z języka kościelnego – pojęciami albo nieostrymi, albo eufemistycznymi, albo sztampowymi. Czy więc – pyta Hennelowa – adopcja może być ograniczona w czasie? Czy opieka doraźna, trwająca kilka miesięcy, może być w ogóle nazwana adopcją? A potem sięga głębiej: czy ochrona życia dziecka może się dokonywać „przeciw matce”? I czy godzi się poprawiać własne samopoczucie przekonaniem, że jest się lepszym od matki, która „zamierza zabić”? „Chcę cię po prostu poprosić – pisze – żebyś w ciągu dziewięciu miesięcy tej twojej akcji nie »adoptował« żadnego poczętego dziecka, tylko żebyś prosił Boga, najgoręcej, najwierniej, najusilniej – za jego matkę”.

Pod prąd Niespokojnemu sumieniu Hennelowej nie wystarcza więc – jak Markowi Jurkowi, którego przykład gdzie indziej przytaczała – „opowiedzieć się za życiem”. I nieledwie bez znaczenia są „marsze w obronie życia”. Naprawdę istotne jest to, co życie chroni w sposób faktyczny i realny, a tym czymś jest ochrona matki, jej zdrowia, jej psychiki, jej statusu materialnego – po to, by chciała urodzić. Takie stanowisko zbliżało Hennelową do Jacka Kuronia, który – jak wyznał w jednym z wywiadów – pragnął „rozwiązać problem, a nie uspokoić sobie sumienie”. Kuroń był za legalizacją aborcji, uważał, że w przeciwnym razie problem spycha się do podziemia, a takich niebezpieczeństw był świadom także kolega Hennelowej z „Tygodnika” Tadeusz Żychiewicz, który mówił, że ginekolodzy będą teraz „stawiać wille nie po dziesięciu latach praktyki, ale po dwóch, bo będą mieli więcej lewego dochodu”. Hennelowa jednak, z właściwym sobie idealizmem, ale i z ważeniem racji wielu stron, uznała polską ustawę antyaborcyjną za „krok we właściwym kierunku”. To był też wyraz jej dyskretnego chrześcijańskiego feminizmu.

Czy coś to jednak dało? Czy i co się zmieniło po przyjęciu ustawy? „Na pewno – pisze Hennelowa – podniosła się świadomość doniosłości decyzji o przerwaniu ciąży, które nie jest już traktowane jak trywialny zabieg medyczny. Obawiam się jednak, że poza tym nie zmieniło się prawie nic. Kogo na to stać albo ma dojścia, pomoże kobiecie usunąć ciążę za granicą, albo i w kraju, byle znaleźć dyskretny gabinet ginekologiczny (dwuznacznych ogłoszeń nie brakuje)”. Rzadko spotyka się taką uczciwość: gotowość podważenia własnych racji, opatrzenia ich znakiem zapytania, przyznanie się do bezradności. Wszystko to przy stałości poglądów: przekonaniu, że życie ludzkie, jeżeli już zaistniało, jest święte. Że tego życia trzeba zawsze bronić.

Kolejną przestrzenią niezgody jest metoda in vitro. Uznanie jej przez polskich biskupów za „rodzaj wyrafinowanej aborcji” budzi u Hennelowej „głębokie niezrozumienie i niepokój”. „Jeśli (…) – pyta buntowniczo – in vitro jest niegodnym sposobem powoływania ludzi do życia, to kim są wedle Kościoła ci, którzy dzięki temu się narodzili – ten »głupi« milion ludzi? Za nich też umarł Chrystus czy nie?” Te pytania współbrzmią z podobnymi refleksjami innej katolickiej publicystki Haliny Bortnowskiej.

Jest wreszcie Hennelowa jednym z tych nielicznych publicystów katolickich, którzy poddali krytycznemu oglądowi kwestię lustracji. Jak wiadomo, w problematykę tę polscy katolicy weszli jak w masło, z ewangelicznym hasłem „Prawda was wyswobodzi” na ustach. Jaka jednak moc wyzwalająca kryła się w esbeckich papierach? „Jakbyśmy nie pamiętali – pisze Hennelowa – że w chrześcijaństwie wyznanie win, nawet najcięższych, nigdy nie odbywało się na placu teatralnym czy cyrkowym, ale na kolanach przed spowiednikiem. I jest objęte największą tajemnicą istniejącą w Kościele, której nic nie rozwiązuje”.

Ostatnia z Wilna

Zasłużyła na nagrody, medale i ordery. Zarobiła połajanki, obelgi i oszczerstwa. Jacek Woźniakowski, cytując kiedyś spotykające Hennelową kalumnie, przepraszał swą maszynę do pisania, że musi „ten gnój przepuścić przez jej czcionki”… Ale i życzliwi bracia katolicy nieraz ubolewali nad „zbłąkaniem” Hennelowej. Odmawiano z nią rozmowy, miażdżono milczeniem. Doprawdy, nie oszczędzono jej niczego.

A przecież gdybym wśród ludzi żyjących miał szukać wzoru prawości oraz wzoru żarliwości i głębi wiary – nie miałbym kłopotu z jego wskazaniem. Ta niezłomna kobieta, z żelaznym kręgosłupem przekonań, niepodatna na aktualne mody, jest jednym z ostatnich już przedstawicieli katolicyzmu otwartego. A był to katolicyzm (tak nam się przed laty zdawało) jedynie prawdziwy, jedynie ewangeliczny, jedynie możliwy do obecności – i to trwałej, rozszerzającej się obecności! – w skomplikowanym, pluralistycznym świecie.

Znów więc dziedzictwo Wilna? Nic dziwnego: jest Hennelowa ostatnią w kulturze polskiej pisarką z Wilna. Stanowi ostatnie ogniwo tego łańcucha polskich pisarzy, który w XVI w. zawiązali Stanisław Koszutski i Augustyn Rotundus, a który potem tworzyli przez stulecia Mickiewicz, Słowacki, Syrokomla, Miłosz… Z Hennelową dobiega końca pewna epoka: czas prób najwyższych, ale i wartości stałych. Wartości realizowanych – gdy trzeba – z bohaterstwem, a na co dzień z wrażliwością i empatią wobec Innego. Oraz z poczuciem wierności.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter