70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W odpowiedzi na polemikę

Celem mojego artykułu Wybór czy nakaz? było wskazanie na wyzwania, z którym mierzy się każda współczesna demokracja liberalna, próbująca ustanowić standard zachowań w społeczeństwie niejednorodnym światopoglądowo.

Niemal każdy akapit polemiki Henryka Woźniakowskiego z 717. „Znaku” zachęca do komentarza, zwłaszcza że jej autor często przedstawia moje stanowisko jako fałszywe, błędne lub wynikające ze zwykłego niezrozumienia istoty liberalnej demokracji lub fenomenu wolności religijnej. Z uwagi na ograniczone miejsce nie podejmuję się odpowiedzi na wszystkie uwagi wystosowane do stawianych przeze mnie tez, odsyłając zainteresowanych – w tym również autora tekstu polemicznego – do mojej ostatniej książki pt. Teista w demoliberalnym świecie, w której szczegółowo przedstawiam istotę sporu dotyczącego obecności teistów w procesie stanowienia powszechnie obowiązującego prawa w liberalnej demokracji. Wierzę, że lektura pozwoli czytelnikom potwierdzić nie to, że błądzę w swych refleksjach nad polityką, lecz – przeciwnie – że dostrzegam nieoczywistość powszechnie formułowanych twierdzeń o jej istocie w zachodnim świecie oraz wagę trudności takiego ustalenia spraw publicznych, by możliwie wiernie oddać następujący ideał liberalny: „Traktuj z równym szacunkiem wszystkich, z uwagi na to, że każdy winien się cieszyć równą wolnością, która nie zagraża wolności innych”.

***

Henryk Woźniakowski zarzuca mi, że dzielę osoby wierzące na „lekkoduchów wybierających sobie religię i jej treści à la carte oraz fundamentalistów religijnych”, przez co pozostawiam poza nawiasem większość osób wierzących. Twierdzenie to nie oddaje jednak precyzyjnie mojego stanowiska. Przypomnę, że dychotomia, stanowiąca oś mojego tekstu, odróżnia osoby, dla których przekonania religijne są swoistą zmienną osobniczą, a jej zawartość i udział w samoidentyfikacji jest przedmiotem ich decyzji, od osób, które spoglądają na swoje przekonania jako na siłę predefiniującą ich tożsamość. Tych pierwszych charakteryzuje „posesywne” spojrzenie na swe przekonania, ci drudzy akceptują „konstytutywny” charakter swej wiary. Dla pierwszych wolność religijna to w pierwszym rzędzie wolność do zachowania autonomii w ustalaniu swych przekonań. Dla drugich o istocie wolności religijnej decyduje zdolność do życia w zgodzie ze swymi przekonaniami, z nakazami sumienia. Pytanie o źródło tych przekonań i rolę wierzącego w ustalaniu ich treści towarzyszy naszej cywilizacji od niepamiętnych czasów, będąc źródłem namysłu filozofów i teologów. To ono stoi za dylematami Antygony. To ono zdecydowało o losie Tomasza Morusa czy Michała Serveta, o drodze życiowej Marcina Lutra i rzeszy innych nonkonformistów. Towarzyszy bowiem każdej osobie, która decyduje się stanąć w opozycji do politycznego establishmentu w obronie „swoich” przekonań, jako że niezdolna jest do ustępstw w imię zachowania jedności z tymi, którzy wyznaczają standard społecznych zachowań. Uważam, że współczesna myśl liberalna oraz praktyka liberalnego konstytucjonalizmu bazują na „posesywnym” obrazie religijnej tożsamości obywateli tworzących liberalną wspólnotę polityczną, co wpływa na nasze rozumienie wolności religijnej. Jednocześnie śmiem twierdzić, że utożsamianie „konstytutywnie zorientowanych” z fundamentalizmem religijnym – jak czyni to Henryk Woźniakowski – jest nadużyciem, jeśli nie definiuje się precyzyjnie, czym ów fundamentalizm miałby być, i pozostawia się odbiorcę z jego pierwszymi skojarzeniami, kształtowanymi przez media masowe. „Konstytutywny” charakter bezwolnie akceptowanych przekonań religijnych był niegdyś źródłem mocnego argumentu przywoływanego przez liberałów na rzecz wolności religijnej. Oto dwa krótkie przykłady w obronie wolności życia zgodnie ze swymi przekonaniami. John Locke ostrzegał: „Absurdem jest czynić prawem to, czego człowiek i tak uczynić nie zdoła. Wszak wiara, że to lub tamto jest prawdą, nie zależy od naszej woli”(1). Z kolei Thomas Jefferson otwarł swój Projekt statutu wolności religijnych Wirginii następującymi słowami: „W pełni świadomi tego, iż wiara i przekonania ludzi nie zależą od ich własnej woli, lecz mimowolnie kierują się świadectwem dostępnym umysłowi…” (2). Liberałowie naszych czasów spoglądają na tę kwestię inaczej, potwierdzając autonomię wyznawcy w ustalaniu treści swych przekonań.

***

Henryk Woźniakowski sugeruje, że opozycja „moja religia” / „własna religia” jest fałszującym rzeczywistość uproszczeniem i że możliwe są jakieś rozwiązanie pośrednie. Problem w tym, że ich nie nazywa i nie przedstawia nam żadnej skali, na której moglibyśmy samych siebie umiejscowić. Co więcej, uznaje, że stanowisko „moja religia” spycha nas w odmęty fundamentalizmu, bowiem wymaga bezkrytycznej akceptacji prawd wiary i praktyk z nimi związanych. Jednakże występowanie w obronie życia zgodnie z podstawami swej wiary, w których ustaleniu się nie uczestniczyło, lecz które się uznaje za prawdziwe, zwykle nie jest dowodem na fundamentalizm wyznawcy, ale na obronę przysługującej mu wolności praktyk religijnych.

Aby skutecznie rzecz zobrazować, warto przywołać spór wokół uboju rytualnego w Polsce. Kierując się potrzebą ochrony interesu publicznego – jako że jest to, jak podkreśla art. 31 konstytucji, wyłączny motyw ingerencji w prawa podstawowe – polski ustawodawca ingeruje w swobodę praktyk religijnych niezbyt licznej grupy mieszkańców Rzeczypospolitej: wyznawców religii mojżeszowej oraz islamu. Uzasadnienie ustawodawcy było – w powszechnej opinii – neutralne. Wykorzystywane argumenty jawiły się dla wielu jako rzeczowe i zasadniczo bezstronne światopoglądowo, lecz dla tych, w których sposób życia nowe prawo ingeruje, były one ewidentnie stronnicze. Spożycie mięsa niepozyskanego w odpowiedni sposób powoduje, że staję się „nieczysty” w oczach Stwórcy. Czy jest to przejaw fundamentalizmu? Dla osoby wyrosłej w kulturze chrześcijańskiej być może tak, ale dla wyznawców islamu i religii mojżeszowej już nie. Jakiekolwiek ustępstwo z ich strony w tej sprawie jest nie do przyjęcia. Ubój rytualny znajduje się w centrum tożsamości religijnej wielu Żydów i mahometan, którzy nie potrafią spojrzeć na nią z dystansu właściwego dla „politycznej słuszności”. Czy to oznacza, że państwo ma ustąpić przed oczekiwaniami wyznawców wszelkich religii i kultów? Gdzie wyznaczyć granice?

Są to pytania, które skłoniły mnie do podjęcia tematu relacji religii i prawa i które pozwalają odnieść się do kluczowego zarzutu Henryka Woźniakowskiego. Zauważa on, że ustawodawca w swym działaniu nie powinien uwzględniać wagi danej praktyki dla tożsamości wyznawcy, lecz koncentrować się na tym „czy ubój rytualny jest zgodny z przyjętymi normami traktowania zwierząt rzeźnych”. Otóż ubój ten, jeśli pozbawi się go kontekstu religijnego, jest oczywiście niezgodny z przyjętymi normami – jest nam po prostu obcy kulturowo i jawi się jako bezzasadne okrucieństwo. I w tym właśnie problem. Widać to w stwierdzeniu przez Trybunał Konstytucyjny niekonstytucyjności przywołanej ustawy i wezwaniu do ustanowienia lex specialis wyłącznie w trosce o uszanowanie potrzeb osób określonych religii, które stoją przed koniecznością, a nie wyborem takiego bądź innego sposobu pozyskiwania mięsa. Sędziowie Trybunału „poprawiają błąd” ustawodawcy, który nie znalazł „politycznego” argumentu na rzecz dopuszczenia uboju rytualnego. W świecie proponowanym nam przez Henryka Woźniakowskiego taki argument de facto nie istnieje, wszak jest to praktyka oparta na przekonaniach religijnych części członków demos.

Mój polemista twierdzi również, że osoba niezdolna do uwolnienia się argumentacyjnie, a pewnie również motywacyjnie, od swej tożsamości religijnej w sferze publicznej nie posiada odpowiednich kwalifikacji, by uczestniczyć w procesie stanowienia prawa ogólnie obowiązującego. Zauważmy jednak, że prawo wyznacza standard również dla jej postępowania. W kraju względnie homogenicznym światopoglądowo koszt przyjęcia danego, „rozumnego i neutralnego standardu” przychodzi ponieść wyznawcom niszowych wierzeń, których siła głosu w akcie wyborczym jest znikoma. Dowodów dostarcza nie tylko orzecznictwo europejskich sądów konstytucyjnych, ale również Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Obraz świata polityki przedstawiany nam przez Henryka Woźniakowskiego, w którym reprezentanci demosu (1) posługują się powszechną rozumnością, (2) odwołują się do powszechnych skojarzeń w odniesieniu do takich wartości jak sprawiedliwość czy solidarność, (3) kierują się troską o cały naród i są motywowani troską o jego niepodzielne dobro, a ci, którzy nie posiadają takich zdolności, powinni się trzymać z dala od polityki (bo brakuje im kompetencji merytorycznych i moralnych), jest mirażem. Nie tylko teoria, ale i praktyka zachodnich demokracji, przekonuje nas, że ideał ten jest nieosiągalny. Rządy demokratyczne, pomimo odpowiednich gwarancji konstytucyjnych, pozostawiają większości parlamentarnej zdolność definiowania standardu postępowania wszystkich członków społeczeństwa. To ona rozpoznaje dobro publiczne, interes publiczny oraz zasady współżycia społecznego. Ona również nadaje „polityczny” kontekst temu, co „słuszne”. Decyzje ustawodawcy nieraz dotkliwie doświadczają obywateli, którzy nie są w stanie dostosować się do standardu wyznaczanego przez większość bez zanegowania swej tożsamości, którą przyjmują za daną, nie zaś wybraną.

Według Henryka Woźniakowskiego osoby stanowiące prawo w liberalnej demokracji rezygnują w imię neutralności światopoglądowej państwa oraz prawnej równości obywateli z wgłębiania się w źródła tożsamości adresatów prawa czy też w jej treść. Adresatem prawa powszechnie obowiązującego są wszak w równym stopniu wszyscy obywatele jako tacy, nie zaś wyznawcy tej czy innej religii. Rzecz w tym, że jest to ideał właściwy dla „posesywnej” perspektywy. Jeśli uznamy, że przekonania mogą być cechą decydującą o kondycji adresata prawa, której wszak wolicjonalnie nie „nabył”, otwiera się przed nami możliwość odstąpienia od zasad równości formalnej, ślepej na specyfikę jego kondycji. Z możliwości tej skorzystał polski Trybunał Konstytucyjnej w przywołanej sprawie warunków uboju i niejednokrotnie amerykański Sąd Najwyższy. Dla przykładu, w 1963 r. sędziowie SN potwierdzili słuszność roszczenia Adeli Sherbert, adwentystki dnia siódmego, domagającej się uznania jej prawa do zasiłku z uwagi na trwałą niezdolność do pracy, jako że nie mogła, z racji swych przekonań, świadczyć pracy w trybie sześciodniowym, a tylko taka praca była oferowana w jej miejscu zamieszkania. W sprawie Sherbert v. Verner światopogląd powódki został ostatecznie uznany za cechę, która nie jest uzależniona od jej woli, mimo że rozpoznający jej wniosek urząd pracy wskazywał pierwotnie, że subiektywne przekonania nie mogą decydować o kwalifikacji do zasiłku na równi ze stanem zdrowia, czyli obiektywną zmienną przewidzianą przez ustawodawcę stanowego.

***

Mój tekst z 716. nr „Znaku” był o potrzebie dostrzeżenia takich osób jak Adela Sherbert oraz złożonego sposobu ich funkcjonowania w warunkach właściwych dla współczesnej liberalnej demokracji – deklarującej oddanie sprawie wolności religijnej. Nie wiem, do jakiego stopnia demoliberalne państwo winno uwzględniać w swym funkcjonowaniu „nietypowe” oczekiwania wyznawców mniej lub bardziej „oryginalnych” dla nas religii czy kultów, deklarujących „konstytutywny” charakter swych wierzeń, oraz czy przypadkiem ustępstwo wobec praktykujących ubój rytualny nie jest przekroczeniem granic rozsądku. Nie sądzę jednak, że odpowiedź na to pytanie zna Henryk Woźniakowski. Angażowanie tu tak abstrakcyjnych konstrukcji, jak dobro wspólne, dobro narodu, rozum praktyczny czy powszechna rozumność i zasady współżycia społecznego itp., nie zbliża nas do punktu równowagi między interesem publicznym i potrzebami takich wyznawców.

O jednym jednak jestem przekonany: takie osoby współtworzą nasze społeczeństwa i są ich pełnoprawnymi członkami. Winniśmy przynajmniej spróbować zrozumieć ich potrzeby i uważnie wsłuchiwać się w ich racje, nawet jeśli brzmią dla nas przy pierwszym kontakcie niewiarygodnie lub dziwacznie. Tego wymaga zwyczajny szacunek: uznanie ich podmiotowej równości wobec nas. Stosowanie określenia „fundamentalista” w odniesieniu do tych, którzy gotowi są posługiwać się w sferze publicznej niezrozumiałym dla wielu argumentem „moja religia tego ode mnie wymaga” – co żywo przypomina „tu stoję, inaczej nie mogę” Marcina Lutra – nie buduje przestrzeni dla naszego spotkania. Twierdzenie Henryka Woźniakowskiego, że brak im kompetencji merytorycznych i moralnych, by współuczestniczyć w stanowieniu prawa, również temu nie sprzyja. Podobnie zresztą jak popularna aktualnie narracja „uprzedmiotawiająca” religię. Pamiętajmy, że to kondycja uczestników mniejszościowych światopoglądów decyduje o jakości konstytucyjnej ochrony wolności praktyk religijnych, nie zaś samopoczucie tych, których przekonania dominują w społeczeństwie.

.

1 J. Locke, A Letter Concerning Toleration, red. J. Brook, Yorkshire 1796, s. 47.

2 W. Osiatyński, Wizje Stanów Zjednoczonych w pismach Ojców Założycieli, Warszawa 1977, s. 206.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata