70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Postscriptum

Wymiana uwag z Henrykiem Woźniakowskim wzmacnia moje przeświadczenie, że temat ten jest nam obu bliski, jako że kwestia ustalenia właściwych relacji między państwem a religią autentycznie nas nurtuje, z tym że tam gdzie mój polemista widzi sprawę jasno, mój obraz jest zamazany, tam gdzie on jest przekonany o słuszności naszych cywilizacyjnych uzgodnień, ja wciąż mam wątpliwości.

Po pierwsze, pytanie o wolność wyznawcy w obliczu Boga towarzyszy nam od niepamiętnych czasów i nie zdołamy tej kwestii rozstrzygnąć. Nie zamknął jej zresztą sam Józef Tischner, na którego autorytet powołuje się Henryk Woźniakowski. W jego filozofii dramatu fakt, że ktoś nawiązał ze mną rozmowę, jest bezsprzecznie ingerencją – bez mojego przyzwolenia – w mój świat (w moją wolność do bycia nieniepokojonym) – nie mogę bowiem zignorować tego zdarzenia ani też udawać przed sobą, że nie miało ono miejsca. Odnosząc rzecz do Boga: nie sposób zignorować faktu wołania „Adamie, gdzie jesteś?” lub „Samuelu, Samuelu”, jeśli ono już zabrzmi w mym życiu i wciąż na nowo powraca. To, co mogę (wolno mi), to się Jemu pokazać lub pozostać w ukryciu; w obliczu uporczywości Jego wołania mogę zwrócić się do osoby trzeciej (w przypadku Samuela był to Heli) z prośbą o przedstawienie osoby wołającego lub też konsekwentnie zamykać się na wyjaśnienia innych. Są to jednak dwa różne „momenty wolności”. I rzecz najważniejsza: są tacy, dla których to wołanie jest wręcz obezwładniające – nie mogą się od niego uwolnić, nawet jeśli bardzo by tego pragnęli. Osoby te czasami nie odróżniają „momentu wołania” od „momentu odpowiedzi na nie”. Czy są to fundamentaliści? Jeśli tak, to byli nimi biblijni Noe, Jakub, Mojżesz, Samuel czy Jonasz (pomimo jego walki z [po]wołaniem), a także bohaterowie chrześcijan: apostołowie, w tym Szaweł, który stał się Pawłem, gdyż inaczej nie mógł, i wielu, wielu innych. Podsumowując ten wątek, nie sądzę, by dane nam było wypracowanie wspólnego rozumienia istoty wiary i udziału wolności wyznawcy w jej przyjęciu. Nie sądzę również, by miało to znaczenie dla wielu wyznawców żyjących pośród nas.

Po drugie, czy dla władzy publicznej w liberalnej demokracji powyższa obserwacja ma znaczenie? Śmiem twierdzić, że czasami ma, choć zazwyczaj – nad czym ubolewam – nie ma. W sprawie Adeli Sherbert amerykański SN nie potwierdził „wyższości” „przemożnego interesu publicznego” nad swobodą świętowania dnia Szabatu, będącego dla Sherbert niczym innym jak obowiązkiem, któremu musiałaś się poddać. Jednocześnie potwierdził tego rodzaju „wyższość”, jak zauważa Henryk Woźniakowski, w kwestii wielożeństwa mormonów i rytualnego spożywania pejotlu. Nie oznacza to jednak, że rozstrzygnięcia sądów konstytucyjnych pozbawiają nas wątpliwości. W reakcji na decyzję SN w sprawie pejotlu używanego, przypomnijmy, przez rdzennych Amerykanów w celach rytualnych Kongres przyjął ustawę negującą decyzję sądową, nazywając ją wymownie Ustawą o przywróceniu wolności religijnej. I choć judykatywa wielokrotnie podważała decyzję legislatury federalnej, to ostatecznie ją uznała i praktyka rytualnego spożywania pejotlu nie jest aktualnie przestępstwem w USA. Ważenie interesu publicznego i swobody praktyk religijnych zawsze było i pozostanie przedsięwzięciem obarczonym sporym ryzykiem błędu, gdyż są to tzw. trudne przypadki (hard cases).

Na koniec apeluję o ostrożność w używaniu pojęcia „dobra powszechnego” („dobra Narodu”), jako że zbyt często jest ono źródłem pozornego uzasadnienia dla ograniczeń wolności wielu spośród nas.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter