70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy smok rozumie niedźwiedzia?

Na korzyść Chin działa odmienny styl prowadzenia polityki: Rosja, notorycznie zawyżając swoją pozycję i wysuwając się na pierwsze miejsce, świetnie służy Chinom, stając się dla Pekinu wymarzonym politycznym parawanem, za którym można się schować i po cichu realizować własne interesy.

Jakiś czas temu gościła w Polsce grupa chińskich badaczy tworzących zaplecze doradcze ówczesnego przewodniczącego ChRL Hu Jintao. Oprócz licznych spotkań w ośrodkach akademickich i analitycznych mieli oni w programie również wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Po wyjściu stamtąd przewodnicząca delegacji zwróciła się do swoich chińskich kolegów, mówiąc o Polakach: „Oni nie nauczyli się Rosji” (Mei xue Eluosi). Z kolei w Sejmie, na spotkaniu z Komisją Spraw Zagranicznych, po przemowie naszych polityków o tym, że Rosja się zmienia, że tworzy się w niej klasa średnia, która z czasem niechybnie doprowadzi do zdemokratyzowania się kraju i włączenia go do europejskiej rodziny narodów, chińska przewodnicząca stwierdziła: „A więc naprawdę wierzycie, że można wpuścić dzikie zwierzę do domu i że ono zacznie się zachowywać w sposób cywilizowany?”.

Polityka Państwa Środka

Reakcje ze strony członków tej delegacji świetnie pokazują chińską percepcję świata i sposób prowadzenia polityki – jakże odmienny od polskiego czy nawet europejskiego. Każde ze zdań tu przytoczonych można uogólnić i przedstawić jako polityczne założenia Państwa Środka. Po pierwsze więc, historyzm: jeśli ma się 5 tys. lat historii i żywi się przekonanie, że lubi się ona powtarzać, to polityczna perspektywa jest zupełnie inna. Gdy Mao Zedong przygotowywał się do wojny z Indiami w 1962 r., powiedział swoim doradcom, że Chiny stoczyły z Indiami „półtorej wojny” (miał na myśli konflikty z VII i XVI w.) i biorąc z tych kampanii przykład, warto zaatakować. Jak zauważył Henry Kissinger: „w każdym innym kraju byłoby nie do pomyślenia, żeby nowoczesny przywódca rozpoczął duże przedsięwzięcie o narodowej skali, odwołując się do strategicznych zasad rządzących wydarzeniami sprzed tysiąca lat; tym bardziej, by jego współpracownicy wychwycili aluzję” (1). Patrząc z takiej perspektywy, zyskuje się spokojne spojrzenie i czasowy dystans. Przypomnijmy, że Mao wygrał starcie z Indiami, pokonując politycznego idealistę Jawaharlala Nehru.

Drugie założenie dotyczy rozdzielenia aksjologii od polityki. Ten motyw łączy chińską myśl z klasycznym realizmem politycznym – wywodzącym się, nawiasem mówiąc, m.in. od chińskiego myśliciela Sun Zi. Hans Morgenthau, klasyk w dziedzinie studiów międzynarodowych, tłumaczył to w sposób następujący: „świat jest taki jak człowiek – niedoskonały: składa się ze sprzecznych interesów, niekompatybilnych wartości i jest miejscem, gdzie zasady moralne nigdy nie są w stanie być zrealizowane w pełni [,co powoduje, że] realizm polityczny skupia się raczej na próbie realizacji mniejszego zła niż absolutnego dobra” (2). Ta relatywistyczna postawa dobrze współgra z chińską filozofią, w której wszystko jest względne – nie ma jednej prawdy absolutnej, świat składa się z nachodzących na siebie i uzupełniających się przeciwności, podlegając ciągłej przemianie. To dlatego Chińczycy nie mieszają sfery wartości i interesów (jak to ma miejsce u nas): jeśli widzą w czymś interes, będą dogadywać się nawet z samym diabłem – tym bardziej że w niego nie wierzą. Zamiast ust pełnych frazesów wolą chłodny realizm. Z chińskiej perspektywy łączenie aksjologii z polityką świadczy albo o hipokryzji w duchu amerykańskim, albo o niekompetencji (skoro brakuje argumentów merytorycznych, używa się aksjologicznych, co dowodzi nierzeczowości i infantylizmu). Sami wybierają cynizm, nie hipokryzję.

Chiny nie dały się np. przekonać o powszechnie błogosławionej roli demokracji. Nie uważają jej za wartość uniwersalną, lecz za zachodni wynalazek, dość ułomny zresztą. Ceniąc sobie stabilność i możliwość przygotowywania prognoz na długie lata, postrzegają władzę jako siłę gwarantującą rozwój, przez co nie mogą doceniać tak nieprzewidywalnego ustroju. Demokracja w spojrzeniu chińskim to prosta droga do chaosu. Nagle może przecież wygrać partia, która podważy dotychczasowy porządek i całe dziesięciolecia zostaną zaprzepaszczone. Dlatego z ich perspektywy na Zachodzie trwa ciągła wojna domowa – nieustannie zmieniają się władcy i nie widać jednego kierunku rozwoju. W tym bałaganie nie wiadomo, z kim należy rozmawiać. Z prawami człowieka jest jeszcze gorzej: w języku chińskim na określenie „władzy” i „prawa” istnieje to samo słowo (quan) – kto ma władzę, ten posiada też prawo. W Europie państwo jest odseparowane od jednostki, a w Chinach stanowi przedłużenie rodziny. Jak można domagać się prawnych obwarowań od ojca czy wuja? Demokracja i prawa człowieka są więc według Chińczyków zachodnimi instrumentami służącymi poszerzaniu stref wpływów i ingerencji w sprawy wewnętrzne innych państw.

Sprawia to, że przywódcom w Pekinie znacznie łatwiej podchodzić do Rosji bez złudzeń, nie popełniając przy tym naiwnych błędów. Ta trzeźwa postawa jest nauczką, jaką wyciągnęli z historii, w tym m.in. ze zmagań z Rosją. Chińska dominacja Pierwszy kontakt Rosji i Chin był w istocie zderzeniem dwóch wizji świata. Nastąpił w II połowie XVII w. w wyniku rosyjskiej kolonizacji ziem nad Amurem w wykonaniu Jerofieja Chabarowa – rosyjskiego odkrywcy, kolonizatora, biznesmena i konkwistadora w jednej osobie – oraz jego następców. Były to tereny słabo zaludnione i de facto niczyje, ale cesarz chiński traktował je jak swoje. Bo – nawiasem mówiąc – wszystkie ziemie były jego. Cesarz Chin był władcą Tianxia, czyli wszystkiego, co pod niebem, sprawując na ziemi władzę zgodnie z mandatem Niebios. To powodowało, że Chińczycy postrzegali swój kraj jako jedyny prawdziwy ośrodek cywilizacji i trwali w absolutnym przekonaniu o wyższości Chin nad „barbarzyńcami”, za których uważano wszelkie inne narody. Cesarstwo chińskie było tworem uniwersalnym, w swych założeniach pełniło funkcję suwerena wobec wszystkich pozostałych. Poza granicami cesarstwa zauważano, rzecz jasna, i inne państwa, ale nie były one ani w pełni odrębne, ani równoprawne. Każdy kraj utrzymujący stosunki z Chinami automatycznie stawał się ich wasalem – nawet gdy o tym nie wiedział. Gdy więc król Jan III Sobieski pisał listy do cesarza Kangxi w sprawie wspólnej wyprawy na Rosję (z której, niestety, nic nie wyszło), to nawet nie przypuszczał, że zostały one uznane za hołd, może nie do końca zgodny z chińskim protokołem, ale wybaczalny w świetle faktu, że ten odległy barbarzyńca chciał poznać światło cywilizacji i miał dobry pomysł polityczny. Generalnie bowiem wobec krajów istniejących poza chińskim systemem wai-fan stosowano mieszankę pogardy, współczucia i litości – w końcu to ich strata, że pozostają poza cywilizowanym światem. Właśnie w tym wyraża się sinocentryczne podejście do świata: Chiny są do tego stopnia przekonane o własnej wyższości, wartości i wspaniałości swoich rozwiązań, że nie muszą tego udowadniać. Powodowało to względną pokojowość cesarstwa chińskiego.

Przekonanie o własnej wyższości pozostało w chińskich elitach po dzień dzisiejszy, choć zostało skutecznie zakamuflowane. Obecnie nazywa się to „unikatowością chińskiego modelu rozwoju”.

Rosjanie w XVII w. nie tylko naruszyli reguły chińskiego świata, chcąc przejąć ziemie nadamurskie, ale na dodatek nie potrafili okazać należnego szacunku. Pierwszy rosyjski poseł na dwór chiński Fiodor Bojkow, opierając się na europejskiej tradycji równoprawności stron i horyzontalnych stosunków między państwami, odmówił wykonania gestu koutou (dziewięciokrotnego padnięcia na twarz przed cesarzem). Gdy okazało się, że po łaskawie przyznanym mu czasie na nauczenie się manier wciąż był krnąbrny, na chińskim dworze uznano, że „nie rokuje nadziei na ucywilizowanie się” (3), i odprawiono go z powrotem do Moskwy. Gdy zaś w końcu zorientowano się, że słowiańscy goście nad Amurem (4) nie są sezonowymi najeźdźcami, tylko próbują zakładać stałe osady, postanowiono dać temu kres. W 1689 r. w obliczu przeważających sił chińskich Rosjanie zmuszeni zostali do podpisania traktatu w Nerczyńsku, w którym zrzekli się tych ziem w zamian za obietnicę handlu. Zaakceptowali tym samym reguły chińskiego świata: wbrew tradycji europejskiej uznali wyższość Chin (kolejni posłowie rosyjscy już wykonywali koutou), więc mogli zostać nagrodzeni zgodą na handel. Pierwszy okres w stosunkach rosyjsko-chińskich jest istotny o tyle, o ile obecny wyłaniający się model relacji rosyjsko-chińskich jest w swej istocie nawiązaniem do tamtych czasów. Obraz dominujących Chin i Rosji godzącej się pod presją rzeczywistości z tym faktem, ale też usiłującej wyciągnąć z tej sytuacji maksymalnie dużo korzyści, bardzo przypomina XVII i XVIII w. – jest więc to poniekąd „powrót do przeszłości”.

Komunizm jako nacjonalistyczne narzędzie

Począwszy od XIX w., model ten runął w gruzach. Rosjanie wykorzystali osłabienie Chin w wyniku I wojny opiumowej (1839–1842) i wymusili na nich zrzeczenie się Nadamurza i Kraju Ussuryjskiego. Rosji udało się bez walki wykroić największy kawałek „chińskiego tortu”. Z perspektywy rosyjskiej była to niejako sprawiedliwość dziejowa. Z perspektywy chińskiej zaś przesądzające o aneksji tych ziem traktaty w Ajgunie (1858) i Pekinie (1860) są uznawane za „nierównoprawne” (bu ping de tiaoyue) – czyli jako narzucone Chinom przez mocarstwa kolonialne. Od tego momentu radykalnie zmienił się na kolejnych 100 lat model relacji rosyjsko-chińskich: zaczęła niepodzielnie dominować w nich Rosja, czy jako Imperium Rosyjskie, czy jako ZSRR. Okres radziecki charakteryzuje się nieustającą próbą kontroli Chin poprzez ruch komunistyczny (poniekąd stworzony przez samych Sowietów). Jednakże maoiści byli bardziej nacjonalistami niż komunistami. W Azji marksizm był rozumiany jako sposób na wyzwolenie narodowe spod okupacji kolonialnej i modernizację, a nie na przywrócenie sprawiedliwości klasowej czy budowanie systemu światowego. Chiński komunizm nie oznaczał więc zgody na dominację Rosjan. Mao na pytanie, czy Chiny staną się rosyjską kolonią, odpowiedział, że „prędzej zbudowana zostanie kolej na Marsa” (5). Zresztą sama historia dojścia Mao do władzy jest, po pierwsze, opowieścią o kłótni w chińskiej rodzinie (konserwatywny nacjonalista Czang Kaj-szek kontra marksistowski nacjonalista Mao Zedong), a po drugie, opowieścią o emancypacji wobec Moskwy. To tłumaczy późniejszy sławny konflikt radziecko-chiński, będący tak naprawdę starciem dwóch mocarstw o przywództwo w ruchu komunistycznym. Gdy Zhou Enlai nazywał ekipę Breżniewa „zdegenerowaną kliką rewizjonistycznych socjalimperialistów” (6), próbował po prostu zdyskredytować głównego przeciwnika, gdyż biorąc pod uwagę marksistowską ortodoksję, maoizm był stukrotnie większym rewizjonizmem niż wszystko, co wymyślili Lenin i następcy. Proamerykańska wolta Pekinu z 1972 r. (zainaugurowana wizytą Richarda Nixona w Pekinie), będąca następstwem wyzwolenia się spod wpływów ZSRR, doprowadziła pośrednio do upadku radzieckie imperium, przede wszystkim zaś dała chińskim elitom szansę na „przywrócenie należnego im miejsca w świecie”. Trzeba pamiętać, że chińskie elity – bez względu na kolor barw – są przede wszystkim nacjonalistami: ich najważniejszym celem jest odbudowa potęgi własnego państwa. Wszelkie -izmy są tylko mniej lub bardziej skutecznymi narzędziami służącymi osiągnięciu tego celu. To powoduje, że chińskie władze trzymają się zasad realizmu politycznego: kierują się interesami, a nie wartościami, są pragmatyczne, nie mają ani złudzeń, ani skrupułów. Polityczna wizja świata płynąca z Pekinu jest głęboko pesymistyczna – panuje w nim anarchia, a wygrywa ten, kto jest silny i polegać może tylko na sobie.

„Ufaj, ale sprawdzaj”

Cztery wieki kontaktów z Rosją nauczyły Chińczyków, jak z nią odpowiednio postępować. Po pierwsze więc, należy umiejętnie ją podchodzić: łechtać jej próżność i dobijać targu. Chiny nie świętowały upadku ZSRR, nie pouczają też Kremla w sprawach wewnętrznych. Publicznie oddają Rosjanom wszystkie możliwe hołdy, wiedząc, że tego ich wielkomocarstwowej tęsknocie potrzeba. Kiedy rosyjscy decydenci przyjeżdżają do Państwa Środka, czekają na nich armaty, parady i podniosłe słowa o odrodzonej, wielkiej Rosji. Tak naprawdę jednak Chińczycy Rosji nie szanują. Z ich perspektywy jest to kraj zacofany, źle zorganizowany, niecywilizowany i mało atrakcyjny – niemogący w żadnym razie być przyrównany do najważniejszych państw Zachodu posiadających rzecz bezcenną: zaawansowane technologie. Rosja jest dla Chin przede wszystkim upadłym imperium, które dało się pokonać Zachodowi (w dużej mierze na własne życzenie). ZSRR przegrał na płaszczyźnie ideologicznej, przyjmując zachodnie eksperymenty, takie jak np. głasnost. Za Władimira Putina Rosja otrzeźwiała i odrzuciła szkodliwe dla niej politycznie idee, za co jej obecny prezydent jest szanowany i ceniony w Pekinie. Tego jednak, co utracono, nie da się szybko nadrobić. Chiny wiedzą, że Rosja nie jest już potęgą, choć bardzo chciałaby nią być. Na korzyść Chin działa odmienny styl prowadzenia polityki: Rosja, notorycznie zawyżając swoją pozycję i wysuwając się na pierwsze miejsce, świetnie służy Chinom, stając się dla Pekinu wymarzonym politycznym parawanem, za którym można się schować i po cichu realizować własne interesy.

Po drugie, nigdy nie należy Rosji ufać. Chiny stosują wobec niej maksymę Dzierżyńskiego: „Ufaj, ale sprawdzaj”. Z perspektyw chińskiej Rosja to partner ograniczonej użyteczności i jeszcze bardziej ograniczonego zaufania. Wiadomo bowiem, że polegać na niej nie jest rozsądnie, gdyż nigdy nie można mieć pewności, że nie poświęci ona któregokolwiek z porozumień dla kolejnej wolty w relacjach z Zachodem, a może nawet – gorzej – z Japonią. Pekin w relacjach z Rosją daje więc dowody swego legendarnego pragmatyzmu: przyjął utylitarną zasadę, by „brać co jest” i nie przejmować się zbytnio szumnymi hasłami o przyjaźni. Liczy się to, co konkretne, tzn. strategicznie zabezpieczone terytorium i zapewnione dostawy surowców (w tym drewna z rosyjskiego Dalekiego Wschodu). To dlatego atmosfera rosyjsko-chińskich szczytów jest bardzo biznesowa: „tam nie ma rozmów bez krawata, wspólnego chodzenia na piwo czy do łaźni” (7). To spotkanie dwóch cywilizacji, które mają ze sobą bardzo mało wspólnego, nieszczególnie się lubią, ale mają interes w tym, by się porozumieć. Uściski i poklepywania są tylko przed kamerami. Rosja jest dla Chin „pierwszorzędnym partnerem drugorzędnym”, który w zamian za uznanie swojej pozycji okazuje się użyteczny tak w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej. Chiny zaś bezwzględnie wykorzystują swoje atuty, by narzucić agendę wzajemnych stosunków, które można określić, parafrazując znane chińskie określenie, jako „asymetryczne win-win” – obie strony zyskują, ale to Pekin zyskuje więcej, znacznie więcej.

Po trzecie, kierować się bieżącymi interesami, a nie resentymentami. Chińczycy doskonale pamiętają o zagarnięciu prowincji nadamurskich, ale z chińskiej perspektywy ta sprawa może poczekać kilka dziesięcioleci, a nawet stuleci – aktualnie koncentrują się na innych kwestiach. Deng Xiaoping uczył swoich następców: „Ukrywaj swoje możliwości, czekaj na stosowną chwilę” (Tao guang, yang hui), co dobrze łączy się z chińskim powiedzeniem: „Jeśli ktoś ci zrobił krzywdę, to siądź nad brzegiem, a pewnego dnia woda wyrzuci na brzeg ciało twojego wroga”. Politycznie w stosunku do Rosjan Chińczycy właśnie siedzą nad rzeką. Rosyjski Daleki Wschód – a więc tereny odebrane Chinom – traktują jako kolonię surowcową, którą należy wyeksploatować jak tylko się da – zabrać ropę, gaz, wodę i drewno. To sprawia, że polityka chińska wobec rosyjskiego Dalekiego Wschodu przypomina tę wobec Laosu – Chiny chcą go ogołocić – „wycisnąć jak cytrynę i wyrzucić”, jak mawiał Stalin (8). Wbrew doniesieniom medialnym nie kolonizują tego regionu, wysyłając tam potajemnie ludność (jest wręcz przeciwnie: Chińczyków jest tam za mało, a dodatkowo Pekin od lat 90. XX w. blokuje oddolne próby migracji, by nie psuć relacji z Rosją). Chiny wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na żaden błędny ruch, gdyż Rosjanie są bardzo czuli na punkcie utraty ziemi, a przyjazna Rosja oznacza „spokój od północy”. A najazdu z tego kierunku obawiały się zawsze – to stamtąd przychodzili stepowi nomadzi, pustosząc przez wieki Państwo Środka. Obecnie Chińczycy po raz pierwszy od kilku tysięcy lat czują się od północy bezpieczni – czego najlepszym dowodem jest fakt, że w ogóle nie stacjonują tam ich wojska. Zrobią wiele, by ten korzystny model utrzymać.

Wreszcie po czwarte, ostatnio najważniejsze: Rosja jest ważnym, choć ubocznym elementem wspierającym ogólną chińską strategię „powrotu na należne miejsce”, czyli stania się ponownie hegemonem światowym. Parafrazując słynną metaforę Zhao Ziyanga (9), chociaż do tej pory przechodząc przez rwącą rzekę, Chiny niezwykle umiejętnie stąpały po kamieniach i nawet widzą już drugi brzeg, to wciąż mogą się wywrócić, a aktualny hegemon zrobi wiele, by się przewróciły. W tym kontekście Rosja z jej ogromnym rezerwuarem surowców jest chińską polisą ubezpieczeniową. Jeśli Pekin uczyni z Syberii „azjatycką Kanadę”, surowcowe zaplecze pozwalające na dokończenie gigantycznej modernizacji, to zdobędzie władzę nad rdzeniowym obszarem Eurazji: jedynym miejscem, gdzie może narodzić się zagrożenie dla morskiej potęgi aktualnego hegemona, czyli Stanów Zjednoczonych.

Ziszczenie się tej wizji oznacza powrót do sinocentrycznego świata. Tak jak dawniej, czyli przed końcem potęgi chińskiej w wyniku I wojny opiumowej, w wizji Państwa Środka inne podmioty międzynarodowe mogły istnieć i swobodnie funkcjonować pod warunkiem uznania „naturalnej” wyższości i zwierzchności chińskiej, tak teraz Rosja również będzie mogła się rozwijać, a nawet integrować obszar byłego ZSRR („zbierać ziemie ruskie”) pod warunkiem uznania prymatu chińskiego i stania się chińskim „młodszym bratem”. Z perspektywy Pekinu będzie to powrót nie tyle do przeszłości, ile do normalności. Droga do tego wciąż odległa, ale chińskie elity planują zamierzenia polityczne na dekady (a nie na lata ani miesiące – od wyborów do wyborów), mają czas i potrafią czekać.

***

Czy więc Chińczycy rzeczywiście nauczyli się Rosji? Odpowiadając na to pytanie, wystarczy popatrzeć na rezultaty. Kryzys ukraiński wiąże Rosję, uniemożliwia porozumienie amerykańsko-rosyjskie (będące strategicznym koszmarem Pekinu) i powoduje jej podatność, by nie powiedzieć: bezbronność, wobec Pekinu. Chiny zaś, wierne swojej tradycji, cierpliwie budują dominującą pozycję polityczną i psychologiczną, tak by doprowadzić przeciwnika do świadomej rezygnacji (największym zwycięstwem jest wygrać, nie musząc walczyć). Zwycięstwo w tym ujęciu nie oznacza triumfu sił zbrojnych, lecz raczej realizację ostatecznych celów politycznych – zamiast rzucać wyzwanie do walki, lepiej jest zepchnąć przeciwnika na niekorzystną pozycję. Celem jest osiągnięcie zwycięstwa niebezpośrednio, poprzez zwodzenie i manipulowanie przeciwnikiem. Sun Zi „radzi dowódcy, by zmusił wroga do realizowania jego celów i zepchnął go na pozycję tak niedogodną, że sam wybierze kapitulację swojej armii albo państwa w nienaruszonym stanie” (10). Te ostatnie słowa świetnie opisują obecny stan relacji chińsko-rosyjskich.

.

1 H. Kissinger, O Chinach, tłum. M. Komorowska, Wołowiec 2014.

2 H. Morgenthau, Politics Among Nations. The Struggle for Power and Peace, Nowy Jork 1948, s. 3.

3 Cyt. za: M. Mancall, Russia and China. Their Diplomatic Relations to 1728, Cambridge 1972, s. 30‒36.

4 Ciekawym wątkiem w pierwszym etapie relacji rosyjsko-chińskich jest postać Polaka Nicefora Czernichowskiego, więcej o nim w: E. Kajdański, Długi cień Wielkiego Muru. Jak Polacy odkrywali Chiny, Warszawa 2005, s. 218‒225.

5 Cyt. za: W. J. Dziak, J. Bayer, Mao. Zwycięstwa, nadzieje, klęski, Warszawa 2007, s. 24.

6 Cyt. za: T. Dmochowski, Radziecko-chińskie stosunki polityczne po śmierci Mao Zedonga, Gdańsk 2009, s. 159.

7 Дмитрий Тренин, Верные друзья?Как россия и Китай воспринимают друг друга, „Carnegie Center”, http:// carnegieendowment.org/files/CER_TreninRuss_web.pdf (dostęp: 12 listopada 2014).

8 Stalin powiedział tak o Czang Kaj-szeku, cyt za: J. Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887–1976, Kraków 2008, s. 129.

9 Modernizowanie Chin jest niczym „przechodzenie przez rzekę, czując kamienie pod stopami” (Mo zhe shitou guo he).

10 H. Kissinger, O Chinach…, dz. cyt., s. 44.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata