70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zapisane w ciele

Tatuaż jest bardzo atrakcyjnym narzędziem konstruowania tożsamości m.in. ze względu na ikoniczny charakter. To forma modyfikacji własnego ciała, która zapisuje się w obrazie, serii obrazów, z jednej strony jest estetyczna, a z drugiej – pozwala na zawarcie różnorodnych przekazów i znaczeń.

Wśród najcelniejszych określeń gatunkowej natury człowieka wymienia Pani „człowieka zdobiącego się” (homo depictus). Zarazem spośród różnych praktyk zdobienia lub modyfikowania ciała – np. makijażu, stroju czy biżuterii – wskazuje Pani tatuaż jako jedną z najradykalniejszych form. Dlaczego?

Ze względu na dwie jego cechy: trwałości i dostrzegalności. Raz zrobiony tatuaż zazwyczaj pozostaje na ciele do końca życia. W dodatku – o ile nie zastosuje się specjalnych strategii – jest widoczny w różnych kontekstach interakcyjnych. Bardzo wiele osób świadomie nie tatuuje swojej „skóry społecznej”, a więc tych fragmentów ciała, które widoczne są w typowych, konwencjonalnych interakcjach, np. w pracy: twarzy, dłoni, szyi czy przedramion. A jednak w wielu sytuacjach tatuaż może zostać dostrzeżony przez innych, nie da się go w pełni ukryć. Ponadto sam zabieg tatuowania jest inwazyjny, bolesny i często długotrwały (zajmuje wiele godzin), wymaga więc dużego zaangażowania i przekonania o jego celowości.

Tatuaż jest też symbolem – jego treść często odsyła do tego, co jest poza nim, do uniwersów znaczeniowych, które są zanurzone w określonych kontekstach społecznych, indywidualnych doświadczeniach.

Na przykład w społeczeństwie tradycyjnym ludów pierwotnych, przedpiśmiennych.

Gdzie znany był jako praktyka z gruntu społeczna, zabieg zbiorowy i obowiązkowy. Pozwalał na oddzielenie członków jednej grupy od innej (np. symbol danego klanu), a zarazem wskazywał miejsce i pozycję jednostki w hierarchii wewnętrznej.

Czy w późniejszym okresie tej funkcji tatuażu plemiennego nie przejęła odzież?

Tak, zwłaszcza mundury i odznaczenia. Z jednej strony odróżniają, z drugiej strony wskazują na pozycję zajmowaną w społecznym porządku. Ale w wielu społeczeństwach tradycyjnych tatuowanie było również formą bolesnego i krwawego rytuału przejścia, który przeprowadzał jednostkę ze stanu dziecięcości w dorosłość lub zmieniał jej społeczny status. Brak tatuażu w pewnym wieku odbierano jako brak dojrzałości. Moment przejścia jest poniekąd symboliczną śmiercią danej tożsamości, a jednocześnie narodzinami nowej. Kluczowe było tu doświadczenie bólu – dowód oddania społeczności – bo na nową tożsamość trzeba było „zapracować”, odcierpieć.

Tatuaż był praktykowany już w paleolicie i starożytności. W Europie Zachodniej pojawił się dopiero w XVIII w. za sprawą podróży Jamesa Cooka do Melanezji i Polinezji. Przez wieki tatuowanie było zakazane przez władze Kościoła.

Zapis w Starym Testamencie, w Księdze Kapłańskiej, mówi, że człowiek nie powinien modyfikować ciała, ulepszać dzieła Bożego, doskonałego samego w sobie. To oczywiście nie oznacza, że chrześcijanie się nie tatuowali. Gdy religia ta w Europie nie była jeszcze dominująca, wierni będący na marginesie akceptowanego porządku społecznego znaczyli się w ten sposób, by się łatwiej wzajemnie identyfikować. Wiele źródeł sugeruje, że w czasie wypraw krzyżowcy tatuowali sobie symbole o konotacji religijnej – krzyże czy ryby – by zagwarantować sobie chrześcijański pochówek.

Później tatuaż lub inne formy trwałej modyfikacji często wykorzystywano do znaczenia „grzeszników”, przestępców, wszystkich tych, którzy nie wpisywali się w utrwalony porządek społeczny. Sam w sobie potępiony, miał potępionych znaczyć, odróżnić od reszty społeczeństwa. W dyskursie kościelnym ta forma modyfikacji ciała do tej pory budzi sporo kontrowersji. Nie zajmowałam się analizą wypowiedzi księży na ten temat, ale jeden z uczestników moich badań, człowiek religijny, miał poważny dylemat. Napiętnował go jeden z księży, sugerując, że tatuowanie ciała to wpuszczanie pod skórę diabła, postawa grzeszna i absolutnie nieakceptowalna.

Od XVIII w. tatuaże były często pokazywane jako kulturowa atrakcja w teatrach osobliwości freak showach.

Tuż obok kobiet z brodami czy bliźniąt syjamskich. Można zadać pytanie, jakiego rodzaju funkcje spełniały te miejsca i dlaczego budziły tak duże zainteresowanie. Częsty jest pogląd, że były jak krzywe zwierciadło, w którym przeglądali się przedstawiciele nowoczesnego społeczeństwa, ponieważ widzieli w nim wszystko to, czym nie byli. To proces kolonizacyjny w pigułce: ciało innego jest pokazywane jako reprezentacja zdominowanego terytorium, tożsamości i przestrzeni kulturowej. Prezentowana obok innych „dziwolągów” wytatuowana osoba automatycznie postrzegana jest jako kulturowo obca, „niecywilizowana”. Po wiekach symbolicznej nieobecności tatuaż trafia więc do Europy jako praktyka specyficzna dla ludów „dzikich”, „pierwotnych”. Jako taki budzi fascynację, bo kojarzy się z czymś egzotycznym, wykraczającym poza porządek racjonalności.

Z czasem zaczął się rozprzestrzeniać wśród samych Europejczyków. Wymienia Pani dwa typy grup społecznych: „zinstytucjonalizowanych” – np. żołnierzy, marynarzy, więźniów – oraz zmarginalizowanych – złodziei, morderców, stręczycieli…

Nie zapominajmy też o kobietach. Zdaniem Margot Mifflin, autorki jednej z głośniejszych książek na temat tatuażu, wspomniany freak show (teatr osobliwości) często łączył się z peep show, w trakcie którego wytatuowane kobiety odkrywały jak największe powierzchnie swojego ciała, by zwiększyć atrakcyjność pokazu. W nowoczesności tatuaż staje się więc atrybutem przedstawicieli środowisk zmarginalizowanych, co jednocześnie reprodukuje skojarzenia tatuażu z nieposkromieniem, mimo że dla tych osób może to być forma wyrażenia sprzeciwu, buntu, kontestacji czy ośmieszenia samego systemu.

Dwie wspomniane grupy społeczne łączy poddanie skrupulatnej, normalizującej kontroli państwa. Przytacza Pani autorów, którzy tatuowanie się przez takie osoby interpretują jako symboliczny gest odzyskania swojego ciała. Tatuaż staje się przestrzenią wolności i oporu w sytuacji totalnej kontroli.

Społeczny porządek nowoczesności był w dużej mierze oparty na kontroli i dyscyplinowaniu ciała. W literaturze socjologicznej, np. w pracach Michela Foucaulta czy Norberta Eliasa, można się spotkać z tezami, że nowoczesność to epoka, w której ciało stało się przedmiotem zainteresowania władzy, instytucji państwowych. Ciało dyscyplinowano nie tylko w instytucjach więziennych, ale też szkolnych, bo właśnie wtedy upowszechnia się edukacja, wszyscy ludzie zostają wprzęgnięci do wielkiej maszyny edukacyjnej. Również rzeczywistość pracy fabrycznej wymagała zdyscyplinowanego, wydajnego i podporządkowanego ciała wykonującego całą serię czynności mających prowadzić do wytworzenia niezbędnych społeczeństwu produktów. Ciało było jedną z głównych maszyn produkcyjnych okresu industrialnego, okresu wczesnego kapitalizmu.

Towarzyszą temu również procesy sekularyzacji ciała. Dotychczas system medycyny znajdował się w rękach kościelnych. Sposób interpretowania cielesności był więc podyktowany prawdami religijnymi, np. chorobę interpretowano jako konsekwencję grzechu. Nowoczesność to czas sekularyzacji i medykalizacji ciała, przejęcia kontroli nad zdrowiem i chorobą przez pozakościelne instytucje medyczne. Gwałtownie wzrosła też wiedza naukowa na temat cielesności. W efekcie ciało oplotła siatka złożonych mikronarzędzi władzy.

Dziś wydają się zupełnie niegroźne.

W refleksji Foucaulta władza nowoczesna – biowładza, władza nad ciałem – rozumiana jest dwojako. Z jednej strony jako biopolityka, czyli władza nad populacją, jej kontrola w kontekście reprodukcji czy przydatności do pracy, a z drugiej – anatomopolityka, czyli praktyki władzy zajmujące się kontrolowaniem jednostkowych ciał, chociażby w kontekście więziennym. Dla Foucaulta symboliczną reprezentacją władzy anatomopolitycznej jest Panoptykon: więzienie oparte na reżimie widzialności. Jest ono skonstruowane w taki sposób, że więźniowie nie widzą znajdującego się w centrum strażnika, mają jednak świadomość, iż są cały czas pod jego spojrzeniem. To doskonała metafora władzy: nie widzimy jej źródła, ale wiemy, że jesteśmy bezustannie obserwowani. Wszelkie nasze działania są w poddane kontroli i jeżeli nie wpisują się w społeczne normy, jesteśmy dyscyplinowani, korygowani i karani.

W instytucji totalnej, jaką jest więzienie, nasze ciało jest dyscyplinowane w zasadzie w każdym wymiarze: programuje się czas posiłku, pracy, snu oraz praktyki, w jakie możemy się zaangażować. Tatuaż może być więc formą buntu wobec całkowitego zawłaszczenia naszego ciała i dysponowania nim przez innych; buntu przeciw temu, że staje się ono plastyczną materią urabianą i rzeźbioną przez kogoś innego. Możemy więc spojrzeć na tatuaż jako na strategię symbolicznego oporu wobec praktyk dyscyplinujących.

To paradoks, że ktoś, kto w założeniu skończy odbywać karę, stygmatyzuje się w sposób trwały. A tatuaże więzienne bywają wyjątkowo radykalne, nie tylko z racji nieusuwalności, ale też treści czy rozmiaru.

Są osadzone w tamtejszym uniwersum symbolicznym. Znak, który więzień zapisuje na swoim ciele, jest rozpoznawalny w tym społecznym kontekście, choć dla osób spoza więzienia rzeczywiście znaczy tylko tyle co symbol inności, nieprzynależności do szerszego społeczeństwa. Należy jednak pamiętać, że w obrębie społeczności więziennej tatuaż jest silnie zdeterminowany przez reguły grupowe. Praktyka, która ma nas wyzwalać spod kontroli szerszego społeczeństwa, staje się tą, która nas dyscyplinuje w obrębie samej społeczności. Więzień musi określić swój status, znaleźć swoją przestrzeń, wejść w konkretne relacje. Za pośrednictwem tatuażu manifestuje swoje usytuowanie w hierarchii i złożonej sieci interakcji społecznych. Odmowa zrobienia tatuażu może być traktowana jako odmowa uczestnictwa w tej społeczności.

W tym sensie przypomina tatuaż plemienny.

I podobnie też często nie jest kwestią wyboru. Czasem ludzie w więzieniach są tatuowani pod presją lub przymusem. Jest tak np. w przypadku tatuaży cwelowskich mających symbolizować niski status społeczny, degradować daną osobę, które rzadko kiedy nabywa się z własnej woli.

Ze względu na silnie stygmatyzujący potencjał pod koniec XIX w. tatuaże zyskały popularność wśród przedstawicieli klasy robotniczej, a w połowie XX w. wśród subkultur: bikersów, teddy boysów, punków, skinów, hipisów itd.

Tak, składały się one głównie z przedstawicieli klasy robotniczej, którzy buntowali się przeciw opresyjnemu porządkowi społecznemu i swojej nieuprzywilejowanej pozycji. Sama forma buntu miała oczywiście różnorodny charakter, tak jak różniła się jego ideologiczna podbudowa, co widać dobrze, porównując np. skinów i punków. Szczególny przypadek stanowią hipisi, wywodzący się z klasy średniej. Ich bunt miał charakter nie tyle klasowy, ile obyczajowy: przeciwstawiali się przede wszystkim normom moralnym, które w ich mniemaniu ograniczały jednostkową wolność, swobodę, poczucie autentyczności. Uogólniając, można jednak powiedzieć, że przedstawiciele wszystkich tych grup sięgali po tatuaż, żeby wyrazić sprzeciw wobec porządku społecznego i zajmowanej w nim pozycji. Inaczej niż więźniowie, mieli większą możliwość decydowania o tym, czy chcą oznaczyć swoją afiliację subkulturową za pomocą tatuażu, tu presja grupowa była dużo mniejsza.

Pisze Pani, że postrzeganie tatuażu w Polsce jest specyficzne ze względu na kontekst wojenny.

Jest to jedno z pierwszych skojarzeń osób starszych, które zazwyczaj potępiają tę praktykę. Tatuaż był wykorzystywany np. przez żołnierzy SS. Obok identyfikacji z ugrupowaniem zapewniał im identyfikację podczas zbierania ciał z pola bitwy lub, jak chrześcijanom podczas wypraw krzyżowych, odpowiedni pochówek. Jednak najczęściej skojarzenie w kontekście wojennym wiązało się z tatuażami obozowymi, które miały depersonalizować osobę, odbierać jej tożsamość, a nie ją nadawać. Albo inaczej: nadawać tożsamość degradującą.

Badania nad tatuażem prowadziła Pani w kontekście indywidualizacji polskiego społeczeństwa dziś, czyli w okresie późnej nowoczesności.

Proces indywidualizacji można opisać na trzech poziomach: na poziomie struktur, kultury oraz jednostkowej tożsamości. Od jakiegoś czasu w świecie Zachodu, a z pewnym opóźnieniem również w Polsce, mamy do czynienia z procesami, wykorzeniającymi jednostkę z dotychczasowych instytucji i wspólnot, przez które rozumiem klasy społeczne, państwo narodowe czy nawet rodzinę nuklearną. Do tej pory definiowały one w pewnym stopniu tożsamość jednostki jako członka społeczeństwa. Kiedyś fakt, że jednostka podejmowała pracę w kontekście fabrycznym, w dużej mierze determinował jej życie i tożsamość. Współcześnie – jak podaje Guy Standing w Prekariacie – przeciętny Amerykanin do 30. roku życia zmienia pracę siedem razy. Mobilność zawodowa jest więc dużo większa. W związku z osłabieniem dotychczasowych struktur i przyspieszeniem procesów modernizacyjnych to na jednostkę spada odpowiedzialność za konstruowanie swojej tożsamości.

Proces ten wspierają też przemiany na poziomie kultury. Małgorzata Jacyno mówi o kulturze indywidualizmu, czyli obecnym w mediach i debacie publicznej dyskursie promującym samorealizację i samorozwój. Świadczy o tym np. niezwykła popularność poradników psychologicznych, różnych form warsztatów. Anthony Giddens, jeden z najsłynniejszych teoretyków procesu indywidualizacji, rozwija swoją koncepcję jednostkowej tożsamości w okresie późnej nowoczesności właśnie w oparciu o analizę poradników psychologicznych. Nie prowadzi wywiadów, nie spotyka się ze zwykłymi śmiertelnikami, tylko tworzy koncepcję, czytając poradniki psychologiczne, zakładając, że są one odbiciem tożsamościowych potrzeb jednostek, więc są materiałem, do którego warto sięgnąć.

Indywidualizacji ulega w końcu jednostkowa tożsamość, ale też ciało, które w dużej mierze staje się własnością jednostek i jednym z wymiarów tożsamości. Jest przestrzenią, poprzez którą prezentujemy siebie, kreujemy swój wizerunek.

Jednocześnie ciało przestaje być „stałą zastaną”, zdeterminowaną biologicznie. Jego modyfikacje stają się możliwe w stopniu większym niż kiedykolwiek wcześniej. Od walki z łysieniem, przez zmianę koloru skóry, po zmiany płci.

Ani ciało, ani tożsamość nie są już tym, co jest dane – są w dużej mierze modyfikowalne. Współczesna kultura wymusza na nas pracę nad samym sobą. Zygmunt Bauman opisuje tę sytuację za pomocą metafory ogrodu i ogrodnika, sugerując, że jednostka jest dziś jednocześnie podmiotem kształtującym materię i tą materią. Nie ma już nadogrodnika narzucającego nam sposób, w jaki mamy funkcjonować, ubierać się, wyrażać własne „ja”. Nie ma zasad, które w jasny sposób mówiły nam, czym jest nasza tożsamość i jak mamy ją manifestować. Teraz cała odpowiedzialność spada na nas, zgodnie ze sztandarowym hasłem Giddensa: „Tożsamość nie jest dana, jest zadana”. Mamy wybierać narzędzia, którymi będziemy ją wyrażać i kształtować. To ciągły proces. Nie możemy pozwolić sobie na chwilę przerwy.

W tym kontekście często znika nam jednak z pola widzenia fakt, że nie mamy pełnej swobody w kreowaniu własnej tożsamości, ponieważ nadal funkcjonują wzorce cenione wyżej od innych. Bardzo często mówi się o kulcie ciała, ale nie jest to kult ciała w ogóle, lecz ciała młodego, atrakcyjnego, sprawnego, „reprezentatywnego”. Ciała, po którym widać naszą troskliwą ingerencję. Wojciech Klimczyk w książce poświęconej erotyzmowi ponowoczesnemu sugeruje, że brak troski o ciało jako o przestrzeń ekspresji, eksponowania tożsamości może nas skazać na społeczny ostracyzm jako osoby, które nie dbają o siebie.

Jedna z moich rozmówczyń cierpiała na nowotwór uciążliwy endokrynologicznie, przez co miała problemy z zapanowaniem nad swoją wagą. Po wyjściu z choroby zrobiła tatuaż, by pokazać światu, że odzyskała kontrolę nad ciałem, a jednocześnie, że jej wygląd nie wynika z braku troski o siebie, ale z choroby. Tatuaż miał być dowodem na to, że dba się o swoje ciało, opiekuje się nim. To doskonała ilustracja wspomnianych wyżej procesów.

Według Pani rozmówców tatuaż może być też ciekawą formą sprzeciwu wobec kulturowych norm dotyczących cielesności.

Widać to wyraźnie w przypadku kobiet. W społeczeństwie patriarchalnym ciało kobiety jest dyscyplinowane w dużo większym stopniu niż ciało mężczyzny. Ściśle oplatają je normy, zasady i wzorce, które dyktują kobietom, jak powinno prezentować się ich ciało. Nie chodzi tylko o estetykę, ale również o to, co jest społecznie akceptowalne w zakresie moralności, obyczajowości czy smaku. Tatuaż zazwyczaj kojarzy się z agresywną, heteroseksualną męskością, więc wytatuowana kobieta budzi wiele kontrowersji. Wiele rozmówczyń mówiło, że to dla nich forma powiedzenia: to ciało jest moje, to ja będę je definiować, to, jak wygląda, jest kwestią mojej decyzji.

A mężczyźni?

Ci, z którymi rozmawiałam, podkreślali, że jako mężczyźni mają dużo większe przyzwolenie na modyfikowanie swojego ciała. Ale skojarzenie tatuażu z heteroseksualną, agresywną męskością pozwalało też mężczyznom nieheteroseksualnym na kontestację panujących norm. Mówili np.: nie wytatuuję sobie agresywnego smoka na przedramieniu, tylko coś, co odsyła do zupełnie innej wizji męskości, nie tej normatywnej, narzucanej, tylko subtelnej, figlarnej, przekornej, innej niż dominująca.

Jednak pojawiały się też wypowiedzi, w których mężczyźni wyznawali, że tatuaże mają maskować ich delikatność, wrażliwość, fakt, że ich męska tożsamość nie jest do końca zgodna z pożądaną przez społeczeństwo. Te dwie tendencje się ze sobą ścierały: z jednej strony, kontestacja wzorców panujących, dominujących w społeczeństwie, figlarny moment oporu – sięgnięcie po obcą praktykę i jej zredefiniowanie – a z drugiej strony, użycie tatuażu jako zbroi, kamuflażu ukrywającego tożsamość, która nie jest zgodna z tą hegemoniczną.

Jeden z zaprezentowanych w książce tatuaży zrobił na mnie duże wrażenie. Przedstawia dwie kobiety jadące na tandemie. Ale wyjaśnienie pod zdjęciem wprawiło mnie w zdumienie, bo ten subtelny, ładny obrazek okazuje się manifestem – odpowiedzią na retorykę Młodzieży Wszechpolskiej.

Nawiązuje estetyką do plakatu festiwalu Kultura dla Tolerancji, który miał symbolizować nieheteronormatywną relację między kobietami. Osoba, która udzieliła mi tego wywiadu, jest lesbijką i ten tatuaż był dla niej mocnym wyrazem sprzeciwu wobec homofobicznych nastrojów w Polsce. W tamtym czasie w Krakowie odbywały się bardzo agresywne kontrmarsze wobec Marszu Równości, bojówki Młodzieży Wszechpolskiej rzucały kamieniami, a na ulicach pojawiały się obraźliwe plakaty. Jej ciało stało się więc w tym kontekście przestrzenią kontestacji.

Jedną z cech tatuażu, które sprawiają, że jest bardzo atrakcyjnym narzędziem konstruowania tożsamości, jest jego ikoniczny charakter. To forma modyfikacji własnego ciała, która zapisuje się w obrazie, serii obrazów, jest estetyczna, ale pozwala też na zawarcie różnorodnych przekazów i znaczeń. Ikoniczność tatuażu to według mnie jedna z jego największych zalet.

Ten sam tatuaż może być stosowany w zupełnie odmiennych celach. Pisze Pani, że przejawem oporu wobec otaczającej rzeczywistości są zarówno tatuaże anarchistyczne, queerowe, jak i faszystowskie. Czy ta wielofunkcyjność jest przyczyną jego obecnej popularności?

Wydaje mi się, że atrakcyjność tatuażu dla bardzo wielu osób polega na tym, że jest symbolem, który można interpretować i wykorzystywać na różnorodne sposoby: żeby coś uwydatnić, żeby przesłać wiadomość do bardzo konkretnej osoby albo do całego świata. Lub do siebie samego.

Tatuaż jest coraz częściej postrzegany jako pełnoprawna strategia tożsamościowa, obok wielu innych praktyk, takich jak rekonstrukcja historyczna, joga czy capoeira. W pewnym stopniu traci odium czegoś zakazanego, tabuizowanego, powiązanego ze światem przestępczym. Zarazem ma w sobie bardzo silny potencjał tożsamościowy, gdyż jest praktyką przekształcającą nie tylko ciało, ale też psychikę czy relacje jednostki. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, podkreślało, że tatuaż to nie tylko praca nad własnym „ja”, ale także narzędzie identyfikacji z innymi czy – przeciwnie – odróżniania się od innych.

Słyszałem opinię, że większa otwartość na tatuowanie ciała może wynikać z myślenia wyłącznie o „tu i teraz”, a nie o przyszłości i wyglądzie ciała czy tatuażu za 20‒30 lat. W książce wspomina Pani jednak o teorii wręcz przeciwnej: tatuaż odpowiada na potrzebę czegoś trwałego w świecie zmieniających się mód. Jest stały, w przeciwieństwie do fryzury czy odzieży.

Obie opcje są prawdopodobne, bo nawet wśród moich rozmówców proces decyzyjny był bardzo różnorodny. Często decyzja o zrobieniu tatuażu była impulsywna i spontaniczna, ale były też osoby, które robiły tatuaż w toku bardzo przemyślanej decyzji. Niektóre osoby jeden tatuaż robiły spontanicznie, a nad innym myślały miesiącami. Z wywiadów wynika, że im więcej tatuaży się posiada, tym dłużej zastanawia się nad kolejnymi. To nie jest oczywiście regułą, ale bardzo często ten pierwszy tatuaż jest młodzieńczym szaleństwem, który po latach nie ma większego związku z posiadaczem czy też wręcz mu się nie podoba.

A jak pozostałe tatuaże traktowane są po latach?

Osoby wytatuowane często porównują tatuaże na ciele do albumu ze zdjęciami czy mapy odzwierciedlającej pewne kluczowe momenty ich życia. Odwołuję się w tym kontekście do kategorii mapy biograficznej: zapisywanej na ciele i czytanej wciąż na nowo. Udało mi się wyodrębnić dwa rodzaje tatuażowych map rysowanych przez moich rozmówców: mapę zmiany i mapę scalającą. Ta druga polegała na interpretacji swoich tatuaży w kategoriach ekspresji istoty własnej tożsamości. Tożsamość była tu więc traktowana jako coś niezmiennego, manifestującego się na różne sposoby w kolejnych tatuażowych projektach. Dużo częściej jednak moi rozmówcy traktowali swoje tatuażowe mapy jako wyraz zmian zachodzących w ich tożsamości, sposobie myślenia o sobie, realizowania się. Następne tatuaże były ekspresją kolejnych inkarnacji swojego „ja”, wewnętrznych transformacji. Czytanie tatuażowych map polega więc na ciągłym odnoszeniu własnej tożsamości do przeszłych doświadczeń i obrazów siebie.

Tatuaż jest także traktowany jako archiwum ważnych biograficznych momentów. Ozdabianie ciała związane jest ze zwrotnymi punktami w życiu (oczywiście różnie definiowanymi), takimi jak: wyprowadzka z domu, coming out, choroba, rozstanie z kimś, zdanie egzaminu na studiach, narodziny dziecka czy znalezienie pierwszej pracy. Słowem, momenty w życiu, które z perspektywy danej osoby są bardzo ważne. W pewnych kontekstach tatuaż może też się przyczyniać do przemiany. Jako narzędzie do mobilizowania siebie do pewnych działań, dodawania odwagi, zaradności, pozwalające przebić się przez bariery, nawet symboliczne.

Czy ból w procesie tatuowania odgrywa jeszcze znaczącą rolę?

To zależy. Niektórzy uważają, że długotrwały ból jest potwierdzeniem oddania i zaangażowania w wizję siebie, która realizuje się w tatuażu. Dla wielu osób jest jedynie uciążliwością towarzyszącą procesowi, nie zaś wartością samą w sobie. Dla innych z kolei stanowi ważny element pracy emocjonalnej: jest formą rozładowania emocji w kontrolowanych, higienicznych warunkach. W tym kontekście sam proces nabywania tatuażu jest ważniejszy niż efekt, zapisany na ciele obraz.

A inne sposoby rozładowywania emocji?

Nie sprawdzały się. Ani alkohol, ani narkotyki, ani sporty ekstremalne. Proces tatuowania ciała – bolesny, długotrwały, krwawy – pozwalał uzewnętrznić wszelkie emocje, czyniąc to doświadczenie w pewnym sensie katartycznym, oczyszczającym.

Jaki stosunek do rosnącej popularności tatuażu miały osoby tatuujące się od wielu lat?

To wątek interesujący sam w sobie. W swoich badaniach skupiłam się na osobach, które tatuowały się na długiej przestrzeni czasu, dla których tatuaż nie był jednorazowym kaprysem, ale istotną formą zaangażowania. Dla wielu z nich była to forma definiowania czy zaznaczania własnej inności, odmienności od szerszego społeczeństwa, tego niewytatuowanego. W swoich wypowiedziach moi rozmówcy odcinali się również mocno od osób sięgających po tatuaże ze względu na ich wzrastającą popularność. Wskazywali – po pierwsze, że zaangażowali się w praktykę tatuowania ciała, zanim ta stała się modna. Po drugie, zaznaczali, że ich tatuaże są zakorzenione w jakimś szerszym tożsamościowym projekcie i są wynikiem wielomiesięcznych przemyśleń, sugerując tym samym, że tatuaże innych są przypadkowe, przygodne i nieprzemyślane. Często też sama treść symboli na ciele była ważnym argumentem: teraz modne są tribale albo motylki, ale moje tatuaże mają formę tożsamą z tym, co myślę o rzeczywistości, sam je projektuję, nigdy nie poszukuję ich w katalogu, mój tatuaż jest moim własnym autorskim dziełem. Po trzecie, argumentem był też zakres i powierzchnia wytatuowanego ciała. Może mały motylek na łopatce jest modny, ale nie całe ramię, szyja i nogi. Taki projekt wykracza dalece poza to, co konwencjonalne, uznane i akceptowalne.

Pojawia się więc tu pewnego rodzaju napięcie. Z jednej strony, osoby tatuujące się od lat nie były entuzjastycznie nastawione do wzrostu popularności tatuażu, ponieważ osłabiało to kontestacyjny przekaz ich tatuaży, jednocześnie narażając je na bycie utożsamionymi z tymi, którzy tatuują się, podążając za modą. Z drugiej strony, zwracano uwagę na to, że popularyzacja tatuażu ma swoje zalety, ponieważ osłabia poziom nacisku czy ryzyko stygmatyzacji w odniesieniu do nich jako osób wytatuowanych, np. w potencjalnym miejscu pracy.

Można to zrozumieć, skoro zrobienie tatuażu w latach 70. było tak radykalnie innym gestem niż dziś.

Dlatego wiele spośród tych osób mówiło o sobie jako o weteranach. Robiłam też wywiad z byłym rezydentem ośrodka penitencjarnego, który pracował jako ochroniarz na konwencie tatuażu. Był osobą wytatuowaną w systemie więziennym w latach 70., a potem w 2000 r. Dzięki tatuażom 40 lat temu był osobą uprzywilejowaną, ale w 2000 r. jego tatuaże straciły w dużej mierze funkcję znaczeniową, hierarchizującą. Dziś większość spośród osadzonych nie jest już nawet w stanie ich odczytać. Tatuaż więzienny – robiony w niezbyt higienicznych warunkach – był też próbą siły, sprawdzianem odporności na ból, a dziś młody narybek trafia tam z tatuażami, zupełnie niepowiązanymi z systemem więziennym. Ten system znaczeniowy się rozpada.

Tu działa podobny mechanizm. Popularyzacja tatuażu osłabia jego wydźwięk kontestacyjny, skojarzenie z oporem, innością, rewolucyjnym potencjałem. Kiedyś sam fakt posiadania tatuażu był swego rodzaju oświadczeniem, teraz trzeba sięgnąć po określoną formę i kształt, żeby miało to podobną siłę rażenia. Np. jedna spośród osób, z którymi rozmawiałam, tatuowała na swoim ciele cytaty z wielkich dzieł filozoficznych…

Czyli nie tribale czy motylki, ale cytaty z Hegla.

I Nietzschego. Stoi za tym narracja. Skojarzenie tatuażu z kulturą niską, ludycznym smakiem, egzotyką pozwalało tej osobie na zabawę z konwencjami i krytykę utrwalonych hierarchii kulturowych: podziału na kulturę wysoką i niską, elitarną i ludową. Tatuowanie cytatów jest bardzo popularne, nie ma w tym nic oryginalnego, ale w tym kontekście stanowiło karnawałową strategię podkopywania porządku kulturowego.

Rzecz w tym, że często nie problematyzujemy tatuaży, traktujemy je w kategoriach ładny-brzydki, ciekawy-nieciekawy. Na pierwszy rzut oka mogą się wydawać zupełnie niewinnymi, estetycznymi obrazami. Ale zazwyczaj podąża za nimi pewna uwikłana biograficznie opowieść, mająca korzenie w doświadczeniach danej osoby, jej zainteresowaniach, pasjach, przemyśleniach o charakterze politycznym czy światopoglądowym. Tatuaże często odsyłają do alternatywnych, niezbadanych rzeczywistości i tym, co jest w nich najciekawsze, jest właśnie ta opowieść, która się za każdym z nich kryje.

.

AGATA DZIUBAN – socjolożka, religioznawczyni i tłumaczka. Autorka książki Gry z tożsamością. Tatuowanie ciała w indywidualizującym się społeczeństwie polskim. Adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Realizuje projekt badawczy poświęcony mobilizacji pracowników seksualnych w obliczu epidemii HIV na terenie byłego ZSRR. Współzałożycielka Sex Work Polska, koalicji na rzecz praw pracowników seksualnych w Polsce, oraz, od lipca 2014 r., Policy Officer przy International Committee on the Rights of Sex Workers in Europe (ICRSE)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter