70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bóg mówi półgębkiem

Jeśli państwo jest wspólnym dobrem wierzących i niewierzących, to nie znaczy przecież, żeby w ogóle nie używać terminu „Boże Narodzenie”. Kiedy uważam, że mam powody, to nie ma przeszkód, żebym opowiadał o swojej religijności. Natomiast wymachiwanie Panem Jezusem i Matką Boską przy każdej okazji wydaje mi się niestosowne.

Jeszcze kilka lat temu wiele pisano o sekularyzacji naszego kontynentu. Religia została jakoby skutecznie wyrugowana z dyskursywnego uniwersum Europy. Dzisiaj z kolei – przeciwnie – nikt poważny nie ma chyba wątpliwości, że religia powróciła do centrum europejskiej debaty społecznej. Pytanie brzmi więc, nie „czy”, ale przede wszystkim „jak” powróciła.

Obawiam się, że powrót religii dokonał się w bardzo szczególny sposób – głównie za sprawą debaty politycznej. Po pierwsze, jej powrót wiązał się bowiem z religiami „zemsty Boga”, które w słynnej książce opisał Gilles Kepel, mając na myśli fundamentalistyczne wersje islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Po wtóre – wróciła jako oskarżony przy okazji afery Rocco Butiglione, po trzecie zaś – choć w najmniejszym stopniu – wróciła za sprawą pytania o antysemityzm po Holokauście. Powrót religii do debaty publicznej był więc przede wszystkim powrotem jej aspektu instytucjonalnego i wiązał się z pytaniem, jak religia ma się odcisnąć na zasadach organizujących życie społeczne. Dopiero później zaczęły się pojawiać głosy mówiące o tym, co w moim przekonaniu jest istotą religii – że jest ona wyrazem pewnego doświadczenia egzystencjalnego czy metafizycznego. Ciekawe zresztą, że ten następny krok, krok w stronę egzystencjalnego aspektu religii, wykonują często ludzie niewierzący. Przypomina mi się tutaj niezwykle intrygujący film Lourdes Jessici Hausner, która – będąc, o ile wiem, zdeklarowaną ateistką – dała znakomite dzieło o doświadczeniu religijnym. Jednak trzeba podkreślić, że to przede wszystkim od chrześcijan zależy, jak ten powrót religii wykorzystają, czy zdołają od nowa go opowiedzieć.

Czy dostępne nam dwie zasadnicze opowieści – religia jako forma organizowania życia społecznego i religia jako doświadczenie egzystencjalne – są i muszą być przeciwstawne?

Na religię składa się, jeśli wolno tak powiedzieć, duch i ciało. Mamy zatem pewne przesłanie duchowe, skierowane do jednostek lub małych wspólnot – Jezus mówi przecież „gdzie się zbierze dwóch czy trzech”, a nie „gdzie się zbierze dwa lub trzy miliony”. To wydaje mi się dosyć istotne, religia nie jest sprawą liczebności. Jednak każda religia, jeśli chce przetrwać i nie rozpaść się na sekty, musi być także faktem społecznym, musi mieć wehikuł do przekazywania Prawdy następnym pokoleniom. Czyli: musi ulec instytucjonalizacji. I tu powstaje napięcie między „wiarą proroków a wiarą kapłanów”. Prorocy zogniskowani są wokół przestrzeni duchowej i generowania przekazu, kapłani odpowiedzialni są z kolei za liturgię, czyli zbiorowe działania, i za organizację, czyli inkarnację tego przekazu w pewne struktury społeczne. Bardzo często ludzie spoza Kościoła widzą go wyłącznie jako instytucję, ale to jest poniekąd oczywiste – jeśli nie wierzysz, to siłą rzeczy widzisz tylko zewnętrzny – instytucjonalny – sztafaż religii. Zdecydowanie gorsze jest jednak to, że także wielu katolików sprowadza dyskusję o obecności religii w życiu publicznym do kwestii instytucjonalnych. A mnie się wydaje, że to rzeczywistość wtórna wobec doświadczenia religijnego.

Ronald Dworkin swoją książkę Religia bez Boga otwiera zdaniem: „tematem tej książki jest pogląd, że religia jest głębsza od Boga”. W kontekście tego twierdzenia rodzi się pytanie, po co nam w ogóle instytucja, skoro może ona przysłaniać Boga.

Ta efektowna fraza zmusza nas do rozważań lingwistyczno- definicyjnych. Mnie bowiem bliskie jest zdanie księdza Tomáša Halíka, który powiada, że samo pojęcie religii, mieszczące w sobie tak różne zjawiska, jak chrześcijaństwo, buddyzm czy islam, jest sztuczną konstrukcją z okresu oświecenia. Obejmuje bowiem zjawiska i doświadczenia duchowe, których wspólny charakter jest kwestią dyskusyjną. Ale jeśli mówimy o religii w potocznym sensie, mając na myśli chrześcijaństwo, to sprawa ma się według mnie tak: nie ma religii bez instytucji, natomiast wiąże się z tym dramatyczna ambiwalencja. Wydaje mi się bowiem, że z chwilą gdy chrześcijaństwo okrzepło w instytucję – czasami połączoną wręcz tożsamościowym sojuszem z państwem – zyskało moc przetrwania przez stulecia, ale w pakiecie otrzymało szatańską pokusę pozostania w y ł ą c z n i e instytucją. To z oporu przeciwko temu utożsamieniu bierze się dość popularny pogląd, że „mnie nie trzeba kościoła, bo mogę pójść do lasu i tam sobie doskonale doświadczać Boga samemu”.

Być może w pojedynczych przypadkach to możliwe, ale z trzema zastrzeżeniami. Po pierwsze, w ogóle bez instytucji nie przekażemy Prawdy następnym pokoleniom i wytworzymy taki „szum informacyjny”, że najdalej po 50 latach nikt już nie będzie wiedział, a tym bardziej rozumiał, w co wierzyli dziadkowie. Po drugie, szalenie jednak trudno odróżnić głos wewnętrzny od głosu Boga. Istnieje więc ryzyko, że zacznę w tym lesie rozmawiać sam ze sobą w głębokim przekonaniu, że wchodzę w kontakt z Najwyższym. Po trzecie wreszcie, chrześcijaństwo potrzebuje drugiego człowieka, a więc wspólnoty. Zauważmy, że w Modlitwie Pańskiej modlimy się „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, a nie „chleba mojego powszedniego daj mi dzisiaj”. Ten aspekt wspólnotowy jest niezwykle istotny w naszej religii, której centrum stanowi przecież przykazanie miłości – „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Przypomina mi się cudowne zdanie, które w Ostatnim kuszeniu Chrystusa wypowiada do wybierającego się na pustynię Jezusa Jan Chrzciciel: „Bóg Izraela jest Bogiem pustyni, ale pamiętaj: na pustyni mieszka nie tylko Bóg”.

Dzisiaj jesteśmy jednak świadkami dość intensywnej krytyki instytucji. Sam, czytając niektóre informacje, miewam wątpliwości fundamentalne – mianowicie zastanawiam się, czy ta instytucja ma jeszcze tytuł do mówienia, iż jest, nazwijmy to, Strażniczką Transcendencji.

Tutaj musimy koniecznie rozróżnić wspólnotę od instytucji. Ja do wspólnoty prawie nie mam zastrzeżeń, do instytucji – owszem. Wspólnota jest żywa i reaguje na to, co się dzieje, bo składa się z żywych ludzi. Instytucja zaś to procedury, stanowiska, techniki zarządzania. Instytucja z natury rzeczy jest nieruchawa. Spójrzmy, jak wiele ważnych wydarzeń w życiu publicznym zrodziło się ostatnio w efekcie spontanicznych działań internautów, organizacji pozarządowych, ruchów miejskich. A więc w przestrzeni pozainstytucjonalnej. Instytucje – nie tylko kościelne – reagowały z ogromnym opóźnieniem, bo w logikę ich działań wpisana jest bezwładność, używając metafory fizykalnej. A mówiąc już wprost: z Kościołem jako instytucją ja też mam kłopot… Tu właściwie powinien być kawałek pustej kartki papieru, żeby zaznaczyć, że zapadła długa cisza. Bo jak o tym mówić, będąc jednocześnie członkiem wspólnoty i instytucji? Całe szczęście ta instytucja, także w Polsce, wydaje mi się dużo mniej zhierarchizowana, niż wynika to z jej wizerunku. Oprócz biskupów – którzy, wbrew pozorom, sobie nawzajem nie podlegają – są zakony czy rozmaite wspólnoty, gdzie można znaleźć inną niż głoszona przez niektórych hierarchów koncepcję Kościoła. Koncepcję inną niż ta formalna organizacja na wzór instytucji świeckiej, co niekiedy zdaje się sprawiać, że gubi się gdzieś przesłanie Ewangelii.

Problem w tym, że to właśnie biskupi oficjalnie reprezentują linię polskiego Kościoła. I chyba dość przeraża ich lekcja nowoczesności, którą w przyśpieszonym tempie przerabiamy. Okazuje się, że świat nie jest bezpieczną przestrzenią – jest gender, Halloween, Golgota Picnic… A wszędzie czai się zagrożenie dla chrześcijaństwa. Doprawdy, wydrążona dynia jest dzisiaj największym problemem katolicyzmu nad Wisłą?

Kilka miesięcy temu mój znakomity kolega z redakcji „Więzi” Sebastian Duda opublikował w prasie tekst o tzw. ciemnych wiekach papiestwa, w którym trzymając się faktów historycznych, opowiadał o tym, jak papieże nawzajem się truli, mieli kochanki, dzieci z nieprawego łoża czy brali udział w napadach łupieżczych. Słowem: ruja i poróbstwo, które trwały niemal 300 lat. Po lekturze tekstu Sebastiana pomyślałem sobie: „Mój Boże, a my się przejmujemy takimi głupstwami, przecież dziś to są pieszczoty w porównaniu z tym, co musiało być wyzwaniem dla wierzącego człowieka tysiąc lat temu”. I to, wbrew pozorom, mówię właściwie serio, chociaż się śmieję. Druga rzecz: bliskie jest mi zdanie bardzo porządnego katolika François Mauriaca, który w Nowym pamiętniku życia wewnętrznego napisał, że jedną z najgłębszych katastrof w dziejach chrześcijaństwa był zupełnie niezrozumiały – z perspektywy idei przyniesionej przez Mesjasza – sojusz Kościoła z polityczną prawicą. Nastąpiło to w okolicach XVIII w., a „zapracowały” na ów alians zarówno lewica okresu rewolucji francuskiej, jak i – wcześniej – sami chrześcijanie. I od tamtej pory, niestety, ten nieszczęsny sojusz trwa. W naszym kraju zaś konserwatyzm polityczny bardzo szybko związał się z nacjonalizmem polskim, czyli nurtem reprezentowanym zrazu przez endecję, a później przez różne jej mutacje, z ONR-Falangą włącznie. Efekt był taki, że w dwudziestoleciu już bardzo wyraźnie politycy prawicowi, nie tylko nacjonalistyczni, chętnie powoływali się na Kościół. A też duchowni byli i chyba są endekoidalni, ponieważ endecja miała świetnie zorganizowaną poprzez Macierz Szkolną edukację na wsi, czyli tam, skąd ogromna część polskich duchownych się wywodzi – i oni siłą rzeczy odebrali edukację w wariancie nacjonalistycznym. Z drugiej strony, system sowiecki przejął pojęcie „lewicy”, co jeszcze dodatkowo zakonserwowało nasz Kościół w jego endekoidalności, bo gdy ktoś zaczyna mówić, że katolik może mieć lewicowe poglądy, to wielu skądinąd zacnych ludzi rozumie przez to – błędnie! – współdziałanie z bolszewikami, postkomunistami czy zgoła z SB.

Kościół instytucjonalny jest bardzo skuteczną maszyną do przeciwdziałania entropii, czyli do przekazywania informacji, mimo upływu wieków. Kiedy jednak do „matrycy informacyjnej” dostanie się obcy pierwiastek, maszyna powieli go z taką samą solennością jak prawdy wiary. I tak się moim zdaniem stało u nas z elementami ideologii nacjonalistycznej, która wniknęła w to, co Kościół powinien rzeczywiście przekazywać.

Efekt jest taki, że nie mamy dzisiaj sporów wokół Dekalogu, ale wokół tego dodatku: bo jako prawdy objawione sprzedaje nam się, oprócz Ewangelii, także niejedno przekonanie z Myśli nowoczesnego Polaka. Ujmę to, trochę przerysowując, ale niestety niewiele: Jan Paweł II wzywał do reewangelizacji, a nastąpiła renacjonalizacja: odgrzanie nacjonalizmu jako rzekomo niezbędnego składnika bycia katolikiem.

Jednak to nie wszystko, bo katolicy endekoidalni to tylko jedna z opcji wewnątrz polskiego katolicyzmu. Po przeciwnej stronie sytuują się „liberałowie” czy wręcz „katolicy otwarci”, choć to określenie pachnie przecież pleonazmem. Jak przezwyciężyć tę męczącą dychotomię?

Prostej recepty na tę polaryzację nie mam i nie sądzę, by taka istniała. Zresztą tych odmian katolicyzmu jest więcej, np. są tradycjonaliści, którzy w moim opisie się nie mieszczą… Przed dwoma laty w „Więzi” opublikowaliśmy blok tekstów o charakterze manifestów, który nosi tytuł Otwarta ortodoksja. Ich przesłanie było takie, że idea Kościoła otwartego jest logiczną konsekwencją uważnie przeczytanych, fundamentalnych dla naszej wspólnoty tekstów, łącznie z dokumentami II Soboru Watykańskiego. Jesteśmy więc otwarci, ponieważ jesteśmy ortodoksyjni. Nie można być, jak sądzę, członkiem Kościoła powszechnego i nie mieć głowy otwartej na powszechność. Brak tej powszechności objawia się reakcją lękową, wyrażającą się np. nierzadko wypowiadanym twierdzeniem, że dzisiaj wyznawanie wiary w Polsce wymaga szczególnej odwagi. Tymczasem sam pracuję w tzw. mainstreamowych mediach, nie ukrywam tego, że jestem katolikiem, i najgorsze, co mi się zdarzyło, to złośliwy żart ateisty – kolegi z pracy w radiu. Natomiast, nawiasem mówiąc, wylać mnie z roboty próbował, sądząc przynajmniej po deklaracjach, katolik.

Mówi się także, że prawo państwowe należy podporządkować Prawu Bożemu (w dzisiejszej, nieobojętnej politycznie interpretacji), powołując się oczywiście od razu na III Rzeszę jako ilustrację skutków każdego innego rozwiązania. Sam czasem w życiu grzeszyłem sięganiem po chwyt erystyczny, zwany ironicznie reductio ad Hitlerum, ale mówiąc serio, to choć problem niesprawiedliwego prawa nie jest wydumany, to jednak równie prawdziwy jest problem ustanowienia takiego prawa, które by akceptowali wszyscy ludzie dobrej woli, niezależnie od światopoglądu.

I tu właśnie pojawia się pytanie, jak ten podział wewnątrz polskiego katolicyzmu przezwyciężyć, jak mam prowadzić dialog z katolikiem, który się ze mną nie zgadza. Jest chyba jednak między nami, „katolikami otwartymi”, a naszymi polemistami zasadnicza różnica: ja uważam, że np. entuzjazm dla deklaracji wiary lekarzy okaże się szkodliwy, ale nie twierdzę, że ludzie, którzy go głoszą, nie są katolikami. Natomiast wielokrotnie słyszałem od nich, że ludzie o moich poglądach katolikami nie są.

Bo katolik powinien być pewny własnej wiary, a katolicyzm musi być mocny, zwycięski, nieledwie żołnierski – powiedzieliby pewnie „oni”. To chyba jeden z tych najsilniejszych w obrębie rodzimej religijności przesądów. A wielu myślących inaczej podlega wykluczeniu.

Doświadczenie historyczne, które powinno nas w końcu czegoś uczyć, jednoznacznie pokazuje, że Kościół mocny, tryumfujący, odciskający wyraźne piętno na kształcie państwa jest doskonałym środkiem ateizacji społeczeństwa. Najlepszym przykładem może tu być frankistowska Hiszpania. Dlatego współwyznawców, którzy chcieliby, mówiąc krótko, wziąć społeczeństwo za twarz, obserwuję z dystansem. Choć staram się pamiętać, że wspólnie klękamy podczas podniesienia. Niemniej coraz częściej przychodzi mi do głowy przerażające pytanie, czy w tej ich intuicji, że ludzi do mnie podobnych należałoby do ich Kościoła nie zaliczać, nie kryje się trochę prawdy. Może to, że wspólny jest nasz przedmiot kultu, jest jednak nieporozumieniem? Mam nadzieję, że mimo wszystko nie.

Być może chodzi też o kwestię świadectwa? Bo istnieje podejrzenie, że jeśli nie świadczymy, to może się wiary swojej wstydzimy?

To jest bardzo ważna kwestia, bo tacy jak ja często są posądzani o to, że domagają się prywatyzacji religii, tzn. całkowitego wycofania się religii z przestrzeni publicznej. Tymczasem nie chodzi o wycofanie religii z przestrzeni publicznej, tylko o zdefiniowanie, w jaki sposób religia w tej przestrzeni publicznej ma istnieć. Jeśli państwo jest wspólnym dobrem wierzących i niewierzących, to nie znaczy przecież, żeby w ogóle nie używać terminu „Boże Narodzenie”. Kiedy uważam, że mam powody, to nie ma przeszkód, żebym opowiadał o swojej religijności – jak choćby w tej chwili. Natomiast wymachiwanie Panem Jezusem i Matką Boską przy każdej okazji wydaje mi się niestosowne. Bywają przecież sytuacje religijnie indyferentne – jeśli idę na pocztę, to jest mi wszystko jedno, czy pani urzędniczka jest, czy nie jest chrześcijanką, byle mnie obsłużyła jak należy. Podobnie jeśli idę do lekarza – bo on ma być fachowym i mądrym lekarzem, nic więcej i nic mniej. Dlatego też trochę speszyła mnie akcja „Nie wstydzę się Jezusa”. Czy w Polsce ktokolwiek może mieć pokusę, żeby się Jezusa wstydzić? Może w korporacjach rządzonych przez antyklerykałów- obsesjonatów? Nie wiem, sam się nigdy z taką antychrześcijańską opresją nie zetknąłem, choć z antyreligijną napastliwością w Internecie, oczywiście. Ale ona wyzwala we mnie raczej agresję niż wycofanie się. A zawstydzenie, co najwyżej, takie, że oto ktoś, kto ma się za inteligentnego człowieka, wypisuje niekulturalne i na ogół niemądre rzeczy o religii i kompromituje się w moich oczach, będąc np. moim znajomym na Facebooku.

Jak wobec tego ktoś patrzący na Pana życie pozna, że jest Pan katolikiem, uczniem Jezusa z Nazaretu?

No właśnie, jeśli coś głupiego napisze o chrześcijaństwie na Facebooku, to pewnie mu „odpysknę”. Jest coniedzielna msza. Ale poza tym – odpowiedzi na to pytanie szukam od dawna. Czym się moje dzisiejsze życie różni od możliwie przyzwoitego życia człowieka niewierzącego?Istnieje pokusa, żeby udzielić sobie absolucji i powiedzieć, iż – po pierwsze – chrześcijaństwo tak wrosło w Europę, że zasady etyczne są dla nas wspólne i – po drugie – katolicyzm tak nas ukształtował, że na naszą własną katolickość nie zwracamy już uwagi. Takie postawienie sprawy byłoby jednak ucieczką od odpowiedzi, bo mimo wszystko przynależność do wspólnoty powinna jakoś nas, katolików, definiować i odróżniać. Podejrzewam, że odnalezienie tego elementu odróżniającego jest nie tylko moim kłopotem i że stąd się bierze m.in. podkreślanie przez wielu publicystów prawicowych przywiązania do encykliki Humanae vitae. Kontestacja środków antykoncepcyjnych jako wyróżnik katolika, hm. To chyba jednak powinno być coś głębszego.

Przy tym wszystkim powiedzmy jasno: do 2002 r. przez 16 lat nie chodziłem do Kościoła i zrobiłem trochę rzeczy, z których nie jestem zbyt dumny, by zacytować bohatera filmu Dzikość serca. Nie mam prawa do sakramentów. To jeszcze bardziej zaciemnia problem – w moim przypadku.

Ale co dla Pana tak naprawdę znaczy doświadczenie religijne? Jak zmienia Pana życie, jak kształtuje Pana codzienność?

Z pewnością jednym z centralnych słów, które mi przychodzą teraz do głowy, jest „nadzieja”. Przy czym należy to słowo odpowiednio rozumieć: to raczej trudne zaufanie, zdecydowanie niedotyczące tego, że jutro wygram w totolotka lub chociaż nie wpadnę pod samochód. Rozmawiałem kiedyś z prof. Gadaczem i on podkreślał, że mówi się często: „Mam nadzieję, że będzie ładna pogoda”, a to nie jest dobre zastosowanie dla tego słowa. W tym sensie ja nawet nie jestem pewien, czy nadzieja tak naprawdę ułatwia życie. Dla mnie nadzieja jest raczej pewnym wyzwaniem wobec tego, co się rzeczywiście w życiu dzieje, bo dzieją się często rzeczy straszne. Ponadto – „wdzięczność”. To chyba jeszcze istotniejsze dla mnie słowo. Ja zawsze – nawet kiedy byłem pobożnym młodzieńcem, którego nie dopadły jeszcze kłopotliwe pytania – czułem lekki niepokój, słysząc, że człowiek prawdziwie wierzący powinien cały czas się radować. Dlatego słowo „radość” zamieniłbym na słowo „wdzięczność”. Rozumiem przez nią generalną aprobatę dla istnienia, która jest naprawdę strasznie trudna. Mówiąc najprościej, chodzi o uznanie, że lepiej, iż jest coś, niż żeby nie było niczego. To jest też uświadomienie sobie, że moje życie zostało mi darowane. Mam na myśli zupełnie podstawową intuicję, że powinienem być wdzięczny, z czego wynikają oczywiście pewne powinności, gesty i znaki dla tej wdzięczności. I teraz wchodzę jeszcze głębiej: doświadczenie religijne to także poczucie, że ktoś się mną przejmuje, że jest jakaś instancja nade mną, która jeśli wkracza w moje życie, to bardzo dyskretnie, ale jednak mam do kogo powiedzieć: „o, dzięki!” albo „niech to szlag, dlaczego się nie udało?”. Mam na myśli poczucie, że nie jestem całkowicie samotny i nawet jeżeli nie ma wokół mnie innych ludzi, nawet jeżeli się zawiodłem na innych ludziach, nawet jeżeli się zawiodłem na sobie, to jest Ktoś, od kogo słyszę słowa: „No, to spróbuj jeszcze raz”. Tak wyglądałby chyba mój prywatny odpowiednik akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. I właśnie to wydaje mi się istotą doświadczenia religijnego, które sprawia, że co prawda bywa mi w instytucjonalnym Kościele niewygodnie, ale w jego centrum jest Osoba, której ufam. Być może ta instytucja składa się poza tym z samych wad, ale przecież przekazuje coś, co mówił Jezus, chodząc nad jeziorem Genezaret.

Dlaczego On jest dla Pana ważny?

Bo nie był tryumfujący, nie był człowiekiem sukcesu, nie miał władzy w sensie ludzkim. No i był dyskretny. Przyznam, że jednym z najbardziej wstrząsających doświadczeń była dla mnie wizyta w Izraelu. Kiedy poszedłem na górę Tabor i zobaczyłem coś w rodzaju Połoniny Wetlińskiej, uświadomiłem sobie, że Jezus wziął tam tylko trzech swoich uczniów. To nie działo się na centralnym placu Jerozolimy, to nie rozegrało się w tłumie ludzi. Bo nie chodzi o to, żeby zobaczyć oczywistość, zostać zmuszonym do ukorzenia się przed oczywistością. Bóg przemawia właśnie w sposób nieoczywisty, mówi półgębkiem, daje niejasne znaki. Jest raczej w tchnieniu wiatru – jak to określa Biblia – a nie w ryku fal. Myślę, że moje odejście od Kościoła przed laty było radykalną wersją wyrzeczenia się chrześcijaństwa infantylnego, w którym wszystko jest jasne, radosne i pewne. Gdyż naprawdę trzeba bez gwarancji wybierać, błądzić i wybierać jeszcze raz. Przypomina o tym błyskotliwie ks. Tomáš Halík, który pisze, że kiedyś w praskim metrze zobaczył napisane na murze zdanie: „Odpowiedzią jest Jezus”. A pod spodem ktoś inny dopisał: „Ale jakie było pytanie”? Chrześcijaństwa nie powinno się redukować do odpowiedzi. To jego pytania budzą do świadomego życia.

Jerzy Sosnowski – pisarz i publicysta, członek redakcji kwartalnika „Więź”. Laureat Nagrody Kościelskich za zbiór opowiadań Wielościan (2001). Ostatnio opublikował powieść Spotkamy się w Honolulu (2014). Członek Rady Języka Polskiego PAN. Mieszka w Warszawie. Prowadzi blog www.jerzysosnowski.pl

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata