70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Arabska zimna Wiosna

Arabów nie postrzega się jako aktorów historycznych, ale raczej jak kukiełki w rękach dyktatorów. Pomija się w ten sposób fakt, że największą sympatią do bliskowschodnich i północnoafrykańskich autokratów pałają nie tyle ich własne społeczeństwa, ile kraje Zachodu.

W grudniu 2014 r. upłynęły cztery lata od momentu, kiedy akt samospalenia 26-letniego Tunezyjczyka Muhammada Bouazizi wywołał lawinę zmian na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Zainspirował także wiele osób w innych częściach świata, w tym w USA (ruch Occupy Wall Street), do walki o poprawę własnej sytuacji. Choć działanie Tunezyjczyka miało charakter indywidualny, wielu dostrzegło w nim sprzeciw wobec niedoskonałości systemowych, takich jak trudne warunki bytowe, pogłębiające się nierówności ekonomiczne, powszechna korupcja oraz brak podstawowych wolności. Akt ten szybko zyskał wymiar ogólnospołeczny i przerodził się w ponadnarodowy ruch niezadowolenia społecznego, który gruntownie przebudował scenę polityczną oraz doprowadził do głębokich przemian społecznych i ekonomicznych w wielu krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej (MENA – Middle East and North Africa).

Z perspektywy czasu warto przyjrzeć się zmianom, jakie przyniosła Arabska Wiosna dla całego regionu, i spróbować je ocenić. Wbrew optymistycznym prognozom z 2011 r. wydarzenia te mają dziś wydźwięk zdecydowanie mniej pozytywny i skłaniają wielu obserwatorów regionu, by określić całokształt przemian ostatnich czterech lat raczej mianem Arabskiej Zimy niż Arabskiej Wiosny.

Zwiastuny zmian

Choć to wydarzenia w Tunezji dały początek fali przemian określanych mianem Arabskiej Wiosny, warto pamiętać o wcześniejszych protestach w regionie, w tym tych w Libanie i Iranie, które niejako zapowiedziały wybuch szerokiego niezadowolenia społecznego i koniec rządów niektórych regionalnych dyktatorów.

Libańska Rewolucja Cedrowa wyprowadziła na ulice Bejrutu ponad milion ludzi w 2005 r. Protestujący domagali się realnej suwerenności i demokracji oraz ukrócenia faktu ingerencji krajów ościennych w politykę państwa. Masowe demonstracje poskutkowały m.in. wycofaniem wojsk syryjskich z Libanu. Dziś Damaszek wciąż ma znaczący wpływ na scenę polityczną w Libanie poprzez polityków związanych z Hezbollahem, ale przynajmniej z ulic Bejrutu i innych libańskich miast zniknęli żołnierze Baszara al-Asada. Gdyby jego wojska nadal były tam obecne, to bardzo prawdopodobne, że Libanu – kraju dopiero co odbudowanego po wojnie domowej – nie ominąłby regularny konflikt, z którym mamy dziś do czynienia w Syrii. Liban m.in. dzięki własnej armii zdołał uniknąć zaangażowania w „awanturę syryjską”, choć ponosi w największym stopniu koszty humanitarne konfliktu syryjskiego – przyjął prawie 1,2 mln uchodźców1.

Kolejnym ważnym wydarzeniem, które mogło służyć jako ostrzeżenie dla rządzących w regionie, była nieudana rewolucja irańska. Śmierć na oczach świata młodej teheranki Nedy Agha-Soltan2 i manifestacje Irańczyków, niechcących pogodzić się z cudami nad urną, nie doprowadziły co prawda do powtórki wyborów w Iranie w 2009 r., ale zdecydowanie przyspieszyły zorganizowanie się ruchu opozycyjnego.

Wydarzenia ukazały również siłę nowych technologii komunikacyjnych w generowaniu protestu społecznego oraz przekształceniu go w szerszy ruch społeczny. To m.in. portale społecznościowe, fora dyskusyjne i autorskie blogi pokazały pojedynczym ludziom, że nie są osamotnieni w krytycznym osądzie panującego systemu politycznego. Decyzja o podjęciu wspólnego działania staje się w takich okolicznościach o wiele prostsza, gdyż przeniesiona do świata wirtualnego. Liderom protestu pozostaje jedynie upewnić się, że deklaracje uczestnictwa w demonstracji przekładają się na działanie w świecie realnym. 25 stycznia 2011 r. taka sytuacja miała miejsce w Egipcie. Masowe demonstracje zostały zorganizowane głównie z pomocą Facebooka i Twittera. Od tamtej pory rządzący w regionie z większą uwagą przyglądają się opiniom rozpowszechnianym w Internecie i próbują wywrzeć na nie wpływ.

Wydarzeniem, które zdaniem wielu badaczy bardzo dobrze zapowiadało przebieg i skutki fali protestów, jakie przetoczyły się przez cały region w 2011 r., była wojna domowa w Algierii. Konflikt, który wybuchł dwie dekady wcześniej, pokazał, do czego może prowadzić próba zdobycia władzy przez islamistów i odsunięcia od rządów dotychczasowe świeckie elity. W momencie gdy członkowie Islamskiego Frontu Wyzwolenia odnieśli w pierwszej turze wyborów zaskakujące zwycięstwo, rządzący Front Wyzwolenia Narodowego w obawie przed porażką anulował wybory i zdelegalizował partię islamistów. Zamknięcie w więzieniach liderów Islamskiego Frontu Wyzwolenia tylko zaostrzyło konflikt pomiędzy ich zwolennikami i świeckimi elitami wspieranymi przez armię i przeistoczyło go w trwającą ponad dekadę wojnę, która zaowocowała dziesiątkami tysięcy zabitych3. Świeża pamięć o tych tragicznych wydarzeniach sprawiła m.in., że Algierczycy zareagowali najmniej entuzjastycznie na zmiany reżimów w innych krajach MENA. Co więcej, rząd tego największego kraju afrykańskiego posiadający pokaźne zasoby ropy naftowej i gazu (a co za tym idzie, spore rezerwy finansowe) nie omieszkał sięgnąć do państwowego skarbca, by zaspokoić żądania materialne społeczeństwa. Jednocześnie większość Algierczyków pozostaje dziś bezsilnymi obserwatorami tarć pomiędzy rządzącymi elitami, których członkowie kontrolują zarówno instytucje państwa (z wojskiem na czele), jak i jego zasoby, a zmarginalizowanymi islamistami, którzy nie są w stanie uzyskać znaczącego poparcia społecznego i odgrywają jedynie rolę przydatnych kozłów ofiarnych. Wydaje się, że lekcji algierskiej, czyli niedocenienia sił kontrrewolucyjnych, nie odrobili egipscy Bracia Muzułmanie, którzy na krótko doszli do władzy w Kairze.

Główne przyczyny wybuchu protestów społecznych w regionie w 2011 r. trafnie przedstawił wydany dwa lata wcześniej raport o rozwoju społecznym w państwach arabskich Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Mówił on m.in. o tym, że stagnacja ekonomiczna, wysokie bezrobocie, wyż demograficzny, ogromna korupcja oraz nieudolne rządy represjonujące obywateli mogą zagrozić stabilności Bliskiego Wschodu. Jak się wkrótce okazało, prognoza ta stała się prorocza. Czynniki ekonomiczne, społeczno-demograficzne i polityczne sprawiły również, że w przededniu rewolucji trzy czwarte Tunezyjczyków chciało opuścić swój kraj4. Doprowadzając natomiast do upadku rządów Zin El-abidin Ben Alego, zdecydowali o zmianie systemu władzy w swoim państwie zamiast emigracji i zmiany państwa.

Jednocześnie warto pamiętać, że w każdym kraju na rewolucyjny wybuch miała wpływ konfiguracja wielu różnych czynników. W Syrii jednym z ważnych kontekstów wybuchu protestów była liberalizacja ekonomiczna, która doprowadziła do znaczącego wzbogacenia się wąskiej elity powiązanej z centrum władzy oraz pogorszenia się sytuacji bytowej ponad miliona rolników dotkniętych latami suszy w latach 2006‒2010. Zapłonem stał się jednak moment, gdy Syryjczycy zobaczyli w telewizji, jak z tunezyjskich gmachów znikają wizerunki Ben Alego, a ich własne służby bezpieczeństwa maltretują dzieci w miasteczku Daara tylko za to, że malowały na murach szkoły antyreżimowe hasła. Uwierzyli wówczas, że możliwa jest zmiana na najwyższych stanowiskach państwowych.

Siła kontrrewolucji

Każda radykalna zmiana społeczna łączy się z równie silną reakcją obronną. W Libii i Syrii już w pierwszych dniach protestu doszło do zdecydowanego oporu władz.

W przypadku pierwszego kraju cała władza w państwie skupiała się w rękach rodziny Kaddafich oraz sprzymierzonych z nią klanów. Nie mogło być zatem mowy jedynie o „wymianie” panującego i zachowaniu zarazem struktur władzy. Władca był jednocześnie państwem. Z tego powodu Mu’ammar Kaddaffi oraz jego synowie od początku grozili demonstrantom anihilacją, a protesty natychmiast przerodziły się w otwarty konflikt militarny. Libijskie zasoby naturalne stały się przyczyną, dla których Zachód w szybkim tempie aktywnie włączył się w walki po stronie rebeliantów. W konsekwencji dotychczasowy ustrój został obalony stosunkowo łatwo, ale budowa na jego zgliszczach nowego państwa i narodu do dziś natrafia na poważne przeszkody, czyniąc z Libii rodzaj państwa upadłego. W przypadku Syrii Europa i Stany Zjednoczone miały o wiele mniejszy interes, by interweniować po stronie sił, które domagały się zmiany władzy. Choć w syryjskich elitach rządzących mniejszość alawicka i rodzina Asadów odgrywa kluczową rolę, to – w przeciwieństwie do Libii – państwo nie jest z nimi tożsame. Baszar al- Asad zdołał utrzymać się przy władzy, gdyż przekonał elity sunnicko- -chrześcijańskie do tego, że jego odejście będzie oznaczać nie tylko koniec ich wpływów i przywilejów, ale również ich fizyczną likwidację. Jego reżim trwa również dzięki bardzo ważnemu wsparciu, jakie uzyskuje od swych sprzymierzeńców zagranicznych, głównie Iranu i Rosji, oraz libańskiego Hezbollahu.

W innych miejscach udało się osiągnąć znaczące sukcesy, przynajmniej początkowo, metodami pokojowymi. Dyrektor „Le Monde Diplomatique” Alain Gresh słusznie zauważył, że prędkość, z jaką usunięto prezydentów Ben Alego i Mubaraka, stworzyła iluzję, że głębokie zmiany społeczne można przeprowadzić równie łatwo. Gresh proponuje, by patrzeć na ich usunięcie nie jak na porażkę starych reżimów, ale jak na ich sukces. Elity władzy zgodziły się zapłacić cenę, jaką było odwołanie swoich najwyższych reprezentantów, po to by zachować przywileje, a nade wszystko by uniknąć całościowej transformacji5.

Demonstracje społeczne sprawiły w niektórych krajach, że rządzący zgodzili się na ograniczone zmiany demokratyzacyjne. Mowa tutaj głównie o monarchii jordańskiej oraz marokańskiej. W Maroku król Muhammad VI oddał część władzy ustawodawczej w ręce islamistów, powierzając funkcję premiera członkowi Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (marokańskiej wersji Braci Muzułmanów), która wygrała wybory w listopadzie 2011 r. Z drugiej strony, monarcha nie ograniczył nawet minimalnie swojej władzy wykonawczej, próbując raczej ją wzmocnić, zacieśniając kontakty z monarchiami z Zatoki Perskiej, w szczególności z Arabią Saudyjską. Saudyjczycy, niezgodnie z geograficzną logiką, zaprosili zresztą Maroko i Jordanię do elitarnej Rady Współpracy Zatoki Perskiej, która zrzesza Arabię Saudyjską, Bahrajn, Katar, Kuwejt, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Marokańczycy i Jordańczycy zaproszenie przyjęli ochoczo, licząc głównie na wsparcie ekonomiczne, które pomogłoby im przynajmniej częściowo zaspokoić żądania socjalne członków ich społeczeństw.

Wiele zamożnych krajów regionu zastosowało tę samą strategię „kupowania spokoju społecznego” i powstrzymywania zmian. Arabia Saudyjska, Bahrajn i Oman postanowiły wkupić się w łaski swych obywateli poprzez obniżkę cen żywności oraz wprowadzając dodatkowe świadczenia socjalne. Te przywileje dotyczą oczywiście jedynie tych, którzy posiadają prawa obywatelskie, nie mają zatem zastosowania do setek tysięcy imigrantów pracujących w krajach Zatoki Perskiej.

Jednocześnie minimalne zmiany demokratyzacyjne sprowokowane przez Arabską Wiosnę można zaobserwować w krajach o najbardziej konserwatywnych i autorytarnych reżimach. Pod presją społeczną Arabia Saudyjska we wrześniu 2011 r. przeprowadziła pierwsze wybory do samorządów lokalnych, a rządzący złożyli obietnice, że do 2015 r. kobiety nabędą prawa wyborcze6. Z kolei w sąsiednim Bahrajnie Saudowie pokazali światu swoją determinację, by nie dopuścić do rewolucyjnych przemian w strefie ich wpływów. Dzięki pomocy wojskowej z Rijadu i przy donośnych głosach sprzeciwu Teheranu w Bahrajnie doszło do pacyfikacji demonstrującej większości szyickiej przez rządzącą mniejszość sunnicką. Irańczycy i Saudyjczycy zamienili się rolami „orędowników demokracji” na gruncie syryjskim. Ci pierwsi stoją murem za Baszarem al-Asadem, a drudzy w imię demokracji dążą do jego obalenia, czyniąc z Syrii poligon walk o swoje partykularne interesy.

Arabskość – nowy wymiar

Arabska Wiosna miała ważny wpływ na przebieg wydarzeń na Zachodnim Brzegu Jordanu, w Strefie Gazy i w Izraelu – w miejscach gdzie na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. W przededniu arabskich rewolucji w światowych przekazach informacyjnych z regionu dominowały wiadomości z Ziemi Świętej. Po wybuchu arabskich protestów musiały konkurować z innymi informacjami. W cieniu przemian wywołanych przez desperacki akt Bouazizego doszło, po pierwsze, do historycznego porozumienia pomiędzy Hamasem i Fatahem oraz, po drugie, do wystąpienia do Narodów Zjednoczonych o uznanie Palestyny za pełnoprawnego członka wspólnoty międzynarodowej. Palestyńczycy nie dali zapomnieć światu o obietnicach szybkiego utworzenia państwa palestyńskiego złożonych w 1993 r. w Oslo oraz o trudnym losie pod okupacją izraelską. Izrael do dziś kontestuje obydwie inicjatywy, próbując utrzymać podziały wewnątrzpalestyńskie oraz nie godząc się na podniesienie statusu Autonomii Palestyńskiej w stosunkach międzynarodowych. Po odsunięciu Mubaraka od władzy Tel Awiw znalazł się w trudnej sytuacji, gdyż stracił zaufanego partnera w regionie. Wkrótce okazało się jednak, że to rządzący Strefą Gazy Hamas, który zerwał kontakty z sojusznikami w Damaszku i Teheranie, znalazł się w bardziej niekorzystnym położeniu, gdy rządy zaprzyjaźnionych islamistów w Kairze zostały przedterminowo zakończone. To m.in. te nowe okoliczności popchnęły palestyńskich islamistów w objęcia Fatahu i doprowadziły do powstania rządu jedności narodowej.

Rewolucje arabskie nie tylko sprawiły, że słowo „Arab” przestało się kojarzyć na Zachodzie z czymś jednoznacznie negatywnym, ale również, że sami Arabowie na chwilę odzyskali poczucie indywidualnej sprawczości. Libański dziennikarz i myśliciel Samir Kassir, zamordowany podczas Rewolucji Cedrowej w Libanie w 2005 r., pisał w jednej ze swoich książek, że „nieszczęście Arabów polega na ich niemożności bycia po tym, gdy się już było”7. Nie doczekał, niestety, chwili, w której ogromna rzesza ludzi w regionie postanowiła żyć w nowy sposób i była gotowa zapłacić za to najwyższą cenę.

Arabska Wiosna pokazała, że mieszkańcy Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu nie złożyli broni i podejmują próby odkrywania swej podmiotowości oraz szukania nowego miejsca dla swego regionu na geopolitycznej mapie świata. Ich rewolucyjny zryw zadał kłam popularnemu na Zachodzie przeświadczeniu, że arabskie społeczeństwa cechują się swego rodzaju sympatią do władzy autorytarnej i dyktatorów. Opinia ta nie bierze pod uwagę wielu protestów zbiorowych przeciwko autorytarnym rządom w regionie (np. demonstracji studenckich przeciwko monarchii egipskiej, rewolucji irackiej 1958 r. czy algierskiej walki o niepodległość). Sprawia również, że Arabów nie postrzega się jako aktorów historycznych, ale raczej jak kukiełki w rękach dyktatorów. Pomija się w ten sposób fakt, że największą sympatią do bliskowschodnich i północnoafrykańskich autokratów pałają nie tyle ich własne społeczeństwa, ile kraje Zachodu liczące na wypróbowanych i przewidywalnych partnerów w interesach. W ten sposób w imię niezakłóconych dostaw ropy jesteśmy w stanie przymknąć oko na nawet najbardziej despotyczne rządy w regionie (np. w Arabii Saudyjskiej).

Destrukcyjne oblicze

Fala demokratyzacyjna ujawniła również swą ogromną siłę destrukcyjną. Stało się to przede wszystkim tam, gdzie społeczne żądania zmiany spotkały się ze ślepo wymierzoną przemocą państwa. W Syrii rządzący reżim, zwalczając swych przeciwników, nie zawahał się nawet użyć broni chemicznej. W szybkim tempie cały kraj zamienił się w poligon walki, na który przybyli rozmaici radykaliści z całego świata. Im dłużej trwały walki, tym większy był rozmiar zniszczeń i tym częściej po stronie rebeliantów zaczęły się pojawiać elementy skrajne. Ponad 200 tys. zabitych, 3 mln uchodźców i 5 mln ludzi zmuszonych do opuszczenia swoich domów to i tak niepełny obraz aktualnej skali destrukcji będącej rezultatem wojny domowej w Syrii. Żaden konflikt od końca II wojny światowej nie spowodował tak ogromnych strat w światowym dziedzictwie kulturowym – setki przetrzebionych wykopalisk archeologicznych i zniszczone doszczętnie historyczne Aleppo to tylko niektóre elementy tego nieuchronnie utraconego dziedzictwa.

Wojna syryjska przyczyniła się w znaczący sposób do zjednoczenia radykalnych ugrupowań dżihadystycznych i narodzin w czerwcu 2014 r. Państwa Islamskiego (ISIS) – brutalnie działającej organizacji salafistycznej i samozwańczego kalifatu na pograniczu syryjsko-irakijskim. Na jej czele stanął były student teologii i terrorystyczny watażka z irackiej Samary Abu Bakr al-Baghdadi, który ogłosił się „przywódcą wiernych”. Szacuje się, że ugrupowanie zrzesza ok. 80 tys. bojowników, w tym 50 tys. z nich walczy w Syrii, a reszta w Iraku. By zrozumieć genezę powstania Państwa Islamskiego, należy cofnąć się jednak o co najmniej dekadę, do interwencji zbrojnej USA w Iraku z 2003 r. pod pretekstem likwidacji broni masowego rażenia, będącej rzekomo w posiadaniu Saddama Husajna. Za jego rządów sunnici, których on sam był reprezentantem, jako mniejszość sprawowali rządy nad większością szyitów. Po wojnie role te odwróciły się. Marginalizacja sunnitów przez szyicki rząd Nuriego al-Malikiego doprowadziła do radykalizacji wielu środowisk sunnickich. Na tym gruncie powstało Państwo Islamskie w Iraku, które w momencie gdy sąsiednia Syria stała się teatrem wojny, rozpoczęło walkę z reżimem Asada i zwiększyło zakres wpływów.

Choć teoretycznie wiele zrobiono dla odbudowy państwa irackiego – z wydatną pomocą Amerykanów i ich sojuszników (w tym Polski) – to nie udało się odbudować narodu irackiego i więzi społecznych przekraczających granice wyznaniowe i etniczne. Na porażkę procesu odbudowy jedności narodowej wskazują nie tylko niekończące się zamachy terrorystyczne, trudności w wyłanianiu nowego rządu irackiego ani dążenia secesjonistyczne autonomicznej prowincji kurdyjskiej, ale także brak woli walki z bojownikami Państwa Islamskiego wśród części armii. Tym samym najnowocześniejsza broń amerykańska pozostawiona wojsku irackiemu okazała się bezużyteczna w letnich miesiącach 2014 r., gdy część żołnierzy ją porzuciło, nie chcąc walczyć z bojownikami ISIS lub przyłączając się do ich szeregów.

Państwo Islamskie jest dziś bezkompromisową organizacją, głoszącą prymitywną wersję kalifatu – nie do obronienia w XXI w. Warto przy tym zaznaczyć, że sama idea nie jest nowa i pojawiała się już wcześniej w wersjach bardziej konstruktywnych. Choć nigdy nie udało jej się ponownie wcielić w życie, to żywotność idei w umysłach wielu ludzi ukazuje chęć znalezienia alternatywy dla porządku ustalonego przez kolonialistów i cudownego lekarstwa na rozmaite bolączki trapiące kraje MENA. Bliski Wschód i Afryka Północna szukają nade wszystko pomysłu na ukształtowanie nowej jedności i solidarności, która złagodziłaby animozje narodowe oraz zniwelowała różnice gospodarcze. Liga Arabska nie spełniła pokładanych w niej nadziei, a nowej wizji budowy wspólnoty ponad podziałami i czegoś na kształt Unii Europejskiej dla regionu MENA brak. Podobieństwa kulturowe i religijne w regionie jak na razie częściej dzielą, niż łączą.

Egipski klincz i tunezyjskie nadzieje

Jednym z największych wygranych przemian w regionie były ugrupowania islamistyczne, które do 2011 r. miały bardzo ograniczoną przestrzeń dla uczestnictwa w procesie politycznym (np. w Maroku i Egipcie) lub nie miały w ogóle takich możliwości (np. w Tunezji, w Libii). Ich sukces najbardziej zaimponował w Egipcie, gdzie założona przez Bractwo Muzułmańskie Partia Wolności i Sprawiedliwości nie tylko uzyskała najlepszy wynik w wyborach parlamentarnych, ale wbrew wcześniejszym zapowiedziom wystawiła kandydata i wygrała wybory prezydenckie. Oprócz Braci Muzułmanów w egipskim porewolucyjnym parlamencie bardzo ważną rolę odgrywali salafici, których Partia Światła zdobyła największą liczbę mandatów po Partii Wolności i Sprawiedliwości.

W najliczniejszym państwie arabskim, dokładnie rok po zaprzysiężeniu członka Bractwa Muzułmańskiego na najwyższy urząd w państwie, islamiści odnotowali jednak swoją największą porażkę – zostali odsunięci od władzy. 3 lipca 2013 r. generałowie, z głównodowodzącym Abd al-Fattahem as-Sisim na czele, powołując się na szerokie niezadowolenie społeczne, odebrali władzę pierwszemu demokratycznie wybranemu prezydentowi, aresztowali czołowych działaczy Bractwa Muzułmańskiego i spacyfikowali pokojowe demonstracje zwolenników Muhammada Mursiego. Od tego momentu obserwujemy w Egipcie rosnącą polaryzację społeczną i pogłębienie się podziałów pomiędzy sekularystami i islamistami. Siłowa dekapitacja polityczna Braci Muzułmanów ma wiele konsekwencji. Jedną z nich jest petryfikacja dotychczasowej pozycji wojskowych w strukturze zarządzania krajem i utrzymanie sytuacji, w której wojsko pozostaje kluczową siłą polityczną w państwie niezależną od obywatelskiej kontroli. Egipt tym samym jawi się nie jako tradycyjne państwo liberalno- demokratyczne, które ma swoją armię, lecz raczej jako miejsce, gdzie wojsko ma swój kraj. Egipska militarokracja cechuje się nie tylko niemalże nieograniczoną władzą wojskowych w sferze polityki, ale również znaczącą siłą ekonomiczną, przejawiającą się w kontroli nawet do 40% firm.

Bardzo ważną konsekwencją lipcowego przewrotu wojskowego jest wzmocnienie się popularnej wśród części islamistów opinii, że „demokracja nie jest dla muzułmanów”. Pomimo wielu przeciwności Bracia Muzułmanie i inne organizacje islamistyczne głównego nurtu od kilku dekad konsekwentnie realizują strategię działania w ramach istniejących systemów politycznych, zagospodarowując tyle przestrzeni politycznej, ile semiautorytarne reżimy regionalne są gotowe im przyznać8. Siłowe ograniczanie ich władzy lub możliwości uczestnictwa w polityce nie zachęca umiarkowanych islamistów do zaangażowania się w procesy polityczne, lecz wzmacnia środowiska, które chcą realizować pozapolityczne i najczęściej mniej pokojowe strategie działania. Tym samym przyczynia się do radykalizacji tego środowiska nie tylko w kraju, ale również w całym regionie. Egipt staje się bowiem dla integrystów muzułmańskich i ich rzeczników kolejnym „modelowym przykładem” zawiedzionych nadziei i rzekomej sprzeczności między islamem i liberalną demokracją.

Rząd egipski pod przewodnictwem Bractwa Muzułmańskiego, w przeciwieństwie do tunezyjskich islamistów z Hizban-Nahdy, wykazał się wyjątkową nieumiejętnością włączenia sił opozycji w procesy decyzyjne. Jak słusznie zauważył politolog Alfred Stepan, jednym z kluczowych elementów przemian demokratycznych w Tunezji, którego zabrakło w Egipcie, są „bliźniacze tolerancje” (Twin Tolerations), polegające na poszanowaniu przez religijnych obywateli świeckiego państwa i stosowanego przez nie prawa oraz tolerancji państwa dla dążeń i idei obywateli religijnych wyrażanych i wdrażanych poprzez instytucje społeczeństwa obywatelskiego z poszanowaniem istniejących ram prawnych9. Nade wszystko wydaje się, że w Egipcie zabrakło wzajemnego szacunku i porozumienia pomiędzy elitami świeckimi i religijnymi.

W porewolucyjnej Tunezji tego typu konsensus wykluwał się bardzo wolno – stąd Tunezyjczykom o wiele dłużej zajęło przegłosowanie nowej konstytucji. Natomiast wydaje się, że akceptacja dla pluralizmu politycznego i światopoglądowego ma tam dziś mocne podstawy. Co ciekawe, szczególnie silnie podkreślają ją islamiści z an-Nahdy. Rzeczniczka partii przed kilkoma miesiącami, gdy an-Nahda odgrywała najważniejszą rolę w kraju, mówiła: „Nikt nie powinien nawet myśleć o eliminacji innych grup, ani sekularyści ani islamiści, ale powinni zaakceptować nieodłączną wewnętrzną różnorodność społeczeństwa tunezyjskiego”10. Takie podejście pozwoliło islamistom przyjąć ze spokojem niekorzystny dla siebie wynik wyborów parlamentarnych z 26 października 2014 r.11 i z optymizmem patrzeć w przyszłość. Tunezja, która wskazała Arabom drogę wyjścia z więzień autorytarnych reżimów poprzez pokojowe protesty, pokazuje dziś, że zbudowanie nowego demokratycznego porządku na gruzach dawnego systemu, choć nie jest łatwe, jest możliwe.

Tekst został przygotowany w ramach projektu Islamizm i pluralizm: ugrupowania islamistyczne w Egipcie i Tunezji po Arabskiej Wiośnie finansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2011/03/D/HS5/01570/1


1 Wyliczenia UNHCR z listopada 2014 r.

2 Studentkę filozofii zastrzelono podczas protestów po wyborach w Iranie w 2009 r. Nagranie przedstawiające jej śmierć umieszczono w mediach społecznościowych.

3 Szacunki zabitych podczas wojny wahają się od 50 tys. do 150 tys. osób.

4 P. Fargues, Voice after Exit: Revolution and Migration in the Arab World, 2011, http://www.migrationinformation.org/Feature/display. cfm?ID=839 (dostęp: 12 listopada 2014).

5 A. Gresh, Three years later: Was it a revolution?, 2013, http://www.aljazeera.com/indepth/opinion/2013/12/three-yearslater- was-it-revolution-20131219115550312396.html, (dostęp: 27 października 2014).

6 D. Abu-Nasr, Saudi Women Inspired by Fall of Mubarak Step Up Equality Demand, 2011, http://www.bloomberg.com/news/2011‒03‒28/ saudi-women-inspired-by-revolt-against-mubarak-go-online-to-seekequality. html (dostęp: 12 listopada 2014).

7 S. Kassir, Considérations sur le malheur arabe, Beirut 2004.

8 N .J. Brown, When victory is not an option: Islamist movements in Arab politics, Ithaca 2012.

9 A. Stepan, Tunisia’s Transition and the Twin Tolerations, „Journal of Democracy” 2012, t. 23, nr 2, s. 89–103.

10 K. Pędziwiatr, R. Tonta, Turbulent Muslim Renaissance in Tunisia, „Jadaliyya.com”,2014, http://www.jadaliyya.com/pages/ index/18015/turbulent-muslim-renaissance-in-tunisia_interview- (dostęp: 12 listopada 2014).

11 An-Nahda uzyskała drugi wynik w kraju po świeckiej partii Nida Tunis (69 mandatów versus 85 w 217-osobowym parlamencie).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata