70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Wiara otwarta to nie jest ogródek ani tym bardziej oranżeria, dla specjalnego gatunku wiernych, ale coś, co człowieka wyraża najgłębiej w jego prawdzie. Nie jest to zatem, jak się wielu obawia, wiara prywatna, ale osobista, najgłębiej własna, bo tylko taka odpowiada na ewangeliczne przesłanie.

17 listopada 2014, poniedziałek

Przed nami jubileusz 1050-lecia chrztu Polski. Jego najbardziej spektakularnym wyrazem będą Światowe Dni Młodzieży, które w lipcu 2016 r. zostaną zorganizowane w Krakowie. Mottem tego święta stają się papieskie słowa z pl. Zwycięstwa z 1979 r. – wezwanie, by Duch Święty „odnowił oblicze ziemi – tej ziemi”. W 1991 r. Jan Paweł II wyznaczał nam program w sposób bardziej dobitny: aby nie pojmować neutralności światopoglądowej państwa jako zwolnienia się z powinności czy wręcz obowiązku „wprowadzania sacrum w życie publiczne i państwowe”. To zadanie dla Kościoła polskiego, które musimy zobaczyć w całej jego rozciągłości, a jest ono olbrzymie. Artykuł o. Ludwika Wiśniewskiego OP Jesteśmy na zakręcie („Tygodnik Powszechny”, 16 listopada 2014) był dla mnie wielkim przeżyciem. Także za sprawą cytatów z ks. Czesława Bartnika, uważanego od lat przez kościelne przecież Radio Maryja za autorytet. Przeczytałam więc, że ten autorytet traktuje postawę katolicyzmu otwartego, wymieniając z imienia wspólnoty i osoby, jako wrogów wiary w Polsce. Niewiele później zdarzyło mi się wysłuchać w radiowej „Dwójce” niedzielnego kazania biskupa Kościoła ewangelicko-reformowanego, który oparł je na… obrazie przywołanym przez papieża Franciszka: Kościoła jako szpitala polowego, w którym powinno się ratować ludzi od śmierci, a nie dydaktycznie umoralniać. Po cytatach z ks. Bartnika ta homilia była dla mnie jak znak nadziei.

20 listopada 2014, czwartek

Kalendarz wydarzeń zagęszcza się tak bardzo, że 25-lecie historycznego spotkania naszego premiera i kanclerza Niemiec w Krzyżowej 12 listopada 1989 r. nie zostało zauważone przez media tak, jak na to zasługiwało. Tymczasem rozmowa z emerytowanym arcybiskupem Opola Alfonsem Nossolem („Gazeta Wyborcza”, 22–23 listopada 2014), celebrującym ćwierć wieku temu mszę św. w Krzyżowej, należała do najpiękniejszych świadectw i programów duszpasterskich. Abp Nossol wspomina opory, jakie towarzyszyły wykonaniu znaku pokoju podczas mszy. Ówcześni przeciwnicy wskazywali, że msza może przez to zamienić się w spektakl. Abp Nossol przekonał jednak wiernych, że jest to znak, który zmienia „oblicze ziemi”, jeśli tylko przyjmuje się go z dobrą wolą. Jak bardzo serio ludzie potraktowali wtedy ten znak liturgiczny (wprowadzony po II Soborze Watykańskim), który w praktyce coniedzielnej mszy często wykonujemy zbyt formalnie, jakby nie wynikał z tego dla nas żaden nakaz… Tak jak to zrobili Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl. Abp Nossol, odchodząc od ołtarza, by wymienić znak pokoju z przywódcami obu krajów, dobitnie pokazał, że liturgia ma naszą wiarę i życie przetwarzać, a nie tylko dekorować.

Wiara otwarta to nie jest ogródek ani tym bardziej oranżeria, dla specjalnego gatunku wiernych, ale coś, co człowieka wyraża najgłębiej w jego prawdzie. Nie jest to zatem, jak się wielu obawia, wiara prywatna, ale osobista, najgłębiej własna, bo tylko taka odpowiada na ewangeliczne przesłanie. O sacrum w życiu publicznym i państwowym można zacząć myśleć dopiero, gdy chrześcijaństwo przestaje być obrazkiem zawieszonym pro forma w pewnym kącie rzeczywistości, a zaczyna przenikać nasze życie naprawdę. Stefan Wilkanowicz w książce zatytułowanej przez swego rozmówcę Chrześcijanin (Znak, 2009) wypowiada w paru słowach własne credo: wiara to osobisty związek ze Zbawicielem. I od tego nie można odstępować ani udawać, że formułki pobożności okazywanej tak łatwo i tak wygodnie podczas masówek organizowanych, np. przy okazji łączenia świąt narodowych z religijnymi (dla wspierania tych pierwszych), to jest realizacja tego zadania, które Jan Paweł II postawił przed nami w 1979 r. A potem tyle razy o nim przypominał.

24 listopada 2014, poniedziałek

Kilkakrotnie wydarzenia z czasów młodości dały mi klucz do obrania stanowiska, które zajmuję do teraz. Jednym jest wspomnienie gabinetu lekarskiego z rodzinnego Wilna, gdzie wykonywano zakazaną wówczas aborcję. Otoczenie przyjmowało tę sytuację zakłamania bez szczególnej reakcji, jakby obojętnie. Z kolei w czasie niemieckiej okupacji miasta zetknęłam się ze zjawiskiem pobożności praktykowanej z całego serca, a równocześnie chyba jednak nieprawdziwej. Jedna z koleżanek straciła w katastrofie kolejowej (pociąg został wysadzony przez partyzantów) obie stopy. Mimo wojny rodzina z Anglii przysłała jej bardzo dobre protezy, dzięki czemu dziewczyna w ciągu kilkunastu miesięcy zaczęła chodzić. Tyle że musiała ubierać spodnie, co było wówczas nie tylko niepowszechne, ale nawet źle widziane. Któregoś dnia spotkana w przedsionku świątyni kobieta zrobiła jej awanturę, zarzucając obrażanie świętości strojem. Naturalnie, nie wiedziała, jak okropnie ją krzywdzi. Ale właściwie po co interweniowała?

To właśnie dziś robimy najchętniej: pouczamy i osądzamy. Tymczasem, co wówczas zrozumiałam, najpobożniejsza modlitwa nie pomoże, jeżeli człowiek za bardzo uwierzy, że „posiadł prawdę”. Poszukiwanie, dociekanie i poczucie znajdowania się w drodze, a nie na szczycie sukcesu, choćby świętego, nie może nas opuścić chyba do samego końca. Nie wiem, oczywiście, czy komuś nie bywa dane Pawłowe poczucie dojścia, opisane tak wyraźnie w jednym z jego listów: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości…” (2 Tm 4, 7–8a). Sama nie potrafię sobie jednak tego wyobrazić.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter