70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Roman Vishniac – baron Münchhausen w sztetlu

Zdemaskowanie sztuczek Vishniaca nie umniejsza jego dzieła: oczyszczone z propagandowego nalotu, okazuje się bogatsze i wielowymiarowe.

Czarnooka dziewczynka z włosami w nieładzie siedzi otulona w kołdrę. Ma wielkie oczy i uchylone usta – urok dziecka, które wyrośnie na piękną kobietę. To jedna z najsłynniejszych fotografii Romana Vishniaca, wykonana w Warszawie około 1935 r. Sara, jedyne kwiaty jej młodości – tytuł odnosi się do wzoru na sfatygowanej tapecie, a podpis informuje, że mała spędza zimę w łóżku, ponieważ rodziców nie stać na ogrzewanie i obuwie. Inna scena: przygarbiony staruszek nachyla się ku speszonej, a może skruszonej dziewczynie. Panienka nerwowo splata palce, chyba drżą jej usta. Nie wiadomo, o czym rozmawiają ci dwoje i czy istotnie są Dziadkiem i wnuczką. Być może starszy pan posyła dziewczynę na zakupy, a ona próbuje spamiętać sprawunki. Ale siła tej sceny jest ogromna: kojarzy się z obrazem Ojcowskie napomnienie XVII-wiecznego holenderskiego mistrza Gerharda Terborcha. I jeszcze jeden kadr: żywo gestykulując, stara kobieta wyjaśnia coś chłopcu, a drugą ręką podtrzymuje niemowlę. W tle widać skotłowane ubrania. Podpis: „mieszkanie w suterenie przy ulicy Krochmalnej”.

Oto „zaginiony świat” – taki tytuł, Vanished World, nosi wydany w 1983 r. album Romana Vishniaca. Wybitny fotograf dokumentował życie wschodnioeuropejskich Żydów w przeddzień II wojny światowej. Jego zdjęcia odegrały podobną rolę jak opowiadania Singera: stworzyły i podtrzymywały mit. Janusz Kamiński wspominał, że inspirował się nimi jako operator Listy Schindlera. Na jednym z ujęć zaniepokojony uczeń chederu ogromnymi oczami patrzy wprost na nas. Gdzie indziej młody chasyd ucieka spojrzeniem poza kadr. Niedawno okazało się, że Vishniac przykroił tę fotografię: małego mistyka wypatrzył w tłumie rozigranych dzieci. Kolega chwyta go za ramię – oto powód uniesienia… Wbrew opowieściom samego fotografa także on nie poszedł za głosem z nieba; do Europy Wschodniej wysłała go żydowska organizacja charytatywna Joint Distribution Committee: miał pokazywać ortodoksyjne obyczaje i ślady ubóstwa. Fotografował, aby poruszyć serca – dlatego wybierał wyraziste sceny albo podpisami narzucał jednoznaczną interpretację. Paryska wystawa obejmuje ponad 50-letnią karierę Romana Vishniaca. Jego dzieło pokazuje jednak „od kulis”: kilka lat temu badacze ujawnili zafałszowania i fantazje, którymi sam artysta chętnie przesłaniał swoje prace.

Z niedzielnego fotografa

Roman Vishniac urodził się w 1897 r. w Sankt Petersburgu, w zamożnej, świeckiej rodzinie. Dorastał w Moskwie: ojciec prowadził fabrykę parasoli, a matka była córką kupca diamentowego. Losy żydowskiej biedoty chłopak obserwował niczym ponurą egzotykę: „mieli specjalne twarze, charakterystyczny szept i rodzaj kroków”. W 1918 r., w porewolucyjnej zawierusze, rodzina Vishniaków wyjechała do Niemiec. Roman został dłużej – studiował medycynę i biologię. Po przybyciu do Berlina utrzymywał się z rodzinnej nieruchomości, którą niechętnie zarządzał. W wolnym czasie zanurzał się w „symfonii wielkiego miasta” i fotografował: rodzinę na niedzielnym spacerze, upartego psa, rzeźniczych czeladników świętujących złożone egzaminy. Intrygowały go geometria nowoczesności, przypadkowe, abstrakcyjne harmonie: człowiek myjący okna na skośnej drabinie albo gry światła na Anhalter Bahnhof. W latach 30. za dziecięcymi wózkami pojawiły się flagi ze swastyką. Aby nie wzbudzać podejrzeń, Vishniac fotografował z nimi swoją córeczkę: przed sklepem z przyrządami do odróżniania niearyjskich głów albo z plakatem wyborczym Hitlera.

Z niedzielnego fotografa Vishniac stał się profesjonalistą. Około 1935 r. wyruszył za wschodnią granicę. Pokazywał krakowski Kazimierz w topniejącym śniegu i klientów handlarza szmat. Twierdził, że zrobił 16 tys. negatywów, niektóre z ukrytej kamery. Jeśli ujęcie nie było dosyć przejmujące, opatrywał je sentymentalnym komentarzem. Wyglądający przez otwór w metalowych drzwiach mężczyzna to ojciec ukrywający się przed endekami. Na sąsiednim zdjęciu syn ostrzega go, że nadchodzą. „Metalowe drzwi nie chronią przed pogromem”. Niedawno okazało się, że fotograf zestawił dwa niezależne ujęcia: rzekomego ojca zobaczył w Warszawie, zaś chłopiec w Łodzi najpewniej bawił się w chowanego.

Vishniac nagminnie dopuszczał się podobnych manipulacji. Zrobił mniej zdjęć, niż deklarował, i raczej nie pstrykał po kryjomu, a niektóre sceny były wręcz pozowane. Największe przekłamania znajdują się jednak w podpisach. Leon Wieseltier celnie określił Vishniaca „oficjalnym fotografem pośmiertnym wschodnioeuropejskich Żydów”. Pokazywał bowiem świat, nad którym wisiało widmo Zagłady, a nierzadko ten żałobny kir na swoje zdjęcia retrospektywnie nakładał. Dlatego zdemaskowanie sztuczek nie umniejsza jego dzieła: oczyszczone z propagandowego nalotu, okazuje się bogatsze i wielowymiarowe. Jego modele często się śmieją: jak choćby okutana w chusty dziewczynka, która niesie do domu rondel zupy i butelkę mleka. Na nieznanym ujęciu wesoła (i obuta) jest też mała Sara. Z kolei warszawscy tragarze to silni, zadziorni chłopcy. Jeden z nich zasnął w drewnianym wózku: oto smutny widok zaharowanego robotnika. Ale przecież w tym obrazie nie ma nic tragicznego: wypoczywający młody mężczyzna przypomina mitycznego kolosa. Z kolei na podwórku przy Nalewkach Vishniac nie pokazał nędzy, lecz pulsujące życie: otwarte okna komplikują geometrię kamienicy, gdzie ludzie rozmawiają przez balkony. Vishniac chwytał ulotne, codzienne sytuacje i oprawiał je tak, aby niosły wyznaczone przesłanie. Tę metodę zastosował również w holenderskim obozie szkoleniowym dla syjonistów. Na zdjęciach z lat 1938–1939 młodzi ludzie budują rusztowania, ciągną liny, dźwigają ciężary. Ujęcia z pozycji żaby wyolbrzymiają ich sylwetki. Vishniac był jak kameleon – tym razem zbliżał się do konstruktywistycznych prac Aleksandra Rodczenki. Z kolei w Stanach Zjednoczonych, gdzie od 1941 r. fotografował żydowskich uchodźców, nawet nie musiał wyłuszczać przesłania w komentarzach: walizka małej Ruth Sternfeld mówi sama za siebie, a inna emigrantka nosi swój adres na szyi.

Abstrakcyjne piękno natury

W Ameryce Vishniac kontynuował również swoją największą pasję: mikrofotografię. To osobny nurt jego poszukiwań, nienaznaczony przez Historię. „Natura wyjaśniła mi sprawy, których nie mogłem nauczyć się z książek. Nauce i naturze zawdzięczam najpiękniejsze chwile mojego życia”. Pionierskie zdjęcia i filmy naukowe służyły kilku pokoleniom biologów. Ale nawet nieuczonemu oku te zdjęcia pokazują wielobarwne światy, abstrakcyjne piękno natury: czerwone kryształki hemoglobiny, turkusowe soki żołądkowe i delikatne pręciki pleśni. Kiedy Vishniac był już bardzo schorowany, jego zięć Walter Kohn – fizyk i laureat Nobla w dziedzinie chemii, pokazał mu fotografie wykonane

za pomocą mikroskopu elektronowego. Przedstawiały pojedyncze atomy na metalowych powierzchniach. Vishniac zapytał, jakie zastosowano powiększenie. „Około dziesięć milionów razy”. Zrezygnowany artysta opadł na poduszki: „To znaczy, że mnie przebili”.


Roman Vishniac. De Berlin à New York, 1920–1975, Musée d’Art et d’Histoire du Judaïsme, Paryż, wystawa czynna od 17 września 2014 do 25 stycznia 2015 r., koncepcja: Maya Benton, kurator wystawy w Paryżu: Paul Salmona, we współpracy z Nicolasem Feuilliem i Dorotą Sniezek

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata