70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polemika z polemiką

Zamieszczona w 713. numerze „Znaku” polemika prof. Marcina Króla czyni mi zaszczyt, zarówno ze względu na osobę autora, jak i na ocenę mej recenzji. Bliski mi jest też koncyliacyjny ton tej wypowiedzi, choć mnie samemu przyjąć taki ton jest trudno, bo stanowisko prof. Króla jest przykładem tej akurat postawy, którą swego czasu kwestionowałem w książce Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego”.

Marcin Król twierdzi, że Jerzy Turowicz musiał w PRL ukrywać właściwe poglądy i dopiero w wolnej Polsce mógł je ujawnić. To prawda: w PRL nikt nie miał złudzeń, że ludzie „Tygodnika” piszą wszystko, co myślą. Jednak nikt też nie miał złudzeń odwrotnych: że postawa opozycyjna „Tygodnika” ma oblicze fundamentalne. Pismo to prezentowało przecież polityczny realizm i przedstawiało żelazne uwarunkowania geopolityki, w takim zaś myśleniu obóz rządzący Polską (nie chcę używać nieadekwatnego określenia „komuniści”) nie reprezentował samego zła, nie uważano go – jak czyni to dziś Marcin Król – za „komunę” i „komuchów”. Cokolwiek bowiem się powie o antypaństwowej i antynarodowej postawie komunistów, zwłaszcza w okresie międzywojennym, cokolwiek się powie o ich powojennej bezwolności wobec Stalina, o śmiertelnym niebezpieczeństwie, jakim była dla narodu podejmowana przez nich „pierekowka” dusz – nie sposób zapominać, że w sytuacji, w której Lwów i Wilno były i tak dla Polski stracone, tylko oni mogli przejąć z rąk zwycięskiej Armii Czerwonej Wrocław i Szczecin, zbudować państwo z szerokim dostępem do morza, to państwo, o którym przedwojenny wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski pisał, że jest ono „zdrowsze” niż przedwojenne.

Stanisław Stomma, antykomunista do szpiku kości, wielokrotnie podkreślał, że Stalin mógł tak zbudowaną Polskę oddać tylko w ręce ludzi, „którym ufał”, że gdyby do władzy doszedł czy to gen. Anders czy Stanisław Mikołajczyk, Polacy by ziem poniemieckich nie dostali. Polska bez komunistów stałaby się więc – i to w najlepszym razie – nowym „Księstwem Warszawskim”. W najlepszym razie – bo alternatywą było wcielenie Polski do ZSRR (agitowała za tym np. Zofia Dzierżyńska) albo bezterminowa sowiecka okupacja wojskowa (pisała o tym Krystyna Kersten). Otóż takiej refleksji daremnie było w latach 90. szukać u Turowicza. Dziś, mimo upływu tak już długiego czasu, daremnie jest szukać jej u Króla.

Paradoks polega też na tym, że apogeum wrogości dotknęło „komunistów” akurat wtedy, gdy oddali władzę. Czyli gdy odwołali swój dogmat, że władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy. I znów: jakkolwiek byliby w tym oddaniu władzy interesowni i cyniczni, przecież się na to zdecydowali. Zrobili krok w skali światowego komunizmu bezprecedensowy – i to nie będąc jeszcze świadomymi ani bliskiego zburzenia muru berlińskiego, ani czechosłowackiej aksamitnej rewolucji, ani losu Nicolae Ceauşescu. Demontaż komunizmu w Europie Środkowej zaczął się od Polski. Mało która z polskich decyzji zaważyła tak na losach Europy jak ta z roku 1989, podjęta przez „komunistę” gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Marcin Król, wspominając wystąpienie swoje i Krzysztofa Kozłowskiego przy Okrągłym Stole, pisze, że za zbytni radykalizm „ochrzanił” ich obu Bronisław Geremek, i dodaje: „Co ciekawe, nasi towarzysze, Jacek Kuroń i Adam Michnik, nie obrali tak ostrego tonu”. To jest istota problemu. Oto bowiem wieloletni więźniowie polityczni PRL okazali się bardziej umiarkowani niż ludzie, którzy od roku 1956 działali legalnie. Oczywiście, gdy przez dziesięciolecia tkwi się w cenzuralnej obroży, chce się swą prawdę wykrzyczeć – Kuroń i Michnik, publikując niemal wyłącznie w drugim obiegu, takiej potrzeby mogli nie odczuwać. Można więc zrozumieć potrzebę podobnej ekspresji Znak-owców, można nawet zaakceptować chęć „wyrównania szeregów” z triumfującą Solidarnością, można też przyjąć zamiar jakiegoś „uwiarygodnienia się” ludzi opozycji legalnej w oczach opozycji nielegalnej. Można to zrozumieć zwłaszcza pod piórem Marcina Króla, dokonującego legalizacji „Res Publiki” już w roku 1987. Ale takie zrozumienie dla radykalizmu powinno być obecne tylko w rewolucyjnym roku 1989. Nie później.

Niech mi wolno będzie uczynić na koniec uwagę generalną – nieodnoszącą się bezpośrednio do prof. Króla. Sądzę otóż, że spóźniony radykalizm jest niebezpieczny i niemoralny. Niebezpieczny przede wszystkim dla sukcesorów ruchu Znak, skoro podważa on, kwestionuje, marginalizuje i przemilcza tożsamość ruchu zaangażowanego w PRL (nie w budowę socjalizmu! – to naprawdę nie to samo). Nieprzypadkowo u kresu takiego radykalizmu pojawia się poszukiwanie certyfikatu moralności wydanego przez IPN oraz autolustracja środowiska, tak dobrze widoczna w książce Romana Graczyka. I jest też ów radykalizm niemoralny. Oto bowiem ci, którzy zawsze domagali się przestrzegania zasad w polityce, zdają się po latach przyznawać, że rokowali z komunistami oszukańczo, ze złą wolą, że więc przyjęli poniekąd ich metody. A swą postawę zradykalizowali akurat wtedy, gdy przeciwnik stał się na tyle słaby, że można już sobie pozwolić na wszystko. Zatem wallenrodyzm? Wtedy z kolei wypadałoby powiedzieć, że racje geopolityczne były mydleniem oczu, że naprawdę chodziło o coś zupełnie innego… Ruch Znak wystarczająco zasłużył się ojczyźnie, by wchodzić dziś w nie swoje buty.

Niech mi Marcin Król wybaczy te – zapewne zbyt obcesowe – uwagi. Mimo wszystkich zgłoszonych tu zastrzeżeń uczony ten nie przestaje być wzorem intelektualnej odwagi i uczciwości. A także polemicznej klasy, której – być może – niżej podpisanemu nie stało.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata