70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Syta cnota to za mało

W chrześcijaństwie jest tak, że gdy głosimy słowo i sprawujemy sakramenty, to musimy też świadczyć o miłości. Jak tego nie ma, to okazuje się, że stół ma dwie nogi i się po prostu przewraca

 

Zbliżają się święta, wraz z nimi choinka, zakupy, prezenty, wielka gonitwa, mnóstwo jedzenia… Czasami mamy wrażenie, że z pięknego wydarzenia, jakim jest Boże Narodzenie, robi się komercyjny spektakl. Czy w związku z tym Bóg nie zmarnował swojego Syna?

Jeśli ludzie spotkają się w święta przy stole, by zjeść i porozmawiać, chwała Bogu, bo to doświadczenie, którego jest dzisiaj coraz mniej. Żyjemy w świecie, który staje się bardziej indywidualistyczny, i zdarza się, że ludziom wystarcza do szczęścia pokój z własnym laptopem. Kościół jest sakramentem jedności całej ludzkości i jego istotną funkcją jest to, by ludzi do siebie nawzajem zbliżać. Nie ma więc sensu próba zohydzenia jakiegokolwiek sposobu przeżywania świąt. Takie momenty gdy ludzie mogą razem siąść przy stole, to coś bardzo ważnego. Niech więc się spotkają, niech zjedzą, niech sobie dadzą prezenty, z jakimś wyczuciem, kto czego potrzebuje. Poza tym mam poczucie, że część z tych ludzi przeżyje rekolekcje adwentowe i moment refleksji nad sobą.

Czy Pan Bóg nie zmarnował swojego Syna? W pewnym sensie zmarnował, i to świadomie. U św. Mateusza pojawia się przypowieść Jezusa o niegodziwych dzierżawcach winnicy (Mt 21, 33–43). Ona jest o tym, że właściciel winnicy, w którym bez trudu rozpoznajemy Boga Ojca, posyła swoich służących, żeby odebrali należny mu plon, potem posyła drugich, a w końcu posyła własnego syna, wiedząc, że te pierwsze dwa poselstwa skończyły się śmiercią posłanych sług. Syn również zostaje zabity. Jezus daje przy tym taki komentarz: kamień odrzucony przez budujących staje się kamieniem węgielnym, czyli mówiąc dosadnie, na trupie odrzuconego Syna Bóg już buduje nową rzeczywistość, w której martwe ciało staje się elementem spajającym porozdzielanych ludzi. To jest istota dobrej nowiny o Bogu w Jego odniesieniu do człowieka.

Obok przywołanej już przez Księdza Biskupa przypowieści w ewangeliach znajdziemy jeszcze inne, w których pojawia się wątek marnotrawienia czy też rozrzutności. Jest piękna przypowieść o miłosiernym ojcu (Łk 15, 11–32), a również o nielitościwym dłużniku, któremu umorzono wielki dług, a on nie był już w stanie tej praktyki powtórzyć względem innych (Mt 18, 23–35). Czy można zatem powiedzieć, że rozrzutność, pewnego rodzaju marnotrawstwo jest przymiotem Boga?

To nie marnowanie, tylko miłość, a ona nie może być obliczona na wymierny efekt. Oczywiście miłość ma pragnienie owoców po drugiej stronie, bo jest wyjściem ku drugiemu, żeby go przemieniać. Jeśli jednak miłość nie widzi tych owoców, to nie żałuje tego, co robiła. Pan Bóg jest rozrzutny, ale to cecha miłości. W teologii katolickiej mówi się, że wszystkie cnoty mają umiar, oprócz miłości. W sprawiedliwości trzeba zachować umiar, w pracowitości trzeba zachować umiar, w odpoczywaniu trzeba zachować umiar, ale w miłości nie. Miłość nie domaga się umiaru. Przeciwnie, domaga się rozrzutności.

Jeśli jednak człowiek kieruje się najczęściej – nie tylko w finansach, ale również w relacjach międzyludzkich – logiką zbilansowania, to u Boga tego nie ma.

Mam nadzieję, że człowiek też potrafi wykroczyć poza taką logikę wymiernej sprawiedliwości. Najprościej by było powiedzieć, że najważniejszą tożsamością Boga jest miłosierdzie. Zasadniczo wracam do tego, co powiedziałem: miłość nie kieruje się postawą, że daję, żebyś dał. To jest handel, kupiectwo, to nie ma nic wspólnego z prawdą, że nie kocha się za coś, ale kocha się mimo wszystko. Pan Bóg jest nieskończony w dawaniu, to widać nie tylko w przypowieściach, ale również w czynach Jezusa. 720 litrów wina w Kanie Galilejskiej nie wiadomo dla kogo i po co. Po to, żebyśmy wiedzieli, że tak naprawdę to, co ma nam do zaoferowania, jest nie do przejedzenia, to jest absolutnie większe niż to, żeby mieć udaną imprezę weselną. 12 koszów pełnych ułomków oznacza – pozostawiając z boku alegoryczną wykładnię tego tekstu odnoszącą się do samego Jezusa – że to, co jest podane rękami Jezusa, jest absolutnie ponad miarę naszych możliwości absorpcyjnych. Ojcowie Kościoła mówili: przychodzisz do źródła i nie jesteś go w stanie wypić, wiesz, że przyjdziesz jutro i będzie tu świeża woda. W momencie kiedy to odkryjemy, jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Dzięki temu możemy mówić to, co powtarzał Tischner: że Ewangelia jest przed nami, bo nigdy nie mamy poczucia nasycenia w stosunku do swojej własnej wiary, tego, jak ją przeżywamy i co z niej zrozumieliśmy. To znaczy, że nie ma miejsca w życiu na tzw. sytą cnotę, bo wiem, że wszystko jest dopiero przede mną.

Patrząc jednak po ludzku na te kosze zebranych ułomków, można mieć wrażenie, że to się zmarnuje. Po co to zostaje? Przecież mógł nam dać tyle, ile potrzebujemy. Czy to jest zadanie dla nas, żebyśmy to, co zostanie, przekazali dalej?

W przypowieści nie wszystko jest napisane. Tu dochodzimy już do zupełnie innego obszaru zagadnień. W momencie kiedy posiadam to, co jest zbyteczne, mam obowiązek dzielić się tym ze sprawiedliwości – nie z miłosierdzia, ale ze sprawiedliwości. To stare nauczanie Kościoła. My je dzisiaj powtarzamy, nie stety, trochę nieśmiało, bo zaraz włączają się rozmaici ludzie i mówią, że Kościół jest przeciwko własnemu rozwojowi i przedsiębiorczości. Nie, Kościół nie jest przeciwko czemukolwiek z wyjątkiem grzechu. Prawda jest taka, że jeśli dysponuję czymś, co znacznie przewyższa uczciwą miarę godziwego posiadania, to mam się obowiązek dzielić tym ze sprawiedliwości, nie z miłosierdzia. Wtedy nie ma mowy o tym, żeby coś się marnowało.

Pojawia się tu inny obraz biblijny – przypowieść o pasterzu szukającym zaginionej owcy (Łk 15, 1–7). Można powiedzieć, że naraża on 99 owiec i poświęca je tylko dla tej jednej. Czy Chrystus został posłany na świat, żeby nic się nie zmarnowało? Z ludzkiego punktu widzenia to, co robi pasterz, jest po prostu absolutnie nieekonomiczne.

Miłość nie jest pojęciem abstrakcyjnym i teoretycznym, to nie jest tak, że kocha się wszystkich ludzi. Kochać trzeba każdego z osobna. Miłość domaga się zobaczenia w indywidualny sposób potrzeb każdego człowieka. Dobry pasterz rozeznaje potrzeby owcy, która się zagubiła, i rozeznaje też potrzeby tych 99. To znaczy, że więcej uwagi i miłości poświęca tej owcy, która jej najbardziej potrzebuje. Dodatkowo pojawia się przy tym kontekst boskich priorytetów i tego, jak są one odbierane. Jezus naprawdę spędzał więcej czasu z celnikami i nierządnicami niż z tymi, którzy są uczeni w prawie i mają stan sytej cnoty. To, co robił, było w zasadzie czymś nie do zaakceptowania. Całkiem niedawno podobny gest wykonał papież Franciszek, kiedy pobłogosławił kilkanaście małżeństw, z których część była związkami po tzw. przejściach. To dla tzw. przyzwoitych katolików było trudne do przyjęcia. Mówili: czy to znaczy, że już nie ma ludzi, którym papież może pobłogosławić małżeństwo, i wybierać trzeba takich właśnie „okaleczeńców”? To jest dokładnie to, z czym mierzył się Jezus – tzw. porządni Żydzi mieli dość Jego relacji z celnikami i cudzołożnicami, więc kwestionowali Jego postawę. W teorii łatwo nam powiedzieć, że Bóg wybrał to, co słabe, ale jak dochodzimy do próby zastosowania tego w swoim życiu, to się często zwyczajnie potykamy.

Natomiast czy Pan Bóg na takim postępowaniu coś traci? Np. swój dobry PR, traci oblicze przyzwoitego i mówi się o nim, że jest żarłokiem i pijakiem. O wiele jednak ważniejsze jest to, co zyskuje: zyskuje zaś nie coś, ale kogoś, i to jest zupełnie inny poziom refleksji.

Dobry pasterz rozpoznaje, której owcy czego potrzeba. Jak, w kontekście niedających się ukryć na świecie nierówności, rozeznać, ile komu potrzeba?

Są dwa poziomy rozeznania, pierwszy z nich odnosi się do samego siebie. Jest to o tyle ważne, że mówiłem przed chwilą o zasadzie dzielenia się tym, co jest ponad godziwy stan posiadania. Trzeba przy tym lokalnego rozeznania, bo funkcjonujemy w konkretnych społecznościach. Co innego jest godziwym stanem posiadania w Polsce, a co innego w Szwajcarii czy w Stanach Zjednoczonych, a jeszcze co innego w którymś z najuboższych krajów afrykańskich. To, co w Polsce uchodzi za ekstrawagancję, w Szwajcarii może być normalnym sposobem funkcjonowania.

Jeśli chodzi o potrzeby innych, to bardzo ważna jest umiejętność słuchania drugiego. Bałbym się opisywać czyjeś potrzeby, bo bardzo cienka jest granica między rzeczywistą pomocą a traktowaniem kogoś mechanicznie, jakby nie miał on własnego rozumu, odpowiedzialności i prawa do decydowania o sobie. Nieraz takie mechaniczne podejście wkrada się, niestety, w tak ważny obszar jak pomoc charytatywna. Logika jest przy tym taka: mam pomysł na człowieka w potrzebie i wszystko mu załatwię, natomiast jeśli on się do tego pomysłu nie dostosuje, to ja się wycofuję, bo nie chcę marnować środków. Tak nie wolno. Człowiekowi trzeba pomagać jako osobie. Istotne jest przeto pytanie o jego potrzeby, które on sam wyartykułuje. Konieczne zatem jest w tym rozeznawaniu prawdziwe spotkanie z drugim.

Jednak czy ograniczenie się tylko do rozeznania dotyczącego nas samych to nie za mało, żeby funkcjonować w świecie?

To nie jest jedyna norma. Bardzo pięknie pisze na ten temat Benedykt XVI w Deus caritas est. Encyklika ta mówi o porządku właściwym dla miłości. Bardziej kochamy swoich bliskich i łatwiej z nimi dzielimy się tym, co mamy. To oczywiste. Inne są obowiązki wobec własnej żony i dzieci, a inne wobec sąsiada. Obok tego istnieje jednak również porządek potrzeb, tzn. jeśli mam kupić swojemu dziecku trzeci telewizor, a sąsiad nie ma chleba, to porządek jest taki, że najpierw kupuję chleb, a dopiero potem telewizor. Jest hierarchia relacji, ale również hierarchia potrzeb. Nawet jeśli w naszym najbliższym otoczeniu nikt nie zgłasza potrzeb, to gdzieś może być szpital, dom dziecka. Pojawia się więc pytanie o otwartość poza siebie. W chrześcijaństwie jest tak, że gdy głosimy słowo i sprawujemy sakramenty, to musimy też świadczyć o miłości. Jak tego nie ma, to okazuje się, że stół ma dwie nogi i się po prostu przewraca.

Przy czym pewnym paradoksem jest, że większą otwartością wykazują się ludzie skromni, a nie bogaci. Kiedy rozmawia się z księżmi na parafiach, to oni zgodnie twierdzą, że najbardziej ofiarni są ludzie ubodzy. Oni mają niesamowitą zdolność do dzielenia się. Bardzo często zaś jest tak, że bogaci robią wszystko, żeby mieć pewność co do sensowności swojej pomocy, wszystko muszą ustrukturyzować i w szczegółach dopracować. A potem zdarza się np. tak, że są bogate kościoły europejskie, które są świetne, jeśli chodzi o działalność charytatywną, ale 1/3 środków, które gromadzą, jest przejadana przez strukturę, która się tym zajmuje.

Było tak prawie od zawsze, co najlepiej pokazuje Nowy Testament: najofiarniejszy Kościół, jaki znał św. Paweł, to Kościół w Filipii. Składał się on z weteranów wojskowych, czyli emerytów, którzy zawsze byli gotowi pomóc i robili to szybciej niż np. Kościół w Koryncie, który bardzo dużo na ten temat dyskutował, ale gdy przychodziło do składki, to efekty były mizerne.

Na temat wczesnego Kościoła panuje dość wyidealizowane wyobrażenie, zgodnie z którym jego członkowie żyli w zgodzie i dzielili się wszystkim, co mieli. Czy było tak rzeczywiście?

Pierwotny Kościół ma kilka modeli. Jest wśród nich model gminy jerozolimskiej, gdzie wszystko było wspólne. W tradycji Kościoła stanowi on model dla życia zakonnego. Zakony to zatem miejsce, gdzie się kontynuuje obraz pierwotnej gminy. Natomiast są też inne gminy, np. te tworzone przez Pawła, poczuwające się, by wspierać inne gminy w ubóstwie, ale same niewybierające modelu wspólnej własności. Zasadnicze przekonanie było i jest takie, że nie może być tak, żeby wiara nie przekładała się na stosunek człowieka do jego własnej kieszeni, bo wtedy byłaby ona bardzo teoretyczna. Nie można wykładać błogosławieństwa ubóstwa wyłącznie w kategoriach duchowych, żeby nie wpaść w złudzenie co do samego siebie. Mam teraz świeże doświadczenie z utworzonego w Krakowie seminarium dla mężczyzn po 35. roku życia. Oni żeby przyjść do seminarium, naprawdę musieli z czegoś zrezygnować. To nie są chłopaki, którzy zdali maturę i niczego nie tracą, a może nawet zyskują w kategoriach tu i teraz. Ci mężczyźni mieli własne firmy lub dobrze zapowiadające się kariery a teraz mieszkają w pokoiku, gdzie jest łóżko, biurko i szafka. Jest to prawdziwe chrześcijaństwo, w którym między praktyką wiary i praktyką życia istnieje nierozerwalny związek.

Nie chodzi przy tym o sam stosunek do pieniądza jako takiego, ale o to, co mówią Dzieje Apostolskie: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32). Najpierw jest doświadczenie wspólnej wiary i rzeczywistej wspólnoty między ludźmi, a to owocuje także w postaci dzielenia się pieniądzem. Jeśli nie ma wpierw wspólnoty ducha i serca, to wzywanie do wspólnoty majątkowej jest nakładaniem na człowieka ciężaru, którego on nie uniesie. To przykład Ananiasza i Safiry (Dz 5, 1–7), którzy temu wymaganiu nie byli w stanie sprostać, a chcąc oszukać pierwotną gminę, padli trupem. Jest absolutnie istotne, aby zachować w tych sprawach odpowiednią kolejność.

Przykład Ananiasza i Safiry wskazuje na napięcie, jakie pojawia się w życiu chrześcijanina także i dzisiaj. Żyje on w porządku doczesnym, ale swoje czyny powinien motywować porządkiem boskim. Chwilami trudno zrozumieć, dlaczego podejmuje się on takich, a nie innych działań. Idealnym przykładem jest modlitwa – osoby niewierzące mogą powiedzieć, że jest to czas zupełnie bezproduktywny.

Modlitwa zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek umie tracić na nią czas. Dokąd nie umie, to jeszcze się nie modli. Jeśli traktujemy Boga na zasadzie „trzy minuty, więcej czasu nie mam”, to jest to redukcja wiary do prawa: wiem, że jest przykazanie modlitwy rano i wieczór, wyznaczam sobie ramy tego obowiązku i się ich trzymam. Nie odnoszę się wówczas do Boga, tylko do siebie samego i swojego poczucia obowiązku. Św. Paweł pisał, że takie przeżywanie wiary to przekleństwo. Natomiast w momencie kiedy wiara staje się wreszcie prawdziwym spotkaniem z Bogiem, to na tego typu kazuistyczną logikę nie ma miejsca. Jeśli spotykam się z kimś, kogo kocham, mogę nic nie robić i nie mam poczucia zmarnowanego czasu.

W wymiarze zbawienia, w optyce kairos, chrześcijanin nigdy nie marnuje swego czasu, bo każda chwila jest chwilą jego zbawienia.

Kairos to jest moment, uważność na to, co się właśnie dzieje, chwila, która jest pełna łaski. Jeśli chrześcijanin myśli kategoriami kairosu, to znaczy, że jest bardzo dobrze. To jest to, co wyraża się w Modlitwie Pańskiej, koncentrującej się właśnie na dzisiaj. Mamy świadomość, że było wczoraj i nie posiadamy nad tym kontroli: albo było pięknie, wtedy chwała Bogu, albo było beznadziejnie, ale i tak nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić, oprócz żalu za grzechy. Nie możemy cofnąć czasu, bo do nas nie należy. Natomiast to, co do nas należy, to ten moment, który może nam umknąć. Po co się martwić? Lepiej zrobić teraz to, co jest możliwe. Chrześcijaństwo jest bardzo nastawione na to, żeby żyć tym, co jest dzisiaj.

W jednej z książek Księdza Biskupa pojawia się historia dwóch „kielichów”: poobijanego metalowego kubka, którym podaje się wodę ubogim, oraz bogato zdobionego kielicha mszalnego. Gdy do osób pracujących z użyciem tego pierwszego skierowano pytanie, który jest dla nich ważniejszy, odpowiedzieli – ku zdziwieniu pytających – że kielich mszalny, bo z niego czerpią motywację. Czy to właśnie w ten sposób chrześcijanin powinien przenosić boskie miłosierdzie na relacje międzyludzkie?

To jest coś więcej niż motywacja, to jest doświadczenie miłości, które wyzwala nas do kochania innych. Tym, co nas uwalnia do miłości, jest jej doświadczenie. Nikt z nas nie zasługuje, żeby pić krew Chrystusa. On nam jednak ją daje i to jest moment, w którym bardzo rośnie się w poczuciu własnej wartości – nie na zasadzie pychy, ale odkrycia, jak bardzo jesteśmy dla Niego ważni. To doświadczenie wzywa o sygnał zwrotny: nie mogę inaczej tego oddać, jak świadcząc miłość komuś innemu. Ma to też odwrotną postać: nie mamy moralnego tytułu prosić Boga o coś, czego sami nie chcemy dać drugiemu.

Krew i ciało Chrystusa są dla wszystkich. Czy istnieją jakieś granice dla świadczenia pomocy innym poprzez ludzi, którzy są w Kościele?

Takich granic nie ma, jest tylko pytanie o umiejętność. Tu Benedykt XVI znowu okazuje się mistrzem. W Deus Caritas est mówi, żeby nie mylić miłości z fabryką dobrych uczuć. Nie zawsze jest tak, że miłość, którą się komuś świadczy, musi w nim budzić entuzjazm, tak samo nie zawsze jest tak, że jak komuś świadczę miłość, nie wymaga to ode mnie zaparcia się własnej woli. Matka nie czerpie żadnej przyjemności z tego, że upomina swoje dziecko i że od ludzkiej doraźnej strony wyrządza mu w pewnym sensie przykrość. Jeśli ma bardzo matczyną naturę, to może mieć straszny kłopot, gdy musi powiedzieć dwa słowa mocniejsze, czegoś dziecku zakazać. Jednak jeśli tego nie zrobi, to co jej miłość będzie warta? Będzie to zbiór pięknych emocji, które na nic się nie przekładają albo się przekładają, ale dość dramatycznie. Tak samo w relacjach między dorosłymi, jeśli ludzie się kochają, są przyjaciółmi, to zdarzają się momenty, w których ich miłość wymaga zaparcia się siebie.

Chcielibyśmy wrócić jeszcze do obrazu z kielichami, koncentrując się tym razem na tym złotym i bogato zdobionym, czyli na bogactwie, któremu trudno w Kościele zaprzeczyć. Na bogactwie zewnętrznym, sprowadzonym do tego, z czego kielich jest zrobiony, a nie na tym, do czego ten kielich służy i co się w nim kryje. Pojawiają się czasem głosy, że Kościół zatriumfowałby prawdziwie, gdyby sprzedał wszystko, co ma, i rozdał ubogim. Czy to miałoby sens?

Naprawdę wiele razy zdarzało się w dziejach Kościoła, że złote kielichy szły na przetopienie. Nie widzę w zasadzie powodów, żeby te dwa obszary sobie przeciwstawiać. Jeśli Kościół głosi radę ewangeliczną ubóstwa, to przede wszystkim robi to wobec samego siebie. W pierwszej kolejności nie światu, ale sobie samemu. Widać to zwłaszcza w wersji Ewangelii, która jest u św. Łukasza: „Błogosławieni jesteście Wy ubodzy” (Łk 6, 20). Jezus mówi do uczniów: Wy, moi uczniowie, jesteście szczęśliwi, jeśli jesteście ubodzy.

Dziejom ubóstwa i bogactwa w Kościele można by poświęcić osobny wykład monograficzny, ale wbrew pozorom nie byłby to wykład prosty. Po pierwsze, można głosić ubóstwo, wychodząc z pozycji zupełnie manichejskich, utożsamiających wszelkie zło z materią i cielesnością. Po drugie, można z ubóstwa zrobić taki wyznacznik, ze względu na który trzaska się drzwiami Kościoła i więcej już się do niego nie wraca, tworząc taką bądź inną sektę. Można głosić ubóstwo i w ten sposób zakwestionować wszystkie prawdy objawione: od stworzenia, przez wcielenie, po odkupienie. Natomiast można też nie mieć zrozumienia dla takich ludzi jak Franciszek, który był ubogi nie w wersji „niewiele posiadam”, ale wersji „nic nie posiadam”. Jeśli ktoś w dziejach Kościoła oddał wszystko, co posiadał, to był to Franciszek, który zrzekł się nawet prawa własności. Tylko czy jego model życia powinien obowiązywać w Kościele każdego? Nie. Jeśli ktoś jest ojcem i matką, ma pięcioro dzieci, to trudno mu powiedzieć, że nie ma prawa do własności. Wracamy tu do tego, od czegośmy zaczęli: miłość jest cnotą bez umiaru, ale wszystkie inne umiar mieć powinny.

Nie mogę odprawiać Eucharystii w drewnianym kielichu, ale nie dlatego, że mam ideał rozpasionego Kościoła, a dlatego, że nie mogę krytykować ludzi, którzy na potrzeby kultu są w stanie oddać np. klejnoty rodzinne. Od tego momentu nie można interpretować kielicha tylko w kategoriach „oto jest bogaty sprzęt liturgiczny”, bo jest w nim coś znacznie więcej. Od czasów kard. Oleśnickiego pielęgnujemy zwyczaj, że biskup krakowski podarowuje kielich swojej oblubienicy, czyli katedrze na Wawelu. Nie chciałbym, żeby ten zwyczaj zniknął, bo kryje się za tym coś głębszego, a życie duchowe wymaga też pewnego konkretu. Nie chcę iść w tym za daleko, ale powtarzam, nie da się wszystkiego sprowadzić do jednej cnoty. Kult musi mieć też jakąś sensowną formę, aczkolwiek jest niedobrze, jeśli dochodzi w nim do przesady.

Przywołał Ksiądz Biskup św. Franciszka. Czy jest znakiem czasu, że w kontekście nieustającej konsumpcji i marnotrawstwa jego postać powróciła dziś na centralne miejsce? Nie chodzi tylko o imię i wrażliwość aktualnego papieża, ale również o to, w jaki sposób postać ta inspiruje świeckich – książkę poświęconą unikalności reguły franciszkańskiej napisał nie tak dawno Giorgio Agamben.

Po pierwsze, żyjemy w świecie wielkiego rozwoju gospodarczego, który produkuje ludzi ubogich w ogromnej ilości. Rozwój w skali makro nie przekłada się proporcjonalnie na rozwój w skali mikro. A wręcz przeciwnie, ci, co mają, zyskują coraz więcej, a ci, co nie mają, są coraz bardziej ubodzy. Tak było w XIII w. i tak, przynajmniej w Europie, jest dzisiaj. Po drugie, Franciszek jest pasjonujący dla wielu ludzi, ale nie da się go zrozumieć bez Chrystusa. Można się z Franciszkiem nie zgadzać co do jego motywacji, ale nie można do niej nie docierać jeśli chce się z nim spotkać. Franciszek był, kim był, dlatego że w życiu odkrył Chrystusa, a nie dlatego że odkrył bogaty i wykluczający świat. Ubóstwo Franciszka w ogóle nie ma w sobie elementu protestu przeciwko obrzydliwościom świata, który się bogacił. Jest taki tekst w jego regule, który mówi, że bracia mają mieć tylko jedną suknię, tylko żeby się nie śmiali z tych, którzy mają ich wiele, pięknych i miękkich. Braciom śmiać się z tego nie wolno. To nie jest dystans do świata, to jest konkretny wybór Jezusa Chrystusa, wypływający z doświadczenia Jego miłości. Pan wprowadził go między ubogich nie dlatego, że Franciszek miał do nich jakąś wyjątkową skłonność, wprost przeciwnie, dokąd Franciszek żył w świecie bez Chrystusa, ubodzy wydawali mu się dość obrzydliwi. Dopiero doświadczenie łaski zmieniło jego perspektywę.

Mówię o tym, bo Franciszka bardzo łatwo spłaszczyć, np. zrobić z niego komunistę, którym on nie był. Są takie elementy jego biografii, które kompletnie nie pasują do jego obrazka – miał np. swoje ulubione ciasteczka, których potrafił się domagać. Miał też bardzo wielu bogatych i wpływowych przyjaciół…

… których nie potępiał.

Nie tylko nie potępiał, między nimi była taka mięta, że ja czegoś takiego wszystkim życzę! Miał np. przyjaciółkę Jakobinę z Settesoli, pochodzącą z bogatej rodziny, posiadającej dom w Rzymie w miejscu, gdzie dzisiaj są jeszcze ruiny po Circo Maximo. Podczas pobytów w Rzymie Jakobina zawsze organizowała Franciszkowi nocleg i opiekowała się nim. Gdy Franciszek wiedział, że umiera, dyktując ostatni list do Jakobiny, kazał napisać, że jeśli chce go zastać przy życiu, to musi natychmiast przyjechać i powinna mu przywieźć jego ulubione ciastka, a również płótno, którym owinie jego ciało (i to nie płócienko, tylko dobrej jakości materiał!). Wysłał człowieka z tym listem i okazało się, że Jakobina była już w drodze i wszystkie te rzeczy wiozła.

Franciszek zatem mimo radykalizmu swojego ubóstwa potrafił zachować umiar w tym sensie, że nie narzucał go nikomu i pozostawiał go jako drogę wyboru.

Tak, to jedyna mądra droga, bo najłatwiej jest podpowiadać cnoty innym, zwłaszcza radykalne.

A jak postrzega Ksiądz Biskup ruchy, które inspirują się praktykami chrześcijaństwa, ale niekoniecznie są wypełnione religijnymi treściami, jak np. minimaliści, czy ludzi poddających się dobrowolnej prostocie życia? Również bardzo popularne dziś reżimy diet i ćwiczeń można w jakimś sensie wywieść z życia mniszego.

Elementem życia mniszego jest post, a nie dieta – to coś zupełnie innego. Nie jest jednak tak, że każde dobro, jakie jest w świecie, musi być inspirowane religią, nikt tak nigdy nie twierdził. Dzisiaj czytałem pierwszy szkic sprawozdania z nadzwyczajnego synodu poświęconego rodzinie, gdzie mowa jest o staraniach w dostrzeganiu dobra, które skrywać się może w związkach niesakramentalnych czy nawet w relacjach homoseksualnych. Nie przywykliśmy jeszcze w Kościele, by tak mówić, choć jest w tym myśl wyrażająca dawną doktrynę – tzw. semina veritatis: w świecie pogańskim, niechrześcijańskim rozsiane zostały przez Boga ziarna prawdy. W tej perspektywie można spotkać się z człowiekiem i pokazać mu dobro, które w nim jest, chociaż nie wynika ono wcale z religijnych przesłanek.

Czyli chodzi o to, żeby żadnego dobra nie zmarnować?

Tak, tu znów mistrzem jest Franciszek, który np. zabraniał niszczyć jakiekolwiek litery, jakiekolwiek skrawki pergaminu. Miał przekonanie, że należy to ocalić, bo same te litery mogłyby być wykorzystane, żeby zapisać słowo Boże. Same litery są więc pewnym dobrem. Każda cnota, jaka jest w świecie, jest godna podkreślenia. Jest też miejscem spotkania między ludźmi – religijnymi i niereligijnymi.

Istotne jest jednak to, by nie działać w drugą stronę, tzn. żeby chrześcijaństwa nie redukować do zwykłych naturalnych zjawisk, czyli nie nazywać postem czegoś, co jest dietą – kto ma dietę, niech ma dietę, ale niech nie mówi, że pości.

Dieta zamiast postu to zmarnowana okazja?

Jeśli robimy tak np. w Wielkim Poście, to spłaszczamy chrześcijaństwo. Natomiast jestem pełen szacunku dla każdej cnoty w świecie.

.

Bp Grzegorz Ryś – biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji Konferencji Episkopatu Polski, prof. Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, historyk Kościoła. Opublikował m.in. Celibat i Inkwizycję. W latach 2007‒2011 rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Członek zespołu redakcyjnego „Tygodnika Powszechnego” oraz miesięcznika „Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata