70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W Tadżykistanie bez zmian

Nowości z Zachodu przychodzą tu przez Rosję. W kraju, który stosunkowo niedawno uzyskał niepodległość, powszechnie tęskni się też za Sojuzem i silnym państwem. Ale to tylko jedna ze składowych tadżyckiej tożsamości. Równie silne jest dążenie do ponownej islamizacji kraju oraz „azjatyckość”, nakazująca zachowanie dystansu i kamiennej twarzy.

Największym wyzwaniem jest dla mnie „azjatyckość” Tadżykistanu. Niedomówienia, kamienna twarz, która ma ponoć gwarantować, że się jej w sensie społecznym „nie straci”, półprawdy, z których trzeba się domyślać intencji autora – słowem, wszystkie te zachowania, o których można przeczytać w relacjach z Japonii czy Wietnamu, bardzo silnie obecne są także w tym kraju.

Prezydent wszystkich Tadżyków?

W Tadżykistanie znalazłem się w szczególnie gorącym okresie końcówki przygotowań do wyborów. Od 6 listopada 2013 r. kraj ma nowego, a jednak zadziwiająco starego prezydenta. Bez większych niespodzianek wybory wygrał po raz kolejny Emomali Rahmon. Ten sam, który przejął władzę po zakończeniu krwawej wojny domowej w 1994 r., usunął z nazwiska rosyjską końcówkę „ow”, zachęcając swoich rodaków – de facto poddanych – do tadżykizacji, a także zmienił konstytucję, by móc rządzić dożywotnio. Prezydent wszechobecny. Ze szczególnie licznych w okresie przedwyborczym banerów wyciągniętą ręką wskazuje mieszkańcom kraju lepszą przyszłość. Ale ona, mimo wysiłków prezydenta, nie nadchodzi. Plakaty uczą, że kiedy prezydent nie wskazuje przyszłości, to dobrotliwie pochyla się nad tadżyckimi dziećmi, bo przecież nieobca mu jest troska o ich szczęśliwe wzrastanie, albo z mądrą miną przypatruje się pracy studentów i naukowców. Prezydent z fotoszopu z atencją odnosi się do kobiet i szanuje wszelkie grupy zawodowe, nie brak również umieszczonych na plakatach przypomnień jego przywiązania do islamu. Prezydent wszystkich Tadżyków! Albo lepiej – wszystkich obywateli, bo przecież nie każdy mieszkaniec Tadżykistanu to etniczny Tadżyk. Rahmon jest Kulabcem, a w wojnie domowej Kulabcy walczyli z Garmcami. Ci ostatni przegrali, Kulabcy mają więc prezydenta… wszystkich Tadżyków. Nie mniej groteskowo wygląda muzułmańskość przywódcy. Poza afiszami obrońca tradycji zabrania zgromadzeń, także tych w meczetach. Zakazuje wspólnego w nich biesiadowania, nawet w czasie ramadanowych iftarów, zakłada w świątyniach kamery, a na prowincji, w gminach zwanych tu dżamoatami, wyznacza po dwa meczety, w których można celebrować piątkową modlitwę. W tadżyckich kiszłakach świątynie, pieczołowicie i kosztem dużych wyrzeczeń budowane przez wieśniaków, stoją więc w piątki puste, a wierni wsiadają do samochodów i jadą się modlić tam, gdzie władza pozwala.

Oczywistym wytłumaczeniem ich zachowania jest strach przed prześladowaniem, skutecznie studzący zapędy wielu potencjalnych buntowników. Strach – nieodłączny element każdej dyktatury. Ale to nie jest każda dyktatura. Ta ma wyraźnie tadżyckie oblicze, w którym odbija się złożona rzeczywistość kraju.

Prezydent jest Kulabcem, a dopiero potem Tadżykiem. W Tadżykistanie klany są bowiem wszędzie. To podstawa tradycyjnej organizacji społecznej i politycznej. Przed pierwszą podróżą do tego kraju myślałem, że mieszkają tam po prostu Tadżycy… Może jeszcze jakieś mniejszości z sąsiednich państw – Uzbecy, Kirgizi, oprócz tego ktoś z krajów geograficznie odleglejszych, ale historycznie czy cywilizacyjnie dla Tadżykistanu istotnych: Rosjanie, Chińczycy, Persowie. A także uchodźcy – pewnie z Afganistanu – może Żydzi, może też pozostali jacyś potomkowie przesiedleńców z czasów, gdy sowieckie dyktatury dowolnie szafowały ludzkimi losami. W Tadżykistanie okazuje się, że Tadżycy tu są, ale…

Ludzie silnie trzymają się też innych niż narodowy lub pantadżycko etniczny poziomów identyfikacji. Pantadżyckość widać bowiem przede wszystkim w relacjach z „innymi”. Mapa wielkiego Tadżykistanu, jaką prezentuje mi na smartfonie mieszkaniec Istarawszanu, po zostawia Uzbekistanowi jedynie wąski pasek obecnego terytorium na północy. Na południu równie mały obszar przypadł Turkmenistanowi. Reszta to przecież ziemie tadżyckie. Odebrane przede wszystkim z winy Uzbeków, „ludu nowego”. „My, Tadżycy, mieliśmy wielką cywilizację już w IV w. Uzbecy, Turcy w ogóle nie istnieli, to nie były państwa, tylko plemiona, oni przyszli, żeby nam służyć. Byli naszymi najemnikami, braliśmy ich do wojaczki. Prawda, że zrobili przewrót, i prawda – ze smutkiem kończy mieszkaniec Istarawszanu – że już nigdy władzy nie oddali…”

Tadżyk z Chatlonu opowiada mi o tym, jak Uzbecy podstępem zagarnęli historyczne ośrodki tadżyckiej kultury – Samarkandę i Bucharę: „Kiedy w Moskwie kreślono granice nowych republik, delegacja tadżycka nie dojechała na obrady. Dlaczego? Oficjalnie nikt tego nie powie, ale to Uzbecy ich po drodze zabili. A skoro zabrakło Tadżyków, to kto dostał Samarkandę i Bucharę? Uzbecy!”. Ci sami Uzbecy, którzy nie są przecież prawdziwymi muzułmanami: „Słyszałeś o nawróceniach? – zapytano mnie w jednym z kiszłaków na południu kraju – W Uzbekistanie przechodzą na chrześcijaństwo. Taszkent to jest katastrofa, tam już nie ma islamu”. I nieważne, że w tym samym kiszłaku ludzie opowiadają mi o wizycie nawróconego na chrześcijaństwo Tadżyka, który objeżdżał ich region i nakłaniał do konwersji. Zajmujący się chrześcijańskim prozelityzmem Tadżyk to wyjątek, ale Uzbek – reguła. „Tadżykami” są także emigranci w Rosji czy Kazachstanie, bo jaki sens miałoby mówienie Rosjanom o emigracji garmskiej czy kulabskiej? Nie zrozumieją. Natomiast w konfrontacji z arabskością tadżyckość zlewa się z perskością. W jednym z garmskich kiszłaków miejscowy mułła wyjaśnia: „Wszyscy najwybitniejsi muzułmanie to byli Tadżycy, to znaczy Persowie, wszyscy mówili po tadżycku”. „Musisz nauczyć się naszego języka, to najlepszy język, najpiękniejszy. I po to, żeby przeczytać coś o islamie, najlepsze rzeczy są w naszym języku”.

Na wewnątrztadżyckim podwórku, tam gdzie nie ma „obcych”, zróżnicowanie jest ogromne i nawet krótki pobyt w tym kraju konfrontuje podróżnika z tutejszą różnorodnością. Napotykani ludzie nijak nie pozwalają trwać w przekonaniu, że w Tadżykistanie mieszkają Tadżycy. Mówią, że są z północy, z południa, z gór, że są Kulabcami, Garmcami, Leninobodcami czy Istarwszańcami. Wskazują palcem na innych, przyznają, że owszem, to Tadżycy, ale szybko dodają, że jednak fergańscy czy soghdyjscy. Każdy tu ma swój język, strój, swoją kuchnię i tradycję, swoje stereotypy na temat siebie i innych, swoją historię i polityczne ambicje.

Do Europy przez Rosję

Skoro więc klany są wszędzie, obalenie prezydenta oznaczałoby konflikt z jego pobratymcami, ale także ze wszystkimi innymi, którym przejęcie władzy byłoby miłe – oznaczałoby de facto wojnę. A wojnę pamiętają tu bardzo dobrze, zwłaszcza na południu, w Chatlonie. Tu walki były najcięższe. Opowieści o porwaniach dla okupu, gwałtach, także tych zbiorowych, masowym grzebaniu żywcem, paleniu wsi, domów z ludźmi w środku starczyłoby na niejeden opasły tom. Działy się rzeczy straszne i wizja powrotu tamtych dni też skutecznie studzi zapędy potencjalnych buntowników. Zwłaszcza nocą demony ożywają. Kiedy jedziesz przez Tadżykistan po zmroku, towarzysze podróży opowiadają ci – choć chyba mówią bardziej do samych siebie – o posterunkach, jakimi najeżone były pobocza dróg, przez które właśnie przejeżdżacie, o niepewności, strachu, nadużyciach. Niełatwe są dzisiaj spotkania osób walczących podczas konfliktu po przeciwnych stronach. Kiedy przejeżdżamy przez garmski kiszłak, towarzyszący mi Tadżyk wspomina: „Ja byłem po stronie rządu, oni byli w opozycji. Tu nie wolno mówić o wojnie, pamiętaj!”.

Wyrasta już jednak pokolenie, które wojny przecież nie pamięta. „Oni kiedyś chwycą za broń” – prorokuje Tadżyczka z Chatlonu. Tyle tylko że ci młodzi dorastają w kraju widmie, kraju bez edukacji, oświaty, pracy, perspektyw – czy to jest pokolenie, które ma dać Tadżykistanowi nadzieję na lepszą przyszłość? W czasie wojny domowej dziewczynki nie chodziły do szkoły, bo w kraju było niebezpiecznie, zdarzały się gwałty. Nikt wtedy nie myślał o szkole. Związek Radziecki się zawalił, a innego silnego państwa już potem w Tadżykistanie nie było. Banery przedwyborcze mieszają się z wiszącymi jeszcze plakatami z okazji rocznicy uzyskania niepodległości (9 września 1991 r.), które wmawiają Tadżykom, jakim to wydarzenie było dla nich błogosławieństwem. Jeden z nich krótko, acz precyzyjnie, charakteryzuje stan ducha narodu wobec rządowej propagandy: „Kiedy was, Polaków, pytać o zmianę, jesteście zadowoleni. A dla nas wasze zadowolenie to jest szok! Bo i z czego tu się cieszyć? Widać, że u was się poprawiło. A u nas wszystko na gorsze. Na co ci wolność, jeśli umierasz z głodu? Jak masz się cieszyć z takiej wolności?”.

W Tadżykistanie powszechnie tęskni się za Sojuzem, za silnym państwem – rozmiary nadużyć i korupcji w urzędach osiągnęły takie rozmiary, że czasy sowieckie jawią się jako oaza uczciwości i transparentności. Sowieckie porządki… To, co w Polsce kojarzy się negatywnie, w Tadżykistanie jest komplementem. Powiedzieć o kimś: „sowieckie kadry”, to wyróżnienie, podkreślenie solidnych kwalifikacji i kompetencji, których w niepodległym kraju trudno szukać. Wojna się skończyła, zrobiło się bezpieczniej, ale nie wrócił już publiczny transport, utrzymywany niegdyś przez radzieckie państwo: „Dzieci nie chodzą do szkoły. Czasem się wybiorą, ale to jest sześć kilometrów w jedną stronę – jak taki siedmiolatek ma iść? Jak wróci, to się przewraca i śpi – żadnych lekcji przecież nie ma już siły odrobić!”.

Siłą rzeczy, w Tadżykistanie myślę o dobrze mi znanej Afryce Północnej. Nazywamy ją egzotyczną, obcą, daleką. Z perspektywy Tadżykistanu wydaje się jednak dziwnie bliska. Jako granicząca z „nami”, podejmuje dialog bezpośrednio z Zachodem. Może się z nim kategorycznie nie zgadzać, niemniej jednak odwołuje się do tego, co przychodzi z Paryża, Londynu czy zza oceanu; przychodzi do Egiptu, tak jak przychodzi do Polski, choć może być – i jest – w Polsce i Egipcie odmiennie przyjmowane. W Tadżykistanie jest inaczej. Tam nie ma Zachodu. Są Chiny, Iran i Afganistan, a dalej Pakistan i Indie. Jest w końcu Rosja, i to przez pryzmat Rosji patrzy się na Zachód. Dla Polaka to spojrzenie niewygodne, jakby skrzywione… Zastanawiam się nad tym i myślę o znajomym Uzbeku, który powiedział mi kiedyś: „Bo Rosja to jest taki kraj, który do was zawsze przynosił Azję, a do nas Europę”. Europejskość nadal ma dla Tadżykistanu rosyjskie oblicze. To, co zachodnie, jest zapożyczane już po ukształtowaniu przez rosyjski żywioł. Sam Zachód jest rzeczywistością odległą. Co innego Rosja – główny kraj docelowy dwumilionowej rzeszy emigrantów tadżyckich. „Od nas wszędzie trudno wyjechać. Łatwo tylko do Rosji” – skarży się student anglistyki w Duszanbe.

Trzeci imam w dzielnicowym meczecie

Sąsiedni Afganistan, etnicznie tadżycki na północy, przyjmował uchodźców z Tadżykistanu w latach wojny domowej. Jak mówią Tadżycy, dobrze się z tym krajem handluje. Wciąż jednak rodzą się obawy, że role się odwrócą i trzeba będzie spłacać dług z przeszłości, przyjmując afgańskich uchodźców po wycofaniu się wojsk zachodnich w 2014 r. W okręgu chatlońskim słyszałem: „Przyjdą, na pewno przyjdą, niech tylko wyjadą wasze wojska, Boże, to już za rok!”. Ktoś inny uspokajał: „Nie przyjdą. Do tej pory nie przyszli, to i teraz nie przyjdą”. Ten sam człowiek wyjaśniał: „Nie przyjdą, bo oni myślą, że tu nie ma islamu. Myślą, że jak żyliśmy z Rosjanami, to nie jesteśmy muzułmanami, przecież religia była u nas zakazana. Choć to nieprawda…”.

I rzeczywiście, podróżując po Tadżykistanie, trudno dojść do przekonania, że to kraj niemuzułmański, a zamieszkujący go ludzie islamu nie znają. Przeciwnie, są tam nim przesiąknięci. To islam specyficzny, może peryferyjny, regionalny, perski, etniczny, a może azjatycki… Różnie układały się muzułmańskie losy w czasach sowieckich, ale religia przetrwała. I podobnie jak wszędzie w byłym Związku Radzieckim, tam gdzie jednak nie przetrwała, dziś się „odradza”. W cudzysłowie, bo trudno uznać za odrodzony islam nauczany dziś przez różnej proweniencji zagranicznych misjonarzy.

Zapewne w każdym podstawowym podręczniku traktującym o islamie można przeczytać, że ta religia dała ludziom, którym została objawiona, nową tożsamość, podziały plemienne zastępując więzami wspólnej wiary. Podróżując po świecie islamskim, trudno nieraz dopasować książkowe zdanie do rzeczywistości. Tadżykistan jest jednym z takich miejsc. Na animozje narodowe, etniczne czy klanowe nakładają się te religijne. „My, Tadżycy, jesteśmy muzułmanami, ale przecież Garmcy są nimi bardziej niż Kulabcy czy Leninobodcy” – słyszę. W garmskich kiszłakach opowiadano mi o uchodźstwie w Afganistanie w czasie tadżyckiej wojny domowej: „Uciekliśmy! I dobrze, żeśmy tam byli. Dużo dowiedzieliśmy się o islamie”. Rodzice z dumą mówili mi o edukacyjnych podróżach młodych religijnych Tadżyków do Afganistanu czy Pakistanu. Ale już gdzie indziej można usłyszeć krytykę „zacofanych” Garmców: „Po co wysyłają dzieci do Pakistanu? Mało jest u nas mądrych ludzi, znawców islamu? Ludzie są głupi, robią to tylko po to, aby zaimponować innym tym, że syn był w szkole w Pakistanie”. Słyszy się też głosy: „Ich podejście do religii to głupota! Co to ma wspólnego z islamem? Kobieta… Tak, ona według islamu ma żyć w określony sposób, ale czy my się mamy dzisiaj tego trzymać? Bóg dał kobiecie wiele praw, podniósł jej status, czasy się zmieniły. Teraz jesteśmy mądrzejsi, bardziej cywilizowani, po co te kobiety zamykać, jak u Garmców? Po co je zasłaniać? Powinniśmy tak jak Prorok dawać im prawa, podnosić ich status odpowiednio do naszych czasów! Powinniśmy już żyć inaczej…”.

Jednak ortodoksyjni muzułmańscy Garmcy z kiszłaków na południu kraju edukacyjną szansę dla swojej młodzieży widzą w Afganistanie lub Pakistanie. Reislamizowani młodzi ludzie w Istarawszanie, którzy nie mogą czerpać wzorców i wiedzy od zsowietyzowanego pokolenia rodziców, opowiadają o kurczeniu się muzułmańskiej oferty edukacyjnej w ich kraju: „Jeszcze rok temu chodziłem do medresy, jeszcze mieliśmy zajęcia. Nauczyłem się na pamięć jednej czwartej Koranu. Teraz jestem trzecim imamem w naszym meczecie. Kiedy nie ma pierwszego, to modlitwę prowadzi drugi, a jak nie ma drugiego, wtedy ja… Ale nie mam się już od kogo uczyć. Wszyscy nauczyciele z medresy powyjeżdżali. Dlaczego? Emomali Szajton! Tak powinien się nazywać! Nie Rahmon, tylko Szajton… Szatan! Nawet nie chcę myśleć, jaka kara spotka po śmierci tego człowieka!”. Chłopak kontynuuje: „Mój profesor uciekł do Turcji. Zbieram pieniądze. Chcę do niego dołączyć i tam, w Stambule, dokończyć edukację. A jak nie, to do Dubaju! Tam jest praca i tam mówią po arabsku”.

Trzeci imam w dzielnicowym meczecie zna na pamięć jedną czwartą arabskiego tekstu Koranu, ale samego języka nie rozumie. W Tadżykistanie „czytać” to jedno, a „rozumieć” – drugie. Jednak mało kto rozumie, więc nawet to czytanie bez zrozumienia ma wielką wartość. Ludzie siedzą nad egzemplarzami Koranu i „czytają”. Nie rozumieją moich pytań, czy ma to jakikolwiek sens. Z uznaniem wskazują osoby umiejące „czytać”. Ale młodzi chcą wiedzieć, o co chodzi, cieszą się, kiedy w ich języku rozpoznaję arabskie wyrażenia, z dumą podkreślają, że 60% tadżyckich słów ma arabski rodowód. Gdyby nie ta gramatyka… Etniczna duma z perskości w kontekście religijnym czasem maleje. Bo przecież wielki sąsiad, Iran, jest szyicki, a oni, Tadżycy, są sunnitami.

Miejscowych, tadżyckich szyitów zbywa się milczeniem, a jeśli pytania o nich nie ustają, wyjaśnia się, że to nieznacząca mniejszość gdzieś w górach. Sunnicka religijność, perska etniczność – czasem prowadzi to do konfuzji. Starsza kobieta z okręgu chatlońskiego, opowiadając mi o swojej wyprawie do Iranu, wyraźnie nie radzi sobie z właściwym odniesieniem obcych jej szyickich imamów do jej imama, czyli założyciela powszechnej w Tadżykistanie hanafickiej szkoły prawa muzułmańskiego: „Byłam w Iranie. To przecież muzułmanie… Mają tam wszędzie mauzolea różnych imamów, piękne miejsca! Ale pytaliśmy siebie wzajemnie, czy możemy tam chodzić. Niektórzy nie poszli, ale ja tak. Pięknie wszędzie, czysto, bogato! I myślałam sobie: gdzie jest nasz imam? Przecież my też mamy imama… Gdzie jest nasz imam Azzam? Pewnie gdzieś w Syrii. A dlaczego my tak do niego nie pielgrzymujemy?”. W garmskich kiszłakach wykładnia jest jednoznaczna: „Irańczycy to kafiry (niewierni)! Chińczycy czy Rosjanie, czy Irańczycy – wszystko to kafiry!”. A kafiry, jak wiadomo, „niczego nie rozumieją. Bóg dawał piątek jako dzień święty Żydom. Nie chcieli, wzięli sobie sobotę. Dawał piątek jako dzień święty chrześcijanom. Nie chcieli, wzięli sobie niedzielę. Wtedy Bóg powiedział: muzułmanie wezmą piątek. Muzułmanie przyjęli. I w ten sposób muzułmanie są pierwsi!”.

Odob, czyli dobre maniery

Dla mieszkańców Tadżykistanu islam stanowi pierwszorzędny punkt odniesienia. Obowiązuje muzułmańskie pozdrowienie assalom, religia kształtuje relacje między płciami, kalendarz rytualny wyznacza roczny rytm życia jednostek i rodzin. Również na oficjalny kalendarz panmuzułmańskich świąt nakładają się uroczystości rodzinne czy wspólnotowe, celebrowane zgodnie z muzułmańską tradycją: śluby, obrzezania chłopców (w Tadżykistanie są one dość późne, bo dokonywane na chłopcach już kilkuletnich), pogrzeby. Islam wzmacnia tradycję patriarchalnych rodzin, w których słowo ojca to rzecz święta. „U nas ojcu nikt się nie przeciwstawi. Mówimy tak: nawet jeśli droga jest prosta, ale ojciec mówi, że trzeba iść naokoło, idziemy naokoło. I jest w tym mądrość. Mówimy: prosto może i krócej, ale idąc dłużej, czy nie nauczysz się więcej?” – tłumaczy mi jeden z Tadżyków. Inny zaś dodaje: „Nie masz wykształcenia, a synowie są po studiach. Mówisz bzdury, ale żaden z synów nie zwróci ci uwagi. Ojcu tego powiedzieć nie można! Zrobią tak, jak im każesz”.

Chociaż w Tadżykistanie rzadko mówi się coś wprost. Bo to kraj o tradycji nie tylko muzułmańskiej, perskiej czy postsowieckiej, ale też azjatyckiej. Tej części tadżyckiej tożsamości, podobnie jak trzech pozostałych, pomijać nie można. W Tadżykistanie wpada się więc w krąg niedomówień, przemilczeń, które u nas niejednokrotnie zyskałyby pewnie miano fałszu lub zakłamania. Tam jednak powściągliwość jest cnotą. Azjatycki teatr, maski, wyuczone role, których odgrywanie świadczy o okazywanym partnerowi szacunku – wszystko to jest widoczne w zrytualizowanym świecie społecznym Tadżyków. Uczestniczę w kilku imprezach. Wszędzie goście z precyzją odgrywają przypisane im role. Przychodzą, siadają, jedzą, wychodzą – moi przewodnicy ze znawstwem określają, kto gdzie usiądzie,ile czasu zostanie, kto go zastąpi. Każdy wie, gdzie jest jego miejsce, jaka jest jego społeczna powinność i ile czasu ma na jej dopełnienie. Goście zajmują określone hierarchią miejsca. Wiek jest tu wskaźnikiem podstawowym, ale o hierarchii decydują też płeć, wykształcenie, pełniony urząd, autorytet religijny – gdy go masz, usiądziesz z mężczyznami, nawet jeśli jesteś kobietą.

Miejsce i czas, wszystko jak w dobrze napisanym scenariuszu, odgrywanym przez dobrze wyszkolonych aktorów. Także emocje nie są przedmiotem improwizacji. Improwizować można na własny użytek, ewentualnie na mniej oficjalnym spotkaniu tradycyjnie silnych w Tadżykistanie grup rówieśniczych, jednak w szerszej grupie społecznej obowiązują zasady. Bez względu na rzeczywiste odczucia niezwykle ekspresyjnie żegna się tu dziewczynę odchodzącą w dniu ślubu od własnej rodziny do rodziny męża – wtedy są łzy, obowiązkowe spazmy, ramiona krewnych kurczowo zaciskają się wokół panny młodej, tak silnie, że inni uczestnicy ceremonii muszą siłą odrywać bliskich od dziewczyny. Na imprezie z okazji obrzezania w Kurgan Tiube słyszę od towarzyszących mi Tadżyków, że „za chwilę usiądziemy, gdyż oni – tu wskazują mi grupę gości jedzących płow – za jakieś pół godziny sobie pójdą”. Skąd to wiedzą? Wskazana grupa rzeczywiście wychodzi, jak na zawołanie, po około 30 minutach.

Mój pobyt w Tadżykistanie zbiegł się w czasie z powrotami pielgrzymów z Mekki. Jak każe tradycja, moi znajomi, a z nimi i ja, odwiedzają nowych hadżich (krewnych bądź sąsiadów). Na wstępie dostajemy po muzułmańskim różańcu przywiezionym z Arabii, potem siadamy, na rozłożony na podłodze obrus wjeżdża zupa. Zaczynam jeść, ale już po chwili słyszę: „Idziemy!”. No cóż, nie jestem tu najważniejszym gościem, mój czas się skończył.

W Istarawszanie uczestniczę w ceremonii odwiedzin rodziny panny młodej w jej nowym domu, ok. dwóch tygodni po ślubie. Ceremonia jest wyjątkowo sztywna. Nie ma tu miejsca ani na niedawno przecież odgrywane spazmy, które tym razem kultura nakazuje wyciszyć, ani na typową w takich sytuacjach w Polsce jowialność, wesołość – wymuszoną lub nie – czy przerzucanie się rodzin różnego kalibru żartami. W ceremonii nie uczestniczą młodzi. W ogóle nie ma w niej miejsca dla kobiet, nie pojawia się więc także odwiedzana. W ściśle męskim towarzystwie szczególnie wycofani, refleksyjni są członkowie rodziny dziewczyny. Po spotkaniu pytam towarzyszącego mi Tadżyka: „Co się stało? Czy między młodymi od początku coś się nie układa? Zaślubiny, wesela to przecież zazwyczaj radosny czas. Obie rodziny przeszły już przez organizacyjny stres, minęły dwa tygodnie, młodzi rozpoczęli wspólne życie, to jest chyba moment na odrobinę luzu?”. W odpowiedzi słyszę krótkie: „Odob!”. Szybko przekładam to sobie na arabskie adab. (Persofoni uwielbiają „o”, co dla osoby zorientowanej arabofońsko brzmi czasem dość zabawnie: „ojoty” zamiast koranicznych „ajatów”, salom zamiast arabskiego salam, wszechobecna informacja, że w kraju idą intichobot, czyli wybory, zamiast intichabat). Odob, adab – kindersztuba, dobre wychowanie, kodeks właściwego postępowania nakazuje więc moim towarzyszom przyjmować określone postawy, warunkuje wzory zachowań, w które muszą się wpisywać: „Pewnie, że wszyscy się cieszą, bo i czym się smucić? Ale tego się nie okazuje!”. W tym wypadku odob każe zachować powściągliwość. Nie można za dużo mówić, nie można się śmiać, bo co by pomyślała o nas druga strona? Przecież gdyby członkowie rodziny dziewczyny gadali, żartowali, to bliscy chłopaka uznaliby ich za niepoważnych. Dlatego dużo się milczy, od czasu do czasu ktoś zagaja rozmowę, trzeba odpowiedzieć, ale z umiarem. Odob!

Śpiew z Księżyca

Sowieckość powraca w Tadżykistanie głównie w postaci nostalgii za byłym mocarstwem. Zresztą składowe tadżyckiej tożsamości (muzułmańskość, etniczność, sowieckość itp.) trudno od siebie oddzielić. Skrajnym przykładem zespolenia się sowieckości z muzułmańskością było dua wygłoszone przez starszego Tadżyka: „Boże, daj nam takiego przywódcę jak Stalin. To był nasz bohater. Nigdy potem nie było już tak dobrze jak za Stalina!”. Sowiecko-muzułmańską hybrydą są też islamskie dua wznoszone nad czarką koniaku (herbatę czy też alkohol pije się w Tadżykistanie w czarkach). Czasy Związku Radzieckiego w ogóle są kojarzone z częstym zaglądaniem do czarki. Kobieta z Istarawszanu opowiada: „Mąż pił 30 lat. Potem synowie zaczęli się modlić, a on dalej pił. Dla synów to był wstyd – oni tacy praktykujący, a ojciec pije. Ale ojcu nic nie powiesz. W końcu sam zrozumiał. Teraz on zawsze w meczecie”. Dobrze pamiętający sowieckie czasy Tadżyk z Istarawszanu wyjaśnia: „W Związku Radzieckim żyliśmy bez religii, żyliśmy z Rosjanami i jak Rosjanie. Gdybyś wtedy tutaj przyjechał – stół, koniak, wódka… Tak wtedy po prostu było i nikt nie myślał, że można inaczej. Potem dopiero zaczęliśmy rozumieć islam”.

O akcjach reislamizacyjnych opowiada mi inny istarawszanin: „Zaczęli tu przyjeżdżać Arabowie, ale oni byli wahabitami. Nas to jakoś nie przekonywało. Ale pamiętam, jak przyjeżdżali też Brytyjczycy – to zrobiło na nas ogromne wrażenie… To byli Arabowie i muzułmanie z Pakistanu, ale przyjeżdżali z Anglii, byli też Europejczycy, tacy czyści Anglicy. Zdziwiło nas, że i Anglicy przyjmują islam, i przyjeżdżają do nas o nim opowiadać. Potem dowiedzieliśmy się, że cała Francja jest już muzułmańska. Powoli i u nas zaczęły pojawiać się książki, można było się czegoś dowiedzieć. I teraz, dzięki Bogu, czytamy Koran, ile kto może. Pewnie mniej wiemy niż muzułmanie gdzie indziej, pewnie nie wszystko robimy dobrze, ale wróciliśmy do islamu”. Reislamizacji ulega też młodsze pokolenie. Pewna kobieta opowiada mi: „Synowi dałam na imię Utkur. A on kilka lat temu przychodzi do mnie i mówi: Utkur to nie po muzułmańsku, od dziś mówcie do mnie Abdallah. Jesteśmy muzułmanami i powinniśmy mieć muzułmańskie imiona”.

W Tadżykistanie często można usłyszeć wypowiadane z ludową przesadą stwierdzenia, takie jak to, że cała Francja jest już muzułmańska. Zniekształcone informacje o Europie formują też mętny obraz Polski w oczach Tadżyków, od których nieraz słyszałem, że polskie kościoły są puste i że można u nas legalnie zawierać homoseksualne małżeństwa. Ludowość islamu widoczna jest również w licznych opowieściach wypełniających „nocne Tadżyków rozmowy”. Jedna z nich głosi: „Kiedy Amerykanie wylądowali na Księżycu, usłyszeli dziwny śpiew. Nie wiedzieli, co to było, pytali Ziemię, ale ci z Ziemi zakazali im komukolwiek o tym wspominać, mieli po prostu zapomnieć o sprawie. Później jednak pojechali na jakiś kongres do Turcji i tam znowu usłyszeli ten śpiew. Zaczęli pytać: co to jest? I usłyszeli: to jest azan, muzułmańskie wezwanie na modlitwę. Wtedy Amerykanie opowiedzieli, że słyszeli ten sam śpiew na Księżycu”. W Tadżykistanie, jak w każdej innej części świata muzułmańskiego, mówi się też o konwersjach na islam ludzi, którzy oficjalnie tego nie potwierdzają. Przywykłem już do tego, że muzułmanami mieli być lady Diana czy Victor Hugo. W Tadżykistanie dowiedziałem się, że kryptomuzułmaninem jest nie kto inny jak sam Władimir Władimirowicz Putin.

Rozdźwięk między rządem a ludem pogłębia się. Sprzedawca dewocjonaliów na wielkim bazarze w Istarawszanie mówi mi, że to coraz lepszy biznes, sugerując w ten sposób coraz żywsze zainteresowanie Tadżyków religijnością. Czemu więc trwa antyislamska dyktatura? W jakiejś mierze z tego powodu, że gwarantuje przyjazną Zachodowi granicę z Afganistanem. I dopóki to się nie zmieni, Zachód będzie przymykać oczy na korupcję, rozkradanie międzynarodowej pomocy, łamanie praw człowieka. „Wmawiają nam, że jak nastanie islam, to nie będzie rozwoju, tylko bieda. Tak jakby teraz w Tadżykistanie był jakiś rozwój – śmieje się sprzedawca – i jakby mało było biednych niemuzułmańskich państw na świecie. Ale u nas oficjalnie zawsze tak – islam u władzy to terroryzm i nędza”.

Na tradycyjne już składowe tadżyckiej tożsamości nakładają się nowe cywilizacyjne klisze. W tradycyjnym garmskim kiszłaku, gdzie obcy mężczyzna nie ma prawa patrzeć na miejscowe kobiety, gospodarze przerywają posiłek, ogłaszając czas modlitwy. Z podłogi znika zastawa, pospiesznie się ją uprząta, by przygotować pokój, znika obrus, pojawia się nowa, czysta płachta. Mężczyźni rozciągają ją na podłodze, słychać azan, zerkam na materiał, na którym za chwilę odbędzie się modlitwa, i się uśmiecham. W kiszłaku, w którym nie mam szans zobaczyć żony mojego gospodarza, z jego modlitewnej tkaniny patrzą na mnie nadruki o treści „Kiss my wife”. Nikt nie wie, co to znaczy. Ot, i globalizacja, która płata figle także w Tadżykistanie…

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter