70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bóg odnalazł mnie w mroku

Osoby transseksualne najczęściej muszą szukać prawdy o sobie poza Kościołem. Dla własnego dobra odchodzą z niego w najbardziej dramatycznym momencie swego życia – mówi Kinga Kosińska, założycielka strony internetowej dla chrześcijan transpłciowych.

Inność w Kościele nie może być wrogiem! – krzyczy do biskupa 32-letnia Kinga. Biskup nazywa się Ignacy, jest gejem i jeszcze nie skończył 30 lat. Tak naprawdę, podobnie jak Kinga, odgrywa scenkę, tak się złożyło, że akurat jemu przypadła rola katolickiego hierarchy. W zainscenizowanej historii przychodzi do niego grupa osób homo- i transseksualnych, które proszą o gościnne przyjęcie w Kościele. Psychodrama odbywa się w ramach warsztatów prowadzonych przez Halinę Bortnowską w trakcie rekolekcji grupy chrześcijan LGBT Wiara i Tęcza. Grupa działa w całej Polsce półkonspiracyjnie od trzech lat, kościelni hierarchowie ani jej nie wspierają, ani nie zwalczają. Wierze i Tęczy trudno było znaleźć rzymskokatolickiego księdza, który poprowadzi rekolekcje, w końcu się udało, głównie dzięki pośrednictwu zaprzyjaźnionych katolików świeckich.

Halina Bortnowska prosi, by uczestnicy warsztatów rekolekcyjnych przedstawili swoje oczekiwania wobec Kościoła. Za kilka dni w Watykanie ma się zacząć synod poświęcony rodzinie, światowe media piszą, że po raz pierwszy zajmie się on miejscem lesbijek i gejów w Kościele. Kinga, która urodziła się jako chłopiec, martwi się, że o osobach transpłciowych znowu cisza.

W scence odgrywa rolę taką, jaką napisało jej życie – transeksualnej katoliczki. Gdy mówi, że Kościół powinien najpierw wysłuchać, a potem oceniać, załamuje się jej głos. Chyba jest przekonująca, bo „biskup Ignacy” zapewnia, że akceptuje ją taką, jaka jest. – To piękna scena, choć wyssana z marzeń – chwali Bortnowska. Kinga dziwi się, że prosta psychodrama wyzwoliła w niej aż takie emocje – była roztrzęsiona, czuła fizycznie, jakby słowa, które wypowiadała, wyrywały się jej z żołądka.

Z Kingą rozmawiam jeszcze w trakcie rekolekcji. Mówi, że dzięki warsztatom poczuła się gotowa do rozmowy z duchownym na swój temat – pierwszej, odkąd dokonała korekty (1) płci. Na razie zgodziła się porozmawiać ze mną.

Smutny chłopiec

Nie powiem, jakie imię miałam jako chłopiec. Mam żelazną zasadę, że o tym nie mówię. Jeśli ktoś mnie poznaje jako Kingę, chcę pozostać dla niego Kingą. Mam w tyle głowy, że jak ludzie poznają moje dawne, męskie imię, nie będą we mnie widzieli stuprocentowej kobiety. Prędzej już zdjęcie od Pierwszej Komunii pokażę, ciągle trzymam w albumie. Są osoby, które po korekcie płci palą swoje wszystkie fotografie „sprzed”, ja nie miałam takiej potrzeby, choć przez lata ich nie oglądałam. Ostatnio zajrzałam po długim czasie, zdziwiłam się nawet, bo ładne było ze mnie dziecko. Aż chciałam przytulić tego chłopca, bo pamiętam, jaki był smutny i samotny. Zdjęcie z tego okresu mogę więc wtajemniczonym pokazywać, ale imienia męskiego nie zdradzę.

Wychowawczynie w przedszkolu były mną zachwycone, mówiły o mnie „grzeczny chłopczyk”. Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Zazdrościłam np. koleżankom dziewczyńskich zabawek, chciałam też je mieć, ale powtarzano mi, że chłopcy takich nie używają. Raz zakradłam się do szafki koleżanki i ukradłam jej jakąś temperówkę w stylu typowym dla dziewczynek.

Największą torturą było dla mnie pójście do fryzjera i ścięcie włosów. Kiedyś w domu wpadłam też w histerię, że chcę mieć lalkę, mama była przerażona, próbowała uspokajać, ale tak płakałam, że zaczęła biegać po sąsiadkach, żeby od kogoś pożyczyć. Później już mi sama kupowała, szyła im ubranka. To były najprzyjemniejsze chwile, kiedy mogłam ją poprosić o nowe ubranko dla lalek, a ona się nie dziwiła, nie komentowała, tylko zabierała się do szycia.

Rodzice wysyłali mnie do kościoła na msze dla dzieci. Siostra zakonna, którą bardzo lubiłam, dbała, żeby chłopcy stali po lewej stronie ołtarza, a dziewczynki po prawej. To był ostry podział, nieprzekraczalny. Zawsze bardzo chciałam być razem z dziewczynkami, kilka razy próbowałam wmieszać się w tłum i usiąść po prawej. Raz się nawet udało. Podobno przed Pierwszą Komunią powiedziałam mamie, że chcę pójść w białej sukience, jak koleżanki. Tego nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że kilka tygodni przed komunią rodzice kupili mi garnitur i poszli ze mną do fotografa, żeby zrobić zdjęcie. Straszna katorga, najpierw to przymierzanie w sklepie, później pozowanie u fotografa, jeszcze później oglądanie tych zdjęć. Ten garnitur, który musiałam włożyć, to był dla mnie taki bilet w jedną stronę, przekroczenie granicy. To właśnie na tym zdjęciu mam taką smutną minę.

Ale nie zawsze byłam smutna. Weselej mi było, kiedy byłam w domu sama i mogłam puscić wodze wyobraźni. Bo od wczesnego dzieciństwa moje życie równolegle toczyło się w wyobraźni. Przychodziłam do domu i całą rzeczywistość danego dnia przetwarzałam sobie w myślach na sytuacje, w których jestem dziewczynką. Dziewczynka, którą byłam w świecie wyobraźni, chyba nie była istotą cielesną, bo nie miała twarzy.

Kościół był wtedy azylem. Lubiłam katechezę, Jezus był dla mnie kimś, kto zrozumie, nawet jak nikt inny nie jest w stanie. Fascynowała mnie też liturgia, była rodzajem baśni, misterium, ucieczką od świata, którego nie lubiłam. Kiedyś rodzice zgubili mnie pod kościołem, długo szukali z sąsiadką, okazało się, że zostałam na kolejną mszę, i nie chciałam wracać do domu.

W podstawówce ksiądz na religii powiedział mi, że niektórzy chłopcy są zniewieściali, w dodatku wybierają sobie kobiece zajęcia i że to nie jest po chrześcijańsku. Intuicyjnie wzięłam to do siebie, chyba wtedy zaczął się mój bunt przeciwko Kościołowi.

„Pedał”

Te ucieczki w świat wyobraźni stały się dużo trudniejsze, gdy zaczęłam dojrzewać. Na moje nieszczęście, zaczęło się to bardzo wcześnie. Najwcześniej w klasie miałam zarost, pojawiło się jabłko Adama, które później, po latach, musiałam sobie operacyjnie usunąć. To wszystko było dla mnie obrzydliwe, moja cielesność wydawała mi się wtedy odrażająca. Najgorsze były erekcje. Dość wcześnie zauważyłam, że pociągają mnie chłopcy, ale że fizycznie byłam mężczyzną, wytłumaczyłam więc sobie, że jestem gejem. Chociaż wtedy chyba w ogóle nie znałam słowa „gej”, u nas mówiło się „ciota” albo „pedał”.

W tym przekonaniu utwierdzało mnie otoczenie. Ciągle słyszałam, że mam pedalski wygląd, pedalskie ruchy, pedalski sposób mówienia, a nawet pedalskie spojrzenie. Wtedy miałam głównie koleżanki, ale dziewczyny potrafią być nie mniej okrutne niż chłopcy. Był też jeden przyjaciel, lubiliśmy się, on miał kłopoty z nauką, trochę mu pomagałam. W pewnym momencie powiedział, że nie możemy się już kumplować, bo chłopcy się śmieją, że się zadaje z ciotą. Był moment, że próbowałam sobie z tym jakoś poradzić. Uczyłam się chodzić po męsku, wymyśliłam sobie, że jak nauczę się chłopięcych gestów i zachowań, może się coś we mnie zmieni. Nic mi nie wychodziło, przez to wszystko strasznie się zamknęłam w sobie, obraziłam na świat, w ramach samoobrony próbowałam być niewidoczna. Najbardziej nie lubiłam wuefu, zaczęłam wagarować. W szóstej klasie uciekłam nawet z domu, wylądowałam w obcym mieście na policji, pamiętam, że wypytywano mnie, dlaczego uciekłam. Nie umiałam powiedzieć, pewnie zresztą sama też tego nie rozumiałam, że tak naprawdę chciałam uciec przed sobą. Wysłano mnie wtedy do poradni zdrowia psychicznego, pani psycholog kazała narysować moją sytuację w szkole. Narysowałam jej tak, jak umiałam, budynek szkoły, boisko i ogrodzenie. Była zaskoczona, że nie ma tam żadnego człowieka. – Musisz się czuć bardzo samotny – powiedziała. Spytała, jakie mam marzenia i plany na życie. Nie miałam żadnych.

W ogóle nie umiałam sobie wyobrazić przyszłości. Czy wtedy myślałam o sobie jako o transseksualiście? Bez żartów, w ogóle nie wiedziałam, że istnieje takie słowo! Tylko pedał albo ciota.

W szkole średniej trochę mniej mi dokuczano, zaczęłam się nawet podobać dziewczynom, fascynowała je moja inność. Jedna się we mnie zakochała, postanowiłam wejść w tę relację, pomyślałam, że może gdzieś w głębi duszy jestem heteroseksualnym facetem. Wyobraziłam sobie, że gdzieś we mnie mieszka piękny, „normalny” motyl, którego muszę uwolnić. Weszłam w ten flirt, ale skończyło się porażką, żaden wewnętrzny motyl się nie uwolnił. Olśnienie Miałam pewnie z 16 lat, gdy w telewizji trafiłam na dokument o transseksualistach. Dostałam wypieków, bo olśniło mnie, że to także o mnie. Zazdrościłam bohaterom, że przyznali się do tego, kim są, bo wiedziałam, że ja się na to nigdy nie zdobędę. Przecież nikt mnie nie zaakceptuje, ani rodzice, ani rówieśnicy, po prostu nikt.

Mimo to postanowiłam wysłać list do przyjaciółki. Napisałam, że jestem gejem. Tak naprawdę już wtedy wiedziałam, że jestem trans, ale to gejostwo to był taki półśrodek, krok w kierunku prawdy. Po jakimś czasie mnie odwiedziła, poszłyśmy na spacer, powiedziała, że jej to nie przeszkadza i że czemu mówię jej dopiero teraz.

Postanowiłam powiedzieć także mamie. Wtedy było takie pismo dla homoseksualistów „Inaczej”, dałam jej i powiedziałam, że to o mnie. Była bardzo zaskoczona, dopytywała, czy byłem kiedyś z dziewczyną albo chłopakiem. Uważała, że to wszystko sobie wymyśliłam. – Tylko nie mów tacie – powiedziała na koniec. Nie mówiłam, ale kiedy już wiedziały koleżanka i mama, poczułam ulgę.

Wtedy Kościół zaczął dużo mówić o homoseksualizmie, ja to wszystko brałam do siebie. Przestałam się spowiadać i chodzić na mszę. Uznałam, że nie ma dla mnie w Kościele miejsca. Ten bunt automatycznie przeniósł się na Boga. Mówiłam do Niego w myślach: „O co Ci chodzi? Bawisz się mną? Uwięziłeś mnie, żeby się ze mnie pośmiać? Jaja sobie ze mnie robisz, facet?”.

Wiedziałam już, że jestem trans, ale odsuwałam myśl, że mogę się zdecydować na zmianę płci. Wtedy jeszcze nie używało się terminu „korekta”, tylko właśnie „zmiana”. Przez jakiś czas próbowałam to wszystko w sobie zakisić, to parowało, ale w sposób niewidoczny. Praktycznie wszystkie osoby transpłciowe tak mają. Potem przychodzi jednak moment, że jest wóz lub przewóz, życie albo samobójstwo. Bardzo się bałam tranzycji (2). Wydawałam się sobie strasznie męska, oglądałam w lustrze swój zarost, jabłko Adama wydawało mi się większe niż u innych.

Po maturze dostałam się na filozofię. Duży stres, nowe środowisko, do tego zakochałam się w koledze ze studiów, czułam się beznadziejnie, bo wiedziałam, że z tego uczucia nic nie będzie. Zaczęłam wpadać w depresję, rzuciłam uczelnię. W 2001 r. w telewizji pokazywano reality show pt. Gladiatorzy, w którym brała udział Dominika Hebdowska. W trakcie programu wyszło na jaw, że urodziła się jako Dominik i jest po korekcie płci. Po tygodniu musiała opuścić program, ale dla mnie była bohaterką, tym bardziej że pochodziła z miasta, w którym chodziłam do liceum. Znalazłam z nią wywiad w „Tinie” na temat transpłciowości, gazeta prowadziła wtedy kącik porad seksuologicznych. Napisałam list do redakcji z pytaniem, czy to możliwe, że jestem jak Dominika. W odpowiedzi przysłano mi adres specjalisty w Warszawie, ale mnie nie było stać, żeby się leczyć w innym mieście. Powiedziałam o swoim problemie mamie, ona uznała, że to zaburzenia psychiczne i że lekarz mi pomoże.

Dziś wiem, że mogłam różnie trafić. Wielu lekarzy nie ma pojęcia o problemie transseksualności, znam wielu ludzi, których pierwsza wizyta u seksuologa poraniła na lata. Teraz jest zresztą łatwiej, ale wtedy, ponad 10 lat temu, cała moja wiedza na temat problemu pochodziła w zasadzie z tego, co czułam. Nie miałam nawet komórki ani dostępu do Internetu. Nie znałam żadnej osoby ze środowiska. Z olbrzymim strachem i ładunkiem emocjonalnym poszłam do seksuologa, który skierował mnie do psychologa klinicznego.

Korekta

Lekarze nie mieli ze mną łatwo. Osoby transseksualne nienawidzą swojej fizyczności, ciało jest dla nich skorupą, w której kryje się wewnętrzne, prawdziwe „ja”, więc często o tę skorupę w ogóle nie dbają. Wyglądałam wtedy raczej jak zaniedbany facet niż ktoś, kto czuje się kobietą. Zresztą w ogóle w takich przypadkach badania trwają długo, należy wykluczyć choroby psychiczne, takie jak schizofrenia czy osobowość bordeline. Dopiero po półtora roku obserwacji uznano, że jestem zdrowa psychicznie i że to transseksualizm. Rozpoczęła się terapia hormonalna połączona z psychoterapią. Mama mnie wspierała, obserwując mnie na co dzień, coraz bardziej się przekonywała, że jest to droga dla mnie. Tato dowiedział się już w trakcie leczenia, na początku w ogóle nie umiał tego zrozumieć, nie podobała mu się moja decyzja, ale zdecydowałyśmy z mamą, że będziemy kontynuować leczenie, a tato do nas psychicznie dołączy, jak będzie gotowy.

Na tym etapie decyzja o operacji była dla mnie zupełnie naturalna, choć wiele osób transpłciowych nie decyduje się na operacyjną korektę. Ja jednak odrazy do własnego ciała nie mogłam pokonać. To jest jak wielki plecak na ramionach, do którego każdego dnia ktoś dorzuca ciężar. Nosisz tak długo, jak dajesz radę, ale w pewnym momencie on cię przygniata i wiesz, że albo zrzucisz niechciany bagaż, albo już się nie podniesiesz.

Chciałam mieć szybkie efekty terapii hormonalnej, denerwowałam się, że nie rośnie mi biust, że wciąż mam zarost, że nie zmienia mi się głos. To jest etap nazywany w naszym żargonie full time albo „test realnego życia”, w jego trakcie trzeba wyjść do świata w nowej roli płciowej. Większość ludzi przeprowadza się wtedy do innego miasta, zmienia otoczenie. Mnie nie było na to stać, do dziś mieszkam w niedużym mieście na południu Polski, w bloku, w którym się wychowywałam od urodzenia. Dlatego stosowałam metodę małych kroczków: skromny makijaż, kolczyki, jakaś kolorowa bluzka. Trudną rzeczą jest proces cywilny, który trzeba wytoczyć rodzicom – absurd polskiego prawa wymaga, by pozwać ich o błędne określenie płci w akcie urodzenia. Ten proces i ich zeznania to był przełom w relacjach z rodzicami, kiedy kilka miesięcy później zapadł przychylny dla mnie wyrok określający, że jestem kobietą, czułam, że całą rodziną jesteśmy psychicznie po tej samej stronie.

Na operację do Gdańska pojechałam w wieku 21 lat, jakieś dwa lata od pierwszej wizyty u seksuologa. Wcześniej poddałam się korekcie jabłka Adama. Wszystkie pieniądze szły wtedy na moje leczenie, więc rodziców nie było stać, żeby mnie odwieźć do szpitala. Jechałam przez całą Polskę pociągiem, to był luty, za oknem było bardzo zimno, padał śnieg, pamiętam, że czułam się kompletnie sama w ogromnym, nieprzyjaznym świecie. W szpitalu na urologii dostałam izolatkę, myśleli pewnie, że tak będzie lepiej, bo jak bliscy mnie odwiedzą, to będziemy mogli swobodnie rozmawiać. Tyle że mnie nie było komu odwiedzać. Kiedyś wszedł do mojej sali kapelan szpitalny, spytał, czy chcę porozmawiać, przerażona, odpowiedziałam krótko, że nie. Później przyszedł jeszcze raz, ale mnie paraliżował strach, w głowie miałam tylko jedno pytanie: czy on wie, z czym tu leżę? Marzyłam, żeby poszedł jak najszybciej, bo się bałam, że się wyda i będą kłopoty.

Czułam, że z punktu widzenia Boga to, co robię, to przejście na ciemną stronę mocy. Mniej więcej w tym czasie katolickie media pisały o instrukcji Watykanu zakazującej proboszczom dokonywania zmian w metrykach chrztu osób, które dokonały korekty płci (3). Zrobiło to wtedy na mnie wstrząsające wrażenie, bo to już nie było kwestionowanie tego, co robisz, ale tego, kim jesteś. Uderzenie w najczulszy punkt. Miałam więc wrażenie, że moje decyzje nie podobają się Bogu, a jednocześnie wiedziałam, że nie mam wyboru, bo inaczej skończy się to odebraniem sobie życia. Prawdziwa grecka tragedia, bez dobrego wyjścia. Wybierałam życie, ale wydawało mi się, że zdradzam Boga. Próbowałam się więc przed Nim schować, chyba w ogóle się wtedy nie modliłam, czasem tylko marzyłam, żeby mnie mimo wszystko przytulił.

Rozczarowanie

Myślisz, że najgorsza jest operacja? W moim przypadku prawdziwy kryzys przyszedł po niej. Wiele osób transpłciowych nie potrafi się do tego przyznać, ale efekt korekty płci prawie zawsze jest gorzkim rozczarowaniem. Pewnie niektóre osoby ze środowiska trans skrytykują mnie za to, że to mówię, ale takie jest moje doświadczenie. Czułam żal, zgorzknienie, że nie wyglądam tak, jak bym chciała, według mnie zresztą źle mnie leczono hormonalnie. Inna sprawa, że nie byłam wtedy pogodzona z tym, kim jestem. Pewnie nie do końca mnie rozumiesz, daję ci zresztą prawo, żebyś nie rozumiał. Bo rozczarowanie nie oznacza, że się żałuje decyzji. Ja nawet przez chwilę nie żałowałam. To trochę tak, jak wyjść z więzienia – nawet jeśli na wolności ci się nie układa, nie masz ochoty wracać za kratki.

Ale na początku wszystko jest problemem, nawet to, co ty byś uznał za błahostkę. Na przykład trzeba się nadal golić – jak to, jestem kobietą i muszę się golić? Albo lęk, czy pod wpływem hormonów urosną piersi, czy będzie potrzebna chirurgia plastyczna. A jak zrobisz sobie piersi operacyjnie, to czy jako katoliczka możesz? Przecież to wyuzdanie! Do tego dochodzi świadomość, że z punktu widzenia seksualnego twoje ciało nie będzie doskonałe, w takim razie czy kiedykolwiek znajdziesz partnera? Po operacji nadal byłam męska. Kiedyś na ulicy spytałam o drogę, a przechodzień zwrócił się do mnie: „proszę pana”. Czułam, że poniosłam porażkę.

Wyobraź sobie małą miejscowość, osiedle bloków, gdzie wszyscy cię znają od urodzenia jako chłopca, a ty nagle wychodzisz do nich w makijażu. Krzyczeli za mną: „transwestyta”, „pedał”, „przerób”. W takich sytuacjach kompletnie nie umiem reagować, czuję się jak sparaliżowana, udaję, że nie słyszę. Powiem ci coś, czego się wstydzę, bo potępiam wszelką przemoc, ale kiedy w telewizji widziałam, jak Rafalala uderza osobę, która ją obraża, poczułam z nią emocjonalną solidarność. Chyba nawet jej zazdrościłam, bo ja tak nie umiem.

Sąsiedzi z bloku nic nie mówili, tylko patrzyli z przerażeniem, czasem odrazą. To ich milczenie bywało trudniejsze niż wyzwiska. Przez to poczucie upokorzenia i wyobcowania, kiedy trzeba wyjść na zewnątrz w kobiecym ubraniu, nie byłam w stanie opuścić domu. Często ze strachu miałam problem z utrzymaniem moczu, musiałam się wtedy myć i ubierać ponownie.

To wszystko było nie do wytrzymania. Zauważyłeś, że noszę bransoletki? To dlatego, że próbowałam sobie wtedy podciąć żyły, potem były tabletki. Pamiętam, jak obudziłam się na toksykologii przypięta pasami do łóżka, później przewieziono mnie do szpitala psychiatrycznego. To było piekło na ziemi, nie dbałam o siebie, przestałam nawet się golić, a wciąż miałam zarost, bo nie stać mnie było na depilację laserową. Kiedy poszłam do dyżurki i podałam swoje kobiece imię i nazwisko, nie chciano mi wydać leków. Kiedy wyszłam ze szpitala, czułam się kompletnie odklejona od świata. Wiem, że bardzo zraniłam rodziców. Mama mi wtedy powiedziała, że jeśli jeszcze raz spróbuję coś sobie zrobić, ona tego nie przeżyje. Właściwie ze względu na nią poszłam na terapię, choć nie wierzyłam, że ktokolwiek może mi pomóc.

Bóg

Dużo wtedy myślałam, pamiętam, że czytałam Virginię Woolf. W pewnym momencie świat zaczął mi się wydawać nieco barwniejszy, pojawiła się odrobina nadziei. Żadne spektakularne wydarzenie, raczej powolny proces, ale bardzo wyraźny, wręcz namacalny. Miałam wrażenie, ze to światło przyszło spoza mnie. Poczułam, że to Bóg mnie w tym mroku odnalazł, choć wcale świadomie nie zmierzałam w Jego stronę. Wiem, że mama cały czas żarliwie modliła się w mojej intencji.

Powoli przestawałam się bać ludzi. Moja próba samobójcza odbiła się w sąsiedztwie dużym echem, na oczach sąsiadów wynoszono mnie rano na noszach, pewnie niektórzy zrozumieli, że to pośrednio ich wina. Ludzie jednak mają sumienia, chyba wtedy zmieniło się nastawienie otoczenia do mojej osoby. Nawet nie wiesz, jakie wrażenie może zrobić sąsiad, który pierwszy raz po twojej tranzycji, przechodząc obok ciebie, nie udaje, że cię nie zna. Nie odwraca wzroku, tylko mówi „dzień dobry”.

Uznałam, że muszę powiadomić dalszą rodzinę. Napisałam list do kuzynek, z którymi w dzieciństwie spędzałam wakacje. Po jakimś czasie przyjechały do mnie całą rodziną, w tym ciotka i wujek. Rodzina ze wsi, pobożni i prości ludzie, a zachowali się z ogromną klasą. Gdy otworzyłam drzwi, wujek pocałował mnie na powitanie w rękę. Nic nie musiał mówić.

Pewnego dnia poczułam silną potrzebę, żeby wejść do kościoła, po raz pierwszy jako kobieta. Chciałam zobaczyć, jak się w nim poczuję jako Kinga, czy znajdę oparcie, tak jak kiedyś, w dzieciństwie. Teraz byłam trochę jak dziecko, znowu bardzo potrzebowałam bezpieczeństwa. Poszłam do kościoła w sąsiedniej parafii, poczułam spokój.

Niedługo potem oglądając w gazecie zdjęcia z Parady Równości: zobaczyłam dziewczynę z transparentem: „Bóg kocha transkobiety”. Poczułam, że nie jestem sama. Odnalazłam ją na forum, nawiązałyśmy kontakt. Natalia powiedziała mi o Wierze i Tęczy, nowej grupie chrześcijan LGBT założonej m.in. przez lekarza z Krakowa, który jest zarówno osobą homoseksualną, jak i transpłciową. Natalia zaimponowała mi wtedy tym, że chce trwać przy Kościele, choć spotykały ją z tego powodu różne nieprzyjemności. Na przykład spowiadała się kiedyś, a ksiądz co chwila poprawiał jej wypowiedzi na męskie końcówki. Ona: „zgrzeszyłam”, a ksiądz „zgrzeszyłeś”. Inny ksiądz podawał jej komunię z obrzydzeniem, jakby bał się jej dotknąć. A ona ciągle była przy Bogu (4).

Wiara i Tęczą organizowała wtedy akurat rekolekcje na południu Polski, byliśmy tam półoficjalnie w dużym ośrodku rekolekcyjnym. Spotkałam tam ludzi bardzo poranionych przez Kościół, a jednak pełnych wiary. Niezwykłe przeżycie, szczególnie mocno poruszył mnie moment, kiedy podczas Eucharystii w kościele śpiewał młody chłopak z naszej grupy. Widok geja przy ołtarzu, który pięknie śpiewa psalm, sprawił, że się popłakałam. To był dla mnie powrót do źródeł.

Zapadły mi też w pamięci słowa duchownego: „Bóg cię zna, czasem w ogóle nie musisz do Niego mówić, wystarczy, że pomilczysz”. Pierwszy raz poczułam wtedy, że nie muszę się Mu tłumaczyć z mojej transseksualności. On to wie, bo jest we mnie.

Prawda

Dzięki Wierze i Tęczy powoli wracam do Kościoła. Ale ciągle mam z nim problem. Zastanawiam się na przykład: kim jestem dla Kościoła? Mężczyzną czy kobietą? Jako kto zostanę pochowana?

Założyłam stronę internetową transwit.manifo.com, poświeconą łączeniu transpłciowości i wiary. Chcę zrobić coś dla innych osób trans, które uważają, że nie ma dla nich w Kościele miejsca.

Do dziś zresztą nie praktykuję regularnie, a jeśli już, to unikam mojego parafialnego kościoła, choć walczę ze sobą. Jednak urazy są na tyle silne, że nie potrafię się przełamać. Potrzebuję czasu, metoda małych kroków to chyba mój sposób na życie. Przez lata wychodziłam z domu, gdy ksiądz przychodził z wizytą po kolędzie. Teraz nie wychodzę, ale o mnie nie mówimy, udajemy, że nie ma tematu. Wciąż zresztą nie potrafię o sobie rozmawiać z duchownymi, mam gdzieś głęboko wpojone, że w ich oczach popełniłam coś niegodnego.

Ostatnio słuchałam z płyty jednego z najpopularniejszych polskich rekolekcjonistów. W trakcie konferencji wyśmiewał się z Anny Grodzkiej, na nagraniu słychać głośny rechot wiernych. To jest przerażające, czy on nie rozumie, że w kościele mogą być także osoby transseksualne?

Z Bogiem na szczęście już takich problemów nie mam. Próbuję sobie nawet wyobrazić alternatywną wersję Ostatniej Wieczerzy: Jezus mówi do uczniów, że niedługo ich opuści, emocje są bardzo silne, wszyscy wiedzą, że są świadkami jakiejś sytuacji granicznej. I nagle któryś z apostołów wstaje i mówi, że długo się krył, ale teraz musi Mu to powiedzieć: tak naprawdę jest kobietą. Jak zareagowałby Jezus? Przecież Jego miłość nie zna granic, także granic płci.

Może by wyjaśnił, po co stworzył takich jak ja? Wielu duchownych uważa, że osoby transpłciowe, decydując się na korektę płci, sprzeciwiają się boskiemu planowi. A przecież jest dokładnie odwrotnie, my ten Boży plan mozolnie odkrywamy, czasem płacąc za to ogromną cenę. Poszukiwanie i odkrywanie prawdy o sobie zawsze jest procesem duchowym. W końcu Bóg powiedział o sobie, że jest Prawdą.

Szkoda, że większość osób transpłciowych skazana jest na to poszukiwanie poza Kościołem. To nie przypadek, że w tym środowisku jest tak wielu świadomych ateistów. Dla własnego zdrowia psychicznego muszą z niego odejść w najbardziej dramatycznym momencie życia, w którym tak naprawdę potrzebują największego wsparcia. Sam proces tranzycji jest tak trudny, że aby go przejść, trzeba odrzucić wszystko, co nam go utrudnia. Niestety, często jest to właśnie religia.

Gdybym tak jak w odegranej scence na rekolekcjach, naprawdę mogła się spotkać z biskupem, powiedziałabym mu, że nie powinno tak być. Papież Franciszek uczy nas empatii, otwarcia, spojrzenia z innej perspektywy. Czytałam też, że Kościół jest jak szpital polowy, a przecież w szpitalu nie dobija się rannych. Dla mnie Kościół powinien otwierać oczy na świat i na drugiego człowieka, wyciągać do niego rękę. To jest jego prawdziwa Jezusowa twarz. Inna jest przekłamaniem.

 

Wysłuchał Marcin Dzierżanowski

 

[1] Korekta płci – oznacza zespół procesów medycznych, psychicznych, kosmetycznych i prawnych mający na celu dostosowanie wyglądu i statusu prawnego do płci psychicznej. Kiedyś zarówno cały proces, jak i operację chirurgiczną nazywano „zmianą płci”, dziś takie określenie uważa się za niepoprawne. Przyjmuje się bowiem, że osoba transseksualna posiada płeć taką, jaką odczuwa.

Por. W. Dynarski, A. Kłonkowska, Słownik pojęć, w: Sytuacja społeczna osób LGBT w Polsce. Raport za lata 2010 i 2011, red. M. Makuchowska, M. Pawlęga, Warszawa 2012, s. 222, 227.

[2] Tranzycja (ang. transition) – proces korekty płci oraz rozpoczęcie przez osoby transseksualne życia w społeczeństwie jako przedstawiciel preferowanej płci. Por. W. Dynarski, A. Kłonkowska, Słownik pojęć, dz. cyt., s. 227.

[3] Zgodnie z instrukcją Kongregacji Nauki Wiary z 28 września 2002 r., Stolica Apostolska zakazała proboszczom dokonywania zmian w metrykach chrzcielnych osób, które dokonały prawnej i medycznej korekty płci. Zalecono, by fakt ten odnotować na marginesie metryki. Kościół nie uznaje więc korekty płci, a jedynie odnotowuje fakt administracyjny. Por. J. Woleńska-Operacz, Co z metryką chrztu transseksualisty?, www.ekai.pl; A. Sporniak, Dusza transseksualisty, http://sporniak.blog.onet.pl (dostęp: 27 października 2014).

[4] Historia Natalii jest przytaczana także w książce: M. Bieńkowska, Transseksualizm w Polsce, Białystok 2012, s. 75.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter