70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Mój chłodny ojcze szaleńcze”

Dwie dorastające dziewczyny (Lucia Joyce i Mary Atherton), dwóch znanych ojców (pisarz James Joyce i jego popularyzator – krytyk James S. Atherton), dwa różne światy (modernistycznego Paryża bohemy artystycznej i robotniczej Irlandii, podnoszącej się powoli z powojennej biedy), dwie podobne opowieści o kobiecej walce o prawo do niezależności i samorealizacji. I na szczęście, dwa odmienne zakończenia.

Bohaterkami Oczka w głowie tatusia Mary i Bryana Talbotów – pierwszego komiksu nagrodzonego w Wielkiej Brytanii w kategorii książki biograficznej 2012 r. – są młode kobiety, które na przekór wszystkiemu chcą stać się kimś więcej niż tylko córkami swoich genialnych ojców. Nie jest to jednak proste – ich bracia wyjeżdżają na uniwersytety, do pracy, zakładają własne rodziny, robią artystyczne kariery lub po prostu podróżują. Od nich zaś najbliżsi (często nawet nieświadomie) oczekują poświęcenia, skromności, rezygnacji z własnych ambicji, bo przecież zawsze jest jakaś korespondencja do przepisania, czyjeś notatki do uporządkowania, jakieś przyjęcie do zorganizowania. A żonom sławnych mężczyzn brak już sił. Rzadko kiedy w literaturze słyszymy głos tych zapomnianych córek – dopominający się o uwagę, poszanowanie ich indywidualności i akceptację wybranej przez nie drogi życiowej. Na przekór ironicznego tytułu, bohaterkami komiksu Talbot nie są więc ukochane córeczki swoich tatusiów”, lecz młode kobiety, które z różnym skutkiem, w różnych czasach i różnymi metodami próbowały uwolnić się od destruktywnej siły ojcowskiego autorytetu.

Biografie równoległe

Pierwsza z nich to Lucia Joyce – wybitnie utalentowana tancerka i choreografka awangardowej sceny teatru ruchu, uczennica Margaret Morris, prekursorki fizjoterapii. Pisano o niej: „Kiedy osiągnie pełnię sprawności w tańcu, James Joyce będzie znany jako ojciec swojej córki”. Jej kariera została jednak przerwana przez konwenanse, narzucane jej przez rodziców i przyjaciół ojca (Samuel Beckett!) – wspólne wyjazdy na wakacje ze zmęczoną matką, lunche na cześć ojca, na których ma do odegrania rolę idealnej córki, wiernej towarzyszki. Błahe kwestie rodzinnego kalendarza i ostateczna przeprowadzka do Londynu miały ogromny wpływ na jej życie jako młodej artystki i nauczycielki tańca – nieobecność na próbach i spektaklach, przerwane treningi, zerwane sieci kontaktów zawodowych. Pozbawiona finansowej i osobistej niezależności, zepchnięta do roli dziecka spacerującego krok za swymi rodzicami, Lucia popadła w stan pogłębiającej się frustracji, objawiający się niekontrolowanymi wybuchami złości, z powodu których umieszczona została przez brata w ośrodku dla nerwowo chorych. Miała zaledwie dwadzieścia kilka lat i już nigdy nie wróciła ani do społeczeństwa, ani do pracy zawodowej. Porzucona przez rodzinę w czasie wojny, w podobnych „sanatoriach” przebywała z przerwami do momentu śmierci w 1982 r.

Drugą bohaterką jest natomiast sama autorka komiksu Mary Talbot – córka wybitnego znawcy i popularyzatora prozy Joyce’a – dziś uznana badaczka kultury konsumpcyjnej, mediów i języka. Jej autobiograficzna opowieść, sięgająca czasów dzieciństwa, w niepokojący sposób zazębia się z losami Lucii, której ojciec nie poświęcił nawet zdania w swoich studiach nad twórczością autora Ulissesa. Tymczasem z perspektywy Talbot to właśnie postać córki okazuje się kluczowa dla zrozumienia zarówno jej osobistych, jak i kulturowych problemów w relacjach między dorastającymi dziewczynkami i ich wielkimi ojcami – problemów, których nie wyjaśnia prosta formuła „kompleksu Elektry”.

Oczko w głowie tatusia jest nie tylko opowiedzianą głosami dwóch bohaterek historią o zranionych kobiecych ambicjach i głęboko zakorzenionych w naszej kulturze mechanizmach wykluczania „córek” z aktywnego dostępu do sztuki, w której mogły się one pojawiać jako wdzięczny temat (patrz: Treny), postać literacka czy nawet muza, lecz nie jako samodzielne twórczynie. To również szersza dyskusja z kulturowym wzorcem „prawdziwej sztuki”, dla której to, co osobiste, codzienne, jest ważne tylko wtedy, gdy może zostać przez nią wchłonięte i w ten sposób dowartościowane. Ten wyższy świat literatury reprezentuje w oczach małej Mary ojciec – spędzający w pokoju na górze długie godziny, odgrodzony od reszty domowników oraz robotniczej ulicy irlandzkiego miasteczka. Z jednej strony, jeszcze jako dorosła kobieta, ze wzruszeniem wspomina te rzadkie chwile spędzone w jego królestwie: wśród książek, w cudownie absurdalnej atmosferze zabaw słownych na kolanach lub chowając się we wnętrzu jego drewnianego biurka. Z drugiej, nawet jako dorosła kobieta, nie może zapomnieć o cielesnych karach, krzyku, a przede wszystkim sarkazmie i zimnej obojętności, którą okazywał jej zawsze, gdy nie potrafiła zrozumieć ważnych lub oczywistych dla niego kwestii.

„Z gracją nosić parasolkę”

Z narracyjnego dwugłosu, w którym osobiste wspomnienia Mary przeplatają się z biografią Lucii, wyłania się obraz dziewczynki – jest ona zbyt głośna, zbyt żywiołowa, zbyt absorbująca i w przeciwieństwie do braci, nie ma dokąd uciec. Co gorsza, jeszcze nie wie, że nie należy do ojcowskiego porządku Sztuki, jest bowiem wysłanniczką przyziemnego, mieszczańskiego świata: lodówek, rachunków za prąd, ciepłej herbaty i… kobiet: matek, żon, sióstr i córek. To dlatego słowa Mary: „Mama mówi, że herbata gotowa”, tak bardzo irytują ojca. Życie i sztuka – to dwa różne światy. W jednym przebywają mężczyźni (twórcy, ambitni wizjonerzy), w drugim kobiety (nauczycielki, gospodynie domowe, sklepowe, pracowite, acz mało utalentowane uczennice). Mała Mary czuje, że tak właśnie uważa James Atherton, i dlatego (na szczęście dla niej) to nie on stanie się jej duchowym przewodnikiem.

Bolesny paradoks, który odkrywa Mary Talbot, śledząc losy Lucii, polega na tym, że również awangardowy, ekscentryczny, łamiący wszelkie konwenanse pisarz nie był w stanie zrozumieć pragnienia osobistej wolności, które towarzyszyło jego córce. Oklaskiwał ją, gdy stała na scenie, ale tylko do czasu gdy jej pasja taneczna i ambicje zawodowe nie zaczęły kolidować z jego karierą. Wówczas z pobłażaniem przekonywał ją: „Wystarczy, że kobieta umie napisać list i z gracją nosić parasolkę” (s. 69), unieważniając tym jednym zdaniem całe życie Lucii. I choć Mary Talbot zdaje się nie dostrzegać szczególnie destruktywnej roli Nory Joyce jako zaborczej i zimnej jednocześnie matki, to komiksowa konwencja, przy całym swoim przerysowującym, zamkniętym w kadry sposobie budowania narracji, pozwala lepiej dostrzec jedno: niebywałą wręcz dysproporcję między argumentami młodej utalentowanej dziewczyny („Ale to moje życie, tatulku. Jak mogę przestać?”, s. 69) i jej rodziców („Twój biedny ojciec potrzebuje pomocy przy korespondencji”, s. 61). To właśnie wydaje mi się najbardziej poruszające w jej historii – Lucia Joyce trafiła do domu wariatów nie z powodu swojej choroby, lecz w wyniku lekceważącego zanegowania jej jako kobiety i jako osoby.

Oczko w głowie tatusia jest nie tyle kolejnym świadectwem kobiecej histerii, ile próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego w przeszłości tak wiele twórczych kobiet – często niezwykle utalentowanych, silnych, zdrowych – popadało w szaleństwo, chorobę psychiczną (Woolf, Plath, Komornicka, Przybyszewska). Z drugiej strony, Mary Talbot chce opowiedzieć również pozytywną historię wyzwalania się córki spod obezwładniającego autorytetu ojca. Choć zaproponowana przez nią i jej męża graficzna i narracyjna forma tej opowieści jest tradycyjna, a momentami nieco uproszczająca (budzące skojarzenie z komiksami dla dzieci przedstawienie oczu jako czarnych kropek, zmiany odcieni kadrów przy przechodzeniu od autobiografii do biografii Lucii, od teraźniejszości do przeszłości), to jednak – jako badaczka literatury i jako „córka” – mam poczucie, że wciąż jeszcze takich kobiecych (pozytywnych) głosów w naszej kulturze potrzebujemy.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata