70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Boskie DNA

Zdaniem Kościoła nie dzieje się nic złego, dopóki kobieta nie zaprzecza, że jest kobietą, a mężczyzna, że jest mężczyzną, nawet jeżeli odczuwają niemożność wypełniania ról społecznych zgodnych ze swoją płcią. Problem zaczyna się wówczas, gdy osoba transpłciowa decyduje się na wejście w role, które nie zostały jej dane.

„W świetle ideologii gender jest możliwy i zostaje uznany za przejaw normalności transseksualizm, czyli przechodzenie z jednej płci w drugą” – to cytat z artykułu opublikowanego w jednym z katolickich tygodników. Jakie są przyczyny takich nieporozumień?

Wynikają one z niewiedzy. Z punktu widzenia nauki nie wiemy zbyt wiele o genezie transseksualizmu. A to, co wiemy, z pewnością nie pozwala na takie uproszczenia. Zresztą o tym, że niewiele wiemy, mówi również i Kościół w oficjalnych wypowiedziach.

Ale czy są jakieś podstawy, aby do sprawy mieszać „ideologię gender”?

Jeśli katechezę biblijną oderwiemy od tego, co mówią nauki przyrodnicze, możemy dojść do wniosku, że skoro Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, to płeć i gender są synonimami: to, co kobiece, przynależy jedynie do kobiet, a to, co męskie – do mężczyzn. I są to zbiory rozłączne. Z tego wynika idea komplementarności: aby człowiek mógł w pełni stać się osobą, potrzebuje spotkać „drugą połówkę”. To jest jednak uproszczenie, bo aby odpowiedź na pytanie, „czy jestem i kim jestem jako mężczyzna, kim jestem jako kobieta?”, trzeba brać pod uwagę płeć biologiczną, tożsamość płciową, społeczną rolę płciową oraz orientację seksualną.

W jaki więc sposób rozpoznajemy, że ktoś jest kobietą lub mężczyzną? Dziś nauki biologiczne posługują się wieloma wyznacznikami płci. Mówimy o płci chromosomalnej, gonadalnej, fenotypowej, hormonalnej… A co na to Kościół?

Kościół mówi, że to, co określa człowieka jako mężczyznę lub kobietę, jest biologicznie zakodowane w DNA. Naszą tożsamość płciową wyznaczają więc chromosomy. Jesteś tym, czym jest twój organizm. Tak więc mężczyzna transseksualny zawsze pozostaje genetycznie, gonadalnie i fenotypowo mężczyzną. To, czy mamy subiektywne poczucie zgodności z płcią wyznaczoną przez geny, jest osobną kwestią. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę; mężczyzna może być tylko w męskim ciele, a kobieta – w kobiecym. Jeśli pojawiają się w tym względzie jakieś zaburzenia, od poczucia tożsamości do nieadekwatności organów, to trzeba je leczyć, a nie uznawać za „normalność”. Z medycznego punktu widzenia problem z takim stanowiskiem Kościoła polega na tym, że nie wyróżnia płci psychicznej.

Czy tym właśnie można tłumaczyć, że w wypowiedziach Kościoła pojawia się termin „zmiana płci”, podczas gdy świat nauki, prawodawcy i same osoby transpłciowe coraz częściej mówią o „korekcie”?

Tak. Zdaniem Kościoła nie dzieje się nic złego, dopóki kobieta nie zaprzecza, że jest kobietą, a mężczyzna, że jest mężczyzną, nawet jeżeli odczuwają niemożność wypełniania ról społecznych zgodnych ze swoją płcią. Problem zaczyna się wówczas, gdy osoba transpłciowa decyduje się na wejście w role, które nie zostały jej dane. Prawo kanoniczne podkreśla, że mężczyzna transseksualny pozostaje mężczyzną, nawet po wykonaniu operacji upodabniającej go do kobiety. I vice versa.

Osoby transpłciowe (zwłaszcza po korekcie płci) uważa się za niezdolne do sakramentów małżeństwa i kapłaństwa. W 2002 r. Watykan nie zezwolił na dokonywanie zmian w metrykach chrzcielnych. Stolica Apostolska zleciła jedynie, aby księża fakt ten odnotowywali na marginesie ksiąg. Problemem praktycznym pozostaje też chrześcijański pochówek – wielu kapłanów uważa, że osoby po korekcie płci powinny być pochowane pod poprzednim imieniem i nazwiskiem. Dlaczego Kościół zwleka z jednoznacznym rozstrzygnięciem tych kwestii?

Kiedy w 1984 r. po raz pierwszy zorganizowano sympozjum dotyczące problematyki transpłciowości, Watykan zastrzegł, że pójdzie o krok dalej dopiero wtedy, gdy nauka jednoznacznie wyjaśni etiologię transseksualizmu. Dopóki to nie nastąpi, nie dojdzie do zmiany w praktykach duszpasterskich. Dlatego, mimo iż Kościół nie wypowiedział się na temat genezy transpłciowości, zabrania osobom po korekcie płci wstępowania w związek małżeński i nie dopuszcza ich do kapłaństwa. W pierwszym dokumencie, jaki został wydany przez Kongregację Nauki Wiary, z 28 września 2002 r. podano bardziej szczegółowe informacje, jak należy postąpić w aktach kościelnych, gdy transseksualista zmienił płeć – zachowano jednak status osoby sprzed zabiegu.

Problemem bywa także zmiana języka: „W tym czasie żyłam już jako kobieta, oczywiście używałam żeńskich form, a ksiądz co chwilę poprawiał je na męskie końcówki. Mówię np. zgrzeszyłam, a on: zgrzeszyłeś, i tak w koło Macieju. W innej sytuacji postawiłabym się i wyjaśniła, jak bardzo się myli, ale to przecież spowiedź”.

Ludziom z zewnątrz bardzo trudno jest zrozumieć osobę, która dokonała zmiany płci. Nawet jeśli są do niej nastawieni życzliwie, to zmiana rodzajnika nie przychodzi im łatwo. Zdarza się, że ci, którzy znali wcześniej taką osobę, nie potrafią zaakceptować jej decyzji o korekcie płci, a ci, którzy nie znali jej przed korektą, przyjmują ją wyłącznie w nowej tożsamości.

Terminem „gender” posługują się nie tylko nauki społeczne, ale i przyrodnicze. Transseksualizm pojawił się po raz pierwszy w trzeciej edycji DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) i zaliczony został do grupy zaburzeń tożsamości płciowej określanych mianem gender identity disorder.

W pewnych sytuacjach, a do takich zaliczyć trzeba transpłciowość, przekonanie o tym, kim jesteśmy, nie pokrywa się z tym, jakie mamy ciało. Osoba transpłciowa ma poczucie uwięzienia we własnym ciele. Czuje się ograniczona w ekspresji osobowości, bo nie może w pełni korzystać z ról, które przypisywane są danej płci. Jedno i drugie przysparza jej ogromnych cierpień. A zwłaszcza to pierwsze. Posiadanie ciała postrzegane jest jako absolutnie konieczne do zbudowania poczucia tożsamości. Jesteśmy bytami ucieleśnionymi. Ale niektórzy ludzie postrzegają, że dane im ciało nie jest zgodne z męską lub kobiecą tożsamością, którą przeżywają na poziomie psychicznym. To, co w świecie medycznym określone jest mianem gender dysforia (gender dysphoria), mówi nam jednocześnie o pewnym paradoksie: posiadanie właściwego ciała postrzegane jest jako absolutnie konieczne dla właściwego poczucia tożsamości, ale możliwe jest silne poczucie tożsamości w niewłaściwym ciele. Część katolików takie paradoksy odrzuca. Rodzi to podejrzenie, że osoba transpłciowa nie akceptuje tego, kim jest przez to, jakie ma ciało. A przecież osoby transpłciowe nie odrzucają ciała! Niektórzy działacze LGBT uważają nawet, że to, co proponuje współczesna medycyna, również nie jest w pełni satysfakcjonujące, że terapia zakładająca korektę biologicznego ciała jest po prostu represyjna.

A jaką terapię osób transpłciowych dopuszcza Kościół?

Istnieją zasadniczo dwie metody leczenia. Pierwsza opiera się na oddziaływaniach natury psychologicznej lub hormonalnej, a więc na psychoterapii i lekach. Druga polega na operacyjnych zmianach płci, a więc terapii chirurgicznej. Z punktu widzenia Kościoła pierwszy rodzaj terapii nie budzi zastrzeżeń etycznych; drugi natomiast uważany jest za niedopuszczalny, bowiem w terapii chirurgicznej nie ma „terapii przyczynowej”, a więc tego zabiegu nie uznaje się za terapeutyczny. Mówiąc prościej, w terapii chirurgicznej nie dokonuje się leczenia chorego organu ani poprawy jego funkcjonowania, tylko usuwa się zdrowe narządy, aby zastąpić je w drodze rekonstrukcji plastycznej „właściwymi”, naruszając w ten sposób godność osoby. Sęk w tym, że większość osób transpłciowych nie widzi możliwości poprawy swojego losu bez zabiegu chirurgicznego, bo terapie psychologiczne i hormonalne nie są wystarczająco skuteczne.

Jakie są przyczyny rozbieżności między tym, co mówią nauki przyrodnicze albo społeczne, a wypowiedziami Kościoła? Czy wiedzę i wiarę da się w tym przypadku pogodzić?

Kościół mówi, że wiara nie sprzeciwia się rozumowi, dopóki ten jest oświecony światłem wiary. Mamy tu pewien paradoks. Antropologia katolicka zbudowana jest w oparciu o interpretację Biblii oraz prawo naturalne. Przy czym to ostatnie opiera się na przesłankach filozoficzno- teologicznych silniej niż na wiedzy empirycznej. Natura jest czymś danym, a nie zmiennym, a z tego jak jest, nie wynika, jak powinno być. Nie da się z faktów wywnioskować powinności, ale z prawa naturalnego – już tak. Z tego powodu nauka Kościoła nie mogłaby się w całości oprzeć na wynikach prac naukowych, ale mogłaby znacznie uważniej podejmować problemy, które pojawiają się na ich gruncie. Dlaczego Kościół powołuje się na prawo naturalne? Bo próbuje obejść błąd naturalistyczny i gilotynę Hume’a: z tego, jak jest, nie wynika, jak powinno być. Nie da się z faktów wywnioskować powinności. Ale z prawa naturalnego – już tak. Z natury wywnioskujesz o takich pryncypiach, których pogwałcenie godzi w ludzką naturę, a więc dobro, szczęście i godność człowieka.

Koncepcja prawa naturalnego jest próbą ominięcia gilotyny Hume’a, ale czy radzi sobie z problemem dualizmu duszy i ciała?

Ten problem pojawia się także i przy innych okazjach, np. kwestii in vitro. Jeśli przyjmie się, że człowiek staje się osobą w momencie zapłodnienia, oznacza to, że ma duszę odpowiadającą jego płci biologicznej (teoria animacji). Z jednej strony Kościół silniej akcentuje dziś dogmat zmartwychwstania ciała niż nieśmiertelności duszy, ponieważ osobą można być tylko w ciele. Z drugiej strony Kościół praktykuje wypominki za dusze zmarłych. A zatem czy nasza dusza do czasu zmartwychwstania ciała jest niematerialną kopią materialnego DNA? Jeżeli przyjmiemy, że człowiek staje się osobą w momencie zapłodnienia, wówczas możemy uznać, że to dusza odpowiada za rozwój boskiego pierwiastka w człowieku. Ale czy po śmierci dusza jest także nośnikiem informacji DNA? Tego problemu nie można sprawdzić empirycznie, a trudno go rozstrzygnąć na płaszczyźnie filozoficznej. Ta ostatnia, opierając się na neuronauce, wzywa nas do zmiany myślenia o tym, co to znaczy być sobą.

Przytoczę kolejne świadectwo: „Urodziłem się w ciele kobiety, ale od dzieciństwa czuję się mężczyzną. Było to widoczne dla moich bliskich, ale brak wiedzy i akceptacji spowodował, że nikt nie oferował mi pomocy, aby skorygować ciało i dokumenty. Cały czas wmawiano mi, że jestem kobietą. Będąc na studiach, wyparłem w jakimś stopniu swoją tożsamość i założyłem rodzinę. Mam męża i troje dzieci – obecnie wspaniałych, dorosłych ludzi. Myśli o mojej tożsamości były jednak cały czas. W wieku lat 48 powróciły całkowicie. Powiedziałem mężowi, że psychicznie jestem homoseksualnym mężczyzną. Kochamy się bardzo i przeżywamy razem naszą trudną sytuację. Liczymy na pomoc Boga”.

Co decyduje o naszym poczuciu tożsamości, abstrahując od tego, że upływa czas i zmienia się nasze ciało, nieraz tak radykalnie jak po zabiegach korekty płci? Kościół twierdzi, że to, kim jestem, nie jest konstruowane, lecz dane. To jest, powiedzmy, taka perła ukryta w duszy każdego człowieka, którą można porysować, zabrudzić, ale której nie można się pozbyć. Społeczeństwo może nam pomagać bądź utrudniać identyfikację z własną płcią, ale w każdym z przypadków ona jest dana, a nie konstruowana.

Przytoczę dwa inne świadectwa pochodzące z Anglii. Pierwsze dotyczy osoby, która do 25. urodzin żyła w poczuciu dysonansu. Po studiach poddała się terapii hormonalnej, ale po jakimś czasie, kiedy zmiany fizyczne były jeszcze odwracalne, ze względów religijnych zdecydowała się ją przerwać. Co istotne, chodziło tu o buddystę. Przez kolejne lata odczuwał on dyskomfort, na korektę płci zdecydował się dopiero po 12 latach, kiedy idąc za wskazaniami swoich nauczycieli medytacji, doszedł do wniosku, że jego problemów nie rozwiąże wgląd we własną naturę uzyskiwany w wyniku medytacji. Treści, które pojawiały się w jego umyśle w ramach medytacji uważności (mindfulness), dotyczyły z reguły jednej sprawy – nie jestem tym, kim czuję, że jestem. Kiedy mężczyzna poddał się zabiegowi korekty płci, poczuł się w pełni zintegrowany i szczęśliwy, choć nie udało mu się zbudować jedności ze sobą sprzed korekty. Ma poczucie, że w wyniku korekty przeżył ponowne narodziny i osoba sprzed korekty jest w jakimś stopniu kimś obcym.

Natknąłem się jednak i na inne świadectwo osoby, która również dokonała korekty płci. Ta z kolei twierdzi, że kiedy już mężczyzna powracał w rodzinne strony, miał poczucie tożsamości ze sobą z dzieciństwa. Wiedział, że wtedy przeżywał świat jako biologiczna dziewczynka, ale jednocześnie był świadomy, że wciąż jest tą samą osobą co przed korektą. W obu tych przypadkach decydujące znaczenia dla odzyskania psychicznej równowagi miała jednak zmiana płci.

„Często jako osoba z przeszłością transpłciową czuję się wykluczona”. Dlatego osoby po korekcie płci decydują się nieraz na zmianę miejsca zamieszkania i w nowej parafii uczestniczą w spotkaniach, ukrywając swoją poprzednią tożsamość. Skoro nauka nie wyjaśniła jak dotąd genezy transpłciowości, co na ten temat ma do powiedzenia teologia?

Kościół nie ma dziś trudności z uznaniem ewolucji ciała. Ale kim jest mężczyzna i kobieta? I czego Bóg od nich oczekuje? To pytanie odsyła nas do świata wartości, a nie nauk przyrodniczych. W Biblii znajdujemy zdanie mówiące o tym, że w Chrystusie nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, bo w Nim wszyscy jesteśmy jedno (Gal 3, 28) i w niebie podobni będziemy do aniołów (Mt 22, 30). Dlaczego zatem taką wagę mielibyśmy przykładać do kobiecości i męskości jako „niezmiennych faktów”, a respektowanie chromosalnego pakietu traktować jako warunek konieczny do zbawienia, skoro czeka nas nowe człowieczeństwo? Wygląda na to, że nasza tożsamość zbudowana jest na czymś więcej niż na biologii.

.

Przytaczane wypowiedzi pochodzą z dokumentu: Położenie homoseksualnych i transpłciowych katolików w polskim Kościele. Refleksje oraz propozycje duszpasterskie będące odpowiedzią na sformułowane przez Stolicę Apostolską pytania do Kościołów partykularnych w związku z przygotowaniami do III Nadzwyczajnego Zgromadzenia Synodu Biskupów poświęconego rodzinie przygotowanego przez Wiarę i Tęczę, organizację skupiającą chrześcijan LGBT. Dokument został opracowany przez Marcina Dzierżanowskiego.

.


ks . JACEK PRUSAK SJ – teolog, dr psychologii, psychoterapeuta, publicysta, prorektor Akademii Ignatianum w Krakowie, redaktor „Tygodnika Powszechnego”

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata