70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pośrodku Atlantyku

Stosunkowo łatwo można napisać piękny akapit, opowiedzieć ciekawą historię, ale rzadko się zdarza, żeby była w tym prawdziwa mądrość. Myślę, że także dlatego czytelnicy w Ameryce czy w Anglii tak żywo przyjęli Kamień na kamieniu. To powieść bogata w metafory, bardzo konkretne obrazy wzięte z prostego wiejskiego życia. Jest w niej niesamowita jedność.

Przyjmując ważną nagrodę słuchaczy Programu Drugiego Polskiego Radia, Wiesław Myśliwski powiedział, że wersji książki jest tyle, ilu jej czytelników. Jacy są jego czytelnicy w Stanach?

Początkowo nie wiedziałem, jak twórczość Myśliwskiego zostanie w Stanach przyjęta, nie miałem nawet pewności, czy znajdę wydawcę. Kamień na kamieniu to długa, przeszło pięciusetstronicowa powieść, akcja toczy się na polskiej wsi… Na szczęście Jill Schoolman, szefowa Archipelago Books – wydawnictwa, z którym od dawna współpracuję – bardzo się zainteresowała twórczością Myśliwskiego. Reakcja czytelników była entuzjastyczna, ukazało się wiele recenzji [m.in. w „The Times Literary Supplement” czy „Publishers Weekly” – przyp. red.], a każda z nich naświetlała inny aspekt książki.

Ta powieść jest tak bogata, że bardzo wielu czytelników znajdzie w niej coś dla siebie. Moja 23-letnia znajoma uważa Kamień na kamieniu za jedną z najważniejszych książek, jakie w swoim życiu przeczytała. Największe zaskoczenie spotkało mnie w Marfa, małym miasteczku w Teksasie, pośrodku pustyni. Przebywałem tam przez dwa miesiące na stypendium Fundacji Lannan, i nigdzie indziej nie spotkałem tylu miłośników tej powieści. Zatrzymywali mnie na ulicy i dzielili się swoimi wrażeniami z lektury. Znam wiele osób, które czytały Kamień na kamieniu jednym tchem. Myślę, że w dużej mierze to zasługa języka tej książki – co w zasadzie jest równoznaczne z głosem narratora – to dlatego tak bardzo wciąga do swojego świata.

Z czym czytelnicy anglojęzyczni mogli mieć największą trudność?

Przeciętny czytelnik amerykański może mieć problem z dokładnym zrozumieniem kontekstu historyczno-politycznego. Myśliwski wielu rzeczy nie mówi wprost, co zresztą bardzo u niego cenię. Myślę np. o wątku brata Szymona Pietruszki, Michała. Najwidoczniej jest on jakimś aparatczykiem wczesnego komunizmu, prawdopodobnie był torturowany i później odesłany do domu, ale już jako biedny kaleka, którym Szymon musi się zajmować. Myśliwski wspaniale opisuje, w jaki sposób reżim komunistyczny odbija się dalekimi echami na wsi, w lokalnej społeczności. Możliwe, że dla amerykańskiego czytelnika te elementy są zbyt mocno osadzone w realiach tamtych czasów, choć pewne rzeczy można wyczuć.

To jedna z bardzo nielicznych książek napisanych w Polsce w tamtych czasach, która wychodzi poza historyczne przeżycia. Pokazuje to choćby sposób, w jaki Myśliwski przedstawia partyjnego przewodniczącego zarządu gminnego – pisze o nim może nie tyle z sympatią, ile ze zrozumieniem. Nie znaczy to oczywiście, że jest to książka prokomunistyczna, ale w tamtych czasach to był fałszywy wybór, trzeba było być za albo przeciw. Niezwykle rzadko się zdarzało, żeby pisarz potrafił spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy.

W jednym z wywiadów na pytanie, czy napisałby książkę o zbrodniarzu, Myśliwski powiedział: „tak, tylko pod jednym warunkiem, że starałbym się go zrozumieć, starałbym się odtworzyć jego własną opowieść, zbudować świat z jego słów i zdań, zrekonstruować jego los, spróbować dotrzeć w tym jego losie do śladów człowieczeństwa”.

O to właśnie chodzi. Zresztą przecież sam Szymon momentami jest bardzo niesympatyczny.

Jak większość bohaterów Myśliwskiego – jest niejednoznaczny.

Przede wszystkim jest ciekawy. Czytając tę książkę, zawsze miałem wrażenie, że siedzę przy drewnianym stole w wiejskiej chacie, a naprzeciwko siebie mam faceta, który po prosu gada, opowiada historie. Cała ta strona ludzka, narracja jest dla czytelnika anglojęzycznego zupełnie zrozumiała. Wątki są ułożone w nielinearny sposób, ale każda historia jest bardzo dramatyczna, opowiedziana w wyjątkowy sposób. Często to są np. kłótnie z sąsiadami, zwykłe codzienne sprawy.

Niemalże cała akcja dzieje się na wsi, bardzo rzadko przenosi się do miasteczka. Obserwujemy życie osady: stosunki między ludźmi, spory o pieniądze, kłopoty z alkoholem. Myśliwski opisuje wieś z niesamowitą dokładnością, mówił mi nawet, że kiedy ukazała się książka, obawiał się, jak odbiorą ją mieszkańcy okolic, z których pochodzi, czy dobrze zapamiętał różne szczegóły, i okazało się, że odtworzył je bardzo precyzyjnie. Podobnie było z Mickiewiczem, który będąc w Paryżu, potrafił nie tylko oddać panujące wówczas w Polsce stosunki społeczne, ale także opisać naturę, drzewa, kwiaty, każdy szczegół. Taką fenomenalną pamięć ma także Myśliwski. Nigdy nie kosiłem, ale opis tej czynności jest u Myśliwskiego tak sugestywny, że niemalże czuje się ból pleców po intensywnej pracy.

Język Szymona naznaczony jest gwarą, a przy tym niezwykle indywidualny. Jak dużą miał Pan trudność, żeby oddać jego specyfikę?

Myśliwski celowo nie odniósł się do żadnej konkretnej gwary – to jest wymyślony język, który zawiera pewne elementy gwarowe. Rozmawiałem z nim o tym, kiedy zaczynałem pracę nad książką, i to pozwoliło mi odtworzyć coś podobnego po angielsku. To był mój najważniejszy wkład w pracy nad tą książką. W sumie przerobiłem jakieś 50 stron, zanim zacząłem rozumieć, jaki efekt chciałbym osiągnąć. Pamiętam, że to było bardzo konkretne zdanie, pierwsze zdanie drugiego rozdziału.

„Szła u nas przez wieś droga”…

Przetłumaczyłem to zdanie jako : „There was a road ran through our village”. W trakcie pracy nad przekładem pewne elementy powoli zaczęły układać się w całość. Wiedziałem przede wszystkim, że to musi być język mówiony. Myśliwski potwierdził moje przeczucia – najistotniejsze nie są same historie, ale głos Szymona, to, w jaki sposób on mówi. Zwykle polska literatura posługuje się językiem pisanym – myślę o Gombrowiczu, Tulli, Pilchu, których zresztą bardzo lubię. Myśliwski stworzył zupełnie inny język. Próbowałem oddać to w tłumaczeniu, m.in. wplatając w tok narracji niegramatyczne konstrukcje, które występują powszechnie w języku mówionym. W angielskim często w podobnym znaczeniu można użyć słów, które pochodzą z języków germańskich albo z łaciny, i jeśli tylko miałem wybór, decydowałem się na te o źródłosłowie anglosaskim.

Szukał Pan wyrazów, które są bardziej zakorzenione w języku?

W pewnym sensie tak. Bardzo zależało mi na tym, żeby to była proza, którą czyta się tak, jakby się ją słyszało. To ułatwia zetknięcie z tekstem i myślę, że także dzięki temu ta książka jest tak szeroko czytana po angielsku.To nie jest proza przekręcona, Gombrowiczowska. Ma oczywiście kolosalną urodę, jest bardzo złożona i dużo w niej mądrości. Moja rola polegała na tym, żeby znaleźć dla tego języka angielski ekwiwalent.

Czy czerpał Pan z potoczności języka angielskiego brytyjskiego czy amerykańskiego?

Z moją angielszczyzną jestem gdzieś pośrodku Atlantyku. Pochodzę z Anglii i akcent mam angielski, ale wszystko, co tłumaczyłem i wydawałem, ukazywało się w Stanach Zjednoczonych. Musiałem wybrać jedną z wersji, bo nie da się inaczej, i zdecydowałem się na angielski amerykański. Nie korzystałem z żadnego konkretnego dialektu, wprowadzałem jedynie pewne akcenty, aby można było odczuć, że chodzi o wieś. Nie chciałem, żeby język był zbyt gwarowy i wspólnie z Jill Schoolman, redaktorką tej książki, wygładzaliśmy niektóre fragmenty.

To wielkie osiągnięcie Myśliwskiego, że stworzył do tej książki osobny język. Starałem się zrobić coś podobnego w wersji angielskiej – to jest marzenie każdego tłumacza, żeby stworzyć nowy język, który będzie jednocześnie rozpoznawalny. Taki jest właśnie język Myśliwskiego – nie tyle uniwersalny, ile niezwykle swoisty. Jego charakter dobrze oddaje status wsi, w której dzieje się Kamień na kamieniu – nie jesteśmy w stanie powiedzieć, gdzie ona się znajduje, mogłaby być wszędzie. Nie ma nawet nazwy.

Myśliwski wielokrotnie podkreślał, że jego literatura bierze się z mowy, że to język stwarza książkę. Dzieli literaturę na literaturę języka i idei, i wyraźnie opowiada się po stronie języka.

Dobrze to widać w Kamieniu na kamieniu. Siła tej książki płynie ze słowa mówionego. To jest magnetyzm człowieka, który opowiada, podobnie jak stary żeglarz w Rymach o sędziwym marynarzu Coleridge’a, któremu zdarzyły się straszne rzeczy na morzu i nieustannie szuka kogoś, komu mógłby opowiedzieć swoją historię, wyrzucić ją z siebie. Może Szymek też ma taką potrzebę i my musimy go słuchać.

Co w tych historiach tak przyciąga?

Przede wszystkim odnajduję w tej książce dużo mądrości, i myślę, że podobne odczucia mają inni czytelnicy. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki powiedział mi kiedyś, że bardzo trudno jest dać treść poezji, powiedzieć coś istotnego, i tak samo jest z prozą. Stosunkowo łatwo można napisać piękny akapit, opowiedzieć ciekawą historię, ale rzadkosię zdarza, żeby była w tym prawdziwa mądrość. Myślę, że także dlatego czytelnicy w Ameryce czy w Anglii tak żywo przyjęli Kamień na kamieniu. To powieść bogata w metafory, bardzo konkretne obrazy wzięte z prostego wiejskiego życia. Jest w niej jakaś niesamowita jedność.

W latach 80. spędziłem na polskiej wsi sporo czasu. Życie tam wyglądało już oczywiście inaczej niż w czasach, które opisuje Myśliwski, mogłem jedynie obserwować pozostałości po dawnym świecie: niektóre prace wciąż wykonywano przy pomocy koni, w polach pracowało się ręcznie, wiele domów nie miało elektryczności. Może także z tego względu ta książka jest mi bardzo bliska.

A może popularność tej powieści bierze się też z tęsknoty za światem prostych wartości?

Nie wiem, bo przecież to w ogóle nie jest książka sentymentalna. Los, jaki spotyka mieszkańców wsi Szymka, bywa okrutny. Mądrość, która tkwi w tej książce, prowadzi do konstatacji, że choć dzieją się przerażające rzeczy, to trzeba dalej kosić. Ale z drugiej strony może Pani ma rację w tym sensie, że ten świat ma dla czytelnika urok dlatego, że to, co się tam dzieje, jest obejmowalne. Nie tylko miejsce, ale także język tej powieści, użyte w niej metafory tkwią jakby w zamkniętym kole tej książki, i to też pozwala czytelnikowi w pewnym sensie przeniknąć do tego świata i zrozumieć go od środka.

Po Kamieniu na kamieniu przetłumaczył Pan Traktat o łuskaniu fasoli. Język tej powieści jest już inny. Jaki był odbiór tej książki w Stanach?

Powieść ukazała się niedawno, dlatego na reakcję czytelników trzeba jeszcze trochę poczekać. Nie było mnie wtedy w kraju, miałem okazję śledzić tylko recenzje. Te, które się ukazywały, były pozytywne, ale książka nie zdobyła takiego rozgłosu jak Kamień… Może dlatego że Traktat… sprawia wrażenie powieści trudniejszej w odbiorze. Jest w niej bardzo dużo tajemnicy – nie tej historycznej, politycznej, tylko głębszej tajemnicy istnienia. Dzieje się w niej wiele niezrozumiałych historii, których Myśliwski sam zresztą nie chce tłumaczyć, zasłaniając się tym, że nie zna motywacji swoich bohaterów. W Kamieniu na kamieniu wszystko działo się na wsi, w Traktacie… jest już inaczej.

Świat tej powieści jest dużo bardziej zaburzony. Wprawdzie w Kamieniu na kamieniu pojawiają się znamiona końca pewnego ładu – myślę np. o scenie, kiedy Szymon i inni mieszkańcy wioski chcą zwieźć siano z pola, ale nie mogą dostać się na szosę, bo ciągnie nią sznur rozpędzonych samochodów. W Traktacie… takich oznak zmiany jest już dużo więcej.

W pewnym sensie tak. Jest jeszcze inny aspekt: Kamień na kamieniu to jest książka o narratorze, o Szymonie, natomiast Traktat… napisany jest niemalże w drugiej osobie.

Na plan pierwszy wysuwa się tajemniczy słuchacz…

Do końca powieści nie dowiadujemy się, kim on właściwie jest. Każda książka ma swoją energię i w Traktacie… jednym z głównych źródeł tej energii jest niejasna relacja, jaka łączy słuchającego i narratora.

Zastanawiające, dlaczego ten tajemniczy słuchacz tak mało wie o świecie – np. nie tylko nigdy nie kosił, ale nie wie nawet, jak kosa wygląda. Myśliwski nie mówi, kim on może być. Czy tłumacząc tę książkę, miał Pan jakieś wyobrażenie tej postaci?

Tłumacz spędza więcej czasu z danym tekstem, niż robi to zazwyczaj inny czytelnik, a jednak nie udało mi się dotrzeć do jednolitego obrazu tej postaci. Sądzę, że Myśliwski celowo bawi się naszymi oczekiwaniami literackimi – w tok narracji, pod innymi względami raczej spójnej, wprowadza on postać, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Obecność tajemniczego słuchacza zmusza nas do coraz to innego podejścia do tekstu, coraz innego myślenia o nim. W wersji angielskiej starałem się odzwierciedlić wielość możliwych sposobów, na jakie można tę postać odbierać.

Podobnie tajemniczą postacią jest w Ostatnim rozdaniu Maria. Jaki był Pański odbiór tej powieści?

Jestem jeszcze w trakcie powolnego i – mam nadzieję – uważnego czytania tej książki, więc nie mogę na razie udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Powiem tylko, że bardzo mi się ta powieść podoba.

Czy zamierza Pan ją przetłumaczyć?

Tak, chciałbym przełożyć Ostatnie rozdanie, chociaż mam też przed sobą Widnokrąg, więc nie wiem jeszcze, od czego zacznę – muszę to uzgodnić z Jill Schoolman, no i oczywiście z samym Myśliwskim.

Pana dorobek translatorski jest różnorodny. W jaki sposób wybiera Pan do tłumaczenia kolejne książki?

Zdarza mi się przyjmować propozycje od wydawnictw – tak było np. z Solaris, bardzo się ucieszyłem, że mogłem pracować nad tą książką. Na ogół są to jednak moje decyzje – tłumaczę literaturę z różnych epok, wybieram te książki, które mi się podobają, i uważam, że mogą zaistnieć w języku angielskim, bo nie każdy utwór ma taką szansę. Poza tym nie wszystko może zostać przetłumaczone przeze mnie. To jest bardzo indywidualna sprawa, bo niektórych autorów nie byłbym w stanie tłumaczyć, a inni to robią z powodzeniem. Przez wiele lat zajmowałem się i nadal zajmuję współczesnymi autorami: Pilchem, Stasiukiem, Tulli, ale lubię też wracać do klasyki. Teraz tłumaczę Pana Tadeusza, przekładałem też Balladynę czy Odprawę posłów greckich. Lubię stawiać sobie wyzwania. Kiedy przez dłuższy czas przekładam prozę, chętnie dla odmiany zajmuję się poezją.

Pan Tadeusz, nad którym Pan ostatnio pracuje, istnieje już w kilku tłumaczeniach na angielski.

Na razie zajmuję się tym przekładem przede wszystkim dla siebie. Mam nadzieję, że znajdę wydawcę, kiedy tekst będzie gotowy, ale przede mną jeszcze dwa–trzy lata pracy, próbuję znaleźć dla całości spójny język. Pan Tadeusz to wielkie dzieło i uważam, że powinien istnieć w dobrym przekładzie. Nie chcę mówić źle o tych istniejących, ale myślę, że jest miejsce na inną wersję.

Przysłużył się Pan lepszej znajomości Tadeusza Różewicza…

Różewicz jest rzeczywiście mniej znany w Stanach niż Miłosz, Szymborska czy Herbert. Moim zdaniem niesłusznie, bo to naprawdę wielki poeta. Ale myślę, że to się może jeszcze zmienić. Są ludzie, którzy go uwielbiają, i mam nadzieję, że jego moment jeszcze nadejdzie. Moim zdaniem to jest poeta, którego twórczość przetrwa, będzie czytana za 100 lat.

Jest Pan tłumaczem większości utworów Magdaleny Tulli – zdaje się, że ona również zajmuje w Pana pracy nad przekładem miejsce szczególne.

To jest wyjątkowa postać we współczesnej literaturze. Nie powiem, że niedoceniana, bo krytyka ją bardzo lubi, ale nie jest tak szeroko czytana jak Tokarczuk, Stasiuk czy Pilch. Uważam, że jej książki będą istnieć bardzo długo. Ona ma absolutny słuch literacki. To się od razu wyczuwa, kiedy przystępuje się do tłumaczenia. Kiedy zacząłem pracować nad pierwszą książką, to natychmiast zrozumiałem, z jak niesłychaną precyzją Tulli posługuje się językiem. Każde słowo jest u niej we właściwym miejscu. Praca nad takim tekstem daje ogromną radość, bo towarzyszy jej poczucie, że wysiłek tłumacza ma sens. Mówię o zdaniach, o akapitach, a przecież treść tych książek jest niesamowita. To niezwykle oryginalna pisarka i bardzo jestem ciekaw jej kolejnych książek.

Mówi Pan o utworach, które przetrwają próbę czasu, i te z pewnością warto tłumaczyć. Czy mógłby Pan zdradzić, jakie jeszcze książki z polskiej literatury znajdują się na Pana liście?

Często słyszę pytanie, czy tłumaczę także z innych języków niż polski. Znam chyba na tyle dobrze francuski, żeby móc coś przedsięwziąć. Pozostaję jednak przy polskiej literaturze, dlatego że na przetłumaczenie czeka jeszcze tyle ciekawych, wartościowych tekstów. Utwory, o których wspomnieliśmy – dwie duże powieści Myśliwskiego, Pan Tadeusz – to kilka lat intensywnej pracy. Marzę o tym, żeby któregoś dnia zająć się przekładem Nocy i dni Dąbrowskiej. Myślę też np. o niezwykłych opowiadaniach Zygmunta Haupta. Jednocześnie chcę wrócić do poezji Tkaczyszyna-Dyckiego, wciąż tłumaczę wiersze Julii Fiedorczuk, są też inni bardzo ciekawi współcześni poeci. Wciąż brak angielskich przekładów polskiej klasyki – nie ma praktycznie Krasińskiego, nie ma Orzeszkowej… Przede mną bardzo dużo pracy, i to mi sprawia ogromną radość.

.-

BILL JOHNSTON – tłumacz literatury polskiej na język angielski, prof. na Wydziale Komparatystyki Uniwersytetu Indiana. Tłumaczył m.in. utwory Gombrowicza, Lema, Tulli, Stasiuka, Pilcha, Tkaczyszyna-Dyckiego, a także Baczyńskiego, Słowackiego Kochanowskiego. Laureat licznych nagród, m.in. Found in Translation za New Poems Tadeusza Różewicza. Jego przekład Kamienia na kamieniu został nagrodzony Best Translated Book Award, PEN Translation Prize oraz AATSEEL Translation Award. W sierpniu tego roku jego tłumaczenie Traktatu o łuskaniu fasoli zostało nominowane do National Translation Award

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter