70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Za Bożym Stokiem

Amorficzny bebok, stojący poniekąd na straży wiejskiego porządku, skrzydlaty szat-anioł, jak go sobie wyobrażałam, do dziś jest dla mnie uosobieniem lęku przed tym, co nieubłagalnie nadchodzi zza horyzontu, próbuje porządkować świat, który nigdy nie chciał być uporządkowany i nazwany, asfaltuje drogi, buduje kanalizację, nadaje nazwy ulicom.

Na początku była wielka ciemność.

W niej zakwitły ogrody roztoczy.

W ogrodach popłynęła rzeka światła.

.

Poruszyły się słomiane potwory.

Na początku była gęsta cisza

jak we wnętrzach makówek (…)1.

.

Tak wyobraziłam sobie mój początek w kamiennym domu nad stawem na Hektarach we wsi Rzeniszów, położonej nad Bożym Stokiem, na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie przyszłam na świat w lutym siedemdziesiątego czwartego, kiedy mróz ścinał okoliczne stawy, a tetrowe pieluchy zamarzały na kość w sieni i na strychu. Dziadek, Władysław Lubas, uczestnik kampanii wrześniowej, strzelec 74. Lublinieckiego Pułku Piechoty, więzień stalagu, dostał po wojnie w ramach reformy rolnej z nadziałów trzy hektary i zbudował kamienny dom z ceglanymi węgłami, który swym kształtem przypominał dworek. Prawa część domostwa: pokój stołowy i dwie izby rozgrodzone przestronną sienią, przeznaczona była na pomieszczenia mieszkalne, zaś lewa, z oddzielnym wejściem i małym okienkiem – na chlew. Można powiedzieć, że mieszkaliśmy razem ze zwierzętami. Wczesną wiosną w izbach roznosił się zapach szatkowanego krwawnika dla indyków, które dojrzewały w klatce pod stołem. Kaczka wysiadywała jajka pod drabiną prowadzącą na strych. Po domu spacerowały kury, króliki, psy, koty. Do końca lat osiemdziesiątych korzystaliśmy ze sprzętów domowych zrobionych przez dziadka. Były to między innymi: maselnice, stolnice, wałki, rycki (drewniane makutry, wiadra spięte metalowymi obręczami), zydle, koryta. A jako że mój ojciec zajmował się hobbystycznie preparacją zwierząt, na ścianach wisiały wyprawione kuny, sroki, myszołowy, na brzozowym pieńku siedział wypchany królik pod krawatką, w cylinderku i z laską. Na łące pod jabłoniami stały ule.

.

Z gotowym karmelem biegł do ogrodu,

gdzie między krzakami porzeczek

spały ule, a mróz przebijał kolcami pszczoły

Ich krew krzepła w chitynowych brzuchach,

blask ciemniał w podzielonych oczach

i zlewał się w całość nie do pojęcia (2).

.

Nie była to jednak idylliczna kraina: wieś spokojna, wieś wesoła jak w Pieśni świętojańskiej o Sobótce Jana Kochanowskiego. Dorastałam w biednej rzeczywistości schyłku epoki pełnej antylogii i kontrastów. Ten świat, jak prawie każda rzeczywistość dekadencka ze swoimi wynaturzeniami i zabobonami, był na wskroś przesiąknięty melancholią. Nad Jurą i jej kamionkami (wykopaliskami kamienia), wapiennikami i gliniankami unosił się swąd palonych łąk, aromat pieczonek szykowanych w żeliwnych saganach na ognisku, śpiew procesji pogrzebowych i korowodów na poświęcenie pól, które snuły się po kamiennych drogach w białym pyle. W moim domu roznosił się zapach ałunu, butaprenu (do preparacji zwierząt) i węglowego dymu. Panował w nim ziąb, który trzymał nas w kupie wokół żeliwnego piecyka. Dzieci zimą zjeżdżały z górki Grząsia na wypchanych sianem foliowych workach po agarach (sztucznych nawozach), latem bawiły się obręczami zdobytymi na wysypiskach śmieci.

Niepokój schyłku był także wyczuwalny w języku, który pod naporem socjalistycznej nowomowy i oficjalnej polszczyzny obumierał. Wszyscy w mojej rodzinie byli dwulektalni, to znaczy znali dwie odmiany tego samego języka narodowego; występowało u nich tak zwane przełączanie kodu gwarowego – w zależności od potrzeby posługiwali się na zmianę językiem literackim i regionalnym. W niedzielne wieczory na ławce pod leszczyną, podczas wieczornic wyskubków dorośli snuli opowieści grozy. Słuchałam apokryfów i gawęd o duchach, świętych, upiorach i włóczęgach, którzy przychodzili zza górki, o nieludkach, strzygach, utopkach; wzgórzach i rzekach, które pojawiały się i znikały, jakby były czymś żywym i myślącym. Woda miała szczególne znaczenie – wyznaczała granice oddzielające swojski świat od obcego. Za rzeką, za Bożym Stokiem, za Wartą zaczynał się już niepewny, niebezpieczny świat. Niektórzy wierzyli, że w źródłach wodnych na Jurze kumulowała się energia podziemnych mórz plejstocenu. Woda zamknięta w wapiennych skałach, marglach, rudonośnych iłach, amonitach uznawana była za siłę dobroczynną, podstawę wszelkiego stworzenia, tkwiły w niej zalążki życia. Bezdzietne pary modliły się do świętego źródełka z prośbą o potomstwo, panny w andrzejki szukały w studniach wizji przyszłości, a w pobliżu rzek odbywały się doroczne święta.

.

Woda zeszła z pola, jakby już nie chciała

regulowanych brzegów, unijnych dotacji (3).

.

Słońce przypięło nad wodą

tęczowe broszki ważek.

Między kamieniami ślizgają się

srebrne znaki nieskończoności (4).

.

Kiedy dorosłam, jeszcze w trakcie studiów filologicznych, uosobieniem schyłku kultury chłopskiej był dla mnie bebok, pochodzący prawdopodobnie z mitologii słowiańskich demon, zwany w innych wsiach babokiem czy blandurkiem5. Ludzie wierzyli, że mieszkał on obok domów, w kopcach, kamionkach, ciemnych zakątkach sąsieków, w poniemieckich bunkrach i – jak opowiadali dorośli – porywał niegrzeczne dzieci. Zdawał mi się tak niebezpieczny jak czarna wołga, zawsze z jakiejś ciemni, z dołu z wapnem, spod miotły potrafił wyskoczyć i żadne ziela, żadne uroki ani zaklęcia nie mogły ochronić maluczkich, którzy – jak to w rodzinach wielopokoleniowych – musieli razem z rodzicami i dziadkami pracować w polu, plewić chwasty, opiekować się młodszym rodzeństwem i zwierzętami, zamiatać plac miotłą z witek brzozowych, obierać kartofle, pomagać przy młócce. Amorficzny bebok, stojący poniekąd na straży wiejskiego porządku, skrzydlaty szat-anioł, jak go sobie wyobrażałam, do dziś jest dla mnie uosobieniem lęku przed tym, co nieubłagalnie nadchodzi zza horyzontu, próbuje porządkować świat, który nigdy nie chciał być uporządkowany i nazwany, asfaltuje drogi, buduje kanalizację, nadaje nazwy ulicom.

W świecie wsi przetrwanie było nadrzędnym prawem i w jego imię, mimo przywiązania do ziemi, człowiek potrafił bezmyślnie niszczyć przyrodę, degradując ją stopniowo, kłusował, wycinał lasy i zagajniki. „W przydrożnych rowach i obrzeżach naszych lasów walają się stare kozetki, szafy, zlewozmywaki, kalosze, opony, sterty potłuczonych słoików, dziurawe gary i miednice oraz worki po nawozach sztucznych i worki z workami z kubłów na śmieci”6. Dlatego nie tylko rozwój cywilizacji, przybysze z zewnątrz, ale także sami chłopi, trzeba to przyznać, o nikłej świadomości ekologicznej, nieprzyzwyczajeni do nadwyżki przedmiotów, które oferowała im epoka demoludów, przyczyniali się do wyniszczenia środowiska naturalnego; tworzyli dzikie szamba, śmietniska w kamionkach, w rowach, za stodołą; wysypywali popiół, wylewali pomyje i nieczystości prosto na podwórka, do rzeki. Gnojówka spływała do rowów, studni i stawów. Ci, którzy żyli blisko natury i kochali zwierzęta, potrafili je też trzymać przy budzie na łańcuchach, głodzili je, porzucali w lesie, topili w stawie, bez mrugnięcia okiem patroszyli, wyprawiali skórki, potrafili pozbawić je życia sprawnym uderzeniem obuchem w ciemię.

Polska wieś, na pierwszy rzut oka katolicka, z kredowym napisem na drzwiach C+M+B, z kropidłem, krzyżem nad progiem, święconą palmą powieszoną w chlewie pod pułapem, funkcjonowała według kalendarza liturgicznego, uczestniczyła w odpustach i pasterkach, ale miała pogańską podszewkę. Jej filozofia była bliska panteistycznym i naturalistycznym koncepcjom świata. Tysiąc lat od chrztu Polski nie wystarczyło, aby tę kulturę całkowicie pozbawić jej słowiańskości i prastarych obrządków, które przybierały czasem formy misteriów odprawianych na cześć życia, natury i wolności7. Świadczą o tym choćby rytuały związane z symboliką roślin: tataraku, lnu, lubczyku; symboliką zwierząt: sowy („Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili”), orła, łasicy; teksty biesiadnych przyśpiewek pełnych humoru, zmysłowości i erotyki. Na wsi sprawy duchowe zdominowała doczesność wypełniona codzienną krzątaniną i ciężką pracą od świtu do zmierzchu, od kapki chrzcielnej aż po wieko trumny.

„Miałam chyba ze cztery lata, kiedy podreptałam za babcią do chlewa. Ona, obtarłszy wiechciem słomy bok krowy ze strąków łajna, posadziła mnie na zydlu, ujęła ogorzałymi dłońmi moje czteroletnie rączki i kazała zacisnąć paluszki na sutkach wymienia. Pociągnęłam je jak sflaczałe baloniki, aż struga mleka siurnęła na dno cynowego wiadra. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy byłam tak blisko natury, blisko żywego, wsłuchana w łagodny rytm bijącego serca, w tajemnicę świata”8.

Czy taka prowincja, z jednej strony siermiężna, skromna, z drugiej – rozpasana i półdzika, która organizowała potajemne uboje, pędziła bimber, mogła przetrwać w realizmie socjalistycznym? Ówcześni „inżynierowie dusz” i oficjele, w większości zdeklasowani chłopi i chłoporobotnicy, wiedzieli, że jest zbyt wolna, niechętna kolektywizacji, buńczuczna, a nawet wolnomyślicielska. Dlatego nie tylko postęp czy telewizory, ale przede wszystkim socrealizm, w tym czasie „jedyna i podstawowa metoda twórczości artystycznej”, ostatecznie się z nią rozprawił, „upupił ją”, wepchnął w ramy jak w ścienną makatkę z naiwnymi, dydaktycznymi prawidłami. Zaprzęgnięci krytycy, animatorzy, kaowcy i wszelcy spece od propagandy zaczęli jej stopniowo „wypędzać kanarka z głowy”9, przemieniać w „kulturę ludową”, która zaczęła czeznąć w remizie, domach kultury, w skansenie i Cepelii jako łykowe kogutki i pisanki. I gdy na plakatach rumiana młodzież socjalistyczna parła naprzód na traktorach, budując nową, „szczęśliwszą wieś”, na etykietkach zapałczanych „koncentraty spożywcze oszczędzały czas”, sztuka ludowa stawała się „skarbem narodu”, na boiskach stodół, na zabawach dożynkowych, w kopcach i przed wiejskimi sklepami Społem dogorywał prawdziwy duch polskiej prowincji.

Po ptokach – opowieść mojego dziadka

A żebym ci ja to pamiętoł, dziołcha. Człowiek z dnia na dzień żył, o końcu nie myślał. Wszyscy wymarli. Ino jo się ostoł na Hektarach. Dziołcha, a co ty bydziesz o mnie pisać. Nie mosz co robić? Nie będę się asić przed ludziskami, jak nie pamiętom, ile mom lot, ino żem tyn som rocznik co nasz papież. Że taki chłopstwa koniec niby, mówisz? Co ty nie powiesz? To ja ci powiem, że ten Myśliwski prawdę napisoł. Pamietosz, jak żem pszynice sioł? Teroz wszystko odłogiem leży. Nikt na gospodarce się nie ostoł. Wszyscy do miasta pouciekali. Z nas, Lubasów, Władzia do Będzina, Ania do Siemianowic, a chłopcy do zakładów woleli. Ino się najmłodszo Zośka ostała, ale ona na dwie zmiany w SUW-ie robiła. Za panny to ona i kamienia nakopać pomogła, drzewa narąbać, a silna była jak nie dziołcha, nie to co ty. Ino z nosem w książce siedzisz. Napisz lepi, że korony z chojny młodym do futryn się już nie przybija, na wesele zastawek przy mostku nie robi, żuru nie czyni, wiśni na kwasek nie zrywo. Już trzeci rok, jak kalendarza strażacy nie przynieśli. Kiedyś nosili. Dawało się co łaska, ino nie mniej jak pindziesiąt złoty. Mleczorz już nie jeździ, a rycki nikaj kupić nie idzie i że gospodę w Koziegłowach na rynku zawarli. I jak jom zawarli, to my wszyscy płakali. Po tym ulice porobili. Mówili, że my na Długiej mieszkali. Jak na Długiej – się pytom listonoszki – jak łona tako krótko? Chłopy się telewizorów naoglądali i im się w łepetynach poprzewracało, jak się pobogacili na sztucznych choinkach, łykach, na kwiotkach, wińcach, to wszyscy w izbach drzwi z zawiasów powyjmowali i łuki se jak w kaplicach porobili. Ale tak ci powiem między nami, że to nie przez te telewizory pogłupieli. Czy u księdza, czy u pana my zawsze bez poważania byli.

A raz, w czterdziestym trzecim, jak mnie jeden foks w Siewierzu wydoł, że kiełbasą szmugluję. Chyba ze cztery kilo żem wtedy za pazuchą wiózł, a tu nagle szwab do mnie z lugerem przyskoczył i się pyto, rozumiesz, co ja na tej furmance robię, a ja na to mało myśląc: „Trinken, essen und schlafen”. Panie Boże, com się w tyn czos strachu najodł. A ten szwab się ino zaśmiał, pentaczkę se wzion i mi niom przyłożył. Potem już zawszem głupiego zgrywoł i przed kościelnym, i przed partyjnymi, krzyżykiem się podpisywoł, choć ty wiesz, jak jo pisać umiem.

A ty nie pamiętasz, jak twojego ojca, Rysia, z papierni wyrzucili, bo on kierownikiem portierni był, bramę w tom i nazad otwierał i zda się za dużo się naotwierał. Jak go wygnali, to łon się zaraz od kolegi płytek kłaść nauczył i od tego czasu od roboty opędzić się nie mógł. Wszyscy go na łazienki brali, a na fajrancie wódką, zakąską częstowali. To się chłopina rozpił i serce mu nie wytrzymało.

A ty żeś jeszcze tu była, jak sołtys na dożynki kapele zaprosił? Dziołcha, łon jakiś szatanistów na wieś przywiózł pod tyn no, amfiteotr. Słowiki się nazywały, ale to nie była kapela, ino jakieś chachary. I jak łoni zagrali, jak się zadarli, dziołcha, jakby werble piekielne się na Hektarach odezwały. Dzieci się pobeczały, kobity pouciekały do dom. I tyle z tych naszych dożynek się ostało.

A jakżeś na studia wyjechała, fyrmy kurze zaczęli budować, rurociągi, pole wyprzedawać. I nie wiadomo komu, zda się tak, po znajomości. Jak zaczęli się budować na księża polu, gdzie im co rusz, cha, cha, piwnice zalewało, to jo się nie na żarty wystraszył, że ino patrzeć, jak znowu Niemce przyjdą ziemię wykupić. Dziołcha, to by był koniec końców, czy nazwij se to, jak chcesz, jakby nam to pole zabrali. Widły i siekierę w pogotowiu trzymom. A raz takich na górce jo widzioł, co ślimoki do worka zbierali. Nawet ślimoki, rozumiesz, chcą nam zabrać, psia mać, a na co im to? Już ja im dam, po moich kamionkach łazić. „W polu spać, w polu spać i w polu nocować, choćby było co jeść, choćby było co jeść, nie ma w czym gotować” – tak my śpiewali we wrześniu z lublinieckim pułkiem piechoty, gdzie żem w drugiej kompani strzelcem był. Teroz nie idzie spać w polu. Ja od razu wiedzioł, że to tak się skończy, jak przestali my kosić. Siła chłopa przyszła, melioracyje zaczęli robić, wiercić, to rzeczka, co to szła przez nasze pole, zaraz wyschła i święte źródełko tyż. Ino patrzeć, jak krzyże zdejmą i nie będzie nawet gdzie iść na poświęcenie pól. A kto teroz chodzi na poświęcenie pól? Młodzi to teroz fiu-bździu. Jak się pszenica wybiła w maju, dziołcha, jak to wyglądało? Hektary się falowały. Pole jak płachta se płynęło w majowym wietrzyku i człowiek tyż się unosił, i ciężar spadał mu z serca. A pod koniec maja krzyże się stroiło. Z gałęzi bzu i olch ołtarze. Kobity kapy przynosiły, kwiotki i wstążki, ale nam nie o te stroiki szło, ino o coś wincy. Człowiek zasiał pole, w polu spał, człowiek i święcił pole, a teroz ino dyszcz siecze kapliczkę. A tera to już po ptokach. W kamionkach czort się zasiał, poharatał Hektary. Sny złe same. Beboki się w nich pałętają. Ty wiesz, co ja się na Boży Stok nałaził, na Świnice, na Koziegłówki, a łoni teroz powiadają, że to nie Boży Stok, ino Rzeniszanka na mapie, ale ja w głowie inną mapę mioł. Wszyndzie trafił z zamkniętymi oczami. Tam gdzie teroz idę, dziołcha, mapy mi nie trza. No to na mnie czas. Strzyko mnie w kościach i w duszy. Tyle tylko żem se wyszedł na chwilę i z tobą pogodoł, na pole popatrzył. O tam, w ogródku pod łoknem kwitł łubin, w rogu grusza była, a tam, w tych krzakach tarniny chowałem się przed milicyją. Tfu! A tu piargi z kamieniem żem stawiał, a tam był sad, co go nie ma, ale ja go widzę, bo jak się człowiek zapatrzy, to wszystko dojrzy. Plewa jesteśmy, plewa, rozumiesz, w pryndze światła, co wcieko przez synk wybity w desce do cimny stodoły. No to bywoj, dziołcha. Niech ci się darzy na szczęście, na zdrowie, niech ci się mnoży pszynica i groch, w każdym kątku po dzieciątku, we dworze i w komorze, na kołeczku i w woreczku.

.

1 W. Grzegorzewska, Drugi świat Christiny, w: taż, Parantele, Częstochowa 2003, s. 23.

2 Taż, Spóźnione dokarmianie pszczół, w: taż, Parantele, dz. cyt., s. 9.

3 Taż, Ruchy Browna, w: taż, Ruchy Browna, Częstochowa 2011, s. 7.

4 Taż, Nad Bożym Stokiem w lipcu, w: taż, Parantele, dz. cyt., s. 11.

5 B. Baranowski, W kręgu upiorów i wilkołaków, Łódź 1981, s. 306–307.

6 Z niepublikowanych zapisków Włodka Grabowskiego. Prywatne archiwum autorki.

7 J. Pośpiech, Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku, Opole 1987.

8 Z nieopublikowanego dziennika autorki.

9 Powiedzenie Jerzego Putramenta.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata