70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bałamutny manifest

Miejsce kobiet w historii fascynuje nie od wczoraj. Dzięki wysiłkom historyków znacznie więcej wiemy o ważnej roli, jaką odegrały one w dziejach opozycji demokratycznej w Polsce. Niestety, nowa książka Shany Penn poświęcona kobietom podziemnej Solidarności nie poszerza naszej wiedzy.

Shana Penn jest dobrze znaną w Polsce amerykańską feministką i propagatorką gender. W latach 90. spory rozgłos przyniosły jej artykuły poświęcone roli kobiet w opozycji demokratycznej lat 80. Nad Wisłą szeroko dyskutowano też jej książkę Podziemie kobiet. Autorka dowodziła w niej, że rola kobiet w podziemnej Solidarności była o wiele większa, niż się to powszechnie przyznaje. Stawiane przez nią tezy stanowiły wówczas powiew świeżości. Dlaczego kobiety nie piastowały w Solidarności kierowniczych stanowisk? Dlaczego w legendzie dziesięciomilionowego związku kobiety znalazły się na uboczu głównej narracji? Penn wchodziła więc do debaty historycznej w Polsce jako specjalistka od gender studies, potrafiąca stawiać pytania, które nad Wisłą zadawało sobie niewielu.

Sekret Solidarności to książka, którą autorka pierwotnie, w roku 2005, przygotowała na rynek amerykański. Główną osią wywodu są w niej losy redaktorek „Tygodnika Mazowsze” – najważniejszego pisma informacyjnego podziemnej Solidarności. Czytelnik książki Penn odniesie wrażenie, że pismo to zostało od początku do końca zbudowane przez kobiety. Mężczyźni zostali w tej historii odsunięci na tak daleki margines, że wręcz znikają z kadru. Owszem, są w niej podziemni liderzy, jak Bujak czy Frasyniuk, ale brak tam mężczyzn dzielących z kobietami codzienne trudy opozycji. Brakuje kolegów z redakcji, drukarzy, kolporterów. Sekret Solidarności ma czytelnikowi do przekazania przede wszystkim wyraźny komunikat: to działaczki podziemia były kluczem do zwycięstwa opozycji. Problem jednak w tym, że to samo Penn powiedziała już we wspomnianym wcześniej Podziemiu kobiet. Brak tu nowych tez, nowego spojrzenia.

Co gorsza, w książce można znaleźć sporo błędów merytorycznych. Na przykład nie jest prawdą, że List 34 nie przyniósł jego sygnatariuszom negatywnych konsekwencji (s. 159), a główne przepisy stanu wojennego nie zostały wprowadzone do kodeksu cywilnego (s. 247). Literatura, na której oparła się autorka, składa się głównie z pozycji anglojęzycznych. Brakuje odwołań do prac polskich badaczy poświęconych podziemiu lat 80. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiedza o Solidarności wyraźnie się poszerzyła, ale autorka zignorowała ten fakt, decydując się na opublikowanie książki bez uzupełnień. Jest to ogromna słabość Sekretu Solidarności.

Książka została w znacznej mierze oparta na rozmowach z działaczkami antykomunistycznego podziemia przeprowadzonych w początku lat 90. Autorce z trudem przychodzi zrozumienie, że dla uczestniczek opozycji większe znaczenie miał opór przeciwko komunizmowi niż walka z „porządkiem patriarchalnym”. Paradoksalne jest to, że większość rozmówczyń Penn podkreślała wspólnotę celów kobiet i mężczyzn, lecz autorka wydaje się to ignorować. Opinie opozycjonistek interpretuje jako brak samoświadomości, nieumiejętność obiektywnego spojrzenia na własne losy. Upór, z jakim autorka obstaje przy tym zdumiewającym podejściu, zakrawa momentami na arogancję.

Narracja dotycząca lat 80., uzupełniona o pobieżny rys romantycznego mitu matki Polki, staje się dla autorki punktem wyjścia do nakreślenia interpretacji polskiej rzeczywistości lat 90. Według niej kobiety walczące w opozycji z dnia na dzień stały się wielkimi oszukanymi transformacji. Przemiany roku 1989 przyniosły bowiem odbudowę patriarchalnego ładu przez Kościół i prawicowych tradycjonalistów. Symbolem tego procesu miała być według Shany Penn ustawa antyaborcyjna uchwalona przez Sejm w 1993 r. Czytelnik nie dowie się jednak, że trzy lata później uchwalono poprawki, które zasadniczo zliberalizowały jej pierwotne brzmienie.

Zamiast tego niewygodnego faktu autorka wspomina debatę o feminizmie toczącą się na łamach „Gazety Wyborczej” w roku 1999. Pisze o niej z entuzjazmem, zwracając uwagę, że polskie kobiety niejako przebudziły się wówczas, ujawniły, dojrzały do feminizmu. W tym kontekście polski feminizm zyskuje według niej swoje zakorzenienie w działalności opozycji demokratycznej. Opozycjonistki wywalczyły sobie prawo do realnej wolności, jaką ma ze sobą nieść feminizm. Jednak wnioski Penn są nieprzekonujące. Dlaczego w książce poświęconej kobietom, które pokonały komunizm, całość ich dokonań jest sprowadzona do potrzeby zmiany obyczajowej? Skąd aprioryczne przekonanie o jej nieuchronności? I dlaczego właściwie kobiety powinny manifestować swoją wolność, domagając się prawa do aborcji?

Książka Shany Penn przyniosła mi spore rozczarowanie. Zamiast nowego spojrzenia na rolę kobiet w opozycji demokratycznej otrzymałem polityczny manifest, głoszący tezy, które są już w Polsce doskonale znane. Autorka poucza czytelnika, ale z faktami, które kwestionują jej tezy, nie stara się polemizować, woli je przemilczeć. Moim zdaniem historia polskich opozycjonistek zasługuje na lepsze opracowanie.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter