70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Klawo jak cholera. Dziennik z Kopenhagi – Część 2

Kołnierze płaszczy przechodniów wciąż sterczą, czapki sięgają brwi. Ojciec drałuje z tobołkiem, gdybym się przyjrzał, zobaczyłbym maleńkie oczy wystające z wełny, obojętne na wszystko, co dzieje się wokół. Rowerzysta zawzięcie pedałuje przez gęstniejący śnieg, jakaś dziewczyna w stroju sportowym tupta czekając, aż zmienią się światła.

[Pierwsza część dziennika dostępna jest tu]

16/05/2012

Nie poszedłem na imprezę emigrantów, Agata była sama i jej się podobało.

Parter bloku, w którym mieszkamy opanowali Włosi. Prowadzą pizzerię i specyficzny spożywczak obok. Właściwie nie musiałbym wychodzić nigdzie dalej. Ich pizzeria jest, podobno, najlepszą pizzerią w Kopenhadze, co potwierdza dziki tłum kłębiący się tam co wieczór, w spożywczaku mają z kolei najlepszy chleb, jaki w życiu jadłem, kruchy i ciepły. Prócz tego oferują rozliczne sery, gotowe dania do odgrzania, w tym lazanię, oraz mają nieustającą promocję na wino, trzy butelki za, odpowiednio, 159 albo 139 koron (podziel przez pół, wyjdą złotówki).

Nie bardzo wiem, ilu tych Włochów jest, może i sześciu, za to każdy gromadzi łagodne cechy charakterystyczne. Jak mały, to i łysiejący. Jak całkiem łysy, to i całkiem malutki. Jak chudy, to do tego z wielkim nosem i kudłatym przedramieniem. Kręci się wśród nich tłuściutka blondynka rasy aryjskiej. Który szczypie ją w tyłek? Tego również nie wiem, być może wszyscy.

Schodzę po chleb, jest dziewiąta rano. W spożywczaku akurat króluje ten wychudzony, z nosem i włochatymi przedramionami. Nie zna słowa po angielsku, lecz należy do tych zacnych osobników, którym muzyka w tańcu nie przeszkadza. Dostrzega mnie, rozpoznaje, wyrzuca monolog w języku Garibaldiego, nie odrywając się od zajęć sklepowych. W czymś tam grzebie, cos układa, proszę o small bread i moja prośba wyzwala w nim niewysłowioną radość, small bread, small bread, huczy z włoskim akcentem, pokazuje palcem, żeby się upewnić, porywa ten chlebek jak sokół gołębia, próbuję się wciąć i szepczę, że jeszcze strawberry cookie. Włoch jest skonfundowany, zmarszczki tną jego wielki kinol, nic to, stukam w lodówkę, Włoch odzyskuje rezon, pakuje mi ciastko truskawkowe, podskakuje tak śmiesznie, nie odzyskawszy jeszcze postawy pionowej, nogi jeno wyrzuca w powietrze na wysokość kilkunastu centymetrów. Sokolim wzrokiem wyławia inne ciastko i dołącza do zakupów w ramach prezentu. Dziękuje mi po włosku, życzy dobrego dnia, odwdzięczam się tymi samymi słowy w języku polskim, Włoch zastyga i zaczyna się śmiać.

Ciastko jest dla Agaty. Przecież nie kupiłbym sobie ciastka, nigdy.

22/06/2012

Wieczorem jedziemy nad morze. Gdy wysiadamy z metra, o wpół do dziewiątej, wciąż jest jasno, długie promienie słońca opierają się o dachy jednopiętrowych domów, a nasze cienie są jasne, wydłużone. Cegła wpada w czerwień i brąz, drzwi są mocne, a okna mniejsze niż gdzie indziej. Widać, że ta dzielnica zyskała nowe oblicze dopiero parę lat temu, kiedy doprowadzono tutaj tory. Owiewa nas zapach świeżej soli, daleko w powietrzu wirują latawce niczym nadmuchane ptaki. Musimy przejść przez most nad niewielkim zalewem, poniżej pluskają się mężczyźni we wdziankach z masy piankowej, z tablicą informacyjną dwoje młodych gasi grilla, psss. Dalej, dalej. Nogi grzęzną w piasku pełnym pokruszonych muszelek, morze leniwie oblizuje brzeg, zanurzam palec w stalowy język i mam dosyć. Agata podwija nogawki i wchodzi, mówi, że jeszcze dwa stopnie w dół i by jej kostki wykręciło. Zmierzamy ku alejce, słucham coś o gangach w Kopenhadze, kolega z pracy coś jej o tym opowiadał, niestety ów kolega, depozytariusz wiedzy, która mogłaby mi się przydać, akurat wyleciał z roboty i nic więcej nie powie.

W niewielkim jeziorku szaleją miłośnicy kitesufringu. Przyglądamy się im przez chwilę. Robią ostre zakręty, wiatr ciska ich w stronę kamiennego brzegu, wpycha pod wodę i podrywa gwałtownie, parę metrów w górę. To chyba radość największa. Runął sobie jeden, latawiec kołysze się na wodzie i wygląda na to, że nie poleci. Chciałbym kiedyś spróbować takiego ślizgania, myślę sobie, jestem dość silny, abym sobie z tym poradzić. Chciałbym spróbować wielu rzeczy, na przykład nurkowania, ale i tego póki co nie próbuję, póki co jesteśmy nad morzem, a ja myślę sobie spokojnie o wszystkich dziwnych wydarzeniach, które mnie tu przywiodły, ogarnia mnie melancholijny posmak szczęścia – jak sól, gdy wynurzamy się z ciepłej głębiny morza. Wracamy do domu.

28/11/2012

Nasza demoniczna kotka Kreska znalazła sposób, żeby otworzyć worek z suchą karmą całkiem sporych rozmiarów. Jeśli tak dalej pójdzie, rozdrapie mi gardło na śmierć. Może powrót Agaty przyniósłby jakąś poprawę zachowania tego skretyniałego kota, a i mnie się przysłużył. Odkąd wyjechała, oparzyłem się olejem, wylałem sobie wrzątek na stopę i ozdobiłem drzwi wyjściowe kartką z napisem KLUCZE, żebym nie zatrzasnął mieszkania.

Przysięgam sobie, że wreszcie pójdę na spacer, chyba nawet Kolumb przygotowywał się krócej do wyprawy za ocean, niż ja zbierałem się do tego, trzygodzinnego przecież wyjścia, w poniedziałkowy wieczór z niepokojem spoglądam w niebo, myśli gromadzą chmury zwiastujące deszcz. Chcę, żeby we wtorek lunęło jak z cebra, niech chluśnie lodowatym wiatrem od morza, nie mam nic przeciwko małemu gradobiciu, skoro już wreszcie wychodzę z domu, chciałbym doświadczyć całego piękna jesiennej Zelandii. Nastaje wtorek, w powietrzu wisi szara breja poranka tylko po to, żeby umknąć jak mgła za Drakulą. Słońce staje nieśmiało pośrodku lodowatego błękitu i nici z radości spacerowej.

Kopenhaga jest niezmienna jak morze i skała przybrzeżna, szukam nowych ulic i wciąż trafiam na znajome. Matki, mnóstwo matek pcha ciemnozielone wózki przesłonięte kawałkiem brezentu czy czegoś takiego, choć przecież jest słońce, rowerzyści wciąż jeżdżą po swoich ścieżkach, wpatrzeni to w drogę, to w ekran smartfona, jakby jechali w dwa miejsca jednocześnie. W białych norkach Arabowie sprzedają pizzę i hamburgery, podziemia wciąż skrywają fryzjerów i ich sztywnych klientów, jest wtorek, więc strzygą się starzy, młodzi będą strzyc się w piątek, przed balangami. Knajpka, w której się zatrzymuję z komputerem, jest duża i pusta, para zakochanych przypomina splecione palmy na horyzoncie brązowej pustyni, dalej, jeziorka są mętne. Zachodzę na podwórzec kościelny, gdzie chłopaki rżną w piłkę pod wyświęconym murem, obok jest jeszcze plac zabaw i szkoła, za to drzwi świątyni są zamknięte. Nie znam duńskiego, ale chyba otworzą w styczniu. Ulice robią się wąskie i bardziej czerwone, ledwo tu się mieszczą barowe koziołki z ofertą taniego piwa, mijam czarny mur klubu nocnego, sklepik pełen śrubek, niewielkie galerie ze sztuką współczesną, niespodziewanie docieram do głównej ulicy handlowej, odbijam się, szukam innej drogi i jak bym nie szukał, już jestem pod ratuszem otoczonym przez remont. Stoją sobie jaskrawe płoty, podejmuję jeszcze jedną próbę, kluczę i moim oczom ukazuje się znajomo różowy budynek kina, godzę się z klęską i wracam wzdłuż jeziorek do domu. Uśmiecham się do siebie, więc Duńczycy patrzą na mnie jak na wariata, którym, być może jestem, a śmieję się, gdyż dla hecy wymyślam powieść w stylu tego durnia, Gaimana: Kopenhaga została zaczarowana i można chodzić tylko niektórymi ulicami. Innych nie widać, w miejscu dawnego skrzyżowania są fatamorgany kamienic. Co z ludźmi, którzy tam żyją? Oni też mają swoje drogi, które nie przetną się z moją. Miasto, które narzuca swoją wolę. Wracam do domu, niezmiernie zadowolony z faktu, że półka książek nienapisanych trzeszczy pod dodatkowym ciężarem.

24/12/2012

Prawie rok temu wprowadziliśmy się na Falkoner Alle. Wreszcie rozumiem o co chodzi z tą Kopenhagą.

Przechodnie mieli płaszcze z kołnierzami postawionymi na sztorc, nauszniki albo puchowe kurtki i czapki zachodzące głęboko na czoła. Obok, na wydzielonym pasie, rowerzyści chowali głowy między ramionami. Ojcowie pospiesznie targali toboły z paromiesięcznym potomstwem. Zdarzali się biegacze, obojętni na chłód, w obcisłych spodniach i błyszczących butach, cwałujący ponad kałużami.

Nastało lato. Przechodnie zmienili płaszcze na koszule i rozpuścili półdługie włosy, dziewczyny odsłoniły nogi, czasem nawet ramiona, rowerzyści unosili głowy dumnie, mrużąc oczy przed pochylonym słońcem, biegacze cwałowali po swojemu, a ich buty błyszczały się jak aplikacje w smartfonie. Ojcowie targali toboły z żywym i wrzeszczącym, a te pociechy, co urosły od stycznia, wylądowały w siodełkach na czołach rowerów. Knajpy rozsypały krzesełka u swoich bram.

Wczoraj siedzę przy komputerze, spoglądam za okno, na ołówkowe drzewka i prostopadłą ulicę zbiegającą się do jednego punktu, jak na wprawce młodego rysownika uczącego się perspektywy. Półmrok. Skupiam wzrok na ekranie przez jakieś dziesięć minut, znów patrzę w okno, a tam biała zamieć i lód na ulicach. Trudno, trzeba iść na siłownię. Ramoneska chroni przed wiatrem wszystko z wyjątkiem policzków, zimno aż parzy, w twarz wbijają mi się okruchy zamarzniętego śniegu, garbię się i niewiele brakuje, abym wysunął rozczapierzoną dłoń, do siłki mam może pięćset metrów, z czego część wiedzie przez centrum handlowe, a jednak mam wrażenie, że przedzieram się przez kawał fiordu.

Kołnierze płaszczy przechodniów wciąż sterczą, czapki sięgają brwi. Ojciec drałuje z tobołkiem, gdybym się przyjrzał, zobaczyłbym maleńkie oczy wystające z wełny, obojętne na wszystko, co dzieje się wokół. Rowerzysta zawzięcie pedałuje przez gęstniejący śnieg, jakaś dziewczyna w stroju sportowym tupta czekając, aż zmienią się światła.

Deszcz, wiatr, śnieg, słońce – nic nie zmieni tej ulicy, bo Kopenhaga jest niezmienna, tak samo jej mieszkańcy, wolni nie tylko od trosk, ale wbrew Kierkegaardowi, także od trwogi. Będą biegać, będą iść, będą jechać dokładnie w tym samym tempie, wykonując identyczne ruchy jak teraz, jak rok temu, 10 lat temu i tak dalej. Teraz jest słońce i znów to samo. Myślę o tym, jak wypływali kiedyś w morze.

31/05/2013

Kaczki, czyli krok ku dojrzałości.

Poszukuję miejsca, w którym mógłbym czytać. Robię to ciut wbrew sobie, gdyż mógłbym zwalić się na kanapę, przeglądać skserowane papiery o Ziemiach Odzyskanych, leżałbym sobie tak, wyglądając pierwszych objawów gnicia. Tłumaczyłbym sobie potem, że to jakieś dziwaczne magazynowanie sił, że niedługo będę dzielił czas między Julka, pracę, spotkania towarzyskie i biznesowe, więc muszę kumulować w sobie wszelkie potencje, co oczywiście jest bzdurą. Mam tyle sił, ile życie ich wymaga, tak było dotąd i będzie jeszcze trochę.

No i jest. Idę do dużego parku we Frederiksbergu, na ławkach i plamach zieleni ocieplonych słońcem zaległy przebrzydłe Skandynawy. Mają jasne koszulki, odsłaniają nogi i trwają w kompletnym bezruchu. Wygląda to na pobojowisko zasłane ciałami pomarłych ze szczęścia, promienie słońca wpadające przez drzewa rozrywają kontury nielicznych biegających. Przypominają przez to duchy. No ale mnie wszystko duchy przypomina. Krążę chwilę w poszukiwaniu miejsca i znajduję coś, na co nikt nie zwrócił uwagi. To gruby pień po ściętym drzewie, tuż obok oczka wodnego. Siadam i Dania zmienia się w Narnię. Brązowa woda okala niewielką wysepkę pełną traw i przysadzistych drzew, buty giną mi w zieleni. Kaczki spoglądają na mnie nieufnie, po chwili przyzwyczajają się i krążą w około, kłapiąc nienasyconymi łyżkami dziobów. Głosy umilkły, wszystkie głosy. Nawet nie mogę spojrzeć za siebie, pień zasłania wszystko. Gdy wstanę, będę miał brudną dupę i spokój w duszy. To chyba jest jakaś reguła.

Dziś powinienem tam wrócić. Wezmę siekierkę i wykarczuję korzeń sterczący z ziemi. Pniak, ścięty na wysokości metra, i tak go nie potrzebuje. Ciężko tak siedzieć na korzeniu. Mam nadzieję, że nikt mnie nie zobaczy, nie wyobrażam sobie nawet, jakie to straszliwe konsekwencje mógłbym ponieść, w jaką groźbę układają się litery duńskiego prawa za tak straszny czyn? Obym się nie dowiedział. To wszystko jest bardzo dziwne. Jeszcze raz spoglądam na moje wczesne książeczki, teraz wznowione, przypominam sobie okoliczności, w których powstawały i to, jaki wtedy byłem. Kto by przypuszczał, że po latach będę człowiekiem z siekierką i książką, w drodze do oazy w zatłoczonym parku, żeby poczytać wygodnie? Jest i druga strona medalu. Za dużo czytam, za dużo myślę, za dużo gram w Dark Souls, to wszystko razem bardzo osłabia twardość ducha.

07/06/2013

Dni jak dni.

Kręcę się po chałupie. Idę do kawiarni z laptopem. Idę na siłownię. Czytam książki. Oglądam niewiele filmów, a jeśli już, nie są to dobre filmy. Palę elektronicznego papierosa w domu. Wieczorem wypalam kilka normalnych papierosów na balkonie. Gram w Dark Souls, odnosząc nieprawdopodobny sukces, otóż w nowym podejściu idzie mi tak dobrze, że mam już tę samą magiczną pałę, którą tak nieszczęśliwie popsułem zimą minionego roku. Biada wam, potworki!

Agata ostatnio wcześniej wraca z pracy. Lato oznacza lżejsze miesiące. Agata biega i gotuje sobie dietetyczne jedzenie, czyli ryby i steki, dzięki czemu nie muszę robić sobie obiadów. Nie chodzę już do Kurda, nie biorę lazanii od Włocha, nie kupuję pizzy i nie robię nawet makaronu z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem. Mogę pościć stekiem.

Agata zapewnia mi obiady na każdy dzień (dbając przy tym o siebie) i jeszcze pyta, dlaczego wszystkiego nie zjadłem. Zamawia bilety dla mnie i Julka, na lipiec, do Kopenhagi. Niedługo załatwi Legoland na Jutlandii, dla całej trójki. Razem z hotelem, nie jest to takie znów proste zadanie. Agata zjawia się z zakupami, kupiła też żelki. Agata rozmawia ze mną po angielsku, żebym jeszcze się podciągnął i słucha wszystkich bzdur, które mam do powiedzenia w dwóch językach, które zdołałem opanować. Przypomina mi się, jak dwa lata temu opowiedziała mi o pomyśle wyjazdu do Kopenhagi. Uczyniła to w sposób zupełnie neutralny, jakby to była zupełnie jej obojętna ewentualność. Dopiero kiedy powiedziałem: „No dobra, jedźmy, czemu nie?”, dała mi do zrozumienia, jak bardzo cieszy się tą perspektywą.

Poranki spędzam w łóżku, z kawą i komputerem, ponieważ źle znoszę zawieruchę przed jej wyjściem do pracy. W takich chwilach lepiej się schować. Lubię, jak Agata kręci się po pracy, jak wraca z biegania i ma czerwonawa mordkę, jak siada na balkonie z ipadem i dziwi się, że jest tak późno, a jeszcze nie zapadła noc. Lubię, gdy zdejmuje kota z doniczki, lubię, gdy w czwartkowy wieczór łapie przedweekendowy oddech, nie lubię, gdy wzdycha przed poniedziałkiem, bo nie wiem tak naprawdę, ile kosztuje ją ta praca. A może lubię, człowiek jest całością, a nie zbiorem części. Agata właśnie taka jest.

07/08/2013

Przyjechał Szczepan z rodziną.

W nieznośną ciszę naszego domu wdziera się ożywczy tupot dziecięcych stóp. Dwa rozkoszne jasnowłose szkraby, Jaś i Franek, biegają po wszystkich trzech pokojach, młodszy uroczo piszczy bądź krzyczy, starszy próbuje naśladować braciszka w tej słusznej czynności, za to na naszym łóżku skaczą solidarnie, we dwóch. Nudne i przykre wieczory przed telewizorem, w przygnębiającej ciszy, odchodzą w niepamięć, gdy tylko Franek rozkłada przede mną swoje roboty, tłumaczy ich rozliczne fascynujące funkcje i pyta, czy się razem pobawimy. Niestosownie, niegodnie umykam do kuchni, Franek rusza za mną i ciągnie za rękaw. Szczebioczą te dwa drobne głosiki, przegadują się niczym ptaszęta pierwszego wiosennego dnia, igrają wesoło, bujając się na krzesłach, lgną to do mamy, to do uradowanego tym faktem tatusia, wreszcie do zachwyconych gospodarzy.

Z radością obserwuję, jak kolejne nieistotne dla mojego życia przedmioty lądują w małych, bardzo sprawnych dłoniach. Tu pad do konsoli, tam szklaneczka. Jasio zawija się w maminą spódnicę. Aby nie rozlecieć się ze szczęścia, zabieram się za dmuchanie materaca, pompuję pracowicie, a oczy zachodzą mi łzami na sam widok rodzinnej harmonii. Rozkoszne szkraby kotłują się na moim nadmuchanym dziele, raduje mnie opór, z jakim idą do łazienki i w gruncie rzeczy nie chciałbym, aby chłopcy w ogóle szli spać, najchętniej pobiegłbym do nocnego po trąbkę i bębenek, niestety, trzeba gasić światło. Z pokoju pryska oszołomiony kot, w mieszkaniu zalega nieznośna cisza, z którą po prostu nie potrafimy sobie poradzić.

Siedzimy stłoczeni w kuchni. Śpiące dzieci sprawiły nam przyjemność, delegując imprezę do najmniejszego i niewątpliwie najpiękniejszego pomieszczenia. Zresztą, jaka impreza? Siedzimy smutni, w głowie tęsknie brzmi echo dziecięcego szczebiotu, nie umiem zebrać myśli, ani wypowiedzieć czegokolwiek sensownego, za to Szczepan sprzecza się grzecznie z Agatą – zapewne nie potrafią sobie poradzić z nieobecnością dzieci. A ja piję, kieliszek za kieliszkiem, z czystej tęsknoty, nastaje druga i zwalam się w wyro kompletnie urżnięty. Jedyne pocieszenie znajduję w myśli, że już niedługo, już za parę godzin nastanie świt i rozkoszne kwilenie zabrzmi ponownie, wyrywając mnie z niepotrzebnego snu.

14/08/2013

Nadeszła jesień.

Nadeszła jesień. To nic dziwnego. Mamy już połowę sierpnia, niemniej jestem zaskoczony. Jeszcze przed południem, kiedy szedłem do kawiarni, trwało lato. Wieczorem zbiegam na dół, żeby pomóc Agacie wnieść zakupy, mam krótkie spodenki i podkoszulek z długim rękawem, jest mi zimno. Wygląda jakby miało lunąć, liście stały się szare, ludzie gdzieś się pochowali, za żywopłotem stoi mokra huśtawka.

A będzie tylko gorzej. Dni zaraz zrobią się boleśnie krótkie, słońce gdzieś sobie pójdzie, mżawka rozpocznie rozpisany na długie miesiące pojedynek z wiatrem. Rowerzyści ubiorą kaptury. Nieliczne ładne dziewczyny umkną do centrów handlowych, gdzie jeszcze mogą się pokazywać. Sąsiad znów zacznie oglądać porno. Moje koty przestaną szukać ciepłych, słonecznych plam na podłodze i przesiądą się na kaloryfery, czyli będzie ich jakby mniej. Agata pozostawi rower w piwnicy i przesiądzie się na samochód. Wieczorem pobiegnie, omijając kałuże.

Potem już tylko gorzej. W październiku zacznie się listopad, który potrwa do kwietnia. Oczywiście przywyknę. Ale powoli przyzwyczajam się do poczucia, że mam serdecznie dość tej Kopenhagi, choć przecież Kopenhaga mi służy. Niewiele tu napisałem, nic też dobrego. Coś jednak się wykluwa, coś ważnego. Niemniej, mam dosyć. Może dlatego, że nie podoba mi się to, obiecujące przecież, wykluwanie? Mam wrażenie przebywania w inkubatorze, terminalnego zawieszenia samego siebie, jestem zamarzniętym oceanem, wulkany grzmią na dnie.

26/08/2013

Tajemnica kotki Kreski.

Kotka Kreska jest dość niezmiennym stworzeniem, za to niezwykłym bardzo. Nie umie używać pazurków, nie podskakuje, za to jest ważna jak kierowniczka monopolowego w osiemdziesiątym siódmym. Niektórzy twierdzą, że jest tłusta i rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Kotka Kreska przypomina piłkę do futbolu amerykańskiego, jeno czarną, jest też twarda jak rzeczona piłka, taka nabita. Drzemie w niej siła, z której kotka Kreska nie zdaje sobie sprawy. Nie tłuszcz to, jeno muskuły. Przypomina trochę łagodnego olbrzyma z nowelki Steinbecka. Jej ogromne oczy wbijają się we mnie, a z pyszczka dobywa się skrzek, przypominający nieco kruszenie miękkich kości – w ten sposób kotka Kreska domaga się jedzenia. „Nigdy nie przypuszczałeś, że będziesz mieć takiego kota”, mówi mi Joasia. „Rety, ona wygląda jak Susan Boyle”, wykrzyknął Kuba, zobaczywszy to dziwo po raz pierwszy.

Kopenhaskie dni kotki Kreski są do siebie podobne. Kotka Kreska drze się o żarcie. Zwala się w plamę słońca. Przysiada i przestępuje z łapki na łapkę. Zawsze tak robi, gdy przysiądzie. Spaceruje leniwym krokiem, unosi ogon, a jej pazurki dzwonią o podłogę jak ostrogi. Bez przerwy śpi. Wieczorami krąży wokół naszej sofy, przygląda się tymi wielkimi pustymi ślepiami, aż wreszcie wyskakuje na kolana Agaty lub moje i domaga się głaskania. Wówczas powietrze ciemnieje od wirujących kłębów futra. Do zalet kotki Kreski zalicza się bowiem linienie. Mógłbym powiedzieć o niej jeszcze wiele rzeczy, ale jednego nie mogę – otóż kotka Kreska nie wychodzi na zewnątrz. Prezes tylko czeka, żeby prysnąć i trzeba zabierać go z klatki schodowej. Kreska, odkąd ją pamiętam, tkwiła za bezpieczną granicą progu.

Jeszcze są goście, to chyba dzień ich wyjazdu. Rano Paulina mówi, że zostawiliśmy otwarte drzwi. Na całą noc! Mamy problem z zamkiem, trzeba go dociskać, ktoś o tym nie wiedział, albo nie pamiętał. Kot Prezes pozostał w mieszkaniu, za to kotka Kreska uciekła. Nad ranem, Paulina znalazła ją na klatce schodowej. Przypuszczalnie kotka Kreska wybrała się na kilkugodzinną wycieczkę. Co się stało, Kreseczko? Skąd ta żądza podróżowania? Kotka Kreska zachowuje się zupełnie normalnie jak na nią, jakby przygoda nie pozostawiła w niej żadnych śladów, jakby została zapomniana. Gdzie byłaś? Wyobraźnia podsuwa mi obraz kotki Kreski maszerującej dumnie przez nocną Kopenhagę. Kotka Kreska podziwiająca swoje piękno w uśpionych wystawach na Strogecie. Kotka Kreska głaskana w pubach. Kotka Kreska grzejąca się przy koksowniku w Christianii, owiana dymem zielnym. Kotka Kreska w autobusie nocnym, kotka Kreska toczące krwawe walki z innymi kotami w Kopenhadze, kotka Kreska wyjmuje oko wielkiemu psu. Dziki romans kotki Kreski. Gdzie byłaś, co robiłaś? Śpi.

19/09/2013

Burza nad Kopenhagą.

Tak wedle piątej po południu z nieba spada słońce, tak po prostu znika, strącone w Bałtyk stalowym ostrzem chmury. Wraz z nim znikają również cienie, czy może raczej cień przelewa się w człowieka – rozpędzonego przechodnia naciągającego kaptur na obojętną twarz. Garbią się nieliczne samochody, a sprzedawczynie, pracownicy barów i fryzjerki wylegają na ulice, żeby zapalić ostatniego papierosa przed deszczem. Zagrzmiał już pierwszy smok.

Niebo nade mną kaszle i w skurczach wypluwa z siebie strużkę deszczowej śliny. Gęstnieje ciemność, pod drzewem pies podnosi jednocześnie nogę i łeb, zastyga, jakby jego umysł – złączony przecież z chmurą i wszystkim innym, co jest na świecie – próbował ocenić rozmiar zagrożenia. Umyka, trzęsąc mokrym grzbietem. Obok rowerzysta przyciska czoło do kierownicy. Lunęło! Znad Norrebro dochodzi ryk potworów, jedna po drugiej, niby świeże rany, wykwitają czarne kałuże. Mógłbym zasnąć do tych dźwięków, lecz tylko stoję przy oknie z elektronicznym papierosem i koktailem owocowym. Patrzę na balkon, gdzie Melman – zabawka z McDonalda – grzęźnie w mokrej ziemi doniczki. Krople są ciężkie jak oczy.

To powinno się skończyć. Burze wybrzmiewają. Ale to pierwsza burza, jakiej doświadczyłem na wyspie, i ani w głowie jej wybrzmieć. Już leżę w łóżku, mruczy się kot i burza też się mruczy i ja jestem sobie w tym zewnętrznym i wewnętrznym mruczeniu, w brzuchu burzy i obok brzucha kota. Motorek nieba, motorek zwierzęcia. Myślę o przyjaciołach, którzy się przeprowadzają. O tym, jak Jacek się śmieje i o śmiechu mojego syna też. O zmęczonej Agacie siedzącej w kuchni nad ipadem, z winem i papierosem. O sobie także. O własnej dłoni, próbującej chwytać to, co w życiu najważniejsze. Równie dobrze mogłaby udusić deszcz.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata