70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polak – katolicki poganin

W młodym pokoleniu procesy sekularyzacji i indywidualizacji są szczególnie nasilone. Zarazem jednak młodzież nie stworzyła w swej masie nowej narracji narodowej, nadal sięga do toposów tworzących dyskurs o polskim narodzie katolickim. Tak jak istnieje w Polsce antysemityzm bez Żydów, tak istnieją Polacy-katolicy bez „prawdziwych katolików”.

Z pozoru odpowiedź na pytanie o aktualność figury Polaka-katolika jest bardzo prosta. Ogromna większość Polaków deklaruje się jako katolicy i stosunkowo wysoko ocenia swoją religijność. Zdecydowana większość ankietowanych (77% w 2006 r.) określa jej rolę w swoim życiu jako ważną (Znaczenie religii w życiu Polaków, CBOS 2006). Można by z tego wnioskować, że katolicyzm ma się w Polsce dobrze. Co więcej, że jest nierozerwalnie powiązany z polskością. Jeśli jednak wyjdziemy poza deklaracje i sprawdzimy praktykę codziennego życia, wyłania się zupełnie odmienny obraz. Doktryna Kościoła katolickiego jest słabo znana, relatywizowana lub wręcz pomijana w codziennych wyborach. Wskazuje na to choćby udział w obrzędach katolickich rejestrowany przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego lub – nieliczne – antropologiczne badania katolickich rodzin. Czy zatem Polak-katolik w praktyce się zsekularyzował, choć oficjalnie przywiązany jest do katolickiej identyfikacji? Sprawa nie jest taka prosta. Poza deklaracjami i codzienną praktyką trzeba się jeszcze przyjrzeć uniwersum symbolicznemu, które stanowi bazę zbiorowych tożsamości. Polska z jednej strony jest przykładem kraju, w którym ujawniają się powszechne w Europie postawy (jak pokazują European Values Study, pozytywny związek religijności z nacjonalizmem występuje w wielu krajach europejskich), z drugiej – na skutek szczególnej trajektorii historycznej – stanowi pewną osobliwość. W tym krótkim eseju przyjrzę się, czy małżeństwo katolicyzmu i polskości jest nadal zgodne, czy też weszło w okres przedrozwodowej separacji, której już nie sposób ukryć przed znajomymi.

Czym jest naród?

Zacznijmy od kilku słów na temat współczesnego rozumienia narodów w naukach społecznych. Choć istnieje wiele teorii, to współcześnie naukowcy zgadzają się, że narody są formą organizacji społecznej, która narodziła się relatywnie późno. Zwykle za cezurę podaje się Wielką Rewolucję Francuską. To ona przełamała stanowe granice i zmobilizowała szerokie masy do walki, sprawiając, że obywatele zaczęli postrzegać siebie jako Francuzów. Naród nie tylko jest odpowiedzią na nowe potrzeby społeczne (potrzebą zakorzenienia mas wyrwanych z parafii, do których kiedyś ograniczał się ich żywot), ale wymaga również pewnego stopnia rozwoju społecznego, w tym narzędzi masowej komunikacji.

Benedict Anderson definiuje naród jako „wyobrażoną wspólnotę polityczną”. Nie jest to organiczna wspólnota, będąca „wielką rodziną”, ale pewne rozpowszechnione wyobrażenie, które opiera się na różnych mitach. Istnienie narodów wymaga nieustannej reprodukcji poprzez szkoły, media, kulturę popularną, instytucje polityczne. Im bliżej współczesności, tym większe znaczenie dyskursu publicznego. Poprzez wiele przekazów, w tym z pozoru bardzo banalnych, utrzymuje się przekonanie ludzi, że są członkami wspólnoty obiektywnie istniejącej, mającej bardzo długą historię, a wręcz wspólnych przodków. Krytyczne badania już dawno pokazały, że potoczne wyobrażenia, przekształcające w świadomości ludzi zbiorowość w naród, mają nikłe poparcie w faktach historycznych. Zwłaszcza analiza „odwiecznych obyczajów” ukazuje, że są to często „tradycje wynalezione” – stworzone przez intelektualistów starających się dowieść pradawności własnych narodów.

Istnienie narodów wymaga nieustannego odtwarzania granicy międzygrupowej. Gdybyśmy żyli tylko wśród „swojaków”, nikt nie zadawałby sobie pytania: „Co stanowi o istocie polskości?”. To sąsiedztwo wielu, często mających bardzo podobny język i kulturę, narodów wymaga ciągłej pracy nad odtwarzaniem tożsamości zbiorowej. W przypadku granicy między narodami kluczowa jest różnica, te elementy dziedzictwa, które pokazują naszą odmienność (nie trzeba dodawać, że najczęściej autostereotypy narodowe są skrajnie samochwalcze, a stereotypy innych narodów krzywdzące). O treściach odróżniających decyduje spotkanie z Innym. Granica jest nie tylko „kresem” jednej grupy, ale i punktem styku i mediacji z inną grupą. Podkreśla to znany norweski antropolog społeczny Fredrik Barth. Grupy w toku interakcji wybierają te elementy dziedzictwa, które odróżniają je wzajemnie. Mogą to być elementy zaskakujące przodków. Dobrze proces ten widać na przykładzie społeczności emigranckich. Chcąc zreprodukować swoją polskość w nowym środowisku kulturowym, migranci często sięgali do kuchni narodowej, obyczajów świątecznych, biegłości w określonej dyscyplinie sportu, poczucia humoru, sposobu gospodarowania, uzdolnień artystycznych itd. Nawet jeśli w ojczystym kraju nie traktowali tych praktyk kulturowych jako istotnych dla poczucia narodowej odrębności. Spójrzmy w tej perspektywie na dzieje Polaków i ich związku z katolicyzmem.

Katolickie korzenie polskości

Patrząc na odległą przeszłość narodów, popełnia się często błąd ahistoryzmu. Choćby mówiąc, że Polacy przyjęli chrzest w 966 r. Trzeba było jeszcze długo czekać na wykształcenie się poczucia polskości, która nadbudowała się nad różnorodnymi tożsamościami plemiennymi, regionalnymi czy stanowymi. Nie oznacza to jednak, że ta odległa przeszłość nie ma znaczenia. Choć naród pojawił się późno, to nie zjawił się w kulturowej próżni. Wykorzystał różnorodne tradycje i więzi etniczne oraz kulturowe. Tę szczególną ciągłość podkreśla w swojej teorii narodu Anthony D. Smith, który mówi w tym kontekście o „etniach”. Dotyczy to także tradycji przedchrześcijańskich, które na różne sposoby określiły kształt chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Chrześcijaństwo było w stanie się tak rozprzestrzenić m.in. dzięki temu, że przejmowało lokalne kulty i obyczaje, że dostosowywało się do świata życia chrystianizowanych „pogan”. Te „barbarzyńskie korzenie” Europy doskonale opisał Karol Modzelewski (Barbarzyńska Europa, Warszawa 2004).

Kluczowe znaczenie ma jednak czas kształtowania się nowoczesnych państw narodowych i narodów (były to procesy ściśle połączone). Jak wiadomo, Polacy w tym czasie znajdowali się pod zaborami, na które nie godziło się wiele warstw społecznych (nie zapominajmy, że dla wielu mieszkańców ziem polskich – w tym, np. ciężko pracujących chłopów – była to sprawa bez znaczenia). Choć oczywiście wcześniej także obserwowaliśmy wiązanie polskości z katolicyzmem, czego dobrym przykładem jest proklamowanie w 1656 r. przez Jana Kazimierza Matki Boskiej „królową Polski”. Państwa zaborcze postrzegane jako wrogie (co wzmocniły powstania i późniejsze represje) były widziane przez pryzmat dominującej religii: Rosja carów jako imperium prawosławne, zaś Prusy, a później Niemcy – jako państwa protestanckie (choć, jak wiadomo, odsetek katolików był znaczący). Różnica religijna stała się podstawą budowania granicy międzyetnicznej, tym bardziej że z czasem katolicyzm uległ polityzacji.

I tu trzeba podkreślić, jakie znaczenie dla procesów społecznych ma struktura organizacyjna danego Kościoła. Hierarchiczny Kościół katolicki z papieżem (nieomylnym od 1870 r.) postrzegano jako znaczącą siłę polityczną. Na jego tle Kościoły protestanckie były rozproszone i miały większe trudności z mobilizacją w skali europejskiej. Napięcia z tym związane doprowadziły do kulturkampfu, który w Polsce do dziś przez wielu jest traktowany jako program walki z polskością. Tymczasem polityka Ottona Bismarcka miała na celu integrację polityczną nowego narodu po zjednoczeniu Niemiec, a Kościół katolicki był postrzegany jako zagrożenie polityczne, a nie narodowe. Mimo to w świadomości polskich obywateli Prus (nie tylko z terenów zaborów – pamiętajmy, że Śląsk odpadł od Rzeczypospolitej znacznie wcześniej) doprowadziło to do powstania szczególnego kompleksu dyskursywnego, łączącego polskość, katolickość i romantyczny duch oporu. Podobnie w przypadku Rosji carskiej religia uległa szybko polityzacji. Polak jako katolik odróżniał się wyraźnie od narodów wrogich. 123 lata zmiennej polityki doprowadziły do głębokiego zakorzenienia się tego utożsamienia w polskiej świadomości zbiorowej.

Należy odróżnić tożsamość religijną od instytucjonalnych związków z Kościołem. Widać to zwłaszcza dziś, gdy osoby czujące się katolikami nie uczestniczą w obrzędach Kościoła. Instytucje Kościoła katolickiego zyskały na znaczeniu na skutek tego, że wiele struktur narodowych nie mogło funkcjonować. Kościoły pełne religijnej i narodowej symboliki pełniły ważną funkcję manifestowania tożsamości narodowej w przestrzeni publicznej. Zarazem instytucje Kościoła odpowiadały na różnorodne pozareligijne potrzeby, których z różnych powodów nie zaspokajały oficjalne instytucje państw zaborczych czy niesuwerennych polskich organizmów państwowych. To wiązało Polaków z Kościołem, a zarazem sprawiało, że w czasach gdy w niepodległych państwach narodowych kształtowała się nowoczesna świecka sfera publiczna, w Polsce zacierał się rozdział sakralnych i profanicznych wymiarów życia zbiorowego.

Wbrew różnym doktrynalnym sprzecznościom i napięciom również etos romantyczny połączył się ze światopoglądem katolickim, prowadząc do sakralizacji ofiary narodowej. Było to zresztą zrozumiałe – wspólnota narodowa wykrwawiała się w kolejnych przegranych powstaniach i wojnach. Romantyzm można zatem uznać za swoisty medykament, który leczył straumatyzowane społeczeństwo. Stawał się jednak również poglądem, który rozniecał kolejne straceńcze akcje zbrojne. Z punktu widzenia psychologii społecznej można by na to spojrzeć jak na sytuację konfliktu przewlekłego, który łączył Polaków z narodami państw zaborczych. W takim przypadku przekonania społeczne wzmacniają społeczeństwo w stawianiu czoła konfliktowi, ale zarazem – jak podkreśla izraelski psycholog Daniel Bar-Tal – stanowią inwestycję w konflikt, przedłużając jego trwanie. Etos romantyczny nie był tylko modą kawiarni intelektualnych. Był, co gorsza, potocznym światopoglądem w wielu warstwach, skłaniającym zbyt wielu Polaków do składania ofiary z własnego życia na ołtarzu ojczyzny i historii. Polacy nie tylko racjonalizowali swe klęski, odwołując się do wizji Winkelrieda narodów, ale mobilizowali do walki młodych.

Szczególne relacje łączyły i łączą Polaków z Żydami. Można mówić o historycznej walce o symboliczny status narodu wybranego i ofiary. Dwudziestolecie międzywojenne nasiliło ten proces – i nie chodzi tylko o endeków. Żydzi byli niejako Obcym konstytutywnym, pozwalającym na wskazanie głównych cech polskości. Polak był w wielu wymiarach nie-Żydem. Negatywnym stereotypom Żydów odpowiadały symetryczne pozytywne autostereotypy Polaków. Tę symboliczną rywalizację widać do dziś. Dobrym przykładem jest Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, w którym dochodziło do wielu walk na symbole i interpretację przeszłości (ze słynnym „krzyżem papieskim” na czele). Nie można w tym kontekście pominąć światopoglądów religijnych, które nakazywały odmiennie interpretować masową zbrodnię. Chrześcijanie postrzegają były obóz jako golgotę i wpisują ją łatwo w teodyceę. Dla Żydów jest to miejsce puste, w którym Jahwe opuścił swój naród wybrany. Warto w tym kontekście sięgnąć do pracy zbiorowej Holokaust a teodycea pod redakcją Jerzego Diatłowickiego, Karoliny Rąb i Iwony Sobieraj.

Co ważne, podstawowe znaczenie mają definicje, jakie przyjmują zwykli ludzie, a nie doktrynalne podobieństwo. Dobrym przykładem są Ukraińcy, powszechnie utożsamiani z grekokatolikami. Wschodni obrządek był i jest dla zwykłych Polaków wyraźnym znakiem obcości. Ukrainiec-grekokatolik staje się obcym. Narracja religijna łączy się z narodową. Ukraińcy obsadzeni są w roli kata, a wołyńscy czy galicyjscy Polacy w roli niewinnych ofiar. Sakralizowanie tej ofiary przychodzi łatwo, czerpiąc z bogatego uniwersum romantycznego czy też raczej postromantycznego.

Ani dwudziestoletnia niepodległość II Rzeczypospolitej, ani hekatomba II wojny światowej, ani okres Polskiej Republiki Ludowej nie doprowadziły do rozbicia tego uniwersum symbolicznego. W pewnym sensie PRL – paradoksalnie – zamroziła procesy sekularyzacyjne. Walka z Kościołem katolickim nie była tak skuteczna, jak w Niemieckiej Republice Demokratycznej czy w Czechosłowacji. Polityczny katolicyzm oraz instytucje Kościoła katolickiego okazały się dobrym oparciem dla opozycji, zwłaszcza w czasach Solidarności. Nauczanie hierarchów Kościoła (zwłaszcza kard. Stefana Wyszyńskiego), a później papieża Jana Pawła II doskonale reprodukowało dyskurs katolickiego narodu polskiego. Władze państwa polskiego przedstawiane były jako skrajnie ateistyczne (tak jak w dyskursie dwudziestolecia władze sowieckie), choć w praktyce w wielu wymiarach współpracowały z Kościołem katolickim, zaś wielu funkcjonariuszy uczestniczyło w obrzędach katolickich, choćby w ukryciu (wywożenie dzieci na chrzest lub bierzmowanie). Z pełną mocą ujawniło się to po 1989 r., gdy „postkomuniści” wspierali rozwiązania prawne wzmacniające polityczną siłę polskiego katolicyzmu.

Polska pogan

Jeśli przyjąć bardzo elitarne rozumienie przynależności do wspólnoty religijnej, to Polacy nie są katolikami, ale „poganami” – bardzo słabo znają doktrynę, nie stosują konsekwentnie w codziennym życiu zasad nauczanych przez Kościół, swobodnie włączają wartości, normy i praktyki należące do innych systemów religijnych lub wręcz myślenia magiczno-mitycznego kultur ludowych. W szczególności znajomość doktryny jest żenująco niska. Nieraz moi studenci wyrażali głębokie zdumienie, gdy przytaczałem im jakieś fakty z historii Kościoła, fragmenty żywotów świętych, opowieści biblijne czy dogmaty wiary. A już opowieść o obrączce, którą św. Katarzyna z Sieny w swej wizji dostała od Jezusa, odbierana bywała jako perwersyjna herezja. Można przekornie zauważyć, że sytuacja trochę przypomina średniowieczne chrześcijaństwo, gdy wierni niewiele wiedzieli o prawdach wiary.

Ponadto nawet ci, którzy deklarują regularne uczestnictwo w praktykach religijnych, nie stosują się w codziennym życiu do nakazów Kościoła katolickiego. Dla wielu doktryna to raczej rodzaj menu – mówią, że są wielbicielami danej kuchni, ale wybierają tylko pewne potrawy, do tego mało charakterystyczne dla wielbionej kultury kulinarnej. Jedynie co trzeci dorosły Polak (31%) uważa, że zasady moralne katolicyzmu są „najlepszą i wystarczającą moralnością”. Co czwarty natomiast (26%) stwierdza, że określone sytuacje życiowe wymagają weryfikacji katolickich zasad i uzupełnienia ich innymi normami. Ponad jedna trzecia badanych (36%) przyznaje słuszność większości zasad, jednak nie ze wszystkimi się zgadza, a do tego jest przekonana o ich niewystarczalności (Polacy wobec różnych religii i zasad moralnych katolicyzmu, CBOS 2006). Chyba najlepiej oddają to postawy dotyczące życia seksualnego. Mimo jednoznacznych zakazów i nakazów Kościoła katolickiego trzy czwarte Polaków dopuszcza stosowanie środków antykoncepcyjnych i współżycie seksualne przed ślubem.

Gdy porzucimy deklaracje, nawet tak nieprawomyślne jak wyżej opisane, a przyjrzymy się codziennym wyborom społeczeństwa w większości katolickiego, wniosek o „pogaństwie” staje się jeszcze bardziej zasadny. Choć badań kulturoznawczych na ten temat nie ma wiele, to często rzuca się w oczy, że zdeklarowany katolik rozwiązuje swe problemy jak jego średniowieczny przodek, korzystając z różnych „magicznych” recept. Modlitwa i spowiedź są płynnie łączone z poradami wróżek czy kolekcjonowaniem różnorakich pseudoreligijnych fetyszy (warto sięgnąć do niedawno wydanej pracy zbiorowej Praktykowanie tradycji w społeczeństwach posttradycyjnych). Tyle tylko że nie to jest najważniejsze. Samokategoryzacja ma znaczenie nawet wtedy, gdy nie dajemy swoimi czynami dowodów na przynależność do wspólnoty, z którą się utożsamiamy. Polskie uniwersum symboliczne jest pełne odwołań do katolicyzmu, nawet jeśli uproszczonych, a nawet chybionych. Dostarcza ono kodów, za pomocą których opisuje się rzeczywistość. Język nie jest poręcznym narzędziem, którym posługujemy się jak siekierą – w dobrych lub złych celach. To żywioł, który określa sposób naszego myślenia. Często język „mówi nami” – wypowiadamy co innego, niż planowaliśmy, poddając się rozpowszechnionym strategiom retorycznym, stylom narracji i powiązaniom toposów. Widać to wyraźnie w socjologicznej analizie dyskursu, która wiele uwagi poświęca reprodukowaniu takich kategorii społecznych jak narody.

W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że w dyskursie publicznym polska tożsamość narodowa reprodukowana jest z wykorzystaniem kilku „kompleksów dyskursywnych”, czyli powiązań między różnymi tematami, interpretacjami, opisami (przy czym ekspert – np. historyk – możne uznać te powiązania za błędne). Polska jest przedstawiana jako kraj katolicki, istotą polskości jest zaś katolicka religijność. Polacy to wielki, niedoceniany naród, wschodnie przedmurze „prawdziwego chrześcijaństwa” i cywilizacji. Historia Polaków nie zawiera ciemnych plam – obronną ręką wyszli z prób historii. Polska i Polacy od wieków byli zagrożeni przez sąsiadów ze wschodu i zachodu – dlatego antygermanizm i antyrosyjskość są „naturalnymi” postawami. Romantyczne bohaterstwo, nawet skrajnie nieracjonalne, wymaga kultu i pochwały. Te kompleksy nie pojawiają się oczywiście w każdej wypowiedzi, istnieje też bogate piśmiennictwo krytyczne, rewidujące polskie złudzenia narodowe (choćby urokliwe eseje Ludwika Stommy). Liczy się jednak skala masowa – dyskurs publiczny, który poprzez miękką „przemoc symboliczną” wpływa na nasze myśli i działania.

W tym sensie „Polak-katolik” jest ważnym kompleksem dyskursywnym. I nie jest ważne, jakie intencje przyświecają ludziom – ważne są efekty społeczne. Dyskurs narodowo-katolicki reprodukuje się nawet wtedy, gdy zdeklarowany katolik przeprowadzi aborcję lub popiera eutanazję. Nadal będzie o sobie myślał jako o Polaku-katoliku, choć „szczególne okoliczności” wymusiły na nim „drobną, pragmatyczną korektę” katolickich zasad moralnych. Tomasz Żukowski powiedział: „W Kanadzie, Hiszpanii i Irlandii kościoły opustoszały w ciągu dziesięciu, dwudziestu lat. Cała nadzieja w »pokoleniu JPII«. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że jest ono zainteresowane wszystkim oprócz katolicyzmu” (z wywiadu opublikowanego w głośnej książce Ojciec nieświęty. Krytyczne głosy o Janie Pawle II). I bez wątpienia ma sporo racji – w młodym pokoleniu procesy sekularyzacji i indywidualizacji są szczególnie nasilone. Zarazem jednak młodzież nie stworzyła w swej masie nowej narracji narodowej, nadal sięga do toposów tworzących dyskurs o polskim narodzie katolickim. Tak jak istnieje w Polsce antysemityzm bez Żydów, tak istnieją Polacy-katolicy bez „prawdziwych katolików”.

Dobrze widać to we współczesnych postawach wobec muzułmanów. Dziś coraz częściej islamofobia szerzy się, wykorzystując tradycyjne strategie dyskursu polsko- -katolickiego. Współcześnie Polacy w większości uznają relacje między Kościołem katolickim a innymi wyznaniami za dobre – według badań CBOS z 2012 r. 58% respondentów ocenia tak relacje z prawosławiem, 42% – z protestantyzmem, 29% – z judaizmem. Wyjątkiem są stosunki z islamem – w tym przypadku przeważają osoby uznające te relacje za złe (46% respondentów). Niska wiedza o zróżnicowaniu islamu czy o podziałach etnicznych muzułmanów, w tym o specyficznym islamie polskich Tatarów, nie przeszkadza, a wręcz pomaga w tym, aby z muzułmanina czynić stopniowo nowego Obcego konstytutywnego. Co ciekawe, wykorzystuje się wiele strategii dyskursywnych, które wcześniej uderzały w Żydów. Żydzi porywali chrześcijańskie dzieci, aby wytoczyć z nich krew niezbędną do wyrobu macy (o sile tego mitu przekonuje nas choćby Joanna Tokarska-Bakir w książce Legendy o krwi), zaś muzułmanie molestują nieletnie dziewczynki. W erze paniki moralnej związanej z pedofilią jest to bardzo wpływowy dyskurs służący dehumanizacji obcego. Tak jak niektórzy badacze mówią o „judaizacji geja” w polskim dyskursie publicznym, tak można powiedzieć o „judaizacji muzułmanina”. Zwłaszcza w sytuacjach konfliktu ludzie szukają semantycznych fundamentów, aby poczuć się pewniej. Widać to także w folklorze internetowym, który sięga do antyislamskiego dyskursu Rzeczypospolitej uwikłanej w wojny ze światem islamu.

Katolickie kategoryzacje, wyobrażenia, obyczaje określają polską normalność. Nawet gdy głęboki religijny ich sens nie jest już znany, pozostają gesty i rytuały, które angażują znaczące emocje. Widać to było w sporze o ubój rytualny. Dyskusja ekonomiczna (że zakaz uboju uderzy w dochodowy polski eksport) zeszła na drugi plan wobec głosów oburzonych na to „żydowsko-muzułmańskie barbarzyństwo”. Na co dzień wyśmiewany dyskurs ekologiczny tym razem został wykorzystany przez wielu konserwatystów do ataku na symbolicznego wroga. Jednocześnie oburzający się na ubój rytualny rzadko na co dzień angażują się w obronę zarzynanych masowo na święta karpi.

Dyskurs religijny, jak pokazuje historia, służył uzasadnienieniu sprzecznych działań. W imię katolicyzmu dopuszczano się masowych morderstw, w tym ludobójstwa (jak w Niezależnym Państwie Chorwackim czy Słowacji ks. Jozefa Tiso), jak również ryzykowano życiem własnym i rodziny, aby ratować niewinne ofiary. Tak jest i dzisiaj. Praktyczna sekularyzacja i indywidualizacja w wymiarze życia codziennego nie oznacza automatycznie rewolucji w sferze deklarowanych wartości ani autonarracji tożsamościowej. Dyskurs narodowo-katolicki – pełen symboli o wielkiej sile – jest zdolny do mobilizowania skuteczniej niż wiele możliwych narracji, takich jak te odwołujące się do tożsamości europejskiej.

Polityczny katolicyzm

Nie można także pominąć siły Kościoła katolickiego. Instytucja ta wyszła silna z czasów PRL, a potem skutecznie wcielała w życie strategie, które stanowiły wcześniej o jej miejscu w przestrzeni publicznej II Rzeczypospolitej. Pomimo zróżnicowania, a nawet skonfliktowania wielu odłamów polskiego Kościoła katolickiego, w tym zakresie istniał i istnieje daleko idący konsens. W tej perspektywie zupełnie zrozumiały jest głos przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Stanisława Gądeckiego: „Kościół winien być duszą państwa. Bez duchowych wartości, jakie przynosi, ciało państwa obumiera. To są dwie instytucje zdane na siebie”.

Zwrot majątków i nadawanie nowych, korzystne rozwiązania prawne, w tym podpisanie konkordatu, mechanizmy stałego wsparcia z budżetu państwa, wprowadzenie lekcji religii do szkół – i wiele innych rozwiązań – sprawiają, że istnieje silna baza instytucjonalna dla katolików, w tym dla tych, którzy – z przekonania czy z cynizmu – obecni są w świecie polityki. Na szczególnie uprzywilejowaną pozycję Kościoła katolickiego wskazuje wiele innych Kościołów i związków wyznaniowych, które twierdzą, że łamana jest konstytucyjna zasada ich równości. Szczególnym przypisem do tego sporu jest sprawa rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, którego przedstawiciele podkreślają, że – inaczej niż w przypadku innych Kościołów – państwo oceniało ich doktrynę. Gęsta sieć powiązanych z Kościołem katolickim stowarzyszeń, fundacji, domów pomocy ułatwia pozostawanie katolikiem w sytuacji, gdy straciło się wiarę.

Katolicyzm pozostał jednak ważnym punktem odniesienia dla polityków. I nie chodzi tylko o przyjaciół „Ojca dyrektora” i członków fundamentalistycznych partii. Dyskurs narodowo-katolicki określa to, co „normalne” w polu politycznym, konsens partii, które nie mają odwagi wystąpić z rozwiązaniami, z jakimi nie godzą się hierarchowie. O sile tej cichej zgody (doksy pola politycznego, jakby powiedział Pierre Bourdieu) przekonuje reakcja na sukces partii Janusza Palikota. Podobnie świadczą o tym reakcje na doniesienia o molestowaniu dzieci przez księży – Kościół katolicki jest w Polsce krytykowany w stopniu bez porównania mniejszym niż choćby w katolickiej Irlandii. Wystarczy przeczytać głośną książkę Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią autorstwa holenderskiego dziennikarza Ekke Overbeeka.

Nie znaczy to, że nie szerzą się różnorodne alternatywne, krytyczne dyskursy, które forsują odmienną wizję polskości. Co charakterystyczne, bardzo często są one przede wszystkim antyklerykalne i za cel stawiają sobie walkę z politycznym katolicyzmem. To na nich opierał się w znacznej mierze sukces partii Janusza Palikota. W przypadku nowych narracji tożsamościowych wysiłek krytyczny koncentruje się na ukazywaniu znaczenia Obcych konstytutywnych dla tradycyjnej formuły polskiej tożsamości narodowej. Sporo napisano o pełnych napięcia relacjach katolicyzmu i judaizmu oraz Polaków i Żydów. Szczególnie ciekawe są głosy środowiska „Krytyki Politycznej” czy Archiwum Etnograficznego. Brakuje jednak spójnych, pozytywnych propozycji. Jeśli już są, cieszą się znikomą popularnością. Przykładem może być tożsamość europejska. Jak pokazują badania CBOS (2014) tylko nieliczni respondenci (3%) przedkładają tożsamość europejską nad autoidentyfikację narodową lub czują się wyłącznie Europejczykami.

Polak-katolik

Figura Polaka-katolika ma się zatem bardzo dobrze. I nie decydują o tym deklaracje respondentów, które każą niektórym kwestionować występowanie w Polsce procesu sekularyzacji, ani też nieufność do badań pokazujących, że na poziomie codziennych praktyk Polacy rzadko kierują się konsekwentnie zasadami katolickiej doktryny. To głęboko zakorzenione strategie dyskursywne sprawiają, że wraz z reprodukcją narodu polskiego jako specyficznej wspólnoty wyobrażonej odnawia się wizja katolicyzmu jako jądra polskości. Nawet jeśli nie dotyczy to każdego obywatela, to ujawnia się jako prawidłowość na poziomie zbiorowości, co pokazują socjologiczne badania dyskursu publicznego. Przyjdzie nam jeszcze poczekać na rozprzestrzenienie się takiej narracji o narodzie polskim, która katolicyzm zbywa milczeniem.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata