70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ile Polaka w katoliku?

„Staję przed wami jako pierwszy prezydent Polski wybrany bezpośrednio przez cały naród. Z tą chwilą zaczyna się uroczyście III Rzeczpospolita Polska” – mówił Lech Wałęsa w przemówieniu wygłoszonym 22 grudnia 1990 r. podczas uroczystości zaprzysiężenia.

Wydarzeniu temu towarzyszyło przekazanie insygniów władzy II Rzeczypospolitej przez prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego. Wówczas po raz pierwszy został użyty termin III RP, choć początki III Rzeczypospolitej lokować należałoby wcześniej, w dniu wyborów 4 czerwca. Wszak Narodowe Święto Niepodległości zostało przywrócone przez Sejm PRL ustawą z 15 lutego 1989 r., w okresie obrad Okrągłego Stołu poprzedzających wspomniane wybory do Sejmu i Senatu. Od kilku lat obchody 11 listopada stają się pretekstem do demonstracji środowisk odwołujących się do międzywojennej retoryki narodowościowej. Marsz Niepodległości, który przechodzi ulicami Warszawy, skupia m.in. Obóz Narodowo-Radykalny, Blood & Honour czy Młodzież Wszechpolską. To wywołuje naturalną potrzebę reakcji, szczególnie ze strony Porozumienia 11 listopada, skupiającego organizacje, projekty i środowiska połączone sprzeciwem wobec odradzających się współcześnie form wykluczania i dyskryminacji ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie czy wyznawaną religię lub światopogląd.

Odwołanie do dziedzictwa II RP, jako znaku własnoręcznie wywalczonej i odbudowywanej polskości, w chwili ustrojowego przełomu było czymś zrozumiałym i koniecznym. Nie możemy jednak przy tym zapominać, że na to dziedzictwo składają się także nierozstrzygnięte dylematy. Jednym z ważniejszych wyzwań, z jakimi mierzyło się społeczeństwo polskie doby międzywojennej, była sprawa wielonarodowości, której myśl polityczna tamtych czasów nie potrafiła sprostać. Kwestii tej poświęciłam wakacyjny edytorial zapowiadający temat o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz przypominający ważne numery miesięcznika dotyczące konfliktów pamięci w Polsce. Możliwe, że część z tych, którzy dziś odwołują się do minionych tradycji, kieruje się nie pragnieniem budowania poczucia ciągłości polskiej historii, ale instrumentalnie odwołuje się do przeszłości w celu realizacji dzisiejszych interesów.

Dlatego listopadowy temat miesiąca poświęciliśmy figurze Polaka-katolika, będącej jednym z najtrwalszych nośników definicji polskości. „Polaka-katolika – pisze Marta Duch-Dyngosz w tekście otwierającym– postrzega się jako monolityczną i niezmienną w czasie tożsamość. Krytycy tej figury twierdzą, że trzyma ona w garści dyskurs publiczny w Polsce, zwolennicy ubolewają, że jej pozycja wciąż jest podkopywana przez jej wrogów –»lewaków«”. Dlatego warto postawić pytanie o siłę tej figury. Jak wiele osób utożsamia się z tą tradycją? Czy można mówić o rozluźnianiu związków Kościoła z narodem we współczesnej Polsce?

W świadomości społecznej Polaków Kościół katolicki był jedyną instytucją, która w warunkach ograniczonej wolności utożsamiała ciągłość polskości. W chwili ustrojowego przełomu Kościół nie musiał odzyskiwać zaufania społecznego. Jednym ze źródeł jego siły były funkcje zastępcze, wypełnianie w okresach zniewolenia lub niepełnej suwerenności narodowej. Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie opisywał polski katolicyzm jako światopogląd dla którego konstytutywne były zobowiązania o charakterze zbiorowym (wobec Kościoła, ojczyzny, narodu), nierzadko kosztem obojętności na indywidualne odniesienia i trud pogłębiania własnej wiary. Tak rozumiana religia jest niestety bardzo nieodporna na różne formy ideologizacji. Jakimi ludźmi czyni nas zatem nasza „polskość”? Jakimi ludźmi czyni nas nasza „katolickość”? Jakim przemianom podlegają one we wzajemnej interakcji?

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter