70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nikt z nich nie stał się cynikiem

Pewien rodzaj wyniesionej z ruchu hippies otwartości, serdeczności, umiejętność nawiązania z ludźmi emocjonalnej więzi bardzo w fachu wydawcy pomagają. Dzięki temu łatwiej przełamuje się lody, relacje stają się mniej formalne.

Na Pana nową książkę składają się rozmowy z wieloma wybitnymi twórcami. Wie Pan, jakie zdanie najbardziej zapadło mi w pamięć? „Człowiek wolny różni się od człowieka zniewolonego właśnie tym, że w przypadku katastrofy, niepowodzenia, klęski, nigdy nie obwinia okoliczności, kogoś innego, władzy – on obwinia samego siebie” – to powiedział Josif Brodski.

Mówił też o tym, że zesłanie było właściwie jednym z najszczęśliwszych okresów jego życia, bo wstawał o świcie i robił to, co większość mieszkańców jego kraju. Niebywałe było to jego ciągłe unikanie martyrologicznej roli, której od niego oczekiwano. Ja także głupawo go pytałem o takie rzeczy: jak się wytrzymuje taki proces, napór wrogiego tłumu, psychuszki, zesłanie, emigrację. On to wszystko nie tyle bagatelizował i demitologizował, pozbawiał męczeńskiego zabarwienia, kwitował stwierdzeniem: „byłem wtedy młodym człowiekiem i było mi to wszystko łatwiej znieść (…), gdyby to miało miejsce dzisiaj, nie wytrzymałbym tego na pewno”. O emigracji mówił, że jest to jedynie przesunięcie w przestrzeni, że ma się to samo życie i tyle samo do zrobienia; interesuje go tylko napisanie jak najlepszego wiersza. To jest przykład pięknej wewnętrznej wolności, godności i odwagi.

To było w nim wspaniałe, że wyraźnie odżegnywał się od roli autorytetu, w którą wielu chciało go wtłoczyć.

Nie interesowała go rola autorytetu – podobnie jak rola dysydenta czy ofiary systemu. Nie interesował go system, w którym przyszło mu żyć. Nie chciał być antysowiecki – ani oczywiście prosowiecki – ale asowiecki. Zależało mu jedynie na tym, żeby pisać, tłumaczyć, być wolnym artystą – tyle że system totalitarny takich postaw nie toleruje. W jego wypadku desintéressement wobec wymogów tego systemu zakończyło się procesem, oskarżeniem o pasożytnictwo i zesłaniem na roboty pod Archangielsk, a w końcu wygnaniem z ojczyzny. Jako twórca Brodski siłą rzeczy podlegał obowiązującym w tamtej rzeczywistości regułom – choćby je chciał ignorować – ale wewnętrznie pozostał człowiekiem wolnym. Jest takie cudowne zdjęcie zrobione Brodskiemu w młodości na jakimś prowincjonalnym lotnisku. Przedstawia człowieka kompletnie ogołoconego, któremu niczego już nie można odebrać. On jest totalnie wolny, można go tylko zabić.

W wielu rozmowach – z Brodskim, Venclovą, Gorbaniewską, Ratajczakową – powraca temat Rosji.

Brodski miał niezwykły dar myślenia dialektycznego, dostrzegania w każdej sytuacji zaskakującej, paradoksalnej drugiej strony zagadnienia. Kiedy mowa jest o łagrach i milionach ofiar, zauważa, że skoro były miliony ofiar, to musiały też być miliony oprawców. Szczególnie zapadają w pamięć jego słowa – cenzura mi je zresztą w „Tygodniku Powszechnym” wycięła – że „żaden kraj nie doprowadził sztuki niszczenia dusz swoich obywateli do takiej perfekcji jak Rosja”. Ludzie tacy jak Gorbaniewska, która w gronie siedmiu osób wychodzi na plac Czerwony, żeby z małym dzieckiem w wózku zaprotestować przeciwko inwazji na Czechosłowację (wysłali ją potem na przymusowe leczenie do szpitala psychiatrycznego), to byli heroiczni straceńcy. Mieli odwagę – dla nas dzisiaj chyba niewyobrażalną – stawić czoła tak potwornemu systemowi. Nie było wątpliwości, że w konfrontacji z nim nie mieli żadnych szans, ale właśnie dzięki takim ludziom jak Sacharow, Gorbaniewska czy Sołżenicyn ten ustrój kruszał. Stenogram z procesu Brodskiego przedostał się na Zachód i jego słynna odpowiedź na pytanie, kto mu dał zaświadczenie, że jest poetą: „Myślę, że to od Boga” stały się najważniejszym bodaj w XX w. świadectwem roli, jaką może odgrywać poeta, samotnie przeciwstawiający się totalitarnej machinie przemocy.

Ale jest też inna, głębsza strona Rosji – rosyjskość, z której wszyscy ci pisarze czerpali, o niej też jest w tych rozmowach.

Tak jest chyba zresztą i dzisiaj. Widzimy, co robi Putin: łamanie praw człowieka, poddanie społeczeństwa – co gorsza, skuteczne – ogłupiającej propagandzie, żerowanie na narodowych kompleksach i podsycanie imperialnych aspiracji. Prymitywny populizm przynosi rezultaty i zapewnia tej władzy trwanie. Zawsze mówiło się jednak, że istnieje ta cieniutka warstewka wspaniałej rosyjskiej inteligencji, która przechowuje wartości i ocala Rosję przed kompletnym zglajszachtowaniem. Pojawiały się głosy myślicieli takich jak Hercen, które uzmysławiały moralną nieprawość poczynań władzy. System robił wszystko, żeby zniszczyć tych, którzy mieli dostateczną przenikliwość i odwagę, żeby mu się przeciwstawić, chciał zgasić ducha oporu, jeśli się gdziekolwiek tlił. I Brodski podkreślał w swojej mowie noblowskiej – do czego też nawiązują Gorbaniewska czy Venclova w naszych rozmowach – że powinnością ich generacji było sklejanie tych rozbitych szczątków, ocalanie poczucia przynależności do kultury europejskiej, ciągłości tradycji srebrnego wieku w poezji rosyjskiej, szczytowych osiągnięć z początku XX w.: Biełego, Błoka, Jesienina, potem Cwietajewej. To była misja, której oni nie mieli na sztandarach, nie głosili jej jako programu, ale starali się ją, jak umieli, realizować swoją twórczością i swoim życiem. Odtwarzali tkankę życia kulturalnego, organizowali słynne niezależne wieczorki poetyckie, gdzie recytowali swoją poezję z pamięci, bo przechowywanie wierszy na papierze było ryzykowne.

Same te spotkania też bywały zresztą ryzykowne.

Zgadza się. Nie dziwię się Zofii Ratajczakowej, że wspomina te wieczory z takim uniesieniem, to naprawdę musiało być uczestniczenie w czymś niezwykłym. Toutes proportions gardées, przypomina mi się przygoda, jaką było zorganizowanie w 1986 r. u mnie w mieszkaniu międzynarodowego sympozjum o twórczości Kundery, na które przybył Francesco Cataluccio z Mediolanu, prof. Lars Kleberg ze Sztokholmu, Roman Zimand z doktorantami Marii Janion z IBL-u, najwybitniejsi polscy bohemiści: Jacek Baluch, Andrzej Jagodziński, Jan Stachowski. Sympozjum trwało dwa dni, wygłoszono 13 referatów, odbyła się fascynująca dyskusja, materiały wydano później w Londynie w formie książki. Mieliśmy świadomość uczestniczenia w prawdziwej przygodzie nie tylko intelektualnej, ale i duchowej. Było morze alkoholu, którego nikt nie tknął, okazał się zupełnie niepotrzebny. Obserwowała nas ubecja, w samochodzie pod oknami mieszkania siedzieli panowie w sportowych kurteczkach – to dawało temu wszystkiemu nieprawdopodobny posmak, rodzaj ekscytacji, uniesienia, niedostępnych inaczej emocji. Myślę, że trudno sobie wyobrazić tego ducha niezależnych spotkań w społeczeństwie demokratycznym, gdzie wszystko wolno i w związku z tym nic nie jest specjalnie kuszące.

Wróćmy jednak do Pańskiej książki. Dlaczego wybrał Pan do niej właśnie te rozmowy?

Pomysł nie był mój, tylko koleżeństwa z redakcji, które postanowiło uczcić w ten sposób jubileusz 55-lecia Znaku. Miałem niebywałe szczęście spotkać w ciągu 30 lat mojej pracy w wydawnictwie wielu wspaniałych ludzi. Zdecydowaliśmy się wybrać do zbioru te rozmowy, które mogą się wydać dzisiejszemu czytelnikowi ciekawe. Okazało się, że dzięki moim podróżom, wyprawom do Kalifornii czy Sztokholmu, gdzie byłem trzykrotnie na uroczystościach noblowskich, tych rozmów nazbierało się sporo. Oczywiście nie wszystkie znalazły się w tej książce – np. w Sztokholmie udało mi się spotkać m.in. z Antoninem Liehmem, Jurijem Lubimowem czy Susan Sontag. Dziś sam się sobie dziwię, że starczyło mi odwagi, żeby zabiegać o rozmowę z niektórymi z nich. Najlepszym przykładem jest Andriej Tarkowski.

Proszę o tym opowiedzieć.

Kiedy Tarkowski kręcił Ofiarowanie – jak miało się okazać, ostatni swój film – przebywałem akurat w Sztokholmie. To był od zawsze mój ukochany reżyser. W jednym ze sztokholmskich kin odbywała się retrospektywa jego filmów i kiedy dowiedziałem się, że kończy się ona spotkaniem z reżyserem, niesłychanie mnie to zelektryzowało. Cudem dostałem się na widownię, ale spotkanie okazało się wielkim nieporozumieniem. Tarkowski był mistykiem, człowiekiem o głębokiej duchowości, mówił kompletnie innym językiem niż ludzie Zachodu, dziennikarze prowadzący debatę z nim pytali go o jakieś głupoty, co strasznie go irytowało.

Rozczarowany tym spotkaniem zacząłem uruchamiać swoje sztokholmskie kontakty, żeby spotkać się z Tarkowskim osobiście, ale wydawało się, że nie ma na to szans – pracował nad filmem, był chroniony przez cały sztab współpracowników. I nagle kilka dni przed moim wyjazdem, o 10 wieczorem dzwoni telefon: „Pan chciał się widzieć z Andriejem Tarkowskim?”. Dopiero wówczas zdałem sobie sprawę z tego, na co się porywam. Nazajutrz pojechałem na spotkanie wspólnie z moim przyjacielem Leonardem Neugerem. Według ustaleń na rozmowę mieliśmy niewiele czasu, ale ostatecznie powstał czterogodzinny zapis, nagrany częściowo w mieszkaniu Tarkowskiego, do którego przenieśliśmy się z budynku telewizji. Tarkowski był w tym czasie banitą i znajdował się na indeksie, więc taśmy z nagraną rozmową wiozłem potem do Polski podpisane: Bob Dylan, Leonard Cohen. Żeby nie ryzykować utracenia ich w czasie rewizji, przepisywałem je w willi mojej przyjaciółki. Za jakiś czas wykryto u niego, niestety, raka płuc, niedługo potem zmarł. Ten wywiad – ostatni tak duży wywiad, jakiego udzielił – stał się w pewnym sensie jego testamentem i był tłumaczony na wiele języków. Nie umieściłem go w książce, bo jest znacznie dłuższy od pozostałych i zachwiałby proporcje. Myślę jednak, że jest to jedna z najważniejszych rozmów, jakie udało mi się przeprowadzić. Tarkowski wiele mówił o swoim życiu, rodzinie, o Rosji i kłopotach, jakie miały tam jego filmy.

W Sztokholmie przeprowadził Pan także rozmowy z Brodskim, Venclovą, Gorbaniewską…

Kiedy przyjechałem do Sztokholmu na uroczystość wręczenia Nagrody Nobla Josifowi Brodskiemu, byłem już po rozmowie z jego przyjaciółką z lat leningradzkich Zofią Ratajczakową, która potrafiła cudownie opowiadać o nim i o jego środowisku, świecie jego młodości, dzięki czemu miałem poczucie, że jadę spotkać dobrego znajomego. Nobliści w czasie szalenie intensywnego sztokholmskiego tygodnia mają przydzielonych attaché, którzy ustalają m.in. terminy wywiadów i czuwają nad precyzyjnym realizowaniem programu. Tymczasem ja zostałem wprowadzony do apartamentu Brodskiego przez Tomasa Venclovę i umówiłem się z nim poza całym tym protokołem, rozwalając plany jakiejś australijskiej czy austriackiej telewizji. Przeprowadziłem wtedy także rozmowy z gośćmi i przyjaciółmi Brodskiego: Tomasem Venclovą i Natalią Gorbaniewską. Sam się dziś dziwię swojemu tupetowi… Czytane teraz razem rozmowy te układają się w konstelację, która – jak Pani słusznie zauważyła – sporo mówi o Rosji, ale też o tych pięknych, wolnych wewnętrznie ludziach.

A także o literaturze.

O literaturze, o jej misji, o roli pisarza… Dla mnie równie ważny był jednak czysto ludzki kontakt z tymi niezwykłymi twórcami. Pamiętam późniejsze odwiedziny u Natalii Gorbaniewskiej w Paryżu. W tym francuskim wymuskanym świecie wszedłem raptem do takiej małej Azji. Jej mieszkanie było nieprawdopodobnie zagracone, ale to było kompletnie nieistotne. Liczyło się to, jak ona mnie przyjęła, jak zatroszczyła się, czy nie jestem głodny. Było w tym tyle ciepła, serdeczności… Nie zwracało się uwagi, czy stąpa się po dywanie, czy wszystko naokoło jest odpicowane, czy wiszą wykrochmalone firanki. Ważny był człowiek i to, co miało się sobie do powiedzenia, liczyła się radość z rozmowy.

To chyba dobry moment, by powiedzieć, jak ja pojmuję bycie wydawcą. Dla mnie profesja ta nie sprowadza się do zawierania kontraktów, negocjowania warunków, ustalania wysokości zaliczek itd. – ona polega na kontakcie z człowiekiem, na – jakkolwiek banalnie by to brzmiało – ciekawości tego człowieka. Taki kontakt otwierał możliwość zawarcia nowej, ciekawej znajomości, która czasem przeobrażać się mogła w przyjaźń. Nigdy bym się nie ośmielił powiedzieć, że byłem przyjacielem Miłosza, ale wiem, że obdarzał mnie sympatią i zaufaniem, ponieważ doceniał zaangażowanie, jakie wkładałem w przygotowanie jego książek. Wiedział, że jestem temu oddany i zrobię wszystko, żeby te książki były wydane jak najstaranniej. Myślę, że bez tej pasji, miłości i zaangażowania nie odnosi się sukcesów.

Zaufanie takich twórców jak Szymborska niełatwo jest zdobyć. Czy zawsze potrafił Pan wyczuć, gdzie jest ta granica, której nie należy przekraczać?

Każda z tych osób jest jakąś tajemnicą. Chodzi o pewien rodzaj lojalności. Jak się już znało bliżej Wisławę Szymborską, to się doskonale wiedziało, że o pewne rzeczy nie należy pytać, że w ogóle nie należy być wścibskim, trzeba szanować jej potrzebę prywatności i dyskrecji. Wiedziałem np., że ona nie cierpi rozmów o poezji, tajnikach warsztatu, pisaniu.

To dotyczy zresztą nie tylko wielkich twórców – w ogóle w kontaktach międzyludzkich potrzebna jest intuicja i minimum kultury, które mówi ci, jakich granic nie należy przekraczać. Pamiętam pytanie, które zadałem Brodskiemu: „Jakie znaczenie ma dla Pana fakt, że jest Pan Żydem?”. W momencie kiedy sam usłyszałem, jak zadaję to pytanie, uświadomiłem sobie, jak ryzykownie i obcesowo ono zabrzmiało. A Brodski, otwarty i rozluźniony, odpowiedział: „Jestem absolutnym, stuprocentowym Żydem, tzn. według mnie bardziej być Żydem, aniżeli ja jestem, nie można”. Po czym cierpliwie wytłumaczył, że nie takie klasyfikacje są ważne, ale to, czy jest się uczciwym, odważnym człowiekiem. Obcowanie z takimi ludźmi, nawet krótka rozmowa, to okazja do wielkiej lekcji – odwagi, klasy, myślenia wolnego od schematów i uprzedzeń. 

Mówiliśmy o Rosji, ale na mapę miejsc istotnych w Pana rozmowach składają się jeszcze inne obszary, choćby Stany Zjednoczone i Kalifornia.

Kalifornia to miejsce, które zawsze mnie jako hippisa fascynowało. Pytano mnie kiedyś, jak to się stało, że hippis i ktoś bliski buddyzmowi kieruje katolickim wydawnictwem, a ja sobie wtedy pomyślałem, że właściwie pewien rodzaj wyniesionej z ruchu hippies otwartości, serdeczności, umiejętność nawiązania z ludźmi emocjonalnej więzi bardzo w tym fachu pomagają. Dzięki temu łatwiej przełamuje się lody, relacje stają się mniej formalne. Stwarza to – jak powiedziałem – szanse jeśli nie na przyjaźń, to przynajmniej na ciekawą znajomość. Do Kalifornii trafiłem po raz pierwszy dosyć późno, bo dopiero w roku 1993, kiedy okres hippisowskiego Sturm und Drang dawno już przeminął. W butikach wyprzedawano legendę ruchu, pamiątki po wszystkich hippisowskich świętych, pacyfy, T-shirty z Jerrym Garcią itp.

Czy udało się tam Panu natknąć jeszcze na hippisowskiego ducha?

Widywałem tam weteranów ruchu, w ich oczach można jeszcze dostrzec tego ducha. Nie biorą udziału w wyścigu szczurów, mieszkają w wędrownych vanach, z własnego wyboru są na marginesie, na aucie. Często są niestety wyniszczeni przez narkotyki. System ich wypluł, odpadli, ale są wolni. Myślę, że można tam jeszcze natrafić na prawdziwe komuny, w których ci ludzie starają się żyć zgodnie ze swoimi ideałami. Oczywiście najpiękniejsze nawet ruchy – miałem możność obserwowania tego w Polsce – bardzo szybko oblepiają się jakimś gównem, przyłączają się do nich różni cwaniacy, żeby na nich pasożytować. Pamiętam atmosferę, jaka panowała na naszych pierwszych zlotach hippisowskich w 1968 r. – w tej wspólnocie było coś czystego i autentycznego. Może było w tym dużo naiwności i idealizmu, ale myśmy się czuli niczym grupa pierwszych chrześcijan. Potem duch ten gdzieś się ulotnił. W Kalifornii także ruch hippies stosunkowo szybko zdegenerował się i zatracił pierwotny charakter. Ale dla starego hippisa podróż do San Francisco i Haight Ashbury była czymś w rodzaju pielgrzymki do źródeł, ciekaw byłem tego fenomenu. Bliski był mi panujący w Kalifornii duch wolności, pewnego nonkonformizmu, nonszalancji, obyczajowego luzu. To fascynujące, kolorowe miejsce – ale także kraj niezwykłych krajobrazów, dzikiej przyrody z jednej strony, z drugiej zaś, cywilizacyjnej energii, Krzemowej Doliny, legendy Hollywood i Dzikiego Zachodu.

Oczywiście ten fenomen jest dużo bardziej skomplikowany, zajmująco opowiadali mi o nim rodowici Kalifornijczycy: Robert Hass i Leonard Nathan, a także Czesław Miłosz, który mieszkał tam 40 lat. Wiele się można było od nich dowiedzieć o czołowych postaciach kalifornijskiego życia literackiego: Robinsonie Jeffersie, Kennecie Rexrocie, beatnikach – byłem tego wszystkiego bardzo ciekaw. Ogromnie pomógł mi Miłosz. Zaraz po moim przyjeździe zorganizowali ze swoją żoną Carol przyjęcie, na które zaprosili ok. 20 osób: poetów, wydawców, krytyków. Dzięki temu udało mi się uzyskać niezwykle ciekawe materiały do kalifornijskiego numeru „NaGłosu”, który wtedy przygotowywałem. To były nierzadko fascynujące spotkania i początek wspaniałych przyjaźni, m.in. z poetką i buddystką Jane Hirshfield.

Pana amerykańscy rozmówcy – Jane Hirshfield, Robert Hass, Richard Lourie – potrafili też bardzo ciekawie mówić o fenomenie polskiej poezji. Jak Pan myśli, co ich w twórczości polskich autorów szczególnie poruszyło?

Wszyscy oni mówili o tym, jak oddziałała na amerykańską poezję ich pokolenia wydana w roku 1965 antologia Miłosza Postwar Polish Poetry. Wiersze Herberta, Różewicza, Szymborskiej i samego Miłosza uzmysłowiły im, że poezja nie musi ograniczać się do płaczliwych lirycznych wyznań i użalania nad sobą, ale może mierzyć się ze sprawami najważniejszymi: historią, zagadnieniami egzystencjalnymi, eschatologicznymi, może mówić o sensie istnienia, a jednocześnie być autoironiczna, operować paradoksem, anegdotą, koncentrować się na uważnym obserwowaniu rzeczywistości. Polska szkoła poetycka była w Ameryce odkryciem, później zaznaczył się wpływ wyraziście istniejącego w tamtejszym krajobrazie poetyckim Miłosza – już nie jako autora Zniewolonego umysłu, ale kolejnych tomów wierszy, po obszerne New and Collected Poems i antologię A Book of Luminous Things.

Z Kalifornii przenieśmy się na Śląsk. Osobne miejsce zajmuje bowiem w Pańskich Rozmowach śląskość.

O Śląsku kapitalnie opowiada Joanna Helander. Pochodząca z Rudy Śląskiej świetna fotografka, autorka filmów dokumentalnych, od wielu lat żyje w Szwecji, gdzie wyemigrowała po tym, jak trafiła do więzienia za powieszenie w akademiku plakatu w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację. Jej prawda o Śląsku zawarta zostaje czasem w zaskakujących obserwacjach – kiedy np. mówi o języku i o tym, że w gwarze śląskiej nie powstała wielka literatura, bo gwara ta to przede wszystkim język mówiony. Ona sama nigdy nie wypowiedziałaby słów takich jak „kocham cię”, to by dla niej było sztuczne, brzmiało jak jakaś kiepska literatura. Oni mówią w Rudzie Śląskiej „jo ci przaja” (ja ci sprzyjam). Z kolei Kazimierz Kutz zachwyca tą swoją dosadną rubasznością, w jego ustach najgorsze przekleństwa nie rażą, a brzmią malowniczo, jemu to uchodzi, nawet damy się wcale nie rumienią, bo wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że to jest Kazio Kutz i na tym polega jego urok i wdzięk.

Kiedy próbuję znaleźć jakąś wspólną cechę, która łączy Pańskich rozmówców, przychodzi mi na myśl fakt, że w niesprzyjających okolicznościach oni stawiali opór.

To prawda. No właśnie, wracamy do tego rozrzedzonego dziś powietrza, które nie stawia oporu i nie daje żadnej satysfakcji – bo jednak dostarcza satysfakcji duchowy wysiłek zmagania się z przeciwieństwami, ograniczeniami. Ale może się okazać, że dla młodego pokolenia historie tych ludzi, ich walka i cena, jaką płacili za wierność sobie – wszystko to będą sprawy odległe i obce, kompletnie niezrozumiałe, jak z jakiejś Atlantydy, której już nie ma.

Brodski z właściwą sobie przenikliwością pisał o tym, że los, jaki przypadł w udziale mieszkańcom Europy Wschodniej i Rosji, łatwo może prowadzić do cynizmu. „Jeśli chodzi o mnie, to myślę, iż udało mi się nie zmienić w cynika. To wszystko” – mówi. Myślę, że to kolejna rzecz, która łączy bohaterów Pana książki.

To bardzo trafna obserwacja, bo o każdym z nich – tak jak się im teraz przyglądam, całej galerii tych 14 rozmówców – mógłbym powiedzieć, że na pewno nie stał się cynikiem.

Wszystkich ich charakteryzuje wewnętrzna uczciwość.

Miłosz sam mówi o tym, że zawsze był w Polsce rarogiem, miał odwagę iść pod prąd, przeciwstawiać się rozmaitym nacjonalistyczny ksenofobiom, także narodowemu katolicyzmowi, na który zawsze miał alergię. Ostrzega, że „grozi nam płaskość i wulgarność”.

Jeszcze inaczej, w charakterystyczny dla niego, dosadny sposób mówi o tym Kutz. Chodzi o ten fragment, w którym on wspomina, jak to wielu mówiło mu, że kiedy urodzą mu się dzieci, to szybko straci swój radykalizm. Tymczasem on się temu sprzeciwia, mówiąc, że tym bardziej trzeba być radykalnym, żeby dać dzieciom przykład.

Kutz jest wyjątkowy. Pamiętam takie jego wyznanie – tego nie ma w tej rozmowie – że jego Dekalog sprowadza się właściwie do jednego przykazania: być przyzwoitym, żeby matka nie musiała się za niego przed sąsiadkami wstydzić. Tym się kierował w życiu. I on także nie jest cyniczny, jest człowiekiem pełnym godności, wewnętrznej uczciwości. Owszem, bywa dosadny, ale nie jest płaski i nie jest cyniczny, przede wszystkim – jest sobą, żyje zgodnie ze swoim temperamentem i zasadami.

Czy jest Panu szczególnie żal, że jakiejś rozmowy nie udało się Panu przeprowadzić?

Bezskutecznie próbowałem namówić Ryszarda Kapuścińskiego na rozmowę o jego przyjaciołach pisarzach. Opowiadał mi kiedyś, że jako biedni, wiecznie głodni studenci fikali z Witkiem Woroszylskim na dywanie koziołki przed Władysławem Broniewskim, bo on im obiecał, że dzięki temu będą mogli mieć dostęp do jego lodówki. Takie historie działają na wyobraźnię, w takich detalach zawiera się pewien niepochwytny klimat epoki. Próbowałem przekonać Kapuścińskiego, że jeśli tego nie opisze, to one przepadną bezpowrotnie i nikt się już nigdy do nich nie uśmiechnie. Jak mówił Miłosz: „co nie jest zapisane, zmierza do nieistnienia”. W moim odczuciu nie tylko dzieła, ale także wydobywanie od ludzi prawdy o nich i o ich czasie zapewnia im trwanie, ocala od zapomnienia.

Kapitalne anegdoty o przyjaciołach opowiadała też Wisława Szymborska, dwie z nich – o Hordyńskim i o Herbercie – udało mi się przytoczyć w Moim znaku. To są świadectwa, których nikt już nie da. Chciałem z nią te opowieści nagrywać, ale zbywała mnie zawsze: „Nie, słuchaj, na to będzie czas już po mojej śmierci”.

Udało się poniekąd nagrać takie rozmowy z Andrzejem Szczeklikiem. Pozostały one, niestety, niedokończone, ale i tak jestem niezmiernie rad, że wizerunek tego cudownego człowieka pozostanie w pamięci osób, które przeczytały Słuch absolutny, a które nie miały szczęścia poznać Profesora ani nie natrafiły wcześniej na jego książki. Dawanie świadectwa – patetycznie to brzmi, ale to jest ważne. Jeśli miało się szczęście poznać takich ludzi i cieszyć się ich przyjaźnią – zaciągnęło się jakiś dług, który trzeba spłacać, właśnie dając świadectwo.

Takim świadectwem okazała się choćby rozmowa z Zofią Hertz.

Pomysł na tę rozmowę pojawił się niejako z marszu, kiedy przyjechałem z Bronkiem Majem do Maisons-Laffitte. Najpierw dostąpiliśmy posłuchania u Jerzego Giedroycia, a później przyszła mi do głowy myśl, żeby porozmawiać z Zofią Hertz – dobrym duchem i opiekunem tego domu. Siedliśmy w kuchni i ona opowiadała nam świetne historie z życia „Kultury”, o gościach i mieszkańcach Maisons-Laffitte.

By jakoś to podsumować: wspólnym mianownikiem rozmów zamieszczonych w tej książce jest – jeśli wolno mi to tak ująć – ciekawość ludzi i literatury, tego, jak ich losy są w literaturę uwikłane. Myślę, że takie pojedyncze głosy tworzą wielobarwną tkankę kultury. Kiedy się w nie wsłuchiwać, wyłania się obraz czasu, jego duchowej aury. Jest ona zbiorowym dziełem niezwykle ciekawych ludzkich osobowości – takich jak rozmówcy, których szczęśliwy los postawił na mojej drodze.

 

JERZY ILLG – wydawca, krytyk literacki, dr nauk humanistycznych. Od 1983 r. redaktor, a od 1992 redaktor naczelny Wydawnictwa Znak. Uczestniczył w pierwszych zlotach polskich hippies. W latach 1990–1997 redagował pismo literacko-artystyczne „NaGłos”. Jest dyrektorem programowym Festiwalu Czesława Miłosza. Ostatnio ogłosił Mój znak (2009) oraz Słuch absolutny. Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem (2014). W październiku tego roku ukazują się jego Rozmowy, na które składają się m.in. wywiady z Josifem Brodskim, Czesławem Miłoszem, Wisławą Szymborską, Tomasem Venclovą, Richardem Lourie, Jane Hirshfield

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata